Czy przyjaźń w czasach Instagrama i Facebooka jest „jakaś inna”?
Adobe Stock

Czy przyjaźń w czasach Instagrama i Facebooka jest „jakaś inna”?

Popularność naszych postów, ilość lajków i serduszek daje nam poczucie, że jesteśmy lubiani, że inni się nam interesują i nas doceniają. Ale czy jest tak naprawdę? I czy takie poczucie wspólnoty może zastąpić prawdziwą przyjaźń?
Grzegorz Kapla
31.07.2020

Sprawy, z którymi kiedyś dzwoniliśmy do bliskich, teraz lokujemy w internecie. Zwierzenia zastępujemy mailami. O to jak wygląda teraz przyjaźń i czy w dobie mediów społecznościowych ta tradycyjna jest nam w ogóle potrzebna, pytamy psychoterapeutkę Izę Falkowską-Tyliszcza z Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej.

Grzegorz Kapla „Uroda Życia”: Redefiniujemy pojęcia patriotyzmu, wiary, rodziny, w szkołach coraz mniej klas, w których wszystkie dzieci są z rodzin trwających przy sobie długo i szczęśliwie. Wszystko się zmienia. A co z przyjaźnią? Bo wydaje się, że wciąż potrzebna jest nam w życiu bezgraniczna akceptacja. Kto nam da taki komfort, jeśli nie przyjaciele? 

Iza Falkowska-Tyliszczak: Tak pan uważa? Wyobrażenie, że możemy być akceptowani stuprocentowo, zarówno w miłości, jak i w przyjaźni, jest nierealistyczne, bo taki wyjątkowy rodzaj zaangażowania jest możliwy tylko w jednej relacji: pomiędzy matką a niemowlęciem do trzeciego miesiąca życia. Potem nie ma już takiej sytuacji, żebyśmy byli przez drugiego człowieka akceptowani bezgranicznie. 

Kultura masowa, choć o miłości po grób mówi jedynie w bajkach, wciąż utrzymuje nas w przekonaniu że przyjaźń rozwija się wedle zasady: jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. I że trwa bez końca. 

Zacznijmy od źródłosłowu. Przyjaźń w naszym języku ma wyjątkowo trafne konotacje. Oznacza bycie przy czyjejś jaźni. A więc niesie w sobie otwartość na zaangażowane, na akceptujące i aktywne poznawanie drugiej osoby. Rzeczywiście przyjaźń może trwać długo. Takie przyjaźnie są szczególnie cenne, ponieważ ludzie, którzy znają nas długo, stają się świadkami naszego istnienia.

W dzisiejszym świecie przywykliśmy zaznaczać naszą obecność za pomocą portali społecznościowych, dzięki którym każdy może zostawić ślad po swoim życiu: zapisać je choćby na zdjęciach i umieścić na wieki w wirtualnej chmurze. 

Słowo „chmura” wydaje się bardzo trafione. Ale nawet jeśli na Facebooku opublikujemy rodzaj pamiętnika, to nie ma żadnej pewności, że nie piszemy na Berdyczów i że tak naprawdę nikt tego nie czyta. Być może zyskujemy jedynie iluzję, że realizujemy potrzebę zwierzania się i bliskości.

Zapisując swoje życie w internecie, nie wiemy, czy komukolwiek na tym zapisie zależy. I czy trafiamy tylko do ważnych dla nas osób. Bo w gruncie rzeczy ogłaszamy swoje intymne sprawy publicznie. Jest taki rysunek: człowiek klęczy przed konfesjonałem, a po drugiej stronie jest tylko głośnik. Z przyjaźnią wygląda to inaczej. Nasze życie ma dla tej drugiej osoby realne znaczenie. I życie tej osoby ma znaczenie dla nas. Publikacje w mediach społecznościowych mogą być zatem jedynie krzykiem, którego nikt nie słyszy. Nie da się go porównać z zapisem w umyśle przyjaciela. 

