„Zakochanie ma w sobie coś z choroby” mówi psychiatra dr Katarzyna Prot-Klinger
iStock

„Zakochanie ma w sobie coś z choroby” mówi psychiatra dr Katarzyna Prot-Klinger

Uwielbiamy miłosny amok, w który wprowadza nas zakochanie. Ale czasem intensywność uczuć nas przerasta. O  tym, co sprawia, że miłość staje się obsesją, rozmawiamy z psychiatrą Katarzyną Prot-Klinger.
Anita Zuchora
10.06.2020

Namiętne zakochanie, amok, upojna gorączka, natrętne myśli o ukochanym to pierwsza faza miłości. I całe szczęście, że nie trwa ona dłużej niż kilka miesięcy, bo inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. W kolejnych etapach miłość spokojnieje albo się wypala. 

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Miłość jest jak choroba?

Anita Zuchora: Po co nam ten stan upojnej gorączki, oderwania się od rzeczywistości, który nazywamy zakochaniem?

Katarzyna Prot-Klinger: Po to, żebyśmy przetrwali z drugim człowiekiem przez tyle czasu, ile jest konieczne do wychowania dziecka. Tak w każdym razie uważa antropolożka Helen Fisher, autorka książki „Anatomia miłości”. Brzmi dosyć brutalnie, ale są na to twarde dowody. Fisher, badając wskaźnik rozwodów, stwierdziła, że większość z nich przypada na okres trzech–czterech lat od urodzenia pierwszego dziecka pary. Mniej więcej w tym momencie, z punktu widzenia ewolucji, miłość staje się niepotrzebna. Spełniła już swoje zadanie.

Czyli stan zakochania otumania nas po to, żebyśmy potrafili przez kilka lat żyć z kimś na wyłączność. Ale co konkretnie się z nami wtedy dzieje?

W pierwszej fazie zmienia się nasza fizjologia. Uczucie uruchamia w mózgu reakcje podobne do tych, jakie występują po spożyciu amfetaminy. Wzrasta m.in. poziom dopaminy i endorfin – hormonów szczęścia. Jesteśmy pobudzeni, pełni energii i optymistycznie patrzymy w przyszłość. Towarzyszy temu poczucie wyjątkowości relacji – idealnego dopasowania i porozumienia z partnerem. Charakterystyczne jest też nieustanne myślenie o obiekcie miłości. Psycholog nazwałby takie myśli „natrętnymi”. Gdyby nie fakt, że jest to powszechne w początkowym etapie miłości, uznalibyśmy, że ten stan ma w sobie coś chorobowego.

Ale to cudowna choroba: maślane oczy, nieobecny wzrok, brak kontaktu z rzeczywistością. Choć podobno z miłości po prostu głupiejemy.

Jedną z naszych podstawowych umiejętności jest mentalizacja, czyli, najprościej rzecz ujmując, zdolność do rozumienia tego, co się dzieje w umysłach innych ludzi. Badania pokazują, że kiedy się zakochujemy, te zdolności słabną i nic nie możemy na to poradzić, dopóki związek nie wejdzie w następną fazę.

Miłości dojrzałej?

Kiedy mówimy o miłości dojrzałej, to od razu wieje nudą, a ja mam na myśli raczej ten okres, kiedy cały czas jesteśmy aktywnie zakochani. Tęsknimy za drugą osobą, ale rozstanie nie sprawia nam już bólu. Miłosny amok ustępuje, pojawia się poczucie bezpieczeństwa, zdolność do mentalizacji znowu rośnie i choć miłość wciąż nas napędza, możemy w miarę normalnie funkcjonować.

Żal, że miłosne uniesienia już za nami.

Trudno wyobrazić sobie kogoś, kto by latami trwał w amoku. Życie obok takiego człowieka byłoby bardzo trudne, bo jego zdolność do pracy, koncentracji czy relacji z innymi byłaby upośledzona. Osoba, którą kocha, stale musiałaby być przy nim. Ale są ludzie, którzy tę spokojniejszą fazę uważają już za „wypalenie” miłości. Często zrywają związki w momencie, kiedy przestają im dostarczać tego haju. Szybko szukają nowej relacji, właściwie tylko stan miłosnego upojenia jest dla nich satysfakcjonujący. Z drugiej strony są osoby, dla których stan zakochania jest prawdziwą udręką.

