Rodzina patchworkowa: czy on pokocha moje dzieci? - wywiad z psychologiem
Getty Images

Rodzina patchworkowa: czy on pokocha moje dzieci? - wywiad z psychologiem

„Zobacz, to są moje dzieci i ty masz je tak samo kochać jak mnie”. Ale to jest nie do zrobienia. Dlatego, że inaczej się kocha kobietę, a inaczej kocha się dzieci. Poza tym nawet własnych dzieci nie kochamy automatycznie, tylko się ich uczymy.
Anna Maruszeczko
22.10.2018

Rodzina patchworkowa przeżywa inne problemy niż rodzina, w której dzieci mają biologicznych rodziców. Przykład: nowy partner mamy dzieci nie był zainteresowany przejęciem kontroli, władzy, tylko tym, co im dać, żeby trochę wzrosły. Bacznie się im przyglądając, zauważył podstawowy deficyt, jakim był brak uwagi. „Kobiety nie mogą swoją miarką mierzyć partnera, który ma krótszy albo żaden staż rodzicielski. Na początku taki mężczyzna bardziej potrzebuje wsparcia, niż to wsparcie może dawać. Ale jeżeli partnerzy się naprawdę kochają, to dzieci będą objęte tą miłością” – zapewnia psychoterapeuta i filozof Jacek Masłowski.

Anna Maruszeczko: Mamy nową parę, która się na tyle mocno kocha, że planuje wspólne życie, ale – UWAGA! – ona ma dzieci. On deklaruje, że nie ma nic przeciw, a mimo to wspólne życie się nie układa.

Jacek Masłowski: A czy on już jest tatą? Pytam, ponieważ jest grupa mężczyzn, którzy nie są w  stanie być ojcami dla nie swoich dzieci. Z reguły dotyczy to tych, którzy mają już swoje. Przeżywają coś w rodzaju dylematu, poczucia winy, blokady: „Skoro nie mogę być ojcem dla własnych dzieci, to czy będę potrafił być ojcem dla cudzych? Swoim coś zabrałem, tym mam dać? Czy to jest w porządku?”. To praktycznie uniemożliwia wejście w głęboką relację z nową partnerką. Drugie pytanie, które mi się nasuwa, to: „Czy ta kobieta szuka partnera dla siebie, ojca dla swoich dzieci czy może jednego i drugiego?”.

Jednego i drugiego! To chyba oczywiste?

Wcale nie. Czasem kobieta szuka przede wszystkim opiekuna dla swoich dzieci. W tym przypadku jest tak: „Kochaj mnie w pakiecie z moimi dziećmi”. Tylko że dzieci stają okoniem. Bo dzieci już mają tatę. Nie trzeba być na co dzień ze sobą, żeby dzieci przeżywały relację z ojcem jako głęboką i ważną. One po prostu nie mają w sobie miejsca na jeszcze jednego mężczyznę w funkcji ojca tylko dlatego, że ten jest partnerem mamy, nawet już pod jednym dachem, nawet na co dzień. I zaczynają grę na zasadzie: „My już tatę mamy, nie masz nad nami żadnej władzy”. To nierzadko przeradza się w silny opór, który może skutkować chęcią usunięcia tego mężczyzny z życia rodziny. Dzieci zazwyczaj nie są przygotowywane do nowej sytuacji przez swoich rodziców.

Chyba przez mamę? Przecież w tym przypadku dzieci mieszkają z mamą.

Tak. I mimo wszystko mają tatę.

Czy to nie jest idealizm, żeby zakładać, że były mąż czy partner tej kobiety będzie przygotowywał grunt pod jej nowy związek? Ludzie rzadko rozstają się w pokoju, poza tym ona mogła nie mieć z nim do czynienia przez wiele lat.

Ale dzieci mają z ojcem do czynienia. I  można sobie wyobrazić, że spotykają się z nim i mówią tak: „Tato, jakiś facet się pęta po naszym domu i mówi nam, co mamy robić, a my kochamy ciebie i  go nie lubimy”. Wtedy reakcja ojca jest nie do przecenienia. On im w  swojej małostkowości może oczywiście powiedzieć: „Macie rację. Pokazujcie mu środkowy palec”. Ale reakcja może też być na przykład taka: „Słuchajcie, to jest partner waszej mamy. My się rozstaliśmy jakiś czas temu, ja was dalej kocham. Ale to może być całkiem fajny facet. Dajcie mu szansę”. Czy to jest idealizm? Przecież ten mężczyzna może zobaczyć w nowej sytuacji byłej partnerki także pozytywny aspekt życia własnych dzieci.

