Sądzisz, że jesteś otwarta i tolerancyjna? Często tak nam się tylko wydaje
getty images

Sądzisz, że jesteś otwarta i tolerancyjna? Często tak nam się tylko wydaje

Czy jesteśmy tak tolerancyjni, jak nam się wydaje?
Ewa Pągowska
19.02.2020

Zadeklarowanie siebie jako osoby tolerancyjnej nic nie kosztuje i nie pozwala przewidzieć, czy w przyszłości będziemy kierować się uprzedzeniami, czy nie. Tak naprawdę jesteśmy mniej otwarci, niż nam się wydaje”, mówi prof. dr hab. Dariusz Doliński.

Ewa Pągowska „Uroda Życia”: Czy ostatnio staliśmy się w Polsce bardziej nietolerancyjni?

Prof. dr hab. Dariusz Doliński: Mówienie, że w dzisiejszych czasach ludzie są gorsi niż kiedyś, to trochę lejtmotyw rozmów o społeczeństwie. Tymczasem mamy wiele dowodów na to, że na przestrzeni wieków stajemy się coraz lepsi. Jeśli spojrzymy chociażby na poziom agresji i łatwość, z jaką kilkaset lat temu zabijano ludzi, zobaczymy kolosalną zmianę na korzyść naszych czasów. Ale na pytanie, czy staliśmy się mniej czy bardziej tolerancyjni, trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Trzeba by było przeprowadzić precyzyjne badania: jedno np. 40 lat temu, drugie – analogiczne – teraz, a potem porównać wyniki. Dodatkowo tolerancja jest bardzo trudna do oceny. Można np. odnieść wrażenie, że dziś większa jest powszechność poglądów ksenofobicznych. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy po prostu ludzie kiedyś bardziej wstydzili się je ujawniać, a dziś robią to częściej chociażby dlatego, że internet zapewnia anonimowość?

Wciąż chyba wiele osób ukrywa swoją niechęć do innych narodów czy ras?

Oczywiście! Jestem o tym głęboko przekonany. Zwłaszcza w tej grupie społeczeństwa, która chwali się swoją otwartością. Tu rzeczywisty poziom nietolerancji jest znacznie wyższy niż ten deklarowany. Natomiast w grupie, w której powiedzenie: „Nienawidzę muzułmanów” nie jest niczym wstydliwym, ukrytych ksenofobów jest na pewno mniej. 

No właśnie – społeczeństwo mamy podzielone na dwie części, a każda jest wobec tej drugiej szalenie nietolerancyjna.

To prawda. Nigdy nie było tak dużego konfliktu wewnątrz polskiego społeczeństwa. Nawet ten między Solidarnością a komunistami nie był tak jaskrawy. Dziś mamy wojnę ideologiczną. Wyższość, jaką jedna grupa czuje w stosunku do drugiej, jest szalenie niebezpieczna. Dopóki to był konflikt wartości i każda z grup uważała się za tę, która ma rację, ale nie czuła pogardy wobec tej drugiej, nie było jeszcze tak strasznie. Ale pojawiła się pogarda. Ona jest groźna, bo to od niej zwykle zaczynały się poważne konflikty społeczne i ona prowadziła do aktów fizycznej agresji. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Efekt „better than average”

Co ciekawe członkowie obu grup uważają się za osoby tolerancyjne.

Myślę, że 99,9 proc. Polaków uważa się za tolerancyjnych, a nawet za bardziej tolerancyjnych niż przeciętna osoba. W psychologii nazywamy to efektem „better than average” („lepszy niż przeciętny”). Obserwujemy go w odniesieniu do wielu różnych pozytywnych postaw, cech charakteru czy umiejętności. Gdybyśmy teraz zapytali reprezentatywną próbę Polaków np. o to, czy są mniej moralni od przeciętnego rodaka, tak samo moralni lub bardziej moralni, znakomita większość odnalazłaby się w tej trzeciej grupie. 

Prawdopodobnie więc wszyscy jesteśmy mniej tolerancyjni, niż nam się wydaje. 