Jak to?

W psychologii osób zdrowych z góry przyjmujemy, że stan zakochania jest stanem przyjemnym. Dążymy do tego, by poczuć z wybraną osobą tę niezwykłą bliskość. Szukamy „drugiej połówki”, by się z nią połączyć, stać się jednością. Dla osób, które mają ugruntowaną tożsamość i wyraźnie określone granice, takie zjednoczenie ma pewien urok. Natomiast dla tych, którzy swoich granic dobrze nie czują, uczucie rozpływania się, zanikania jest niebezpieczne, nieprzyjemne i może – w ekstremalnych sytuacjach – prowadzić do psychozy. Kiedy więc robi się „zbyt blisko”, starają się jakoś odsunąć, żeby nie potęgować i nie nakręcać tego stanu.

Boją się oszaleć z miłości?

Są ludzie, u których pierwsza, czasami jedyna w życiu psychoza, wywołana jest uczuciem zakochania. U innych za każdym razem, kiedy obdarzą kogoś uczuciem, występują zaburzenia. I nie myślę tu o dość powszechnym traktowaniu stanu zakochania jako psychozy, przez którą przechodzą ludzie zdrowi. Takie podejście jest moim zdaniem upraszczające i nieprawdziwe.

Czym więc różni się miłosny haj od prawdziwych zaburzeń?

Kiedy jesteśmy zakochani, świat wydaje nam się piękniejszy, ale zasadniczo – wciąż ten sam. Jeżeli mamy do czynienia z reakcją psychozy, rzeczywistość jawi nam się w zupełnie inny sposób niż do tej pory. Przestajemy ją rozumieć w sposób symboliczny. Na przykład poczucie miłosnego przyciągania interpretujemy jako rzeczywiste oddziaływanie za pomocą „prądów”. Określenie „magnetyczne przyciąganie” staje się realnością. Pojawiają się omamy, urojenia. 

Czy osoby chorujące na psychozę mogą być niebezpieczne dla innych?

Wbrew potocznej opinii, większość osób chorujących na psychozy nie jest niebezpieczna dla otoczenia. Więcej czynów związanych z przemocą czy karalnych dokonują tzw. zdrowi. Co ciekawe, psychozy, których tematyka związana jest z zakochaniem, jak zespół Otella czy erotomania – poczucie, że ktoś inny jest w nas zakochany – mogą prowadzić do czynów agresywnych, co pokazał już Szekspir. Być może związane jest to z gwałtownością uczucia miłości, która dotyczy i chorych, i zdrowych.

Wszyscy bywamy zazdrośni i niemal każdy miał czas, kiedy układał sobie życie z idolem z plakatu wiszącego nad łóżkiem. Jak to się dzieję, że nagle „kropla przepełnia czarę” i zaczyna dziać się z nami coś, czego nie możemy kontrolować?

Zakładamy, że każde zaburzenie psychiczne, jak zresztą i zjawiska psychologiczne występujące u osób zdrowych, ma wymiary: biologiczny, psychologiczny i społeczny. Elementem biologicznym są nasze cechy wrodzone związane na przykład z temperamentem. Obszar psychologiczny związany jest przede wszystkim z wczesnym relacjami, głównie z relacją z matką. W tej chwili coraz więcej mówi się o traumie w okresie dziecięcym, która może prowadzić do podatności na psychozę w wieku dorosłym. Do tego dochodzi element społeczny i normy kulturowe, które wymagają od nas radzenia sobie z impulsami seksualnymi. Jedni je akceptują i uważają za coś fajnego, a inni wręcz przeciwnie – czują, że to coś złego. Kiedy w fazie zakochania te impulsy dochodzą do głosu, dla niektórych może to być zbyt trudne do zaakceptowania. 

I reagują psychozą.

Częściej lękiem, nerwicą. Psychoza to naprawdę poważne zaburzenie psychiczne. W miłości często odtwarza się tzw. pierwotny wzorzec przywiązania, czyli ten, którego nauczyliśmy się w relacji z matką na bardzo wczesnym etapie życia. Jeśli była ona pełna lęku albo emocjonalnego chłodu, to budowanie satysfakcjonującego związku miłosnego jest utrudnione.