Przyjaciele – rodzina, którą wybieramy

W biurze Marii Łapińskiej, gospodyni schroniska w Morskim Oku, pośród tysiąca pamiątek po wybitnych himalaistach, prezydentach, wodzach rewolucji, kosmonautach i papieżach zwraca uwagę pożółkły stary obrazek, na którym ktoś bliski Łapińskim wypisał: „Przyjaciele to rodzina, którą sami sobie wybieramy”. 

To prawda, przyjaciele w gruncie rzeczy są taką rodziną adopcyjną.

Jak to: adopcyjną?

Adopcyjną w tym sensie, że nie łączą nas z przyjaciółmi więzy krwi, nie jesteśmy więc w żaden sposób zdeterminowani do budowania relacji. Stąd coraz więcej osób organizuje wigilie przyjaciół. Albo czeka na drugi dzień świąt, żeby spotkać się z przyjaciółmi i odetchnąć od rodziny. Bo tak naprawdę rodzina z wyboru jest miejscem, gdzie czują się lepiej. Na przykład lepiej rozumiani. W rodzinie spotykają się zwolennicy różnych opcji politycznych. Różnorodność poglądów rzadziej zdarza się wśród przyjaciół. 

To bardzo ciekawe. Ale mam zupełnie inne doświadczenia. Połowa moich przyjaciół myśli zupełnie inaczej niż druga połowa i to nie przeszkadza nikomu w utrzymywaniu relacji. Przyjaźń wymaga akceptacji tej drugiej jaźni, sprawia że ludzie przestają czuć się nieomylni. Jeśli ktoś, kogo znam blisko, znam jego motywacje i poglądy, myśli inaczej niż ja, to tym samym dopuszczam możliwość, że być może on ma rację, a ja się mylę. To chyba ważny aspekt przyjaźni. Pozwala nie zasklepiać się w plemiennej naturze. 

Plemiona za sobą walczą. Przyjaciele dyskutują. Jedną z konstytutywnych cech przyjaźni jest szczerość. Bez niej przyjaźń nie istnieje. 

Konfucjusz mówił o tym, że są trzy typy przyjaźni, które przynoszą korzyść, i trzy, które przynoszą szkodę. Szkodliwe są przyjaźnie z ludźmi czarującymi,  pozbawionymi zasad i nazbyt gładkimi w wymowie. Korzystnie jest przyjaźnić się z ludźmi honoru, z ludźmi, którym można zaufać oraz z tymi, którzy są dobrze poinformowani. 

Dwa i pół tysiąca lat minęło, a stara prawda wciąż znajduje zastosowanie. 

Męska przyjaźń, a przyjaźń kobiet

Czy możemy mówić o kobiecych przyjaźniach i męskich przyjaźniach? Takich z wojska?

Męska przyjaźń ma nieco odmienny charakter, bo zwykle wiąże się z działaniem. Z rozwiązywaniem problemów, wspólnym pokonywaniem trudności lub realizacją pasji. Męskie przyjaźnie rodzą się w takich „zadaniowych” sytuacjach, ponieważ różne etapy w życiu sprzyjają nawiązywaniu przyjaźni: podwórko, szkoła, wspólne intensywne przeżycia. W męskiej przyjaźni ważne jest to wspólne doświadczenie, ten mit założycielski, który, choć minęły lata i wszystko się zmieniło, wciąż funkcjonuje i można się do niego odwołać. 

W kobiecej przyjaźni ważna jest szczerość i swoboda. W sferze osobistej strzeżone są inne sfery, bo kwestia wyglądu ma dla kobiet duże znaczenie i przekroczenie pewnych zasad jest skomplikowane. O stopniu zażyłości może nam powiedzieć prosty test: jeśli możemy się z kimś zobaczyć zaraz po wstaniu z łóżka, to znaczy, że czujemy się przy nim swobodnie. Mężczyźni nie mają takich kłopotów, ale za to kobietom dużo łatwiej przychodzi wyrażanie emocji. Mężczyznom trudno się zwierzać. Kiedy siedzą przy piwie, nie muszą ze sobą rozmawiać, wystarczy sama obecność.

Czy przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa?