Nie „prawdopodobnie”. Na pewno. Poza tym zadeklarowanie siebie jako osoby tolerancyjnej kompletnie nic nie kosztuje. Nie musimy tego potwierdzać w działaniu. Zupełnie inaczej niż gdybyśmy powiedzieli, że jesteśmy na przykład prospołeczni, altruistyczni – za tym musiałaby pójść jakaś aktywność wobec innych ludzi. W przypadku tolerancji wystarczy zachować bierność. Można wyjść z założenia: jeśli nie robię nic złego homoseksualistom, muzułmanom, świadkom Jehowy – wszystko jedno, o jakiej grupie społecznej będziemy mówić – to znaczy, że jestem tolerancyjny.

Mam też wrażenie, że „odhaczenie” swojej tolerancji w związanych z nią dyżurnych medialnych tematach też poprawia nasz obraz we własnych oczach. Wystarczy, że na zdjęcie profilowe na Facebooku nałożę tęczową nakładkę, zadeklaruję publicznie chęć przyjmowania uchodźców i już mogę mówić o sobie, że nie mam uprzedzeń.

Tak, to pewnie poprawi pani samopoczucie, ale w żadnym stopniu nie pozwoli przewidzieć, jak się pani zachowa, gdy np. uchodźca zapuka do drzwi w Wigilię i zapyta, czy to wolne krzesło jest dla niego. Badania pokazują, że nasze przekonania są kiepskim predyktorem naszych zachowań. Często zapominamy też, że tolerancja to nie tylko kwestia stosunku do grup mniejszościowych, o których często się mówi czy pisze w przestrzeni publicznej, ale także stosunku do naszych bliskich i znajomych. Możemy krytykować ciotkę za to, że wciąż powtarza to samo słowo, i w ogóle nie zauważać, że jest to przejaw nietolerancji.

Stereotypy kulturowe a realne zagrożenia

Jak więc zyskać bardziej realną ocenę siebie? Po czym poznać, że jest się tolerancyjnym?

Najprościej mówiąc: po tym, że się nie ma negatywnego stosunku do ludzi, którzy są inni. O ile tylko ci ludzie nie zagrażają wolności, prawom i bezpieczeństwu innych. 

No i tutaj otwiera się bardzo szerokie pole do interpretacji! Wszystko można przecież uznać za zagrażające naszemu bezpieczeństwu. 

Oczywiście! Chodzi jednak o zagrożenie realne, a nie wymyślone. 

Nikt przecież nie powie, że sobie wymyślił zagrożenie.

Dlatego właśnie, żeby zweryfikować prawdziwość tego zagrożenia, warto zadawać sobie pytania. Kluczowe jest: „Dlaczego?”. Jeśli odmawiam komuś prawa do jakichś zachowań, np. jestem nauczycielem i chcę zabronić uczennicom farbowania włosów, powinienem zapytać siebie: „Dlaczego jestem przeciw?”. Jeśli nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi, to muszę stwierdzić: „Hola hola, taki tolerancyjny to ja jednak nie jestem”. I dodam jeszcze, że odpowiedzi „Nie, bo nie” czy „Nie, bo takie zawsze były zasady” do racjonalnych nie należą.

A jeśli znajdę takie, które uznam za racjonalne? Stwierdzę, że mój opór jest uzasadniony?

Wtedy zawsze warto porozmawiać o tym z innymi ludźmi. Najlepiej właśnie z tymi, którym chcemy czegoś odmówić. No ale to jest bardzo trudne. 

Niestety. Kiedy koleżanka stwierdziła, że nie zamierza iść na wybory parlamentarne, to przez pewien czas w ogóle nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Nie tylko na temat wyborów. A taka się sobie wcześniej wydawałam tolerancyjna. 