Wtedy na obiekt uczuć wybieramy aktora z plakatu albo faceta, który często jeździ tym samym autobusem?

Na przykład. To najczęściej wyraz lęku przed stworzeniem realnego związku. Taka osoba realizuje swoje uczucie w wyobraźni. Wiesza na ścianie portret faceta, z którym w głowie zbudowała związek, bo przecież widać z filmów, w których on gra, że mogliby być razem naprawdę szczęśliwi. Dzięki temu nie naraża się na takie przykre sytuacje, jak konfrontacja z żywym człowiekiem, który raz jest fajny, a raz nie bardzo. Podobnie działają osoby, które nieustannie wybierają osoby zajęte, mieszkające daleko albo w inny sposób niedające szans na stworzenie związku tu i teraz.

Jednak o zaburzeniach psychotycznych możemy mówić dopiero wtedy, kiedy sytuacja się odwraca. Nie tyle my się kochamy w kimś odległym, ile jesteśmy przekonani, że facet z ekranu daje nam znaki, świadczące o uczuciu. Dosłownie każdy gest i zbieg okoliczności potwierdzają, że wybranek kocha, ale z jakiegoś powodu nie może przyjść i powiedzieć tego wprost. Przyczyną może być dojmująca samotność albo przekonanie, że stworzenie realnego związku jest z jakiegoś powodu dla nas niedostępne.

A kiedy zazdrość przeradza się w „syndrom Otella”? Czy chorują na niego tylko mężczyźni?

Nie, ale mężczyźni znacznie częściej. Choć nie każdy zazdrośnik ma syndrom Otella. Ten zespół polega na urojeniowym przekonaniu dotyczącym zdrady. Poza tą jedną sferą chory funkcjonuje całkiem dobrze i nie wykazuje zaburzeń. A jednak jego oskarżenia cechuje często pewna absurdalność czy nadmiarowość. Tu nie ma podejrzeń, jest pewność, na przykład co do tego, że żona ma rzesze kochanków, którzy jeżdżą samochodem pod jej domem i światłami dają znaki, żeby wyszła. Czasami zespół Otella związany jest z nadużywaniem alkoholu i towarzyszącym mu spadkiem możliwości seksualnych. Jednym z moich pacjentów był pijący całe życie mężczyzna w zaawansowanym wieku, który podejrzewał swoją żonę staruszkę, że współżyje ze wszystkimi sąsiadami. Czasami poziom niechęci, wulgarności i absurdalność oskarżeń w zespole Otella przekracza granicę możliwą do wytrzymania i prowadzi do rozpadu relacji.

A kiedy związek się rozpada, też możemy oszaleć – tym razem z rozpaczy.

Zakończenie związku jest oczywiście trudnym momentem, kiedy doświadczamy bardzo silnych uczuć. I w tej sytuacji także ważne jest, żeby odróżnić naturalną reakcję na takie życiowe zdarzenie od zaburzeń. Po rozpadzie związku musimy przejść żałobę, wycofujemy się z życia, zmagamy się z różnymi przykrymi myślami dotyczącymi byłego partnera i samych siebie. Tak zareagujemy, jeśli jesteśmy względnie zdrowi psychicznie. Mam wrażenie, że teraz jest trend, żeby uważać, że jedyną „zdrową” formą egzystencji jest nieustanna mobilizacja i optymizm. 

A my nie chcemy albo nie możemy pozwolić sobie na smutek?

Gdy tylko zrobi nam się smutno, mówimy o depresji i idziemy do psychiatry, żeby on coś z tym zrobił. A tymczasem problem pojawia się, kiedy nie jesteśmy w stanie przejść w tryb żałoby, tylko zaczynamy kierować złość na siebie i siebie postrzegać jako osobę nic niewartą. Być może niewartą nawet tego, żeby żyć. Albo szukamy nierealistycznych sposobów na ukojenie. Jeden z moich pacjentów po rozstaniu z dziewczyną postanowił wstąpić do klasztoru. Zgłosił się, ale ze względu na stan psychiczny nie został przyjęty. W trakcie terapii przypomniał sobie, że w czasie narzeczeństwa on i jego dziewczyna chodzili do kościoła prowadzonego przez tych zakonników. I klasztor miał pełnić dla niego rolę łącznika z nią.