Ważne jest też, jak mama zarządzi tą sytuacją. Wiele kobiet wprowadza nowego mężczyznę w swoje życie na zasadzie klina, który ma się wbić pomiędzy ojca biologicznego – bo „już go nie lubię”, bo „był niefajnym gościem”, bo „mnie zdradził” – a dzieci, które są z ojcem związane. To jest duży błąd ze strony kobiety.

To jest wywoływanie w dzieciach konfliktu lojalności.

Zdecydowanie. Jest jeszcze inna przyczyna ich oporu, mianowicie skłonność do zawłaszczenia: „Mama jest nasza”. W przypadku dzieci można zrozumieć takie zachowanie. Nawet gdy rodzi się nowe dziecko tych samych rodziców, to na samym początku naturalną reakcją jest niechęć do tego nowego. I nieważne, czy dziecko ma lat pięć czy siedemnaście, to i tak boleśnie odczuwa, że musi się trochę posunąć na tej ławce, zrobić miejsce komuś, kto siłą rzeczy stanie się nagle najważniejszy.

Do tej pory to dzieci były wszystkim dla tej kobiety. Być może przelewała na nie całą swoją miłość, kompensując sobie tym brak partnera i potrzebę kochania. To sprawiało, że dzieci mogły czuć się ważniejsze, niż wynikałoby to z ich roli. Nie wspominam już o tym, że teraz dzieci są przyzwyczajone do tego, że znajdują się w centrum uwagi. Więc nowy partner mamy to ich konkurent po prostu. I wreszcie może być tak, że ten nowy domownik reprezentuje wartości czy przekonania kompletnie niepasujące do świata, w którym dzieci były dotąd wychowywane.

To wszystko brzmi logicznie, a ona i tak nie może zrozumieć, dlaczego jej cudowne dzieci nie podzielają jej szczęścia. Mało tego, nieoczekiwanie zamieniają się w jej największych wrogów, wszczynają awantury albo demonstracyjnie chodzą smutne.

To prawda, niemała liczba kobiet jest zaskoczona tym, że dzieci reagują inaczej niż ona. Ale może to jest ważny moment rozwojowy dla tej relacji. Bo kto powiedział, że jeśli rodzic lubi schabowe, to dzieciom też będą smakowały?

Zapominamy czasem, że mężczyzna, z którym jesteśmy w jakiejś relacji od pewnego czasu, to dla naszych dzieci zupełnie obcy człowiek.

Całkowicie obcy człowiek. Jego pojawienie się wiąże się ze zmianą. A  zmiana u bardzo wielu osób wywołuje strach. Ze strachu bierze się złość. Ze  złości sabotaż tej zmiany. Dzieci zaczynają sabotować, ale też matka może zacząć się frustrować i obracać przeciwko własnym dzieciom: „Stają na drodze do mojego szczęścia”. Ale przecież dzieją się takie rzeczy.

Podobno te dzieci, które zamieniają się w „jeże”, wystawiają kolce, tak naprawdę w głębi chciałyby bliskości z nowym partnerem mamy, tylko lęk przed zranieniem, przed brakiem wyłączności, jest tak duży, że nie potrafią nad tym zapanować.

I odstraszają go. Nie do końca podzielam optymizm związany z tą teorią. Na pewno bardzo dużo zależy od tego, jak wygląda uwewnętrzniony obraz ojca u  tych dzieci. Jeżeli ojciec jest autorytetem, to uwierz mi, dziecko w ogóle nie wpadnie na pomysł, żeby budować więzi z kimś nowym, tylko przygląda się mu pod kątem tego, jak bardzo jest słabszy od jego ojca. Im bardziej jest słaby, tym bardziej go nie toleruje. To  nie jest standard. Powtarzam: bardzo dużo zależy od siły więzi z ojcem. Ale czasem ten ojciec jest po prostu niezastępowalny. Żaden mężczyzna nie ma szans wejść w jego buty, niezależnie od tego, jak bardzo się stara.

