Czy jesteś hipokrytką? Hipokryzja – dlaczego mówimy jedno, a robimy drugie?
iStock

Czy jesteś hipokrytką? Hipokryzja – dlaczego mówimy jedno, a robimy drugie?

Hipokryta mówi jedno, robi drugie – to najbardziej obrazowa i zwięzła definicja. Mówi innym dokładnie to, co chcą usłyszeć, dostosowuje swoje działanie do konkretnej sytuacji, by uzyskać swój cel, cieszyć się sympatią całego świata. Jednak czy tak jest naprawdę?
Karolina Morelowska-Siluk
08.01.2021

Hipokryta nie wchodzi w konflikt, unika konfrontacji, więc na co dzień żyje mu się dość wygodnie, a z pewnością wygodniej niż całej reszcie. Jednak długoterminowo nie jest to dobra strategia.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Czym jest hipokryzja?

Sam termin „hipokryzja” pochodzi od greckiego słowa „hypokrisis” i oznacza „udawanie”. Bo to właśnie na ciągłym udawaniu skonstruowana jest postawa hipokryty. Publicznie głosi wielkie hasła, w zaciszu domowym  kompletnie ich nie stosuje. To skrajny konformista – zachowuje się jak chorągiewka na wietrze – jeśli chcesz, by ktoś się z tobą na pewno zgodził, zwróć się do niego, z pewnością cię nie zawiedzie. Jesteś wierzący – on też będzie, jesteś ateistą – on także jednak nie wierzy…

Czytaj też: Jak rozpoznać toksycznych ludzi? 3 typy, przed którymi trzeba umieć się bronić

Jak działa hipokryta?

Hipokryta jest lubiany. Do pewnego momentu. Stwarza pozory bycia ostoją pięknych i wzniosłych zasad, także moralnych, dlatego ludzie nierzadko widzą w nim nawet wzór do naśladowania. Ponadto hipokryta jest jak mało kto „elastyczny”, a to pozwala mu osiągać sukcesy – szef, z którym hipokryta wciąż się zgadza, jest zadowolony. Dopóki „król nie stanie się nagi”, zdąży wiele zyskać. Potencjał tej strategii doskonale widać na przykładzie polityków. W polityce pełno jest przecież hipokryzji.

Hipokrytę się lubi, ale tylko do pewnego momentu. Wydawałoby się, że nie podoba nam się to, że łamie zasady, które sam głosi, i że właśnie to nas od niego odstrasza. Okazuje się, że wcale nie!

Dlaczego nie lubimy hipoktytów?

Badania przeprowadzone przez naukowców z Yale University pokazały coś zaskakującego! Otóż hipokrytów nie lubimy wcale nie za to, że łamią zasady, ale za fałszywe deklaracje. Za to, że przedstawiają siebie w zdecydowanie lepszym świetle od wszystkim innych, czyli – wywyższają się. Badacze z Yale przedstawili osobom biorącym udział w badaniu historię człowieka, który w pracy stwarzał wrażenie bardzo ekologicznego: wyłączał światła, odłączał przed wyjściem z pracy urządzenia od prądu, notował po dwóch stronach kartki, by nie marnować papieru, namydlając ręce zakręcał wodę, itd. Okazało się jednak, że w domowym zaciszu nie stosuje żadnej z tych zasad.  Osoby biorące udział w eksperymencie potępiły go nie za brak troski o środowisko, lecz za to, że jest dwulicowy, że „gra” lepszego od wszystkich dookoła.

Czytaj też: 7 sposobów, jak żyć bardziej ekologicznie. Stań się częścią wielkiej zmiany

Hipokryta czuje wyższość. Zwraca się do innych w sposób pouczający, podobny do tonu rodzica wobec dziecka. Rozmawiając z hipokrytą, czujesz się gorszy. Najpierw go podziwiasz, próbujesz mu dorównać, a potem kiedy prawda wychodzi na jaw – czujesz się zwyczajnie oszukany. Hipokryta uwielbia plotki, chce wiedzieć, co dzieje się wszędzie i u każdego. A potem, całej tej wiedzy używa do swojej gry, wiedza jest jego amunicją – zawsze ma argumenty na swoją obronę: „Zarzucasz mi to i to, a sam w zeszłym roku zrobiłeś to i to”.

Hipokryta to ktoś, kto za wszelką cenę chce być lubiany i uznawany. Bardzo często u źródła kryje się niskie poczucie własnej wartości, niezaspokojone przed laty potrzeby emocjonalne.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Dylemat społeczny, Netflix
„Dylemat społeczny”, Netflix. Fot. materiały prasowe

Masz konto na FB, Instagramie czy Twitterze? Musisz obejrzeć ten film – otwiera oczy!

