Praca zdalna to marzenie? Nie dla każdego. Sprawdzamy, jak to wygląda w praktyce
Adobe Stock

Praca zdalna to marzenie? Nie dla każdego. Sprawdzamy, jak to wygląda w praktyce

Nie musimy stać w korkach ani przestrzegać biurowego dress codu, ale pojawiają się nowe wyzwania. O pracy z domu rozmawiamy z trenerką biznesu i coachem Małgorzatą Kniaź.
Aleksandra Nowakowska
01.04.2020

Izolacja społeczna nagle przemieniła nasze domy w miejsca pracy. Okazuje się, że nie wszyscy o tym marzyliśmy, bo niektóre firmy uruchamiają linie wsparcia emocjonalnego dla swoich pracowników. Najnowsze badania Instytutu Gallupa przeprowadzone w marcu tego roku mówią, że w pracy potrzebujemy teraz: zaufania, empatii, poczucia stabilizacji oraz nadziei. Jakiej konkretnie pomocy oczekujemy od swoich szefów, a jak sami możemy zaadaptować się do nowej sytuacji? I co będzie potem? Czy praca zdalna stanie się naszą codziennością? Może wielkie biurowce zaczną świecić pustkami?

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Rzeczywistość pracy zdalnej

Aleksandra Nowakowska: Pandemia koronawirusa wielu z nas postawiła przed koniecznością pracy zdalnej. Czy jako trenerka biznesu, prowadząca szkolenia dla firm, wiesz już, jak sobie z tym poradziliśmy?

Dla tych branż, które miały już wprowadzony – chociażby częściowy – system pracy zdalnej, funkcjonowanie podczas pandemii jest mniejszym zaskoczeniem. Jednak dla części firm, dla których praca na odległość okazała się nagłym przymusem, przestawianie ludzi na nią było dużym wyzwaniem, głównie organizacyjnym. Niektóre firmy zwracają się teraz do nas z prośbą o mentoring on-line dla menadżerów, którzy potrzebują wsparcia, bo nie wiedzą, jak mają w tych nowych warunkach zarządzać ludźmi, jakie praktyki pracy zdalnej wprowadzać, jak się ze swoimi pracownikami komunikować. Po sesjach z nimi widzę, że jedni tę konieczność przyjęli pozytywnie, radzą sobie i jest to zgodne z ich potrzebami, ale są też i tacy – bardziej ekstrawertyczni, czerpiący energię do działania z kontaktów międzyludzkich – którzy mówią, że pracując z domu, zaraz oszaleją. Druga sprawa – zwracają się do nas firmy, które chcą uruchamiać linie wsparcia emocjonalnego dla swoich pracowników. Ludzie w czasie pandemii potrzebują pomocy specjalistów – terapeutów i coachów – także w sferze zawodowej.

Jakiego wsparcia szukamy?

Żeby pracować z domu, potrzebujemy nie tylko sprzętu, aplikacji, zabezpieczenia połączeń internetowych czy materiałów, ale także jasnej komunikacji – jak obecnie wygląda sytuacja firmy i jakie są plany na przyszłość. Chcemy mieć świadomość, że są nad nami ludzie, którzy wiedzą, co robić. I przede wszystkim chcemy, żeby nas o tym informowali. Bo po prostu się boimy – o swoje stanowiska, o to, czy klienci nie odejdą, czy towary zostaną dostarczone, o płynność zleceń. Instytut Gallupa w marcu tego roku, już w obliczu pandemii, przeprowadził badania na temat potrzeb pracowników. Okazało się, że w dobie koronawirusa ludzie oczekują od swoich szefów, żeby obdarzyli ich zaufaniem, żeby byli empatyczni, żeby dawali im poczucie stabilizacji i nadziei. Z tych badań jasno wynika, że w czasie kiedy wszyscy mamy podwyższony poziom lęku, chcemy, żeby pracodawcy się o nas zatroszczyli, żeby w tej kryzysowej sytuacji pomyśleli o naszym samopoczuciu. 

Czy to w ogóle jest możliwe? 

