„Moje JA domaga się uznania!” – jak objawia się kryzys wieku średniego?
Geof Kern
#czytajdlaprzyjemności

„Moje JA domaga się uznania!” – jak objawia się kryzys wieku średniego?

Psychoterapeuta o mężczyznach.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Superspolegliwy księgowy zamienia się w wydziaranego harleyowca, ojciec rodziny rzuca żonę i dzieci, bo „wreszcie chce robić to wszystko, czego wcześniej nie mógł”. O różnych sposobach czterdziestolatków na kryzys połowy życia mówi Jacek Masłowski, filozof i psychoterapeuta.

 
Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Koszulka z logo Harleya-Davidsona Specjalnie ją włożyłeś na tę rozmowę?

Jest wręcz symboliczna. Bo co robi facet w kryzysie wieku średniego? Kupuje sobie motocykl.

 

A drugi stereotyp...

...w życiu takiego mężczyzny pojawiają się młode kobiety.

 

Czy mężczyzna w ogóle wie, co się z nim dzieje w połowie życia?

Kryzys wieku średniego został dość dokładnie zdiagnozowany, tylko w społecznym przekazie wciąż krążą stereotypy. Dlatego wielu mężczyzn, którzy wchodzą w ten czas, nie do końca zdaje sobie sprawę z jego dynamiki i tego, z czym on się wiąże, po co jest. Bo przecież po coś jest.

Poproszę więc o właściwą diagnozę.

Po pierwsze, jest to czas, w którym mężczyzna zaczyna doświadczać efektów swoich dotychczasowych wyborów i działań. Po drugie, zaczyna do niego docierać, że jego ciało się zmienia, nie jest już tak niezawodne i sprawne, w związku z czym zmieniają się również jego możliwości. Kolejnym, głębszym, powodem jest coś, co doskonale opisał Robert Bly w „Żelaznym Janie”. Bly opisał mianowicie trzy fazy życia mężczyzny: fazę czerwonego, białego i czarnego rycerza.

Faza czerwonego rycerza jest kluczowa dla późniejszych reakcji na kryzys: to faza silnie popędowej męskiej młodzieńczości, popędowej agresji, popędowej seksualności itd. W społecznościach tradycyjnych, w których obowiązywały różnego rodzaju rytuały „przejścia”, społeczność była przygotowana na to, że młodzi mężczyźni wchodzą w taką fazę i pomagała im przez nią przejść. Nie wyprzeć czy zaprzeczyć, tylko konstruktywnie przejść.

 

Nie chronić przed bójką, nie zdejmować z drzewa?

Nie. I nie załamywać rąk, że „coś z nim nie tak”. Nie prowadzić syna do psychoterapeuty, żeby go ugrzecznił... Bo wtedy taki chłopiec albo szuka grupy rówieśniczej, w której może funkcjonować z tą swoją popędową agresywnością (patrz kibole itp.), albo wybiera drogę samotnego wojownika, co też jest niełatwe.

Inna ścieżka radzenia sobie z opresyjnością w fazie czerwonego rycerza, to jest wyparcie: „OK, nie opłaca mi się ulegać swojej agresywności czy seksualności i pozwalać na to, żeby testosteron mną rządził… Będę udawał grzecznego chłopca”. I teraz dzieje się coś takiego: chłopiec wchodzi w wiek dorosły jako prawie święty człowiek – spokojny, kulturalny, obowiązkowy, biorący odpowiedzialność za otoczenie. To jest faza białego rycerza, w której mężczyzna jest bardzo prospołeczny. Tylko że jeżeli ten mężczyzna jeszcze jako chłopiec wyparł swoją popędowość, czyli wszedł w fazę białego rycerza zbyt wcześnie, to w pewnym momencie zaczyna czuć, że coś jest nie tak.

Nie od razu, ale nasuwa się takiemu mężczyźnie pytanie: „Dlaczego moje życie mnie nie cieszy?”. Dzieje się to dlatego, że nagromadzona przez lata agresja urywa „dekielek”, który do tej pory ją przykrywał. Ulega on rozerwaniu i następuje wybuchowe wejście w kryzys wieku średniego. Taki mężczyzna z superspolegliwego księgowego zamienia się w wydziaranego harleyowca, który komunikuje swojemu otoczeniu: „Bujajcie się! Teraz chcę sobie pożyć, bo do tej pory nigdy tego nie robiłem”.