A przyjaźń między mężczyzną i kobietą?

Niektórzy wierzą, że jest możliwa. Inni nie wierzą. Pamiętam znakomity film, „84 Charing Cross Road”.  Nowojorska pisarka zamawia książkę u londyńskiego antykwariusza. Piszą do siebie listy i choć nigdy nie udaje im się spotkać, to wymiana myśli na piśmie staje się tak głęboka, że rodzi przyjaźń. Na marginesie – przyjaźń „korespondencyjna” to wcale nie jest wynalazek naszych czasów. Teraz komunikujemy się za pomocą maili, SMS-ów, Skype’a, kiedyś wysyłaliśmy listy.

Ale wracając do pytania: tak, przy spełnieniu pewnych warunków przyjaźń między kobietą i mężczyzną jest możliwa. Znacznie łatwiej utrzymać taką przyjaźń, jeśli obie strony się nie spotykają, bo wtedy nie rodzi się między nimi pokusa zbliżenia. W momencie kiedy pojawia się intymność, a to się zdarza w przyjaźni, może pojawić się pożądanie. Przyjaźń jest możliwa, póki ludzie nad tym panują. 

Nie każdemu się to udaje. Stąd kategoria „friends with benefits”, choć co do słowa „friends” mam spore wątpliwości. 

Bo właściwie o żadnej przyjaźni tu nie ma mowy – to rodzaj umowy, dotyczy ona często osób, które na przykład wynajmują wspólnie mieszkanie i przy okazji ze sobą bez zobowiązań sypiają. Choć ostatecznie taki układ może wymknąć się spod kontroli i kogoś zranić. Dla jednej ze stron pewnie to już miłość. 

Miłość niszczy przyjaźń? 

Przyjaźń niszczą pozory, brak lojalności, zdrada, powierzchowność, mówienie nieprawdy, żeby nie zrobić komuś przykrości, bo wtedy w przyjaźń wdziera się fałsz. Przyjaźń jest miejscem, w którym mówi się prawdę. W internecie krąży mem, z którego wynika, że przyjaciel to ktoś, kto usłyszawszy, że właśnie zabiłeś człowieka, pyta: „Gdzie go zakopiemy”. A może jednak to ktoś, kto powie: „Musimy iść na policję”?

Byłabym skłonna uznać, że ta druga postawa jest właściwa. Przyjaciel to ktoś, kto mówi ci prawdę, a nie ten, kto ją maskuje. Prawdziwa przyjaciółka nie będzie kiwać głową i powtarzać: „Rzeczywiście, twój mąż to kawał drania”. Powie raczej: „Popatrz na własne zachowania, dokonaj analizy tego, co robisz, czy wszystko od twojej strony jest w porządku”. Tak jak w memie, o którym mówiłam – przyjaciel powie raczej: „Poszukajmy dobrego adwokata”. Brak szczerości niszczy przyjaźń. Przyjaźń niszczy też, jak każdą relację, brak dbałości. 

Związki w wirtualnym świecie

Współczesny świat nie pozostawia wiele wolnego czasu. Na spotkanie z przyjaciółmi, z którymi kiedyś widywaliśmy się spontanicznie, teraz trzeba się umawiać i synchronizować terminarze. Skoro w realnym świecie mamy coraz mniej czasu na przyjaźń, to przesuwamy tę sferę do świata wirtualnego. 

Niestety, bliskość nie może pozostać jedynie w sferze wirtualnej. Wymiana myśli nie jest jedynym sposobem realizowania przyjaźni. To bardzo różnorodne zjawisko. Występuje zresztą nie tylko między ludźmi, ale jest możliwa pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem i być może także pomiędzy zwierzętami.  

Tylko z komputerem nie można się zaprzyjaźnić. 

Rzeczywiście, byłby to jakiś rodzaj onanizmu. Komputer jest tylko przedmiotem. Nie ma własnej świadomości, więc tak naprawdę kontakt z nim jest kontaktem z samym sobą… 

Kiedyś patrzyliśmy sobie nawzajem w oczy, a dziś wszyscy patrzą w ekrany telefonów. Pewnie tracimy coś istotnego. 

