„Zakochanie ma w sobie coś z choroby” mówi psychiatra dr Katarzyna Prot-Klinger
iStock

„Zakochanie ma w sobie coś z choroby” mówi psychiatra dr Katarzyna Prot-Klinger

Uwielbiamy miłosny amok, w który wprowadza nas zakochanie. Ale czasem intensywność uczuć nas przerasta. O  tym, co sprawia, że miłość staje się obsesją, rozmawiamy z psychiatrą Katarzyną Prot-Klinger.
Anita Zuchora
10.06.2020

Namiętne zakochanie, amok, upojna gorączka, natrętne myśli o ukochanym to pierwsza faza miłości. I całe szczęście, że nie trwa ona dłużej niż kilka miesięcy, bo inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. W kolejnych etapach miłość spokojnieje albo się wypala. 

Anita Zuchora: Po co nam ten stan upojnej gorączki, oderwania się od rzeczywistości, który nazywamy zakochaniem?

Katarzyna Prot-Klinger: Po to, żebyśmy przetrwali z drugim człowiekiem przez tyle czasu, ile jest konieczne do wychowania dziecka. Tak w każdym razie uważa antropolożka Helen Fisher, autorka książki „Anatomia miłości”. Brzmi dosyć brutalnie, ale są na to twarde dowody. Fisher, badając wskaźnik rozwodów, stwierdziła, że większość z nich przypada na okres trzech–czterech lat od urodzenia pierwszego dziecka pary. Mniej więcej w tym momencie, z punktu widzenia ewolucji, miłość staje się niepotrzebna. Spełniła już swoje zadanie.

Czyli stan zakochania otumania nas po to, żebyśmy potrafili przez kilka lat żyć z kimś na wyłączność. Ale co konkretnie się z nami wtedy dzieje?

W pierwszej fazie zmienia się nasza fizjologia. Uczucie uruchamia w mózgu reakcje podobne do tych, jakie występują po spożyciu amfetaminy. Wzrasta m.in. poziom dopaminy i endorfin – hormonów szczęścia. Jesteśmy pobudzeni, pełni energii i optymistycznie patrzymy w przyszłość. Towarzyszy temu poczucie wyjątkowości relacji – idealnego dopasowania i porozumienia z partnerem. Charakterystyczne jest też nieustanne myślenie o obiekcie miłości. Psycholog nazwałby takie myśli „natrętnymi”. Gdyby nie fakt, że jest to powszechne w początkowym etapie miłości, uznalibyśmy, że ten stan ma w sobie coś chorobowego.

Ale to cudowna choroba: maślane oczy, nieobecny wzrok, brak kontaktu z rzeczywistością. Choć podobno z miłości po prostu głupiejemy.

Jedną z naszych podstawowych umiejętności jest mentalizacja, czyli, najprościej rzecz ujmując, zdolność do rozumienia tego, co się dzieje w umysłach innych ludzi. Badania pokazują, że kiedy się zakochujemy, te zdolności słabną i nic nie możemy na to poradzić, dopóki związek nie wejdzie w następną fazę.

Miłości dojrzałej?

Kiedy mówimy o miłości dojrzałej, to od razu wieje nudą, a ja mam na myśli raczej ten okres, kiedy cały czas jesteśmy aktywnie zakochani. Tęsknimy za drugą osobą, ale rozstanie nie sprawia nam już bólu. Miłosny amok ustępuje, pojawia się poczucie bezpieczeństwa, zdolność do mentalizacji znowu rośnie i choć miłość wciąż nas napędza, możemy w miarę normalnie funkcjonować.

Żal, że miłosne uniesienia już za nami.

Trudno wyobrazić sobie kogoś, kto by latami trwał w amoku. Życie obok takiego człowieka byłoby bardzo trudne, bo jego zdolność do pracy, koncentracji czy relacji z innymi byłaby upośledzona. Osoba, którą kocha, stale musiałaby być przy nim. Ale są ludzie, którzy tę spokojniejszą fazę uważają już za „wypalenie” miłości. Często zrywają związki w momencie, kiedy przestają im dostarczać tego haju. Szybko szukają nowej relacji, właściwie tylko stan miłosnego upojenia jest dla nich satysfakcjonujący. Z drugiej strony są osoby, dla których stan zakochania jest prawdziwą udręką.

Jak to?