I nadal mogła się pani za taką uważać, jeśli uznawała pani wybór koleżanki za zagrażający swojemu bezpieczeństwu. Jeśli jednak on taki nie był, to można stwierdzić, że pani postawa była nietolerancyjna. W Polsce mamy prawo nie tylko iść na wybory, ale też nie iść. Najsensowniejsza byłaby wymiana poglądów i zapytanie koleżanki, dlaczego nie głosowała. Z kolei jeśli odmawiamy czegoś przedstawicielowi danej grupy społecznej, bo odczuwamy w stosunku do niej niechęć, warto się zastanowić, na ile nasze uczucie jest uprawnione. Nawet jeśli w negatywnym stereotypie, którym się posługujemy, jest ziarno prawdy, bo stereotypy nie są z definicji nieprawdziwe, to czy ja mam prawo odnosić się z niechęcią do każdego członka danej społeczności? Czy jeśli znajdę badania, z których wynika, że czarni są bardziej muzykalni niż biali, to znaczy, że każdy czarny, którego spotkam, jest bardziej muzykalny ode mnie? 

No nie. 

A jednak często słyszymy, jacy są „wszyscy Żydzi”, „wszyscy Niemcy” albo „wszyscy Ukraińcy”. To przekonanie o niskiej zmienności wewnątrzgrupowej jest jedną z podstawowych cech stereotypu. Bardzo szkodliwą. 

Zastanawiam się, czy my się nietolerancji uczymy, czy się z nią rodzimy. Czy może właśnie lęk przed obcymi, innymi pozwalał nam przetrwać?

Rzeczywiście dawniej pozwalał nam przeżyć, ale otwartość na to, co inne, pozwalała się rozwijać. Kontakt z ludźmi, którzy mówili innym językiem, inaczej wyglądali, umożliwił i rozwój handlu, i wymianę myśli. Historia pokazuje, że kiedy kraje zamykały się na obce wpływy, zaczynały podupadać. Tak jak Hiszpania, kiedy wygoniła Żydów. Wie pani, dlaczego nauka amerykańska jest tak potężna? Między innymi dlatego, że w Stanach Zjednoczonych kładzie się bardzo duży nacisk na wymianę myśli. Jest taki ciekawy przepis, który wydaje się dziwny, ale kiedy się nad nim zastanowimy, dostrzeżemy jego głęboki sens. On zabrania naukowcom pracować na uczelni, na której zrobili doktorat. Muszą przenieść się do innego ośrodka. Dzięki temu częściej konfrontują z innymi swoje poglądy i teorie, a różne mody i nowinki szybciej przenoszą się pomiędzy placówkami badawczymi. Kiedyś, gdy przeżywaliśmy wielki niedostatek dóbr, brak tolerancji i skłonność do odmawiania obcym dostępu do naszych zasobów mogły mieć uzasadnienie. Psycholodzy ewolucyjni powiedzieliby, że w ten sposób broniliśmy swoich genów. Ale we współczesnym świecie nietolerancja jest reliktem, który przede wszystkim szkodzi.

Skąd się biorą: ksenofobia, rasizm, seksizm 

Dlaczego więc nie potrafimy się od niego uwolnić?

To jest bardzo związane z samooceną, poczuciem własnej wartości. Każdy chce być z czegoś dumny. Jeśli ma niską samoocenę, to często próbuje ją sobie podnieść poprzez identyfikację z jakąś grupą, np. z własnym narodem czy religią. Z tego czerpie dumę i na przynależności do jakiegoś grona opiera poczucie własnej wartości.

Czy taka identyfikacja zawsze jest zła? Spotkałam się z opinią, że mówienie o sobie, że jest się patriotą, charakteryzuje ludzi mniej tolerancyjnych. Ci, którzy są otwarci na inność, doceniają różnorodność, nie chcą się tak szufladkować.