Czyli to jest przekreślona szansa na udane życie partnerskie matki?

Niestety. To się może ułożyć dopiero, gdy dzieci są już duże. Wcześniej kobieta też ma konflikt lojalnościowy. Jeśli pomyśli o sobie, to jeszcze raz skrzywdzi swoje dzieci.

Dlaczego jeszcze raz?

Bo ojca nie ma z nimi na co dzień, to już jest jedno skrzywdzenie. A teraz dzieci byłyby w pewnym sensie porzucone przez matkę. Wiele kobiet nie idzie za głosem serca i nowym partnerem, lecz oddelegowuje go z powrotem do świata i  zostaje z dziećmi. Tylko potem słyszymy: „To ja dla was…”.

Ale przecież ta kobieta nie musi ogłaszać, że „Oto zamieszka z wami następca taty”. Ona go może wprowadzić do domu nawet nie na zasadzie ojczyma, tylko wujka, przyjaciela…

Jednak on musi się utrzymać w takim wizerunku. Rzeczywiście, wielu mężczyzn przyjmuje taką taktykę. To nie jest pan Piotr, wujek, ojczym, tylko to jest na przykład Andrzej. Taki trochę starszy kolega, z którym można się powygłupiać. Wielu tych Andrzejów, niestety, ma kłopot w utrzymywaniu granic, bo trzeba swoje granice rozpuścić, żeby się stać kolegą, często trzydzieści lat młodszych od siebie chłopaków czy dziewcząt. Wtedy jest mała szansa na funkcje wychowawcze, które są oparte na granicach, aczkolwiek duża, jeżeli chodzi o  modelowanie postaw. Tylko ten człowiek musi być w  tym autentyczny, bo  jak będzie udawał, to po pewnym czasie się zmęczy i stanie się jednak panem Andrzejem, a cała ta misternie tkana układanka się rozsypie.

Ciężka rola. Na początku można być kolegą i rozpuszczać te granice, ale z czasem kobieta może wyrazić potrzebę, by on jednak włączał się w proces wychowywania dzieci. Ale gdy ten zaczyna się udzielać w tym kierunku, to ona zaczyna go krytykować.

To zależy od dojrzałości kobiety. Są kobiety, które rzeczywiście stwarzają taką dychotomię, bo z jednej strony mówią: „Ty weź coś z nim zrób”, a potem: „Dlaczego byłeś taki brutalny?”. I ten człowiek jest „rozgrywany” kompletnie. Prawdę powiedziawszy, nie jest w stanie w tej relacji zbudować swojego autorytetu, bo dzieci widzą, że on jest przez mamę zaanektowany, więc siłą rzeczy to mama jest autorytetem i to z nią załatwia się ważne rzeczy, a on siedzi na tylnym fotelu samochodu i jest wożony.

Naprawdę nic się nie da zrobić?

Da się. Wielu mężczyzn próbuje wprowadzać działania wychowawcze, gdy dzieci są już nastoletnie i to się czasem udaje. To jest wyjątkowo istotny okres z punktu widzenia dawania wsparcia matce. Bo gdyby ta kochająca, akceptująca matka nagle zmieniła się w taką, która jest wymagająca, stawiająca granice, to dla wielu dzieci byłby to szok poznawczy, mogłyby się po prostu poczuć przez nią niekochane itd. To, niestety, u wielu tych młodych ludzi może spowodować, że –  jak to się mówi – zejdą na złą drogę. „Matka mnie porzuciła, zdradziła...” „A jaka jest fajna dla niego… Trzeba się już zabierać z tego domu”.

Więc ten nowy partner akurat tu może się przydać?

Może się przydać, chociaż może też usłyszeć owo słynne zdanie: „Nie będziesz mi mówił, co mam robić. Nie jesteś moim ojcem”. Tu zaczynają się schody, ponieważ wielu mężczyzn nie potrafi sobie poradzić z tym komunikatem.

I wtedy on sobie myśli: „Nie, w co ja się wpakowałem? Wychodzę ze skóry, żeby coś dla tego dziecka zrobić, a ono mi się tak odpłaca”.