W psychologii osób zdrowych z góry przyjmujemy, że stan zakochania jest stanem przyjemnym. Dążymy do tego, by poczuć z wybraną osobą tę niezwykłą bliskość. Szukamy „drugiej połówki”, by się z nią połączyć, stać się jednością. Dla osób, które mają ugruntowaną tożsamość i wyraźnie określone granice, takie zjednoczenie ma pewien urok. Natomiast dla tych, którzy swoich granic dobrze nie czują, uczucie rozpływania się, zanikania jest niebezpieczne, nieprzyjemne i może – w ekstremalnych sytuacjach – prowadzić do psychozy. Kiedy więc robi się „zbyt blisko”, starają się jakoś odsunąć, żeby nie potęgować i nie nakręcać tego stanu.

Boją się oszaleć z miłości?

Są ludzie, u których pierwsza, czasami jedyna w życiu psychoza, wywołana jest uczuciem zakochania. U innych za każdym razem, kiedy obdarzą kogoś uczuciem, występują zaburzenia. I nie myślę tu o dość powszechnym traktowaniu stanu zakochania jako psychozy, przez którą przechodzą ludzie zdrowi. Takie podejście jest moim zdaniem upraszczające i nieprawdziwe.

Czym więc różni się miłosny haj od prawdziwych zaburzeń?

Kiedy jesteśmy zakochani, świat wydaje nam się piękniejszy, ale zasadniczo – wciąż ten sam. Jeżeli mamy do czynienia z reakcją psychozy, rzeczywistość jawi nam się w zupełnie inny sposób niż do tej pory. Przestajemy ją rozumieć w sposób symboliczny. Na przykład poczucie miłosnego przyciągania interpretujemy jako rzeczywiste oddziaływanie za pomocą „prądów”. Określenie „magnetyczne przyciąganie” staje się realnością. Pojawiają się omamy, urojenia. 

Czy osoby chorujące na psychozę mogą być niebezpieczne dla innych?

Wbrew potocznej opinii, większość osób chorujących na psychozy nie jest niebezpieczna dla otoczenia. Więcej czynów związanych z przemocą czy karalnych dokonują tzw. zdrowi. Co ciekawe, psychozy, których tematyka związana jest z zakochaniem, jak zespół Otella czy erotomania – poczucie, że ktoś inny jest w nas zakochany – mogą prowadzić do czynów agresywnych, co pokazał już Szekspir. Być może związane jest to z gwałtownością uczucia miłości, która dotyczy i chorych, i zdrowych.

Wszyscy bywamy zazdrośni i niemal każdy miał czas, kiedy układał sobie życie z idolem z plakatu wiszącego nad łóżkiem. Jak to się dzieję, że nagle „kropla przepełnia czarę” i zaczyna dziać się z nami coś, czego nie możemy kontrolować?

Zakładamy, że każde zaburzenie psychiczne, jak zresztą i zjawiska psychologiczne występujące u osób zdrowych, ma wymiary: biologiczny, psychologiczny i społeczny. Elementem biologicznym są nasze cechy wrodzone związane na przykład z temperamentem. Obszar psychologiczny związany jest przede wszystkim z wczesnym relacjami, głównie z relacją z matką. W tej chwili coraz więcej mówi się o traumie w okresie dziecięcym, która może prowadzić do podatności na psychozę w wieku dorosłym. Do tego dochodzi element społeczny i normy kulturowe, które wymagają od nas radzenia sobie z impulsami seksualnymi. Jedni je akceptują i uważają za coś fajnego, a inni wręcz przeciwnie – czują, że to coś złego. Kiedy w fazie zakochania te impulsy dochodzą do głosu, dla niektórych może to być zbyt trudne do zaakceptowania. 

I reagują psychozą.

Częściej lękiem, nerwicą. Psychoza to naprawdę poważne zaburzenie psychiczne. W miłości często odtwarza się tzw. pierwotny wzorzec przywiązania, czyli ten, którego nauczyliśmy się w relacji z matką na bardzo wczesnym etapie życia. Jeśli była ona pełna lęku albo emocjonalnego chłodu, to budowanie satysfakcjonującego związku miłosnego jest utrudnione.

Wtedy na obiekt uczuć wybieramy aktora z plakatu albo faceta, który często jeździ tym samym autobusem?

Na przykład. To najczęściej wyraz lęku przed stworzeniem realnego związku. Taka osoba realizuje swoje uczucie w wyobraźni. Wiesza na ścianie portret faceta, z którym w głowie zbudowała związek, bo przecież widać z filmów, w których on gra, że mogliby być razem naprawdę szczęśliwi. Dzięki temu nie naraża się na takie przykre sytuacje, jak konfrontacja z żywym człowiekiem, który raz jest fajny, a raz nie bardzo. Podobnie działają osoby, które nieustannie wybierają osoby zajęte, mieszkające daleko albo w inny sposób niedające szans na stworzenie związku tu i teraz.