 

I pewnie można jeszcze usłyszeć buńczuczne stwierdzenie: „Teraz ważna jest moja prawdziwa tożsamość”.

„Moje JA domaga się uznania. Do tej pory mnie nie uznawaliście, zabranialiście mi bycia w pełni sobą, no to teraz ja wam pokażę, a właściwie to sobie pokażę, a was mam w nosie”.

 

Chcesz powiedzieć, że to się dzieje dlatego, że nie pozwolono mu we właściwym czasie, a więc w młodości, uzewnętrznić swojej energii, witalności?

To jest jedna z przyczyn. Bly ładnie o tym pisze, że „bez czerwieni nie ma bieli”. Bez czerwieni biel jest na niby. Ta biel dzieje się wtedy w sposób wręcz doktrynalny i np. taki chłopiec staje się skrajnie religijny albo ma kłopot z własną seksualnością lub bardzo radykalnie zaczyna oceniać cały świat, który ma dostęp do pewnych rzeczy: „ludzie to świnie”, „ludzie to złodzieje”, krzyczy. To wiąże się z faktem, że on bardzo chce, ale nie może. Chłopiec, który zanegował własną naturę, realizował potrzeby innych osób, mniej więcej w 35. roku życia zaczyna zdawać sobie sprawę, że dosyć wysoko wspiął się na drabinę. Tylko że drabina jest przystawiona nie do tej ściany.

 

Trudno o drastyczniejsze odkrycie.

To bywa dramatyczne, ponieważ ten mężczyzna uświadamia sobie, że nie uniknie podjęcia decyzji, czy ma kontynuować tę ścieżkę, czy raczej rozmontować system, w którym funkcjonował. Wyobraź sobie, że jesteś z kimś, masz z nim dwójkę dzieci, macie wspólny kredyt, różne inne zobowiązania i on nagle przychodzi i mówi: „Wiesz co, nie będę w tej »korpo« dłużej pracował. Nigdy w życiu nie podróżowałem, nie studiowałem tego, co chciałem, i nie miałem tylu dziewczyn, ile mi się podobało. Ja to wszystko chcę teraz zrobić”, a na dodatek on czuje, że kurczą się jego możliwości, czyli jeśli teraz tego nie zrobi, to już nigdy tego nie zrobi i całe życie będzie żałował.

 

Ale z tego, co mówisz, wynika, że nie wszyscy mężczyźni mają kryzys wieku średniego.

Większość ma, natomiast sposób jego przechodzenia jest różny. Kryzys środka życia jest też związany z podsumowywaniem dotychczasowego życia. Dramatyzm tego przejścia zależy od tego, na ile kiedyś wyparta została naturalna popędowa agresywność.

Może przebiegać bardzo łagodnie: mężczyzna w okolicach czterdziestki zaczyna rozumieć, że ścieżka zawodowa, którą szedł, wypala się i zaczyna spokojnie poszukiwać innego sposobu na życie. I robi to w sposób, który nie jest histerycznym zerwaniem czy paleniem mostów, tylko uwzględnieniem relacji, w których żyje. Taki rodzaj przewartościowania to też kryzys wieku średniego.

 

Trudno odmówić człowiekowi prawa do pójścia za swoim prawdziwym JA. Ale kiedy ma żonę i dzieci, nie może nagle rzucić posady, bo „dusi się w tym banku”. Co może zrobić, żeby nie było ofiar?

Nie ma prostej recepty. Może być tak, że w pewnym momencie mężczyzna zaczyna rozumieć, że wolałby więcej czasu spędzać z dziećmi, że wolałby więcej czasu spędzać w ogóle w domu, ale system, w którym funkcjonuje, absolutnie mu na to nie pozwala. Pożądana przez niego zmiana nie musi polegać na drastycznej zmianie życia, tylko na zmianie proporcji. Jak to osiągnąć Odpowiedź jest ciągle jedna i ta sama: bliskość. A bliskość to nic innego jak dialog autentyczności. Jeżeli to jest tak, że przychodzi mężczyzna i mówi do swojej partnerki: „Słuchaj, zaczynam czuć, że nie chcę już pracować w tym banku. To mnie wypala. Coraz wyraźniej widzę, że to jest sprzeczne z moimi wewnętrznymi wartościami”, a kobieta odpowiada mu: „No chyba zwariowałeś, przecież mamy kredyt!”, to on to odbiera jak atak.