Potrzebna jest zmiana w modelu zarządzania – mniej kontroli a więcej zaufania. Teraz liczyć się będą: indywidualizacja, czyli dopasowywanie do pracownika optymalnego dla niego stylu pracy, elastyczne podejście, szczere rozmowy. Zwłaszcza obecnie istotne jest, żeby być w kontakcie – i z szefami, i ze współpracownikami. Nie zamykajmy się na siebie. Trzeba rozmawiać i spotykać się na regularnych wideokonferencjach z całym zespołem. Chodzi o to, żeby ludzie siebie usłyszeli, żeby się dowiedzieli, jakie kto ma wyzwania i czy potrzebuje pomocy. W ten sposób staniemy się bardziej wyrozumiali i solidarni. Kiedy jest nam źle, nie bójmy się zadzwonić do koleżanki lub kolegi, żeby o tym porozmawiać. W czasie izolacji społecznej nie straćmy poczucia, że jesteśmy członkami grupy. Kontaktujmy się, żeby nie czuć się osamotnieni w środowisku pracy.

Ale właśnie komunikacja jest teraz utrudniona.

Tak, nasze największe wyzwania zawodowe w tej chwili związane są z tym że nie mamy ze sobą bezpośredniego kontaktu. Nie możemy podejść do biurka i zapytać się, gdy czegoś nie wiemy. Nie możemy szybko zwołać zebrania i spotkać się w salce konferencyjnej, żeby rozwiązać bieżący problem. Za to możemy mieć nadmiar e-maili i telefonów. Żeby sobie poradzić z tym chaosem komunikacyjnym, trzeba wprowadzić w zespole jasne zasady, jak często i w jaki sposób się kontaktujemy. Jeśli chodzi o e-maile, to dobrze jest je precyzyjnie etykietować – nie tylko dokładnie opisywać temat, ale też zaznaczać, kiedy oczekujemy odpowiedzi, na przykład do dwóch czy 24 godzin. Im dokładniej to zostanie ustalone, tym mniejszy chaos będzie później. Spotkania w warunkach pracy zdalnej powinny być częstsze a krótsze. Trudno jest wytrzymać przez godzinę na wideokonferencji, efektywniejsze będą dwa spotkania po 20 minut. Pracę ułatwi nam agenda, określony czas konferencji oraz podsumowanie. Podczas tych spotkań on-line dobrze jest, żeby wszyscy się widzieli i słyszeli, nie wyłączajmy kamerek, nie ściszajmy mikrofonów.

Nie zawsze mamy w domu warunki, żeby sprawnie i komfortowo pracować. Często przebywamy tam z dziećmi, których nie możemy zaprowadzić do przedszkola albo z tymi, którym trzeba pomóc w nauce zdalnej. A także z partnerami, którzy też pracują.

Tak, część z nas została wrzucona w nową rzeczywistość pracy zdalnej nie z wyboru, tylko z konieczności. W tej sytuacji zmienia się rola menadżerów, kierowników, szefów, którzy – moim zdaniem – powinni w bezpośredniej rozmowie z każdym pracownikiem dowiedzieć się, jakie są jego warunki lokalowe i rodzinne oraz jak i kiedy może pracować. Warto od nowa omówić priorytety, zastanowić się, w jaki sposób ułożyć harmonogram, którym projektom czy zadaniom nadać ważność, a które odłożyć w czasie. Nie oszukujmy się, że teraz wszyscy będą mieli taką samą efektywność pracy, jaką mieli do tej pory.

W tej sytuacji potrzebna jest otwartość i odwaga w komunikowaniu swoich potrzeb. Ze strachu przed utratą pracy możemy ukrywać swoje trudności.

Ludzie będą zarywać noce, żeby dobrze wykonać swoją pracę. Te rozwiązania są jednak na krótką metę, szybko pojawią się skutki zmęczenia i stresu, a także zwolnienia lekarskie.

Jak możemy sobie pomóc, żeby praca zdalna była skuteczna i przyjemna?