Wszystko zależy od tego, czym się ten nasz „patriotyzm” manifestuje. Jeśli tym, że czujemy dumę i radość, kiedy Tokarczuk odbiera Nobla czy Polak zdobywa medal olimpijski, tym, że cenimy swoją „inność”, ale nie swoją „lepszość”, to ja w takim patriotyzmie nie widzę nic złego. Natomiast przekonanie, że Polacy są wyjątkowi, a inne narody są gorsze, jest już groźne. Takie podejście prowadzi do odmawiania innym narodom prawa do odczuwania emocji wtórnych, jak wstyd czy duma. One są uważane za bardziej ludzkie niż emocje pierwotne, do których należą m.in. radość czy lęk. Badania pokazały, że osoby, które postrzegają swój naród jako lepszy, wierzą, że przedstawiciele innych narodów rzadziej odczuwają emocje wtórne.

Odczłowieczają ich.

Tak, natomiast identyfikacja z własnym narodem nie musi do tego prowadzić. Nie musi polegać na definiowaniu siebie w opozycji do innych. Inaczej jest z religią. Zrobiono badania, w których przypominano uczestnikom o ich religijności poprzez wyświetlanie w zalewie różnych liter takich słów, jak: „msza”, „ksiądz”, „hostia”. Potem sprawdzono stosunek badanych do wyznawców innych religii. Pogorszył się. Kiedy w podobny sposób aktywowano u badanych kategorie narodowościowe, stosunek do przedstawicieli innych narodów też się pogorszył, ale w niewielkim stopniu. To, że ktoś czuje się Niemcem, nie musi zagrażać temu, że ja się czuję Polakiem. Jeśli chodzi o kwestie religijne, to nie ma wyjścia: albo ja – katolik mam rację, albo on – muzułmanin. 

Tolerancja na Facebooku

Co zrobić, by być bardziej tolerancyjną?

Ważne jest uświadomienie sobie, że dwie osoby mogą mieć inne poglądy, ale to jeszcze nie znaczy, że jedna z nich musi mieć rację. Możemy dopuścić do siebie myśl, że nasz rozmówca się nie myli, i nie zburzy to naszego poczucia własnej wartości. Przestrzegałbym też przed zamykaniem się w getcie informacyjnym, kontaktowaniem wyłącznie z ludźmi, którzy mają światopogląd podobny do naszego. Radziłbym sięgnąć czasem po inne czasopisma czy wejść na inne portale niż te, które głoszą nasze poglądy. Zacznijmy je czytać nie po to, by się pośmiać, ale żeby zastanowić się, czy oni czasem nie mają racji w jakiejś kwestii. Nie mówię, że w fundamentalnej. 

Tymczasem coraz częściej na Facebooku można przeczytać posty „Tych, którzy głosowali na – tutaj wpisywana jest nazwa partii – proszę o opuszczenie grona moich znajomych”.

To jest ekspresja pogardy. Rozumiem, że usuwamy kogoś z grona znajomych, bo nas obraża, wyzywa, ale dlatego, że głosował na inną partię? To nie jest dobre. Lepiej zastanówmy się, dlaczego on wybrał inną partię, może miał motywy, które warto poznać, których nie bierzemy pod uwagę. Pamiętajmy, że wyborcy danej partii nie są homogeniczną grupą. To są ludzie o bardzo różnych motywach, doświadczeniach i przeszłości. Porozmawiajmy z nimi o tym. 

Nie lepiej jednak, w trosce o relacje, unikać rozmów o polityce z ludźmi, którzy mają inne poglądy niż my?

Moim zdaniem należy rozmawiać o wszystkim, nawet o tym, co bolesne i co nas dzieli. Oczywiście nie ma sensu rozpoczynać dyskusji, jeśli nie założymy wcześniej, że będziemy słuchać i starać się zrozumieć, a nie próbować przekonać do swoich poglądów. Ciekawe jest poznanie sposobu, w jaki myślą nasi rozmówcy, skąd wzięły się ich poglądy, jak radzą sobie z tym, że pojawiają się fakty, które stoją w sprzeczności z ich poglądami, jak reagują na ostatnie wydarzenia polityczne. 

Stawia pan trudne zadanie.

Wiem, że łatwo mi się tak mądrzyć. Sam nieświadomie ograniczyłem kontakt z kolegą, z którym znaleźliśmy się po dwóch stronach sporu politycznego. 