 

„Trzeba myśleć o rodzinie, a ty się wygłupiasz z jakimiś wartościami”.

Być może mama kiedyś też go atakowała, kiedy on chciał siebie ujawnić, a zatem niejako przeżywa to samo co kiedyś. A może być tak, że ponieważ został zaatakowany, to będzie się bronił. Bronić może się w różny sposób, np. wycofaniem, czyli: „Nie będę z tobą rozmawiał o tym, jak przeżywam świat…”.

 

„Skoro jesteś tylko surową nauczycielką...

…to nie jest dla mnie żadne partnerstwo”. A to jest ryzykowne, bo jeśli mężczyzna tak widzi sytuację, jej rozwój może być następujący: impreza służbowa, bar, pojawia się inna kobieta. „Wiesz, ty jakiś smutny jesteś…” – „Żona mnie nie rozumie” i ona w jednej chwili staje się jego najlepszą przyjaciółką.

Innym rodzajem obrony jest po prostu atak, czyli zaczynają się kłótnie, awantury i w pewnym momencie ona usłyszy: „Ja i tak postawię na swoim, bez względu na to, czy to ci się podoba, czy nie”.

 

I robi się droga do piekła.

Tak. I teraz jak sobie z tym radzić W bardzo prosty sposób: najlepiej uświadomić sobie, że się boję i po prostu to nazwać.

 

Mówisz teraz o kobiecie?

Tak. „To, co mówisz, mnie przeraża, bo ja nie wiem, jak to może wyglądać”. Ale samo nazwanie nie wystarczy. To, co na pewno musi nastąpić później, to jest poszukiwanie rozwiązań, bo samo się to nie rozwiąże. Status quo jest naruszone i już nie ma powrotu do sytuacji sprzed tej rozmowy, czy sprzed uświadomienia sobie kryzysu. Ten dialog wbrew pozorom może być bardzo konstruktywny i bardzo twórczy dla tej pary, ponieważ w każdej zmianie jest potencjał czegoś lepszego. Tyle tylko, że zmiana w pierwszej chwili najczęściej nas przeraża.

Istotą bliskości jest wspieranie się w trudnych sytuacjach, a wspieranie się niekoniecznie polega na tym, że musisz coś za kogoś zrobić, a tego też kobiety się boją.

 

Sporo muszą wiedzieć, żeby się nie bać.

Kryzys wieku średniego jest normalną sprawą. Do tego jeszcze dochodzi andropauza, czyli spadek testosteronu. Z całą pewnością nie można powiedzieć, że facetowi odbija palma. Kobiety dotkliwie przeżywają okres przekwitania i jest to trudne nie tylko dla nich. Dla nas też jest to trudny okres. Dla nas i dla całego systemu, w którym funkcjonujemy.

 

Mężczyźni się tego bardziej wstydzą?

Bo kryzys ciągle kojarzy się z czymś złym.

 

Ale może być też szansą.

Ja używam słowa „kryzys” w rozumieniu zmiany. Zmiana jest pewną informacją, że określony stan przestaje spełniać swoje funkcje, ponieważ zmieniły się warunki. Kryzys wieku średniego jest momentem, w którym mężczyzna zaczyna się konfrontować ze swoimi słabymi stronami, i to na bardzo różnych poziomach. Na przykład marzył, żeby coś osiągnąć, a okazuje się, że ma 42 lata i tego nie osiągnął, pociąg już odjechał. Rzeczywiście jest to konfrontacja z jakimś rodzajem niemocy, słabości itd. Albo zaczyna chorować, organizm odmawia posłuszeństwa, a to jest objaw słabości. W tym znaczeniu kryzys wieku średniego jest dla mężczyzny źródłem cierpienia.

 

I jak się do tego przyznać?

Użyję mocnego określenia: mężczyźni są wytresowani do niekontaktowania się ze swoją emocjonalną stroną, więc to cierpienie zaczyna być na tyle silne, że rozrywa pancerz.