Jeżeli te dzieci są już nastoletnie, to on prawdopodobnie nie zdążył zbudować sobie autorytetu u tych dzieci. Chyba że jakimś cudem jest znanym rockmanem i akurat dzieci słuchają jego kapeli. (śmiech) To jest bardzo trudna rola. On musi umieć być sobą, a jednocześnie będąc sobą, musi umieć dawać tym dzieciom to, co jest dla nich atrakcyjne, żeby je sobie zjednać. I na dodatek to musi być tak robione, by budować w dzieciach przekonanie, że on wie lepiej. Wielu mężczyzn, zwłaszcza na początku drogi, poświęca masę czasu tym nie swoim dzieciom – organizują wspólne zabawy, stają się powiernikami opowieści na temat tego, co było w szkole, kupują prezenty, budują razem zamki, podobnie jak ojcowie, którzy spędzają z nimi tylko weekendy.

To jest zawsze święto.

Fajerwerki, które nie mają nic wspólnego z codziennością. Ale jeżeli ten mężczyzna sprawi, że dzieci go polubią, to ważne, żeby powoli wprowadzał wątki wychowawcze, tylko – uwaga! –  poprzez dawanie przykładu, a nie dyscyplinowanie. Powoli, nic na siłę. I żeby matki z  tym nie przesadzały. Bo one mają takie zakusy: „Moje status quo jest zachowane, ja jestem nadal dobrą mamą, a ty masz dyscyplinować nasze dzieci”.

Lepsze są demokratyczne zasady funkcjonowania w takim układzie?

Pracowałem kiedyś z pewnym mężczyzną, który był w związku z kobietą, która miała trudne dzieci. Nie wchodząc w  szczegóły – naprawdę wysoki poziom roszczeniowości. (śmiech) W wieku pięciu i siedmiu lat. Mówił mi wprost, że są rozwydrzone, nie do wytrzymania, po prostu masakra. I co ten mężczyzna zrobił? Był obecny po prostu, chociaż nawet z nimi nie mieszkał. Oswajał je ze sobą bardzo powoli. I słuchał, co te dzieci do niego mówią, uważnie im się przyglądał. To było w nim genialne i budziło mój podziw. On się przyglądał, jak wygląda relacja dzieci z ojcem, jak wygląda relacja z matką, gdzie są deficyty. Podstawowym deficytem był deficyt uwagi po prostu. Gdy się słucha i obserwuje dzieci, naprawdę dużo można osiągnąć.

A kim był z wykształcenia?

Prawnikiem, żeby było weselej. Był po prostu empatycznym człowiekiem. Ojcem dorosłego syna. W tej nowej relacji z dziećmi nie był zainteresowany realizowaniem swoich potrzeb, budowaniem autorytetu, staniem się ważnym, przejęciem kontroli, władzy, tylko tym, co tym dzieciom dać, żeby one trochę wzrosły. I to się udało.

Taka sytuacja: „Jeżeli chcesz być ze mną, musisz być tak samo dobry dla mnie, jak dla moich dzieci”.

To bardzo znamienne. Dla mnie to jest komunikat: „Wiążę się z tobą dlatego, że chcę mieć ojca dla swoich dzieci”.

Dlaczego?! To jest tylko wyraz matczynej troski o dzieci.

Jeżeli się naprawdę kochamy, to dzieci nie są w stanie temu przeszkodzić. Mam jednak w sobie przekonanie, że miłość partnerska jest prymarna w stosunku do miłości rodzicielskiej. A to jest taka sytuacja, jakby ona mówiła: „Zobacz, to są moje dzieci i ty masz je tak samo kochać jak mnie”. To jest nie do zrobienia.

A przynajmniej na starcie?

W ogóle nie do zrobienia. Dlatego, że inaczej się kocha kobietę, a inaczej kocha się dzieci.

Dlatego pewnie czasem ten mężczyzna nie chce, ale pominie dzieci swojej partnerki w jakiejś sprawie, a dla kobiety to już go przekreśla.

Bo ona się z tymi dziećmi utożsamia. I  dlatego właśnie powiedziałem, że dla mnie to tej kobiecie zależy na ojcu dla dzieci, a nie na partnerze.

Czy on w ogóle rozumie, w co wchodzi?

Moim zdaniem nie wie, w co wchodzi, z  jednego prostego powodu – bo nie ma żadnych doświadczeń ojcowskich.