Nie byłabym w tych ocenach tak kategoryczna. Wirtualny świat ma plusy. Na przykład łatwiej zrobić pierwszy krok osobom niepełnosprawnym albo mającym kłopot ze swoim wyglądem. Mogą posłużyć się dowolnym awatarem i pozwolić, żeby ludzie poznali najpierw inną sferę ich osobowości. Niektórym to właśnie fizyczność utrudnia albo nawet zamyka drogę do przyjaźni. Wirtualny świat pozwala nam na obcowanie ze świeżymi informacjami, bywa zabawny, a wymiany myśli są w nim błyskotliwe i istotne. 

To też ma realną wartość. 

Więc zgadzamy się, że przyjaźni nie można sprowadzić do wirtualnego świata, ale może się tam zacząć. Komputer to tylko pudełko, ale może być źródłem inspiracji. Na przykład do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, którzy są daleko. Umożliwia spotkania pomiędzy osobami, które nie widują się często, ale choćby przez Skype’a wciąż mogą mieć ze sobą kontakt. A właśnie dążenie do kontaktu z drugim człowiekiem jest w nas czymś immanentnym. 

To nasza wrodzona właściwość, podobnie jak konieczność oddychania, zaspokajania głodu, ucieczki przed zagrożeniem. 

Ale ten kontakt sprowadza się często do wciśnięcia „lubię” na Facebooku. 

Tak. Kultura „like or dislike” jest zagrożeniem dla przyjaźni. Jeszcze nie mamy na Facebooku przycisku „nie lubię”, ale wkrótce będziemy mieć. I to będzie wykluczające. Aktywność w świecie wirtualnym wzmacnia nie tylko dobre tendencje, ale i te negatywne. Wykluczające. To może w poważny sposób wpłynąć na postrzeganie świata. Odpowiedź na dramatyczne pytania, na przykład „kochasz czy nienawidzisz”, jest bardzo skomplikowana. Nie da się o tym rozstrzygnąć za pomocą kliknięcia.  Pomiędzy „like” i „dislike” jest mnóstwo innych odcieni rzeczywistości. Ta dychotomia prowadzi do zbytnich uproszczeń. 

Wirtualny świat obdarzył nas nieskrępowaną wolnością. Ale to wymaga uwagi i odpowiedzialności. A bez miłości i bez przyjaźni wolnością się nie podzielisz. Wówczas niewiele będzie się różniła od samotności.

Antoine de Saint-Exupéry napisał o tym książkę. Mały Książę uczy się przyjaźni. Potem odchodzi, ale Pilot będzie myślał o nim, patrząc w gwiazdy. Trudno rozstrzygnąć, czy ukąszenie Węża jest metaforą śmierci, czy rozstania, w każdym razie odejścia. Jeśli wziąć pod uwagę istotę przyjaźni, to jesteśmy blisko, przyjaciel to ten, o kim myślimy, spoglądając w gwiazdy – niezależnie od tego, czy jesteśmy blisko, czy nie. 

***

Rozmowa z Izą Falkowską-Tyliszczak ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Zaufanie to podstawa miłości, przyjaźni. Jak je poczuć po tym, gdy ktoś je nadszarpnął?

Zaufanie nie polega jedynie na wyborze odpowiedniej osoby. To decyzja, którą podejmujesz każdego dnia.
Sylwia Arlak
23.07.2020