W jakim stopniu warunki lokalowe pozwalają, przydałoby się wyodrębnić chociaż małe biuro. Chodzi o wydzielone miejsce do pracy, z którego można oddalić się do innych zająć, a potem wrócić do zawodowych obowiązków. Wtedy inni domownicy też będą wiedzieć, że pracujemy. Ważne jest, żeby codziennie rano zachować jak najwięcej z dawnych rytuałów – wstać, zrobić krótką gimnastykę (przecież nie tak dawno wychodziliśmy z domu, dzięki czemu chociaż trochę się ruszaliśmy), umyć się, zjeść śniadanie, przebrać się (nie zostawać w piżamie lub szlafroku) i zabrać się do pracy. Rutynowe działania są dobre dla naszej koncentracji uwagi. Efektywne jest pracowanie w blokach czasowych, których nie przerywamy wstawianiem prania czy myciem naczyń. Zróbmy sobie coś dobrego do picia, usiądźmy i pracujmy przez półtorej, dwie godziny. Inaczej popadniemy w chaos.

Jak się dyscyplinować i motywować w tych niecodziennych okolicznościach?

Wiele osób wcale nie jest szczęśliwa z tego, że pracuje zdalnie. Jeżeli brakuje nam wewnętrznej struktury, o samodyscyplinę w domu może być trudniej. Wprawdzie badania przeprowadzone na Stanford University Study mówią o tym, że pracownicy pracujący z domu są bardziej wydajni niż w miejscu pracy. Statystyki wskazują, że przy pracy zdalnej zyskujemy aż jeden dzień tygodniowo, jeśli chodzi o efektywność. Badania jednak dotyczą świadomej decyzji o pracy zdalnej – kiedy mamy na nią warunki i wiemy, że tak pracuje nam się lepiej. Nie znam badań mówiących o profilu osobowości pracowników, którzy wybierają pracę zdalną, ale śmiem domniemywać, że w tej grupie przeważają introwertycy, indywidualiści, osoby, które myślą analitycznie. Podczas pandemii mamy do czynienia z koniecznością, a nie świadomym wyborem formy pracy. Jeśli praca w domu nie jest dla nas sprzyjająca, trudno oczekiwać od siebie, że będziemy mieć taki sam poziom motywacji jak w miejscu pracy. Dlatego tak bardzo potrzebna jest nam teraz wzajemna empatia.

Czy praca zdalna zostanie z nami po pandemii? Nie tylko z branży medialnej czy informatycznej słyszę głosy, że tak.

Na pewno pandemia zmieni rynek pracy. Wcześniej wydawało się niemożliwe, żeby na przykład banki czy instytucje finansowe pracowały zdalnie. A okazuje się, że tak można i że to działa. Jak się sprawdzi na dłuższą metę, jeszcze zobaczymy. Wiem, że młodzi ludzie często chcą pracować zdalnie i stawiają ten warunek, przyjmując się do pracy. W Stanach ponad 50 proc. pracowników deklaruje, że jest w stanie zmienić pracodawcę, jeżeli w innej firmie będzie miało możliwość pracy zdalnej. Pytanie tylko – w jakim wymiarze. Do tej pory częstą praktyką w różnych firmach była praca zdalna przez jeden, dwa dni w tygodniu. Myślę, że po pandemii część ludzi nie będzie chciała wrócić do pracy stacjonarnej i ten zwyczaj nam się odwróci – będziemy pracować jeden, dwa dni w firmie, a w pozostałe zdalnie. Ludzie będą jeździć do firmy, żeby się socjalizować, pogadać, zrobić sobie burzę mózgów, a potem będą się rozjeżdżać i pracować z domów. Nie stanie się to od razu, ale docelowo. Coraz więcej firm będzie przechodziło na tryb on-line. Tak może stać się ze sklepami, bo podczas pandemii ludzie zauważyli, że wcale nie muszą wychodzić z domu, żeby kupić ubrania, kosmetyki czy książki. To może przynieść daleko idące skutki – wielkie galerie i wielopiętrowe biurowce mogą zacząć świecić pustkami. Być może wiele osób, których pędzące życie koronawirus nagle zatrzymał, trochę przewartościowuje swoje priorytety i zastanowi się – czy ja rzeczywiście muszę codziennie jechać w korkach do pracy, czy ja chcę chodzić po sklepach i szukać kolejnej modnej bluzki? Zmiany mogą być daleko idące, ale dzisiaj nikt  z nas jeszcze nie wie, w jaką stronę i na jaką skalę to się wydarzy. 