I co w takiej sytuacji?

Ciekawa rzecz się dzieje. Kobieta widzi dorosłego mężczyznę i zakłada, że on jest tak samo gotowy do ojcostwa, jak do partnerstwa, ale przecież on się musi tego nauczyć, nie było go przecież przy narodzinach jej dzieci... Dla wielu ojców, nawet z niemałym doświadczeniem, to jest wyzwanie o wiele trudniejsze niż wychowanie własnych dzieci. Kobiety nie mogą swoją miarką mierzyć partnera, który ma krótszy albo żaden staż rodzicielski. Tak naprawdę, przynajmniej przez pewien czas, taki mężczyzna bardziej potrzebuje wsparcia, niż to wsparcie może dawać.

Jak mężczyzna znosi fakt, że nie ma swoich dzieci i bierze odpowiedzialność za cudze?

Znam takich mężczyzn, którzy nie mają własnych dzieci, ale są doskonałymi ojcami dla nie swoich dzieci. Nie we wszystkich mężczyznach widzę dążenie do posiadania własnego potomstwa. Natomiast nierzadko spotykam się z  sytuacją, gdy kobieta, która jest już matką, wchodząc w nową relację z mężczyzną, chce mieć z nim jeszcze dziecko.

To jest łatwiejsze wtedy?

Różnie to bywa. To „nasze” może być preferowane albo też starszym dzieciom może się tak wydawać. I trzeba by było zadbać o ich poczucie bezpieczeństwa. 

Może się zdarzyć, że nowy partner najpierw deklaruje, że jej dzieci są dla niego ważne, a potem dezerteruje. Czy kobieta może, po jakichś cechach jego charakteru czy po sposobie zachowania, to zawczasu rozpoznać?

Pewnie tak. Ale inaczej na to pytanie odpowiem. Podstawowym wyzwalaczem takiej niepożądanej sytuacji jest fakt, że kobieta umieszcza tego mężczyznę przede wszystkim w roli ojca jej dzieci, a nie swojego partnera. To naprawdę źle wróży temu związkowi. Powiedziałbym, że już na starcie jest prawie pozamiatane. Wcześniej czy później ten mężczyzna zacznie się dusić w tym układzie, bo to będzie taka sytuacja: „Ja świadczę usługi, ale sam nie dostaję odpowiedniego wynagrodzenia”. Czyli jeśli się wyrabiam jako ten, który wozi do przedszkola, odrabia lekcje, chodzi na piłkę, czyta bajki, to jest fajnie, ale jakbym chciał coś od tej kobiety dostać, to ląduję w salonie na kanapie.

Często jest tak, że kobieta szuka bardziej ojca dla dzieci niż partnera dla siebie?

Często. Bo jest umęczona życiem po prostu. Bo sama może nie miała ojca, który był zaangażowany. Przyczyn może być wiele. I to wcale nie musi być kalkulacja, wyrachowanie, niecny plan. Typowa sytuacja jest taka: Na początku mamy eksplozję miłości i mężczyzna w to wchodzi: „A tam, poradzę sobie z  tymi dziećmi. Taka kobieta, wow!”, ale z czasem ona zaczyna wycofywać swoją miłosną energię. Myśli sobie: „Nareszcie będę miała lżej”. Ale to już jest forma użycia tego człowieka do swojego celu. To staje się wyczuwalne.

Czy w mężczyznach jest gotowość do takich związków, czy oni przed tym raczej pierzchają?

Nie znam statystyk. Ale jeżeli mężczyźni uciekają, to nie od kobiet, tylko od warunków, które one tworzą. Jeszcze raz powiem dobitnie, że prymarna jest relacja partnerska, a rodzicielska jest druga w kolejności.

Ale chyba nie dajemy tu przyzwolenia na zaniedbywanie dzieci?!

Nie! Chodzi o to, że jak nie jesz, to nie masz siły, żeby pracować. Tak samo w  relacji partnerskiej – jak ja nie jestem nakarmiony uwagą, uczuciem, to nie mam siły, żeby być dobrym opiekunem dla tych dzieci.