Notabene to jest moment, w którym mężczyźni najczęściej trafiają na psychoterapię. „Czy jesteś wystarczająco zrozpaczony ” – to jest hasło, które ja bardzo lubię, ponieważ ono dokładnie tłumaczy, w którym momencie mężczyzna jest gotowy. Pojawia się dylemat: „Do tej pory nigdy nie prosiłem o pomoc, a już wiem, że bez pomocy sobie nie poradzę. I co ja teraz mam zrobić ”. Pierwszą osobą, do której mężczyzna może zwrócić się o pomoc, jest jego partnerka. Teraz jest superdramatyczna sytuacja, która wygląda tak: „Słuchaj kochana, wiesz, mam taki kłopot…” i jej reakcja albo może go już całkowicie zablokować, a wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że on skręci z tego związku gdzieś na zewnątrz, albo może go właśnie zacząć powoli otwierać do kontaktu z prawdą o sobie, o tej relacji, o świecie. To jest bardzo trudne, chociaż rozwojowe.

Jeżeli mężczyzna z tą słabością zostanie przyjęty przez swoją partnerkę, to pozwoli mu to zrezygnować z kupowania motocykli, czyli chęci udowodnienia sobie, że „mogę więcej, niż mogę”.

 

A jeśli istotnie jego „pociąg już odjechał”, to co można powiedzieć na pocieszenie?

Nie da się tego tak ująć: „Wiesz chłopcze, no trudno, jednak jesteś miernym uczniem, chociaż marzyłeś o tym, żeby być prymusem” (śmiech). Bardzo pomocna jest grupa mężczyzn. Nie mam tu na myśli grupy wsparcia, ale przyjaciół, kolegów itd., którzy mają podobny problem. Dzięki nim mężczyzna zaczyna rozumieć, że nie jest sam, a to, co mu się przytrafia, to nie jest coś wyjątkowego, co obniża jego pozycję w świecie, czego mężczyźni bardzo się boją. Po drugie, zaczyna słyszeć w opowieściach innych mężczyzn, że w tym jego życiu jednak nie wszystko jest do kitu, że są inne fajne rzeczy, które do tej pory wydawały mu się nieciekawe. Taki facet może nagle zrozumieć, że teraz wcale nie cieszyłoby go porsche i kariera, ale dojeżdżanie do pracy rowerem przez las. Ja to przerysowuję, ale chodzi o to, że jest to czas, kiedy możemy nauczyć się cieszyć małymi rzeczami, wręcz drobiazgami. Wielu moich rówieśników, którzy 10 lat temu byli totalnie skoncentrowani na robieniu kariery, kiedy się spotykamy, mówi mi, że cieszy ich czas spędzony z rodziną, że lubią gotować, dłubać w ogrodzie, choć kiedyś myśleli, że będą to robić na emeryturze.

 

I że nie wstydzą się do tego przyznać?

To też jest fajne, że wielu mężczyzn zaczyna w tym przewartościowaniu inaczej rozumieć funkcję czasu. Pieniądze stają się mniej istotne. Za to pojawia się pytanie: „Ile czasu muszę poświęcić, żeby to czy tamto mieć lub gdzieś pojechać ”.

I nagle się okazuje, że właściwie wolę ten czas spożytkować na coś zupełnie innego niż do tej pory.

 

Jednak wielu mężczyzn tak mocno tkwi w schematach typu „mężczyzna powinien”, że trudno im dostrzec, że cieszą ich już inne rzeczy.

Jeśli zaczynają cieszyć, to znaczy, że już trochę zauważają. Pytanie tylko, czy są w stanie coś z tym zrobić. Tu niestety często występuje syndrom „szklanej podłogi”: twoje otoczenie mówi ci: „Stary, proszę cię, czym ty się teraz zajmujesz, regulacją przerzutek w rowerze ! Ile ty masz lat, sto ”, więc siłą rzeczy myślisz: „OK, nie mogę sobie na to pozwolić, bo przecież zależy mi, żeby nie wypaść z obiegu”. Natomiast jeżeli tworzy się pewna grupa ludzi, którzy mówią: „Po co ci ten nowy samochód Po co ci te nowe laski Przecież za pięć lat będziesz w tym samym punkcie”...

 

Wokół widać i słychać, że niektórzy idą za daleko w tym udowadnianiu sobie, że jeszcze potrafią, w tym odkrywaniu rzekomego własnego JA. I w chwilę rujnują wszystko, na co pracowali całymi latami.