Jednak o zaburzeniach psychotycznych możemy mówić dopiero wtedy, kiedy sytuacja się odwraca. Nie tyle my się kochamy w kimś odległym, ile jesteśmy przekonani, że facet z ekranu daje nam znaki, świadczące o uczuciu. Dosłownie każdy gest i zbieg okoliczności potwierdzają, że wybranek kocha, ale z jakiegoś powodu nie może przyjść i powiedzieć tego wprost. Przyczyną może być dojmująca samotność albo przekonanie, że stworzenie realnego związku jest z jakiegoś powodu dla nas niedostępne.

A kiedy zazdrość przeradza się w „syndrom Otella”? Czy chorują na niego tylko mężczyźni?

Nie, ale mężczyźni znacznie częściej. Choć nie każdy zazdrośnik ma syndrom Otella. Ten zespół polega na urojeniowym przekonaniu dotyczącym zdrady. Poza tą jedną sferą chory funkcjonuje całkiem dobrze i nie wykazuje zaburzeń. A jednak jego oskarżenia cechuje często pewna absurdalność czy nadmiarowość. Tu nie ma podejrzeń, jest pewność, na przykład co do tego, że żona ma rzesze kochanków, którzy jeżdżą samochodem pod jej domem i światłami dają znaki, żeby wyszła. Czasami zespół Otella związany jest z nadużywaniem alkoholu i towarzyszącym mu spadkiem możliwości seksualnych. Jednym z moich pacjentów był pijący całe życie mężczyzna w zaawansowanym wieku, który podejrzewał swoją żonę staruszkę, że współżyje ze wszystkimi sąsiadami. Czasami poziom niechęci, wulgarności i absurdalność oskarżeń w zespole Otella przekracza granicę możliwą do wytrzymania i prowadzi do rozpadu relacji.

A kiedy związek się rozpada, też możemy oszaleć – tym razem z rozpaczy.

Zakończenie związku jest oczywiście trudnym momentem, kiedy doświadczamy bardzo silnych uczuć. I w tej sytuacji także ważne jest, żeby odróżnić naturalną reakcję na takie życiowe zdarzenie od zaburzeń. Po rozpadzie związku musimy przejść żałobę, wycofujemy się z życia, zmagamy się z różnymi przykrymi myślami dotyczącymi byłego partnera i samych siebie. Tak zareagujemy, jeśli jesteśmy względnie zdrowi psychicznie. Mam wrażenie, że teraz jest trend, żeby uważać, że jedyną „zdrową” formą egzystencji jest nieustanna mobilizacja i optymizm. 

A my nie chcemy albo nie możemy pozwolić sobie na smutek?

Gdy tylko zrobi nam się smutno, mówimy o depresji i idziemy do psychiatry, żeby on coś z tym zrobił. A tymczasem problem pojawia się, kiedy nie jesteśmy w stanie przejść w tryb żałoby, tylko zaczynamy kierować złość na siebie i siebie postrzegać jako osobę nic niewartą. Być może niewartą nawet tego, żeby żyć. Albo szukamy nierealistycznych sposobów na ukojenie. Jeden z moich pacjentów po rozstaniu z dziewczyną postanowił wstąpić do klasztoru. Zgłosił się, ale ze względu na stan psychiczny nie został przyjęty. W trakcie terapii przypomniał sobie, że w czasie narzeczeństwa on i jego dziewczyna chodzili do kościoła prowadzonego przez tych zakonników. I klasztor miał pełnić dla niego rolę łącznika z nią.

Czy można się przed tym uchronić? Kontrolować stan zakochania, siłę miłości?

Niektórzy próbują tak bardzo kontrolować uczucia, że w ogóle się nie zakochują. I nie wiem, czy w obecnych czasach zamiast przestrzegać, nie należałoby raczej zachęcać ludzi do tego, żeby ulegli szaleństwu miłości.

Zaskoczyła mnie pani.

Socjologowie obserwują, że młodzi ludzie coraz większą wagę przywiązują do utylitarności swoich życiowych wyborów. Rzadko dają sobie prawo do zadawania takich pytań jak: czego ja chcę? Co mnie interesuje? Kim jestem? Jeśli wybierają studia, to takie, po których mogą mieć atrakcyjną pracę. Jeśli hobby, to takie, które dobrze wygląda w CV. W odniesieniu do związków też to działa. Dominuje myślenie: co ten związek mi da? I nie mówię tu o pieniądzach czy pozycji społecznej, ale o kalkulacji w aspekcie emocjonalnym. Co ten partner wniesie do mojego rozwoju? Ile będziemy mieć razem funu? Czy związek nie będzie dla mnie przeszkodą w karierze? Zastanawiam się więc, na ile młodzi ludzie są w stanie pozwolić sobie na uczuciową wolność, a na ile już na wstępie się hamują.