Nie na odwrót? Przecież dziecko tu powinno być w centrum uwagi – ponieważ zależne, bezbronne. Już raz ucierpiało, jego rodzice się rozstali, rozwiedli…

Ale dlaczego się rozstali? Bo przestali być ważni dla siebie. Jeżeli partnerzy są ważni dla siebie, jeżeli się kochają, to dzieci są objęte tą miłością.

Jacek Masłowski - psychoterapeuta i filozof, prowadzi warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes Fundacji Masculinum, pracuje w Instytucie Psychoterapii Masculinum.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
mediacje rodzinne
Getty Images

Rozwód? Mediacje rodzinne to ostatnia szansa przez rozpadem związku

Mediacje rodzinne może uchronić przed rozwodem albo sprawić, że rozwód przebiegnie spokojniej. Na czym polegają? Pytamy mediatorki, Anny Cebulko.
Karolina Rogalska
21.10.2018

Z perspektywy mediatorki widzę, jak często mamy kłopot w kontaktach z bliskimi. Nie rozmawiamy z partnerami o tym, co nas niepokoi. Nie komunikujemy potrzeb. Robimy to dopiero wtedy, gdy jesteśmy już ekstremalnie wściekłe i sfrustrowane. A skrajne emocje blokują nam możliwość porozumienia” – mówi w „Urodzie Życia” Anna Cybulko, wykładowczyni i mediatorka w sprawach cywilnych i rodzinnych. Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Mediacje rodzinne to takie rozmowy ostatniej szansy. Skrajne emocje. Pewnie się pani nasłucha płaczu, krzyków? Anna Cybulko:  Emocji jest rzeczywiście dużo. Podczas mediacji ludzie zwykle bardzo szybko wchodzą w te same schematy reagowania, które stosują, kłócąc się w  domu. Czasem destrukcyjne: agresywne, sarkastyczne, przemocowe. Rola mediatora polega między innymi na tym, żeby pomóc im te schematy dostrzec, przewentylować emocje. Żeby ludzie mogli się wzajemnie spotkać, usłyszeć, porozumieć. I wypracować wspólnie rozwiązania, które zadowolą obie strony sporu. Część par na mediacje zgłasza się z własnej inicjatywy, czasem takie rozwiązanie proponuje sąd. Ale zawsze naczelną zasadą jest dobrowolność – ludzie muszą chcieć się dogadać. Najtrudniejsze jest pierwsze spotkanie. Potem już jest tylko lepiej. Co podsyca konflikt? Powodów może być wiele. Podzieliłabym je roboczo na trzy poziomy. Pierwszy to różnice społeczne: odmienne potrzeby, wartości, oczekiwania, style życia, konteksty rodzinne, w których się wychowywaliśmy. Drugi to poziom indywidualny. Tu przeszkody mogą być natury psychologicznej: brak poczucia bezpieczeństwa, stabilności czy własnej wartości. Ostatni, ten najbliższy mojej pracy, to poziom komunikacyjny. Z perspektywy gabinetu widzę, jak duża część z nas ma z tym kłopot. Nie rozmawiamy z partnerami...

Czytaj dalej
Joanna Zielińska Centrum Rozwodowego Kobieta i Rozwód
Krzysztof Winter, Atelier de MoMo

Jak przeżyć rozwód? Pozwól się sobą zaopiekować, wypłacz się i weź adwokata, radzi prawniczka, Joanna Zielińska

Joanna Zielińska pomaga w „Centrum Rozwodowym Kobieta i Rozwód” tym, które potrzebują porady lub po prostu tego, by ktoś na chwilę wziął je pod swoje skrzydła.
Aleksandra Pezda
22.10.2018