Wiemy tyle, że coś zyskamy, a coś stracimy.

Ucierpią relacje ludzkie. Ten proces postępuje. Nasi dziadkowie byli zdruzgotani, że młodzi ludzie zaczynają oglądać telewizję, zamiast spotykać się, grać w karty i tańczyć. Zaczęliśmy zamykać się w małych grupach przed telewizorem, potem indywidualnie przed komputerem a teraz siedzimy w kawiarni każdy z telefonem w ręku. Co się stanie, gdy jeszcze dojdzie nam praca zdalna? Czy będziemy komputerami, które procesują, przetwarzają informacje, wykonują zadania, są w tym efektywne i nic więcej? To jest trochę niepokojące.

A może bardziej docenimy kontakty z ludźmi? Dzisiaj naprawdę wiele dałabym za kawę z przyjaciółką w kawiarni.

Może sobie uświadomimy, co jest dla nas ważne. Tylko z perspektywy, którego pokolenia to mówimy? Pokolenia X lub Y? Dla tych ludzi relacje osobiste są bardzo istotne. Czy tak samo myśli i czuje najmłodsze pokolenie Z, urodzone po 1995 roku, które wchodzi teraz na rynek pracy? Tego nie jestem pewna. Trzeba ich o to zapytać.

6 wyzwań pracy zdalnej w dobie koronawirusa:

  • poczucie społecznej izolacji i osamotnienia,
  • spadek motywacji i poczucia przynależności,
  • trudności w utrzymaniu równowagi między pracą a odpoczynkiem,
  • utrudniona komunikacja i przepływ informacji,
  • utrudnienia związane z ograniczeniami mieszkaniowymi i sytuacją rodzinną,
  • trudności w zarządzaniu zespołem przy braku osobistego kontaktu.
     

Małgorzata Kniaź: ekspertka w dziedzinie przywództwa i zarządzania, certyfikowany trener biznesu i coach. Przez kilkanaście lat czynnie związana z biznesem. Zarządzała zespołami w Polsce, Austrii i Niemczech. Przeszkoliła ponad 2 tys. menedżerów w kraju i za granicą. Zobacz więcej na: www.malgorzatakniaz.com

 

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
moda fair trade
Adobe Stock

T-shirt od podszewki: poznaj kulisy współczesnego niewolnictwa

Za nasze tanie ubrania oni płacą swoim życiem.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Katastrofa w Bangladeszu, w której giną setki szwaczek. A w tle znane marki, tanie ubrania, wyzyskiwani robotnicy, zadowoleni klienci. Dziennikarz Marek Rabij zbadał kulisy współczesnego niewolnictwa.   Paweł Sulik: Dlaczego pojechał pan do Bangladeszu? Marek Rabij: Jako dziennikarz zajmuję się globalizacją, a raczej tym, co dobrego lub złego przynosi. Kiedy 24 kwietnia 2013 roku zawalił się budynek Rana Plaza, pod którego gruzami zginęły setki ludzi, pojechałem do Bangladeszu, aby dowiedzieć się, kto i w jakich warunkach tam pracował.   W tej największej katastrofie w historii przemysłu odzieżowego było też coś, co niestety umykało mediom. Co prawda podawano liczbę 1127 ofiar, ale często zapominano dodać, że były to głównie kobiety – szwaczki. Mało kto też zastanawiał się, dlaczego właściwie przyszły do pracy, skoro ludzie już wcześniej widzieli niebezpieczeństwo zawalenia się budynku, a niektórzy nie chcieli nawet rozpocząć pracy tego dnia.   I o tej katastrofie wtedy na gorąco napisał pan reportaż. Tak, pod znaczącym tytułem „Krew, pot i szwy”. Opisywałem fatalne warunki pracy bangladeskich szwaczek, ich głodowe zarobki. Szukałem też dowodów na to, że szyto ubrania dla polskich firm, ale nie znalazłem. Dopiero czeskiemu fotografowi udało się zrobić zdjęcia polskich metek na gruzach budynku.   To był zwrot w całej sprawie. Nie mogliśmy już mówić, że to się dzieje gdzieś daleko i jest straszne, ale my za to nie odpowiadamy. Okazało się, że odpowiadamy. Od tego momentu wiedziałem, że muszę wrócić do Bangladeszu. Porozmawiać ze szwaczkami, z ludźmi z fabryk odzieżowych.   O katastrofie mówiły media na całym świecie. Padły zarzuty pod adresem wielu znanych, również polskich firm. Jak one zareagowały? W...