Czy można się przed tym uchronić? Kontrolować stan zakochania, siłę miłości?

Niektórzy próbują tak bardzo kontrolować uczucia, że w ogóle się nie zakochują. I nie wiem, czy w obecnych czasach zamiast przestrzegać, nie należałoby raczej zachęcać ludzi do tego, żeby ulegli szaleństwu miłości.

Zaskoczyła mnie pani.

Socjologowie obserwują, że młodzi ludzie coraz większą wagę przywiązują do utylitarności swoich życiowych wyborów. Rzadko dają sobie prawo do zadawania takich pytań jak: czego ja chcę? Co mnie interesuje? Kim jestem? Jeśli wybierają studia, to takie, po których mogą mieć atrakcyjną pracę. Jeśli hobby, to takie, które dobrze wygląda w CV. W odniesieniu do związków też to działa. Dominuje myślenie: co ten związek mi da? I nie mówię tu o pieniądzach czy pozycji społecznej, ale o kalkulacji w aspekcie emocjonalnym. Co ten partner wniesie do mojego rozwoju? Ile będziemy mieć razem funu? Czy związek nie będzie dla mnie przeszkodą w karierze? Zastanawiam się więc, na ile młodzi ludzie są w stanie pozwolić sobie na uczuciową wolność, a na ile już na wstępie się hamują.

Coś w tym jest. Na portalach randkowych możemy wypełnić formularz i wybrać sobie zestaw cech, które nam odpowiadają, jak z katalogu.

Wierzymy, że „ktoś nam pomoże” dobrze wybrać. Z jednej strony pragniemy miłości, z drugiej korzystamy z tej elektronicznej swatki, żeby zawrzeć „małżeństwo z rozsądku”. Ja dookreślę swoją osobowość, zrobię listę zalet i wad, to samo zrobi mój potencjalny partner, a program komputerowy pozwoli nam złączyć się w parę i żyć długo i spokojnie.

A nie szczęśliwie?

To jest pytanie, czy nam chodzi o to, żeby się zakochać, czy żeby dobrać sobie partnera, który będzie miał oczekiwane przez nas cechy osobowości i spędzimy z nim miło życie. Nie mówię, że to źle. Jeśli ktoś dokona takiego wyboru, to ma do tego pełne prawo. Musi tylko zdawać sobie sprawę, że w ten sposób może rezygnuje z jednego z najwspanialszych doświadczeń w życiu.

Dr hab. Katarzyna Prot-Klinger – psychoterapeuta i psychiatra, wykładowcaAPS w Warszawie. Interesuje się psychoterapią osób z psychozą, strategiami przeżywania traumy i psychiatrią środowiskową.

Rozmowa z dr hab. Katarzyną Prot-Klinger ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Od zakochania do fazy pustego związku. Co zrobić, żeby miłość się nie wypaliła?

W pustym związku nie ma już namiętności i intymności. Pozostały same zobowiązania. Sylwia Sitkowska i Andrzej Gryżewski w swojej najnowszej książce „Niekochalni. Lęk przed bliskością ”, radzą, jak do tego nie dopuścić.
Sylwia Arlak
15.07.2020