Co tu mówić o wysłuchaniu kogoś z drugiej strony barykady, skoro coraz rzadziej jesteśmy gotowi wysłuchać kogoś, kto ma podobny światopogląd do naszego, ale w jednej kwestii się z nami nie zgadza. Mam koleżankę, która popiera opozycję i żyje w środowisku, które ma takie same poglądy. Ukrywa przed nimi, że wprowadzenie 500+ uważa za słuszne. Z kolei moja religijna znajoma w swojej grupie modlitewnej nie przyznaje się do tego, że głosowała na partię, która jest uważana za antyklerykalną. 

To wszystko jest typowe dla sytuacji ostrego konfliktu, z jakim mamy teraz do czynienia. Ten, kto ma jakiekolwiek wątpliwości, jest z definicji podejrzany, uważa się go za potencjalnego zdrajcę, który już zabezpiecza sobie tyły i w razie czego zmieni front.

Myśli pan, że warto świadomie zasiać trochę fermentu we własnym środowisku? Mówić głośno, jeśli się z czymś nie zgadzamy?

Na pewno tak. To zapobiega tworzeniu niebezpiecznego monolitu. Postrzeganiu i swojej grupy, i tej drugiej jako jednorodnej.

A czy można stać się w pełni tolerancyjnym, w ogóle nie kierować się stereotypami?

Pewnie nie. Tak jak nie można być w pełni racjonalnym czy refleksyjnym. Ale zawsze można się starać być bardziej racjonalnym, bardziej refleksyjnym czy właśnie bardziej tolerancyjnym.

Rozmowa z prof. dr hab. Dariuszem Dolińskim ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Choroba hashimoto
IStock

Chorujemy na chorobę Hashimoto i celiakię, bo… jesteśmy kobietami?

Hashimoto, celiakia, stwardnienie rozsiane. Choroby immunologiczne są kobiecą domeną. O tym, dlaczego chorujemy na nie znacznie częściej niż mężczyźni, i jak się przed nimi bronić, z doktorem Wojciechem Sydorem rozmawia Katarzyna Podhorecka.
Katarzyna Podhorecka
30.07.2020

Choroba Hashimoto to jeden z typów zapalenia tarczycy, a jej przyczyną jest to, że mówiąc najprościej, organizm zaczyna zwalczać jeden ze swoich organów: tarczycę, co prowadzi do stanu zapalnego. W poczatkowej fazie może nie dawać żadnych niepokojących objawów, bywa, że chora dowiaduje się o chorobie podczas badania kontrolnego tarczycy. Z czasem pojawia się senność, zaczyna łuszczyć się skóra, wypadaja włosy, problemy z koncentracją, ciągła senność i uczucie rozbicia, a nawet depresja. O tym, jak leczyć Hashimoto i inne choroby z autoagresji mówi dr n. med. Wojciech Sydor, specjalista w zakresie chorób wewnętrznych, immunologii klinicznej oraz angiologii ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Katarzyna Podhorecka: Dlaczego kobiety częściej niż mężczyźni chorują na choroby autoimmunologiczne? Wojciech Syd or: Nie na wszystkie. Na łuszczycę i na cukrzycę typu 1 choruje więcej panów. Na wrzodziejące zapalenie jelita grubego chorujemy mniej więcej po równo. Ale rzeczywiście, jeśli chodzi o takie choroby, jak reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń układowy, choroba Hashimoto czy Gravesa-Basedowa, to kobiety stanowią nawet 75 proc. chorych. Przyczyną tego prawdopodobnie są hormony płciowe. Wahania poziomu estrogenów i progesteronu u kobiet wpływają na pobudzenie ich układu odpornościowego i osłabienie tolerancji immunologicznej. Tak samo np. antykoncepcja hormonalna lub hormonalna terapia zastępcza nieco zwiększa ryzyko niektórych chorób autoimmunologicznych. Przykładem burzy hormonalnej jest też ciąża. Jak wpływa na przebieg chorób autoimmunologicznych? Ciąża to rodzaj transplantacji, bo płód rozwijający się w ciele matki tylko w połowie składa się z jej komórek. Druga połowa to obce białko – silnie immunogenne antygeny ojcowskie. Aby...