Czytaj dalej
wielkanocne pisanki
Adobe Stock

Wielkanoc w czasach pandemii. Jakie będą te święta?

Nie udawajmy, że nie jest ciężko. Bo jest. Trudne są ograniczone kontakty, ale naprawdę warto zostać w domu  – mówi psycholog Dorota Szymczak.
Aleksandra Nowakowska
10.04.2020

Jak z perspektywy gabinetu psychologicznego po miesiącu izolacji społecznej wyglądają rodziny?  Rodzice bywają wieczorami tak zmęczeni, jak nigdy dotąd. Małe dzieci zadają trudne pytania, bo boją się o życie dziadków. Nastolatki buntują się przeciw restrykcjom. Pewne więzi w bliższej i dalszej rodzinie się aktywują, bo martwimy się o siebie nawzajem. Na światło dzienne wychodzą problemy w związkach. Jakie będą w tym roku święta? Inna Wielkanoc Aleksandra Nowakowska: Jak pandemia wpływa na rodziny?  Pandemia przeszyła wszystkie rodziny na wskroś. Niezależnie od tego, co było tematem dotychczasowych sesji, rozmawiamy teraz z klientami o tym, jak izolacja wpływa na uczucia ich oraz najbliższych. Tego tematu nie da się pominąć, bo ludzkie emocje zostały przez pandemię całkowicie przejęte. Można powiedzieć, że żyjemy w stanie wojennym. Wszystko nam się zmienia – życie rodzinne, realia zawodowo-finansowe. I tym nowym wyzwaniom musimy sprostać. Jednym z nich jest to, że większość rodzin przebywa teraz ze sobą 24 godziny na dobę.   Tak. Rodzice muszą przez całe dnie opiekować się dziećmi, a są przyzwyczajeni do codziennej pomocy pracujących w przedszkolach i szkołach pedagogów. To nie są wakacje. Rodzice pracują w trybie home office a dzieci, nawet przedszkolaki, dostają zadania domowe do wykonania. Dzieciom, zwłaszcza, we wczesnych klasach podstawówki trzeba dużo pomagać w lekcjach. Jeśli do tego dochodzi praca zdalna oraz codzienne domowe obowiązki, wieczorem tacy rodzice są zmęczeni jak nigdy dotąd. A jeśli mają dzieci z trudnościami rozwojowymi – na przykład rozkojarzone czy nadpobudliwe – zostali teraz z nimi zupełnie sami. Inni nadal wychodzą do pracy, nawet mając dzieci w wieku szkolnym, ponieważ boją się straty źródła utrzymania. 30 i 31 marca sporo klientów...

Czytaj dalej
Katarzyna Szczerbowska
archiwum rodzinne

„Chciałabym odkleić od schizofrenii stereotypy i mity” – mówi Katarzyna Szczerbowska, asystentka zdrowienia 

„Wszystkiego się bałam. Źle reagowałam na mamę, która chciała mnie uczesać, a kiedy próbowała mnie kąpać, oblewałam ją wodą z prysznica” – mówi o swoim doświadczeniu psychozy Katarzyna Szczerbowska.
Kamila Geodecka
17.12.2020