„Rzekome własne JA” – celne określenie. To często jest konstrukt rzekomy, wymyślony albo skopiowany z jakiegoś filmowego wzorca. Użyję innego porównania – biegu maratońskiego. Ten bieg ma ponad 42 km, więc akurat w punkt, jeśli chodzi o wiek średni. Biegniesz maraton w określonym tempie, w pewnym momencie przyspieszasz, potem jesteś zmęczony, zwalniasz i jest moment krytyczny, kiedy twój organizm mówi: „Wiesz, jak nie zwolnisz, to za chwilę odłączę ci zasilanie i nie dobiegniesz do końca”. Mężczyzna w średnim wieku otrzymuje ze świata taką informację: „Musisz trochę przewartościować swoje życie”. Ale on nie słucha: „Nie, mój drogi organizmie, założyłem się z kolegami, że zrobię ten maraton w trzy godziny, więc teraz będę biegł sprintem”. I organizm jako ten mądrzejszy wyłącza się, doprowadzając do zawału. To jest metafora, która pokazuje, co się dzieje, jeżeli mężczyzna po raz kolejny oddala się od siebie, znów próbuje być kimś, kim już nie jest.

 

I używa do tego różnych gadżetów...

Słowo „używać” jest tutaj bardzo ważne. Na przykład wejście w relację ze znacznie młodszą partnerką jest niczym innym jak użyciem, czyli chęcią udowodnienia sobie przy pomocy tej kobiety, że jestem coś wart, że na coś mnie stać, że mogę. Ci, którzy mają doświadczenie bycia w związku ze znacznie młodszymi partnerkami, bardzo często, choć nie zawsze, doświadczają tego, że nakład energii i innych zasobów do utrzymania takiej relacji jest niewspółmiernie wysoki w stosunku do jej jakości. To jak wysilać się na sprint, kiedy człowiek już nie ma na to siły.

 

Który mężczyzna się do tego przyzna?!

Mężczyźni rozmawiają ze sobą o takich sprawach. Ci, którzy mają już za sobą pewne doświadczenia, są w stanie pokazać, do czego prowadzi taka opcja. Niestety w tym konfrontowaniu się z prawdą o sobie w okresie wieku średniego bardzo przeszkadza medialny przekaz, kult młodości i omnipotencji. Z tym naprawdę bardzo trudno sobie poradzić.

 

A czy nowy związek nie może być też pozytywnym efektem rozrachunków typowych dla kryzysu środka życia Przecież nie tylko kobiety, ale i mężczyźni tkwią niekiedy w wyniszczających związkach. A że przy okazji będzie to związek z kobietą młodszą i bardziej wymagającą…

Tu się zgodzę i jednocześnie trochę nie zgodzę. Jeżeli mężczyzna wiąże się z kimś w bardzo młodym wieku, jako dwudziestoparolatek, to jego wiedza na swój temat jest zwykle szczątkowa. Do 25. roku to jest taki wyrośnięty nastolatek (późna adolescencja). Niewiele wie o sobie, nie zna swoich granic, ale też swoich wartości, potrzeb, celów życiowych itd. Rzeczywiście związki zawarte w tym wieku w okolicach czterdziestki często przechodzą kryzys, bo zarówno ona, jak i on wiedzą na swój temat o wiele więcej. Ale jeżeli mężczyzna w średnim wieku decyduje się na związek z dwudziestoparolatką, to wchodzi w sytuację, którą sam już kiedyś przeżył. Ta kobieta niewiele wie o sobie, tak jak on i jego żona kiedyś. I bardzo często kończy się to relacją skośną, gdzie on pełni funkcję trochę zastępczego ojca, a ona zauroczonej nim dorastającej córki, z tą różnicą, że jest to też relacja seksualna.

 

I to jest takie straszne?

Wszystko jest fajnie, dopóki nie rodzą się dzieci, bo wtedy automatycznie w miejsce tego najważniejszego mężczyzny, którym był do tej pory ów 40-latek, wchodzi autentyczna relacja z dzieckiem. Wielu mężczyzn ma wtedy bardzo duży kłopot i myśli: „Kurczę, już to kiedyś przeżyłem. Znowu przestałem być ważny, a kobieta, która miała spełniać moje zachcianki, być zapatrzona we mnie i dostępna na każde żądanie…”. Fakt, że ta kobieta większość energii kieruje w inną stronę, rodzi frustrację: „Zaraz, zaraz, to nie tak miało być”.