„Dylemat społeczny” udowadnia, że napędzanie naszego uzależnienia to świadome działanie firm technologicznych, a nie skutek uboczny mediów społecznościowych.
Magdalena Żakowska
17.10.2020

Każda z nas obserwuje na co dzień, jak media społecznościowe wpływają na nasze życie – na to, jak się ubieramy, jakie kosmetyki kupujemy, do jakich restauracji chodzimy, a nawet na to, jakie dekoracje wybieramy na święta i jakie potrawy stawiamy na stole. Posty, które czytamy potrafią wywołać w nas niepokój, frustrację, przygnębienie, a czasem łapiemy się na tym, że straciłyśmy mnóstwo czasu na przeglądanie treści, które kompletnie nas nie interesują. Oglądając dokument „Dylemat społeczny” dowiecie się, jak media społecznościowe wpływają na nasze decyzje i sposób życia, jak przejmują nad nami kontrolę. To dobry punkt startu do tego, żeby zacząć myśleć o bardziej świadomym korzystaniu z tych narzędzi. A może nawet o poście dopaminowym! Jesteś produktem Od momentu wrześniowej premiery „Dylemat socjalny” jest najchętniej oglądanym dokumentem na platformie Netflix. Brytyjski dziennik The Independent nazwał go „najważniejszym dokumentem naszych czasów”. W skrócie dokument opowiada o tym, jak Facebook, Instagram, Twitter, TikTok i inne platformy walczą o naszą uwagę i wykorzystują swoje algorytmy do tego, aby jak najdłużej zatrzymać nas w tych aplikacjach. Po co? Żeby jak najwięcej na nas zarobić.  Jeśli nie płacisz za produkt, to znaczy, że sam jesteś produktem – mówi znane porzekadło z Doliny Krzemowej. W tym wypadku produktem jest nasza uwaga, którą media społecznościowe sprzedają swoim reklamodawcom. Czym więcej uwagi poświęcamy mediom społecznościowym, tym więcej mogą jej sprzedać i tym więcej zarabiają. Nasze uzależnienie to ich większy zysk. Twórcy dokumentu dowodzą, że manipulowanie ludzkim zachowaniem dla zysku jest jedną z podstawowych zasad funkcjonowania firm technologicznych będących w posiadaniu mediów...

Czytaj dalej
Orina Krajewska
Weronika Ławniczak

Orina Krajewska: „Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie”

„Bardzo chciałabym, żeby moja mama poznała mnie dzisiejszą, bo na pewno mocno się zmieniłam. Staram się być obecna tu i teraz. Nie przeszłabym tej przemiany, gdyby nie jej choroba i odejście”, mówi aktorka Orina Krajewska, córka Małgorzaty Braunek.
Karolina Morelowska-Siluk
10.10.2018

Po śmierci mamy, Małgorzaty Braunek, założyła fundację. Teraz Orina Krajewska, która zawodowo poszła w ślady mamy i także została aktorką, wydała książkę o holistycznym podejściu do zdrowia pt. „Holistyczne ścieżki zdrowia. Bądź” (wyd. Sensus).  Karolina Morelowska-Siluk: Wydałaś książkę „Holistyczne ścieżki zdrowia". Dlaczego zajęłaś się tym tematem? Orina Krajewska: To naturalna konsekwencja tego, co stało się ważną częścią mojego życia - razem z rodziną prowadzę Fundację Małgosi Braunek „Bądź". Założyliśmy ją po śmierci mamy, to było w pewnym sensie jej życzenie. Mama chorowała na raka, korzystała oczywiście z medycyny konwencjonalnej, ale starała się robić coś więcej - stosowała rozmaite terapie naturalne, praktyki duchowe. Ważna była dla niej aktywna walka o zdrowie. Chciała mieć poczucie, że robi wszystko, co możliwe. W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że w wielu miejscach na świecie, także tych bliskich Polsce, na przykład w Niemczech, od lat stosuje się terapie zintegrowane, łączące nowoczesne osiągnięcia medycyny naukowej z medycyną komplementarną. Co to znaczy? Mówiąc obrazowo, medycyna komplementarna leczy nie tylko chory narząd, ale cały organizm. Wspierając mamę przez rok, na własnej skórze odczuliśmy skutki jednowymiarowego leczenia. Leczenia, które skupia się wyłącznie na zaatakowanym przez chorobę organie. W podejściu komplementarnym wychodzi się z założenia, że wszystko – umysł, ciało i stan ducha – ma na siebie wpływ. Zaniedbanie jednego z tych obszarów może zaburzać cały system. Moja mama, niestety, nie zdążyła pojechać do kliniki, która oferowała taki rodzaj integralnego leczenia, ale jej wolą było utworzenie czegoś na kształt centrum informacji i studiów nad holistycznym podejściem w...