Coś w tym jest. Na portalach randkowych możemy wypełnić formularz i wybrać sobie zestaw cech, które nam odpowiadają, jak z katalogu.

Wierzymy, że „ktoś nam pomoże” dobrze wybrać. Z jednej strony pragniemy miłości, z drugiej korzystamy z tej elektronicznej swatki, żeby zawrzeć „małżeństwo z rozsądku”. Ja dookreślę swoją osobowość, zrobię listę zalet i wad, to samo zrobi mój potencjalny partner, a program komputerowy pozwoli nam złączyć się w parę i żyć długo i spokojnie.

A nie szczęśliwie?

To jest pytanie, czy nam chodzi o to, żeby się zakochać, czy żeby dobrać sobie partnera, który będzie miał oczekiwane przez nas cechy osobowości i spędzimy z nim miło życie. Nie mówię, że to źle. Jeśli ktoś dokona takiego wyboru, to ma do tego pełne prawo. Musi tylko zdawać sobie sprawę, że w ten sposób może rezygnuje z jednego z najwspanialszych doświadczeń w życiu.

Dr hab. Katarzyna Prot-Klinger – psychoterapeuta i psychiatra, wykładowcaAPS w Warszawie. Interesuje się psychoterapią osób z psychozą, strategiami przeżywania traumy i psychiatrią środowiskową.

Rozmowa z dr hab. Katarzyną Prot-Klinger ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Audrey Hepburn i Mel Ferrer trzy miesiące po ślubie / East News

Audrey Hepburn i Mel Ferrer: wielka miłość, wielki dramat

Był pierwszą miłością jej życia. Dla związku z 12 lat starszym żonatym aktorem zaryzykowała karierę. Czuła się bezpiecznie u boku tego potężnego władczego mężczyzny. Do czasu.
Anna Zaleska
03.06.2020

Gdy 25 września 1954 roku w miejscowości Bürgenstock, położonej malowniczo w górach Szwajcarii, zabiły weselne dzwony, niewielu ludzi wiedziało, że to Audrey Hepburn – młodziutka gwiazda „Rzymskich wakacji”, nagrodzona już w wieku 24 lat Oscarem – wychodzi za mąż. Jej wybrankiem był aktor Mel Ferrer. W XIII-wiecznej kapliczce zebrała się ledwie garstka najbliższych przyjaciół i rodzina. Audrey ubrana była w prostą sukienkę projektu Pierre'a Balmain – z białej organdyny, podkreślającą jej niewiarygodnie wąską talię, z kołnierzykiem i bufiastymi rękawami. Na króciutko obciętych włosach miała prosty wianek z białych kwiatków. „Rzymskie wakacje” i zerwane zaręczyny Gdy wiadomość o ceremonii dotarła w końcu do mediów, zawrzało. Jeszcze niedawno Audrey była zaręczona z biznesmenem Jamesem Hansonem. W czasie gdy pracowała na planie „Rzymskich wakacji” (1953), w wolnych chwilach z dużym zaangażowaniem planowała wesele, z prób biegła na przymiarki sukni. Ale tuż przed ceremonią zerwała zaręczyny. W jednym z listów do przyjaciela, sir Felixa Aylmera, pisała: „Wiem, że mężczyźnie wykonującemu taki zawód jak ty nie muszę wiele wyjaśniać. Przez rok myślałam, że możliwe będzie połączenie naszego życia i kariery zawodowej… To wszystko sprawia, że czujemy się (z Jamesem Hansonem, przyp. red.) nieszczęśliwi, ale to jedyna słuszna decyzja”. Rzeczywiście po „Rzymskich wakacjach” kariera Audrey nabrała zawrotnego tempa. Aktorka pracowała a to we Francji, a to w Hollywood, a to na Broadwayu. James Hanson musiał spędzać większość czasu w Kanadzie i Wielkiej Brytanii, doglądając tam interesów. „Trudno byłoby nam prowadzić normalne małżeńskie życie”, tłumaczyła tę decyzję Audrey. Ale czy to był jedyny...