 

Czy często mężczyźni dają się nabrać młodym kobietom, które mają nieuczciwe zamiary, czyli – jak to się mówi – polują na ustawionych facetów?

Często. Okazuje się, że związkiem, w którym taki mężczyzna „na zakręcie” mógłby spełnić swoje realne potrzeby, nie jest relacja z dużo młodszą kobietą, najwyżej z trochę młodszą lub rówieśniczką.

 

Czyli to jest owo rzekome JA i fałszywe wyobrażenie tego, co chcę?

Oczywiście. Wyobraźmy sobie taką sytuację: idzie człowiek przez pustynię i chce mu się pić. Pojawia się kałuża, w której odbija się cała oaza – palmy, niebieskie niebo, więc on rzuca się i zaczyna łapczywie pić. Na początku mu smakuje, ale po jakimś czasie zaczyna czuć, że coś jest nie tak ze smakiem. Gdy mężczyzna, który jest w takim pustynnym związku, gdzie wyraźnie widać, że jest on oparty bardziej na zobowiązaniach niż potrzebach wewnętrznych, trafia na taką „dawczynię wody”, to poziom jego pragnienia często nie pozwala mu właściwie ocenić sytuacji i wchodzi w to w sposób desperacki.

 

Mocna metafora.

Dopiero po jakimś czasie okazuje się, że to jest powtórka z rozrywki. To często zresztą jest obustronne, bo on chce użyć jej, ona chce użyć jego. Nie chodzi o to, że każda młoda kobieta, która jest zapatrzona w mężczyznę, tak naprawdę chce go niecnie wykorzystać. Często kryje się za tym jakaś tęsknota, np. za sprawczym ojcem, którym musiała się zajmować, który był niedostępny itd.

 

Zapytam jeszcze o syndrom Gauguina: radykalną zmianę stylu życia. Czy jest on synonimem kryzysu wieku średniego?

Byłbym ostrożny, bo tutaj wyraźnie widać wahadło: jestem białym kołnierzykiem, następuje „pstryk” i nagle żyję jak tubylec na Tahiti. W kryzysie wieku średniego, inaczej niż przy syndromie Gaugina, nie chodzi o totalną zmianę, tylko w ogóle o zmianę. Ale historia samego Paula Gauguina to może być dobry przykład na kryzys wieku średniego. Pięknie tu widać, jak artysta przez wiele lat nie dopuszczał do głosu możliwości realizowania swoich marzeń, czyli prawdy o sobie. Dlatego kiedy jego wewnętrzne mechanizmy obronne, które stosował, przestały funkcjonować, eksplodował. Ciśnienie zebrane w nim było tak silne, że postanowił totalnie zmienić swoje życie. To, co zrobił, to była ucieczka. Nie musi tak być. Nie jest tak, że każdy mężczyzna po czterdziestce emigruje z Polski na Tahiti albo rzuca pracę i idzie uprawiać ścieżkę żebraczą.

 

Czy można przejść przez ten okres bez pomocy z zewnątrz, bez psychoterapii?

Można. Męska grupa pełni rolę, którą zastępczo ma psychoterapeuta. To ma być ktoś, komu można pokazać się w całości, bez narażania się na przykrości związane z oceną, z odrzuceniem. Terapeuta nie ma prawa cię oceniać, ale i nie ma prawa mówić ci, co jest dobre, a co złe. My nie bawimy się w spowiednika, to działa raczej jak lustro. Chcesz się w sobie poprzeglądać, proszę, oglądaj, ale oglądasz swój obraz i to, co masz w sobie. Jasne, że jeżeli mężczyzna przychodzi z dylematem „Chcę odejść, ale trochę się boję, co będzie z moją rodziną”, to pracuje się właśnie nad tym. Jednak terapeuta nie zapyta: „A zastanawiałeś się, jaki to będzie miało wpływ na innych ”. Ja nie będę działał z poziomu „zadowól mamę, tatę i cały świat”, bo to jest nierozwojowe. Psychoterapia nie ma na celu zmienienia człowieka, żeby stał się społecznie bardziej użyteczny. Psychoterapia ma na celu umożliwienie mu realizowania siebie w taki sposób, na jaki go stać.

 

Czy na podstawie twojego doświadczenia terapeutycznego da się powiedzieć, czy kryzys wieku średniego zostawia po sobie więcej bankrutów, czy zwycięzców?