Człowiek w kryzysie psychicznym krzyczy o pomoc, ale często pomocną rękę odrzuca. Jest wykończony, nieufny, nie ma w nim nadziei na to, że wyzdrowienie jest możliwe. Wszyscy dookoła też tak myślą: „Choroba psychiczna to już jest na zawsze, z taką chorobą nie da sie pracować” – krążą mity. Stereotypów jest jeszcze więcej, a stygmatyzacja  tych osób wciąż jest żywa. Dla osób w kryzysie psychicznym pomocą mogą być lekarze, psychoterapeuci, ale także asystenci zdrowienia. Jedną z takich asystentek jest Katarzyna Szczerbowska, która sama przeszła przez kryzys psychiczny połączony z diagnozą schizofrenii. Obecnie jest rzeczniczką Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, rzeczniczką Kongresu Zdrowia Psychicznego, asystentką zdrowienia oraz działaczką  w Fundacji eFkropka. Kamila Geodecka: Jesteś jedną z osób, które głośno mówią o swojej chorobie. Katarzyna Szczerbowska: Zaburzeniom psychicznym towarzyszy mnóstwo stereotypów. Opowiadam o tym, żeby zamienić je w wiedzę, żeby pokazać prawdziwe oblicze tego doświadczenia. Jeden z największych mitów dotyczący zaburzeń psychicznych mówi o tym, że to choroby na całe życie, tymczasem zawsze jest szansa na to, żeby żyć w zdrowiu. Pierwszej psychozy doświadczyłam, kiedy miałam 38 lat. To taki stan przypominający sen. Człowiek zatapia się w świecie iluzji, absurdalnych myśli. Może mu się wydawać na przykład, że wszyscy są w spisku. Słyszy, widzi rzeczy, które nie istnieją, czuje zapachy, których nie ma. Moja choroba miała dramatyczny przebieg. Nie poznawałam bliskich, nie pamiętałam kim jestem, nie chciałam jeść, miałam pampersa, bo zapomniałam o potrzebach fizjologicznych. Dużo czasu spędzałam w pasach przypięta nimi do łóżka,...

Czytaj dalej
Adobe Stock

Czy po koronawirusie czeka nas kolejna pandemia – plaga rozwodów?

Znikają codzienne atrakcje – spotkania ze znajomymi, wyjścia na miasto, wspólne zakupy. Izolacja pokazuje jaką relację tworzymy i czy jesteśmy sobie bliscy, kiedy naprawdę musimy być blisko.
Aleksandra Nowakowska
27.03.2020

Czy COVID-19 zbliży nas do siebie czy oddali na zawsze? Pandemia w każdej dziedzinie życia, też relacyjnej, wciąż przynosi więcej niewiadomych niż pewności. Można jednak przypuszczać, że efektem przymusowej domowej izolacji będą rozstania tych par, które straciły przyjemność z przebywania razem, a także ludzi, którzy nie potrafią się wspierać w sytuacji kryzysowej.  Pandemia 2.0 Aleksandra Nowakowska: W chińskich urzędach wprowadzono limit – tylko 10 wniosków rozwodowych dziennie. Czy fala rozwodów – jako konsekwencja izolacji domowej podczas pandemii koronawirusa – dotrze też do Polski? Fala rozwodów będzie dotyczyć wszystkich krajów dotkniętych pandemią. Izolacja społeczna wywołuje konkretne skutki i jednym z nich jest – obserwowana już w Chinach – przyspieszona destrukcja tych związków, które od pewnego czasu mierzyły się z mniej lub bardziej uświadomionym kryzysem. Myślę, że rozstania w pierwszej kolejności dotkną relacji powierzchownych, czyli tych par, które mijały się w pośpieszne poranki, a po późnych powrotach do domu każde wpatrywało się w swój komputer lub telefon. Nie mieli nawet czasu na przemyślenia na temat związku i podjęcie decyzji o rozwodzie. Teraz kiedy będą musieli przez dłuższy czas przebywać ze sobą, prawdopodobnie dojdą do wniosku, że niewiele ich już łączy, ale wcześniej izolacja domowa może okazać się dla nich koszmarem. Przymusowe przebywanie w domu to nie są wakacje ani święta. Mierzymy się z ogromnym stresem – o zdrowie i życie nasze oraz bliskich. Sporo osób boi się o dalszy rozwój kariery i o pieniądze. Stres narasta, niektórzy liczą się z bankructwem, koniecznością zmiany pracy, czy choćby z dłuższym kryzysem finansowym. Większość z nas z niepewnością. Na sesjach...

Czytaj dalej