Wspólne dzieci, mieszkanie, kredyt, ale bez czułości, intymności i chęci spędzania razem czasu. Tak opisują fazę pustego związku psychologowie Sylwia Sitkowska i Andrzej Gryżewski. W swojej najnowszej książce „Niekochalni. Lęk przed bliskością” (wyd. Rebis) przytaczają klasyczną  teorię miłości Roberta Stenberga. Według znanego amerykańskiego psychologa każdy związek przechodzi podobne fazy, a jeśli nie będziemy uważni, ostatecznie może znaleźć się w punkcie związku pustego. Pierwsza faza to faza zakochania, podczas której najsilniej działa namiętność. Druga to faza, kiedy gorączka pożądania już nieco opada, ale za to wzrasta intymność. Partnerzy budują bliskość między sobą, chcą spędzać ze sobą każdą wolną chwilę i lepiej się poznać. Wtedy pojawia się decyzja o utrzymaniu związku bądź o zakończeniu relacji. Trzecia faza to związek kompletny, w której występują już wszystkie trzy składniki relacji: namiętność, intymność i zaangażowanie. Wtedy najczęściej pojawia się propozycja ślubu, wspólnego mieszkania, często też dzieci. „Zobowiązanie rośnie przy jednoczesnym istnieniu intymności oraz zaangażowania. Koniec tej fazy wyznacza ustanie namiętności” — pisze Sylwia Sitkowska. Czwarta faza to związek przyjacielski. „Dla osób, które utożsamiają miłość z namiętnością, jest to moment określany jako koniec miłości. Jednak badania pokazują, że dla wielu ludzi faza związku przyjacielskiego jest najbardziej satysfakcjonującym okresem wspólnego życia. Dominujące są tu zobowiązanie oraz intymność. Zobowiązanie jest w dużym stopniu zależne od nas, intymność —  w stopniu nieco mniejszym, dlatego zachęca się partnerów, aby właśnie o te elementy, czyli o zaufanie, wzajemną pomoc, okazywanie sobie sympatii dbali przez cały...

Czytaj dalej
Wieża Eiffla
getty images

Miłość po zdradzie – czy każdy związek można posklejać?

Pokonując kryzys, dajemy sobie szansę na lepsze życie
Karolina Rogalska
19.02.2020

Warto walczyć o każdy związek, nawet ten, w którym doszło do zdrady. Zanim jednak zdecydujemy się na powrót do siebie, oboje musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy moja miłość jest większa niż twoja wina?”. Od tego zacznijmy – mówi psychoterapeutka Krystyna Mierzejewska-Orzechowska. Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Czy można naprawić związek, w którym wydarzyło się wiele zła, krzywd i cierpienia? Czy taką relację da się w ogóle posklejać? Krystyna Mierzejewska-Orzechowska:  Nie tylko można ją posklejać, ale wprowadzić na zupełnie nowe tory, na głębsze rozumienie zawiłych ścieżek miłości. Kryzys daje szansę na rozwój dojrzałej tożsamości, ludzie odkrywają prawdę o sobie – często trudną. Trzeba dużo wysiłku, aby lepiej siebie zrozumieć. Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że pokonując kryzys, para może doświadczyć wspólnego, innego i lepszego życia. Oczywiście pod pewnymi warunkami: oboje muszą chcieć być nadal razem, a krzywdy, które sobie nawzajem wyrządzili, muszą zostać rozliczone. A nie zamiecione pod dywan. Zazwyczaj jest to bardzo długi i bolesny proces. Dlatego zanim zdecydujemy się na powrót, warto sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czy moja miłość jest większa niż twoja wina?”. I dopiero wtedy, gdy moja miłość jest większa niż twoja wina i ufam, że to, co mówisz, jest szczere oraz naprawdę chcesz zrobić wszystko, żeby nie powtórzyć tamtych błędów, możemy zacząć budować siebie i związek na nowo. „Do tanga trzeba dwojga” Na początku terapii par zazwyczaj pada pytanie: „Czy państwo się kochacie?”. To pytanie wydaje się banalne, ale praktyka pokazuje, że jest bardzo dobrym wskaźnikiem powodzenia bądź niepowodzenia w terapii. Ludzie mogą mieć w sobie...

Czytaj dalej
miłość w związku
iStock

Jak kochać długo i szczęśliwie? Prof. Bogdan Wojciszke: „Miłość to nie połówki jabłka, ale wspólna wyboista droga”