Jeżeli za bankructwo uznalibyśmy rozpad małżeństwa, to jest sporo tak rozumianych bankrutów. Pytanie, czy to jest bankructwo Każde przyjście na psychoterapię i wejście w proces terapeutyczny jest moim zdaniem świadectwem inwestycji w siebie, czyli wyciągnięcia wniosków z doświadczeń życiowych. Na psychoterapię bankruci raczej nie trafiają, chociaż mężczyźni przychodzą zwykle dopiero wtedy, gdy wszystko inne nie zadziałało. Już nie mówią: „Niech ona idzie na psychoterapię”, tylko sami przychodzą i chcą ze sobą pracować.

 

Naprawdę nie można tej drogi przejść samemu?

Właśnie chodzi o to, że nie. Psychoterapia jest trochę zamiast bliskich relacji na co dzień. Taki mężczyzna w momencie, kiedy ma mnóstwo skumulowanego cierpienia, dylematów, wątpliwości, myśli, które nawet jego samego często przerażają, ma do dyspozycji: albo zostać z tym sam i jeszcze pogłębiać ten stan, albo się komuś pokazać. To jest naprawdę bardzo destrukcyjne uczucie, ta świadomość: „Cholera jasna, nie mam nikogo, wobec kogo mógłbym być w pełni szczery na swój temat”. Mężczyzna, który to sobie uświadomi, sięgnie po telefon i znajdzie terapeutę, któremu zaufa, daje sobie dużą szansę. Nie na to, żeby wywrócić życie do góry nogami. Może na to, aby proces, który się w nim dzieje, przejść spokojniej. Nie podejmować decyzji emocjonalnych, chwilowych, tylko dać sobie trochę czasu na to, żeby coś dojrzało albo coś umarło. Po prostu. To jak on przeżywa kryzys, zależy też od kobiety. Jeśli ona go zlekceważy, znajdzie się inna, która wysłucha

Jacek Masłowski – psychoterapeuta i filozof; prowadzi warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes Fundacji Masculinum.

Rozmowa z Jackiem Masłowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Rozwój osobisty
PLAINPICTURE/FREE

Dlaczego tak bardzo chcemy być piękne i wciąż się sobie nie podobamy? Posłuchaj psychologa

Dlaczego nie podobasz się sama sobie?
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

„Banalna ładność lansowana przez media sprawia, że zapominamy, co to prawdziwe piękno. Nasze życie to działanie. I to w nim, a nie w wyglądzie trzeba szukać źródła szczęścia” – mówi profesor Wiesław Łukaszewski, wykładowca Uniwersytetu SWPS, autor książki „Wielkie i te nieco mniejsze pytania psychologii”.  Rozmawia Karolina Rogalska.   Dlaczego chcemy być piękni? Pogoń za pięknem jest w istocie pogonią za przeciętnością. Ale nikt się do tego nie przyznaje, bo wszyscy deklarują, że chcą wyjątkowości. Działa tu też stara zasada propagandowa, zgodnie z którą kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą. Jeżeli jakiś wzorzec jest nieustannie lansowany w przestrzeni publicznej, to staje się priorytetowy, pożądany i wszyscy staramy się do niego upodobnić. A dlaczego dziewięć na dziesięć kobiet w Polsce nie akceptuje swojego wyglądu? Bo nasz mózg jest leniwy i woli to, co już zna. A schematy są łatwiej przyswajane i pociągają za sobą mniejszy wysiłek poznawczy. Zjawisko, o którym mówię, dotyczy percepcji twarzy. Udowodniono to zresztą w licznych badaniach. Jeśli nałożymy na siebie wiele zdjęć, to ten składany portret wydaje nam się znacznie piękniejszy niż każdy z portretów wyjściowych. Do tego dochodzą standardy kulturowe lansowane w mediach. Są zupełnie nierealistyczne i mało kto potrafi im sprostać. Dla wielu osób jest to źródłem ogromnej frustracji. Pisze pan w książce, że najważniejszą cechą kobiet w oczach mężczyzn jest gładka skóra, błyszczące włosy i białe zęby, czyli cechy świadczące o zdrowiu, a więc potencjalnie także o płodności. Te standardy wynikają z mechanizmów ewolucyjnych. Podobnie ludzie reagują na stosunek obwodu talii do bioder. Na przykład u wszystkich miss Ameryki na przestrzeni ostatnich...

Czytaj dalej