Czytaj dalej
Współpraca, Miłosz Brzeziński
Adobe Stock

„W naszym społeczeństwie panuje kult jednostki, ale to w grupie mamy siłę!” mówi Miłosz Brzeziński

Praca w zespole nie musi oznaczać wyścigu szczurów. „Badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości: jesteśmy gatunkiem, który zdecydowanie lepiej funkcjonuje w grupie niż w pojedynkę” – mówi coach Miłosz Brzeziński.
Karolina Morelowska-Siluk
03.08.2020

Zgubnym mitem kultury Zachodu jest przekonanie, że za przełomowymi sukcesami stoi jeden człowiek. A tak nigdy nie było. Bieg świata zawsze zmieniały zespoły. O sile, jaką daje współpraca, rozmawiamy Miłoszem Brzezińskim, psychologiem, trenerem osobistym, specjalistą w zakresie motywacji, autorem książek m.in. „Biznes, czyli sztuka budowania relacji”. Kult jednostki Karolina Siluk-Morelowska:   Przygotowując się do naszej rozmowy, przeprowadziłam na swoich najbliższych eksperyment. Zadałam dwa pytania: „Kto wymyślił żarówkę?” oraz „Kto pomalował Kaplicę Sykstyńską?”. Odpowiedzi brzmiały: kaplicę ozdobił Michał Anioł, żarówkę wymyślił Thomas Edison. Tymczasem Edison miał 20-osobowy zespół, Michał Anioł sztab kreatywnych artystów. Skąd więc takie odpowiedzi? Nie wiemy, jaka jest prawda? Miłosz Brzeziński:  Raczej uprawiamy kult jednostki. I jest to ewidentnie skrzywienie obrazu charakterystycznego dla naszego kręgu kulturowego. Uważamy, że jedna osoba bardzo dużo może. Jedna osoba bardzo wiele znaczy. Mam rozumieć, że taki sposób myślenia cechuje Europejczyków?  Powiedziałbym, że ludzi kultury Zachodu. Klasyczna kultura Wschodu traktuje pojedynczą osobę jako część całości. Supełek w ogromnej sieci. Dla Zachodu całością jest jednostka. We wschodnim poczuciu bycia elementem wielkiej układanki widzę w zasadzie tylko jedną niedoskonałość. W kulturach, nazwijmy je na potrzeby tej rozmowy zespołowymi, ludzie nigdy się nie wychylają. Nawet jeśli wiedzą lepiej, więcej. Wychodzą z założenia, że wystający gwóźdź dostaje pierwszy. Ponadto czują się skrępowani, kiedy oni coś wiedzą, a inni nie.  To nie jest dobre. Choć, na marginesie, u nas bywa odwrotnie. Nierzadko zabieramy głos w dyskusji, nie mając pojęcia, o czym mowa....

Czytaj dalej
alkoholizm i ryzykowne picie Polaków
getty images

„Ze mną się nie napijesz?!” Polki piją coraz więcej, częściej, bardziej ryzykownie

Gdzie kończy się picie dla przyjemności, a zaczyna alkoholizm?
Karolina Morelowska-Siluk
04.01.2019