Jeśli boisz się zranienia albo odrzucenia, nigdy nie zaznasz prawdziwej bliskości. Będziesz „na wszelki wypadek” trzymać ludzi na dystans i – jak mówi znana badaczka Brene Brown, gwiazda TEDx, której wystąpienie bije rekordy popularności na Neflixie – żyć niepełnym sercem. Często ze strachu decydujemy się na takie życie na pół gwizdka, tymczasem Brown proponuje zupełnie inną strategię. Żeby naprawdę żyć pełnym sercem, musimy odważyć się na ryzyko. Wejść w relację z pełną świadomością, że może się nie udać. Partner może odejść. Przyjaciółka może nie być wobec nas do końca szczera. Osoba, którą kochasz, może nie odwzajemnić tej miłości. Miłość albo przyjaźń może cię zranić. A ty wtedy będziesz musiała przejść ten trudny etap – i zaufać kolejny raz.  Zranionej osobie trudno jest ponownie zaufać. Zrobisz to dopiero, kiedy weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie. Nie pytaj: „Skąd mam wiedzieć, że mogę mu/jej zaufać?”. Po prostu zrób to. Otwórz się na to, co przynosi życie i buduj zaufanie w sobie, wg kilku ważnych zasad.  Wszyscy przeżywamy to samo  Wszyscy mamy powody, żeby nie ufać. Wszyscy czuliśmy się zranieni, rozczarowani, odrzuceni, przestraszeni i opuszczeni. Wszyscy w jakiś sposób cierpieliśmy i wszyscy odczuwaliśmy ból w związkach. Wszyscy staramy się unikać bólu. To pocieszające, że jesteśmy w tym razem.  Nikt nie daje nam gwarancji  Chcąc uniknąć zranienia w związkach, pozostajemy nieufni, dopóki nie poczujemy się bezpiecznie. A przecież ten moment może nigdy nie nadejść. W związkach nie ma gwarancji (komputery mają gwarancje, a nie ludzie). Jesteśmy na to zbyt skomplikowani. Musisz przygotować się, na to, że nawet w najbardziej udanej...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Po pierwsze przyjaciele…” Zobacz, co robić, żeby dać sobie szansę na szczęśliwsze życie

„Celem naszego życia jest bycie szczęśliwym” — powiedział kiedyś Dalajlama. Niestety, większość ludzi nie czuje szczęścia z bardzo prostego powodu. Szukają go tam, gdzie go nigdy nie znajdą.
Sylwia Arlak
14.07.2020

Życie składa się z wielu przeciętnych momentów, ale nawet te spektakularne nie zmienią naszego życia na dłużej. Z badań psychologa, doktora Ed Dienera wynika, że wygrana na loterii nie wpłynie znacząco na nasze długofalowe poczucie szczęścia. Ta zasada działa też w drugą stronę: jeśli ulegniemy wypadkowi, nie będziemy smutni do końca naszych dni. Po pewnym czasie wrócimy do pozycji wyjściowej. Nie będziemy ani mniej, ani bardziej szczęśliwi niż przedtem. Co możemy sami dla siebie zrobić? Najlepiej wziąć sprawy we własne ręce. Dobrą wiadomość ma dla nas Sonja Lyubomirsky, profesorka psychologii, badaczka i autorka książek o szczęściu. W swoich badaniach wykazała, że faktycznie możemy podnieść swój poziom szczęścia, o ile oczywiście wiemy, jak to zrobić. Okazuje się, że wszyscy mamy genetyczne predyspozycje do bycia szczęśliwym (bądź nieszczęśliwym). Naukowcy spierają się o dokładne dane, ale większość z nich skłania się ku tezie, że dziedziczymy około 50 proc. szczęścia.  Nie chodzi tu o zewnętrzne okoliczności, na których często skupiamy się najbardziej: pieniądze, status, praca, samochody, piękny dom. Dd Diener, który studiował szczęście przez całe życie, porównał ludzi z listy najbogatszych Amerykanów z „przeciętnymi obywatelami”. Okazało się, że milionerzy byli tylko odrobinę szczęśliwi od reszty. 37 proc. z nich było mniej szczęśliwych niż przeciętni obywatele USA. Nie jesteśmy w stanie kontrolować genetyki i mamy tylko częściowy wpływ na zewnętrzne okoliczności. To, co możemy zrobić, to zmienić swoje myśli albo zmienić swoje działania. Oto kilka przykładów: Myśli: Pielęgnuj wdzięczność. Przypominanie sobie rano lub wieczorem trzech rzeczy, za które jesteś wdzięczna, to...

Czytaj dalej