Sylwia Niemczyk
09.10.2020

Gonimy w życiu za miłością, a jednocześnie niewiele o niej wiemy i rzadko się nad nią tak naprawdę zastanawiamy. Tymczasem tak jak rozwijamy swoje umiejętności w pracy, tak samo możemy uczyć się, jak lepiej kochać i dbać o miłość – przekonuje prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor „Psychologii miłości”. Sylwia Niemczyk: Panie profesorze, zawsze chciałam o to zapytać: skąd właściwie u pana wzięło się zainteresowanie miłością? Wrodzony romantyzm? Prof. Bogdan Wojciszke: To było tak strasznie dawno temu, już prawie 30 lat temu, że sam dobrze nie pamiętam. Ale na pewno więcej niż mojego romantyzmu było w tym mojej przekory. W latach 90., kiedy zaczynałem swoje badania, w polskiej psychologii kompletnie nikt się miłością nie zajmował, co bardzo mnie dziwiło, bo przecież to jedna z najważniejszych spraw w życiu człowieka. Więc pomyślałem, że może ja spróbuję. Dzisiaj sytuacja jest już zupełnie inna, współcześnie miłość jest intensywnie uprawianym polem badawczym.  I co już o niej wiemy? Że jest nieuchwytna, różnorodna i wyjątkowo trudna do zbadania. Okazuje się, że badać ją to trochę tak, jakby badać naturę wiatru na postawie tego, co się nam udało zamknąć w słoiku. Ale dla mnie właśnie ta nieuchwytność i różnorodność miłości jest najciekawsza.  Naprawdę nie możemy o niej powiedzieć trochę więcej? Gdyby na przykład jutro na Ziemi wylądował kosmita i zapytał: „Czym jest ta wasza miłość?”, to co by pan mu odpowiedział? Pewnie zacząłbym od tego, że miłość to pewna nasza emocja, czyli bardzo zmienna rzecz, ale też pewien stosunek do drugiego człowieka. Który też jest zmienny: inny będzie na początku związku, inny po 20 latach bycia razem – ale już w jaki sposób będzie się zmieniał, nie umiemy powiedzieć. Jeszcze do niedawna...

Czytaj dalej
Katarzyna Miller o miłości
iStock

„Nie bój się kochać, ale rób to nie sercem, tylko głową” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

„Chciałabym, żebyśmy od dziecka uczyli się o psyche, o traktowaniu siebie nawzajem i mówili, co to są myśli, a co uczucia i jak z nimi postępować. I z tego zdawali maturę” – mówi Katarzyna Miller.
Anna Bimer
01.11.2020

Według znanej psychoterapeutki, Katarzyny Miller, żyjemy iluzją miłości, która nas uleczy, uskrzydli, wszystko nam zrekompensuje i załatwi. Szukamy ideału, który naprawi nas samych, bo jesteśmy niedokochani. „Zastanawiamy się, co nam ktoś da, zamiast dawać z siebie i pracować nad tym jednym z najważniejszych uczuć w życiu” – mówią: psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Miller. Co z tą miłością? Anna Bimer: Czy można sobie wyobrazić wprowadzenie pigułki antymiłosnej? Katarzyna Miller: Takiej dzień po... na wypadek zakochania? Raczej jako lek na złamane serce. Nie, no skąd! Miłość to najważniejszy poza zdrowiem dar w życiu człowieka, prawda? Nie. Raczej największe marzenie i jednocześnie iluzja, że to najważniejsza rzecz w życiu. Słucham? „Kochać, jak to łatwo powiedzieć”... Powiedzieć! Ludzie ciągle się na miłość powołują albo się nią tłumaczą, usprawiedliwiają i marzą o niej. A zwykle mylą z innymi emocjami. Ale dążą do niej i  traktują jako najważniejszą zdobycz we wszechświecie. Niesłusznie. Przecież najważniejsze jest samo życie i zaspokojenie wszystkich bazowych potrzeb, żeby człowiek miał gdzie mieszkać, żeby nie marzł, żeby nie był głodny, żeby do kogoś przynależał Otóż właśnie. Miałam na myśli kogoś, kto się zaopiekuje, jak matka. W tym znaczeniu miłość należy do potrzeb bazowych. Natomiast ta, która się kojarzy najczęściej jako męsko-damska albo homoseksualna – ona jest luksusem. Trudno osiągalnym. Wielu ludzi jej nie doświadczy np. na skutek złych wcześniejszych doświadczeń, mam na myśli dzieci z  trudnych rodzin. One się zakochują, ale na zasadzie wpadania w ciemną dziurę, głównie dlatego, że ktoś w ogóle je zauważył i zechciał podać rękę. Mamy bardzo dużo...

Czytaj dalej