Czytaj dalej
Dystans społeczny. Jak sobie z nim radzić
Pexels.com

„Mały lockdown” zabiera nam chęci do życia. Oto 4 strategie, które pomogą przetrwać

Ostatnie miesiące nieźle dały nam wszystkim w kość – mamy prawo być zmęczone, sfrustrowane i niepewne tego, co przyniesie jutro. Jak sobie radzić w tym trudnym czasie? Co zrobić, by „mały lockdown”, który będzie obowiązywał jeszcze przynajmniej przez najbliższe tygodnie, nie był tak wyczerpujący?
Hanna Szczesiak
12.11.2020

Nie bez powodu mówi się, że człowiek jest zwierzęciem stadnym. Na co dzień potrzebujemy interakcji z innymi ludźmi, potrzebujemy bliskości, kontaktu fizycznego, rozmowy – czasem nawet zwykłego „dzień dobry” z ust sąsiada czy kasjerki w supermarkecie. Dziś nie możemy sobie na to pozwolić. Podczas „małego lockdownu ” po raz drugi większość czasu spędzamy w domach, a jeśli już wychodzimy, nasze twarze zasłaniają maski. Ta nowa rzeczywistość może być obciążająca psychicznie nawet dla osób, której do tej pory uważały się za introwertyków uwielbiających spędzać czas w domowym zaciszu. Jak zatem sobie z nią poradzić? Zamiast „dystans społeczny”, myśl „dystans fizyczny” Jedną z najbardziej podstawowych rzeczy, jakie możemy zrobić, jest zaprzestanie używania sformułowania „dystans społeczny”. To określenie od razu kojarzy się z samotnością i odizolowaniem, choć tak naprawdę powinniśmy się dystansować wyłącznie fizycznie. W końcu to zachowywanie bezpiecznej odległości od innych ludzi i zostawanie w domu, jeśli mamy taką możliwość, może pomóc zmniejszyć transmisję koronawirusa . Choć nie możemy spędzać długich godzin w ulubionej kawiarni, sączyć wina z przyjaciółkami, a czasem nawet zjeść niedzielnego obiadu z rodziną, nie oznacza to, że jesteśmy skazani na samotność. Wręcz przeciwnie, podtrzymujmy kontakt przy pomocy środków, które są w zasięgu naszych rąk: łączmy się na Zoomie, rozmawiajmy godzinami przez telefon, a może nawet piszmy listy? Dzieli nas dystans fizyczny, jednak myślami i sercem możemy być ze sobą bliżej niż kiedykolwiek. Czytaj także: Psycholożka Katarzyna Kucewicz: „Lockdown to sytuacja kryzysowa. Więc my też zachowujmy się kryzysowo” Zrób coś dobrego dla innych Izolacja...

Czytaj dalej
Gaslighting
Adobe Stock

Gaslighting: okrutna forma przemocy emocjonalnej. Rozpoznaj i uciekaj!

Mówi się, że gaslighting to najsubtelniejsza, a przez to najgorsza forma przemocy psychicznej. Przestajemy ufać same sobie, tracimy pewność siebie, obwiniamy siebie o swoje cierpienie.
Sylwia Arlak
02.06.2020

Przed ślubem Paula była zwykłą, młodą kobietą. Wszystko się zmieniło, kiedy wyszła za mąż: pojawiły się urojenia, nocne omamy słuchowe, paranoiczne myśli. Przestała ufać swoim zmysłom, emocjom – uwierzyła, że jest chora psychicznie. Nie miała pojęcia, że padła ofiarą okrutnej manipulacji własnego męża – właśnie tak przedstawia się fabuła filmu „Gaslight” nakręconego w 1944 roku. W roli Pauli wystąpiła Ingrid Bergman, która za udział w tym filmie otrzymała Oscara. To właśnie od tytułu filmu wzięła się nazwa gaslighting określająca technikę manipulacji doskonale znaną dyktatorom, przywódcom sekt czy patologicznym kłamcom.  Co to jest gaslighting? Powiem ci, co masz myśleć i czuć Najprościej mówiąc, gaslighting polega na wmówieniu ofierze, że nie powinna sobie ufać: swojej intuicji, inteligencji. Gnębienie często jest bardzo subtelne i narasta stopniowo latami – dlatego często jest niemożliwe nawet wskazanie, kiedy się zaczęło. Niewierny mąż, który wmawia żonie, że ona „przesadza”, bo jest „histeryczką” i „wariatką”, stosuje właśnie tę metodę. Podobnie zaborczy partner, który odcina kontakty z rodziną czy przyjaciółmi: „Naprawdę nie widzisz, jak oni cię wykorzystują?”. Matka, podcinająca skrzydła dorosłej córce, mobbingujący szef – gaslighting to jedna z najczęstszych i jednocześnie najbardziej wyrafinowanych metod manipulacji. Czytaj też: Narcystyczni rodzice niszczą swoje dzieci. 5 sygnałów świadczących o tym, że to oni cię wychowywali Jest duże ryzyko, że jesteś ofiarą gaslightingu, jeśli: pod wpływem kogoś z otoczenia wątpisz w siebie: swoje umiejętności, inteligencję, wydaje ci się, że nie jesteś w stanie podjąć ani jednej dobrej decyzji w życiu,...

Czytaj dalej