Rozwód to jedna z trudniejszych decyzji w życiu. Zauważyłam, że dla kobiet szczególnie. Mężczyźni podchodzą do sprawy zadaniowo: jest problem, trzeba go rozwiązać, a kobiety zazwyczaj reagują wielkim stresem, niepewnością, poczuciem winy. Dlatego tak ważna jest pomoc”, mówi prawniczka Joanna Zielińska. Aleksandra Pezda: Czytelniczki zgłosiły panią do naszej akcji „Kobiety kobietom”, jak pani myśli, dlaczego? Joanna Zielińska: Może dlatego, że posiadam cechy, które pozwalają im się przy mnie czuć swobodnie i otworzyć? Zawsze tak było, jeszcze zanim otworzyłam Centrum Rozwodowe Kobieta i Rozwód we Wrocławiu. Przez lata pracy w kancelarii notarialnej i wtedy, gdy przyjmowałam skargi w radzie osiedla – kobiety przychodziły tam ze swoimi sprawami i właśnie w mój rękaw potrafiły się wypłakać i opowiedzieć, co się z nimi dzieje. A ja im pomagałam znaleźć rozwiązanie. Dlaczego akurat w sprawach rozwodowych? Rozwód to jedna z trudniejszych decyzji w życiu i trudny proces do przejścia. Zauważyłam, że dla kobiet szczególnie. Mężczyźni częściej podchodzą do sprawy zadaniowo: jest problem, szybko go rozwiązujemy i zapominamy, panie zazwyczaj reagują inaczej – wielkim stresem, niepewnością, poczuciem winy. Niejeden raz opowiadały mi o lękach, jakie im towarzyszą, kiedy wchodzą do kancelarii prawnych. To są zazwyczaj ekskluzywne wnętrza, specjalnie zresztą zaprojektowane tak, aby dało się odczuć powagę prawa i ciężar wymiaru sprawiedliwości. Proszę więc sobie wyobrazić, że wchodzi tam pani w momencie, w którym nie ma się na kim oprzeć, bo najbliższa osoba w  pani życiu – czyli mąż – stoi po drugiej stronie barykady. Może po prostu przestaliście do siebie pasować, ale może on panią zdradził? Jest pani w rozsypce, to zły moment w życiu, tymczasem...

Czytaj dalej
Daria Skrzypczak-Kozikowska
Rafał Masłow

Adwokatka kobiet: „Polacy są dobrze wyedukowani, jak nie płacić alimentów na swoje dzieci” 

„Nie jesteśmy z natury ani szlachetniejsze, ani uczciwsze od mężczyzn. Ale pełniąc określone funkcje w życiu, musimy zadbać o nasze prawa”, mówi Daria Skrzypczak-Kozikowska, prawniczka.
Sylwia Niemczyk
07.09.2020

Alimenty, opieka nad dzieckiem albo procesy o mobbing – Daria Skrzypczak-Kozikowska reprezentuje kobiety, które muszą dochodzić swoich praw w sądzie nieraz miesiącami albo całymi latami. Na sali sądowej widzi łzy, często jest świadkiem wielkich emocji.  Sylwia Niemczyk: Pamiętasz swój pierwszy proces w sądzie? Daria Skrzypczak-Kozikowska: Oczywiście! Sprawa o zabójstwo, w grę wchodziła kara 25 lat więzienia. Jeszcze jako nieopierzona aplikantka – bo ja tej sprawy nie prowadziłam, tylko przyglądałam się temu, co mówi i robi mój patron – siedziałam w sali rozpraw z przeświadczeniem, że tak mile wyglądający, spokojny gość nie mógłby przecież być zabójcą. A on nagle wstaje na rozprawie i przyznaje się do winy. I choć to był wtedy dla mnie szok, to dzięki tamtej sprawie uświadomiłam sobie, że moja ocena, czy oskarżony jest winny, czy nie, nie jest tak istotna. Zadaniem adwokata jest to, by zadbać o prawa oskarżonego i dać mu możliwie najlepsze wsparcie.  A jaka była pierwsza sprawa, którą już prowadziłaś sama? W sądzie rodzinnym o ustalenie kontaktów z dzieckiem i o powierzenie władzy rodzicielskiej matce. Wtedy myślałam, że biorę udział w batalii – dziś wiem, że w sumie to była bardzo ugodowa sprawa, bo choć rodzice dziecka nie mogli porozumieć się w kilku kwestiach, to zakończyła się na kilku posiedzeniach.  Zwykle tak się nie dzieje? Bywa, że byli partnerzy, małżonkowie nie są w stanie przez całe lata się ze sobą dogadać. Sprawy, które toczą się między dwojgiem kiedyś bliskich sobie ludzi, są bardzo trudne i adwokat musi być w nich nie tylko prawnikiem, ale też trochę psychologiem. Musi wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy lepiej będzie odpuścić – a już na pewno nie może dodawać emocji, ale raczej je studzić. I nie...

Czytaj dalej