Czytaj dalej
mat. promocyjne

Depresja, toksyczne miłości i samotność – Natasza Socha wraca z nową książką „Zagubieni”

Największym źródłem rozczarowań bywają związki. „Kiedy książę na białym koniu okazuje się co najwyżej stajennym”, mówi Natasza Socha, autorka powieści dla kobiet „Zagubieni”. Co jeszcze?
Anna Zaleska
28.05.2020

Natasza Socha jest dziennikarką, felietonistką, a przede wszystkich autorką bestsellerowych powieści dla kobiet . Choć pochodzi z Poznania, od lat mieszka z mężem i nastoletnimi dziećmi w małej miejscowości pod Akwizgranem. Mówi o sobie, że na pełen etat wychowuje syna i córkę, a na pół etatu pisze książki. Najnowsza „Zagubieni” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o współczesnych trzydziestolatkach . Mati jest człowiekiem sukcesu, który zachłysnął się życiem na wysokich obrotach. Sonia przeciwnie – żyje z dnia na dzień, robiąc rzeczy, które w najmniejszym stopniu jej nie interesują, i wchodząc w kolejne nieudane związki . Dla Nataszy Sochy para trzydziestolatków staje się pretekstem do przyjrzenia się przyczynom coraz powszechniejszej depresji . Anna Zaleska: Pani nowa powieść „Zagubieni” opowiada o współczesnych trzydziestolatkach. Dlaczego właściwie są tak sfrustrowani i nieszczęśliwi? Natasza Socha: Bo żyjemy za szybko, wszystko robimy naraz, jesteśmy wiecznie zagonieni i rozproszeni. Jednocześnie gotujemy obiad, przeglądamy książkę, przeszukujemy internet, słuchamy radia, odpowiadamy na wiadomości na Messengerze, a i tak mamy nieustająco poczucie marnowania czasu. Pamiętam, że jako dziecko nie znałam pojęcia „nuda”, mimo że nie miałam komputera, różnych gadżetów, nawet roweru. A moje dzieci jeśli czegoś nie robią przez pięć, dziesięć minut, to już czują niepokój. Współcześni trzydziestolatkowie do 20. roku życia przeżyli całe swoje życie. Nic dziwnego, że są sfrustrowani. I doznali już mnóstwa rozczarowań? Tak. Bo jeśli człowiek za główny cel stawia sobie szybkie osiągnięcie szczęścia, a poprzeczkę oczekiwań ustawia bardzo wysoko, wtedy łatwo o rozczarowania. To działa jak lawina. Coś się zaczyna psuć...

Czytaj dalej
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej
Wieża Eiffla
getty images

Miłość po zdradzie – czy każdy związek można posklejać?

Pokonując kryzys, dajemy sobie szansę na lepsze życie
Karolina Rogalska
19.02.2020

Warto walczyć o każdy związek, nawet ten, w którym doszło do zdrady. Zanim jednak zdecydujemy się na powrót do siebie, oboje musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy moja miłość jest większa niż twoja wina?”. Od tego zacznijmy – mówi psychoterapeutka Krystyna Mierzejewska-Orzechowska. Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Czy można naprawić związek, w którym wydarzyło się wiele zła, krzywd i cierpienia? Czy taką relację da się w ogóle posklejać? Krystyna Mierzejewska-Orzechowska:  Nie tylko można ją posklejać, ale wprowadzić na zupełnie nowe tory, na głębsze rozumienie zawiłych ścieżek miłości. Kryzys daje szansę na rozwój dojrzałej tożsamości, ludzie odkrywają prawdę o sobie – często trudną. Trzeba dużo wysiłku, aby lepiej siebie zrozumieć. Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że pokonując kryzys, para może doświadczyć wspólnego, innego i lepszego życia. Oczywiście pod pewnymi warunkami: oboje muszą chcieć być nadal razem, a krzywdy, które sobie nawzajem wyrządzili, muszą zostać rozliczone. A nie zamiecione pod dywan. Zazwyczaj jest to bardzo długi i bolesny proces. Dlatego zanim zdecydujemy się na powrót, warto sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czy moja miłość jest większa niż twoja wina?”. I dopiero wtedy, gdy moja miłość jest większa niż twoja wina i ufam, że to, co mówisz, jest szczere oraz naprawdę chcesz zrobić wszystko, żeby nie powtórzyć tamtych błędów, możemy zacząć budować siebie i związek na nowo. „Do tanga trzeba dwojga” Na początku terapii par zazwyczaj pada pytanie: „Czy państwo się kochacie?”. To pytanie wydaje się banalne, ale praktyka pokazuje, że jest bardzo dobrym wskaźnikiem powodzenia bądź niepowodzenia w terapii. Ludzie mogą mieć w sobie...

Czytaj dalej