Nie chcemy słyszeć, że w wypiciu butelki dobrego wina do kolacji jest coś złego. „Można powiedzieć, że na osi przygody z alkoholem picie drogiego wina jest pierwszym etapem flirtu, a pan spod sklepu monopolowego jest końcowym efektem niemożności wyzwolenia się z toksycznego związku. Nie musimy oczywiście tak skończyć, ale prawdopodobieństwo zawsze istnieje. Lepiej go nie bagatelizować” – mówi kulturoznawca, dr hab. Jacek Wasilewski. Polki i alkohol Karolina Morelowska-Siluk: Z najnowszego raportu „Czego Polacy o alkoholu nie wiedzą”* wynika jednoznacznie, że ciągle mamy dość lekkie podejście do picia alkoholu. Nie traktujemy go zbyt poważnie. Dr hab. Jacek Wasilewski: Powiedziałbym inaczej – traktujemy go bardzo poważnie, wręcz nabożnie, ale bardzo niepoważnie traktujemy konsekwencje, jakie mogą płynąć z używania alkoholu... Nabożnie? Jest bardzo wiele sytuacji, których bez alkoholu nadal nie potrafimy uczcić. Nie mówię już o dobijaniu targu, ale o większości rytuałów społecznych, takich jak: pępkowe, ślub czy imieniny. Niby tak wiele zmieniło się w naszej kulturze, ale niepodanie wódki na weselu nie oznacza, że goście powiedzą o nim:  „nowoczesne”, nie, powiedzą zdecydowanie:  „dziwaczne”. Picie z kimś wódki oznacza wpuszczenie go do wspólnoty, wtedy ludzie są wobec siebie szczerzy, wzajemnie sobie ufają. Nie chce mi się w to wierzyć. Mam wrażenie, że przywołuje pan odległą przeszłość... Naprawdę? Nie usłyszała pani od nikogo całkiem niedawno:  „Wódki z tobą nie piłem” albo: „Ze mną się nie napijesz?”? Usłyszałam, to prawda. No właśnie. Bo z alkoholem jest podobnie jak z muzyką disco polo, nikt jej nie słucha, ale płyty sprzedają się w gigantycznych nakładach, a w sobotnią...

Czytaj dalej
zerwanie z rodziną
Getty Images

Czy zerwanie kontaktu z rodziną może nam wyjść na dobre?

Odpowiada psychoterapeutka, Ewa Chalimoniuk.
Karolina Rogalska
15.10.2018

Rodzina to źródło ciepła, bezpieczeństwa, miłości, a czasem ogromnego cierpienia. Bo konflikty, które bolą najbardziej, to te z najbliższymi. Czasami konflikty rodzinne są tak silne, że łatwiej zerwać relacje z krewnymi, niż utrzymywać więzi i spotykać się przy stole. Co zrobić, kiedy ranimy się tak mocno, że łatwiej zerwać więź, niż o nią walczyć? O tym, dlaczego bliscy nas ranią najmocniej i czy zerwanie kontaktów z rodziną może być dla nas dobre, opowiada Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka. Karolina Rogalska: Artyści z grupy Twożywo zrobili kiedyś plakat z napisem: „Tarcie to ciepło, ciepło to rodzina”. Czy ci, których kochamy najbardziej, mogą najmocniej nas zranić? Ewa Chalimoniuk:  Rodzina jest po to, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby emocjonalne człowieka: bezpieczeństwa, przywiązania, bezwarunkowej akceptacji i miłości. Jeśli tego nie dostajemy, to cierpimy. W stosunku do najbliższych mamy też największe oczekiwania, więc te zawody bardzo bolą. Ktoś, kogo nie kochamy, nie może sprawić nam głębokiego bólu. Jeżeli ubliży pani pijak na ulicy, to zezłości się pani i pójdzie dalej, ale jeśli zrobi to ukochany syn czy rodzic? Miłość i nienawiść to dwa końce tej samej liny. Czasem ten ból jest tak wielki, że ludziom łatwiej zerwać kontakt niż pozostać w relacji, ale czy cena, jaką za to płacą, nie jest zbyt wysoka? Jest bardzo wysoka. Myślę jednak, że rzadko kto zrywa kontakt z rodziną bez ważnego powodu. Musimy czuć się mocno zranieni, nierozumiani czy nieakceptowani w jakiejś swojej decyzji – wyboru partnera, wiary czy ścieżki życiowej – że dokonujemy tak ostatecznego gestu. Najczęściej decydują się na to ludzie, którzy nie mieli bezpiecznej więzi z rodzicami. Doświadczający w tej relacji upokorzeń, odrzucenia albo przemocy psychicznej, fizycznej czy...

Czytaj dalej