„Chciałabym odkleić od schizofrenii stereotypy i mity” – mówi Katarzyna Szczerbowska, asystentka zdrowienia 
archiwum rodzinne

„Chciałabym odkleić od schizofrenii stereotypy i mity” – mówi Katarzyna Szczerbowska, asystentka zdrowienia 

„Wszystkiego się bałam. Źle reagowałam na mamę, która chciała mnie uczesać, a kiedy próbowała mnie kąpać, oblewałam ją wodą z prysznica” – mówi o swoim doświadczeniu psychozy Katarzyna Szczerbowska.
Kamila Geodecka
17.12.2020

Człowiek w kryzysie psychicznym krzyczy o pomoc, ale często pomocną rękę odrzuca. Jest wykończony, nieufny, nie ma w nim nadziei na to, że wyzdrowienie jest możliwe. Wszyscy dookoła też tak myślą: „Choroba psychiczna to już jest na zawsze, z taką chorobą nie da sie pracować” – krążą mity. Stereotypów jest jeszcze więcej, a stygmatyzacja  tych osób wciąż jest żywa.

Dla osób w kryzysie psychicznym pomocą mogą być lekarze, psychoterapeuci, ale także asystenci zdrowienia. Jedną z takich asystentek jest Katarzyna Szczerbowska, która sama przeszła przez kryzys psychiczny połączony z diagnozą schizofrenii. Obecnie jest rzeczniczką Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, rzeczniczką Kongresu Zdrowia Psychicznego, asystentką zdrowienia oraz działaczką  w Fundacji eFkropka.

Kamila Geodecka: Jesteś jedną z osób, które głośno mówią o swojej chorobie.

Katarzyna Szczerbowska: Zaburzeniom psychicznym towarzyszy mnóstwo stereotypów. Opowiadam o tym, żeby zamienić je w wiedzę, żeby pokazać prawdziwe oblicze tego doświadczenia. Jeden z największych mitów dotyczący zaburzeń psychicznych mówi o tym, że to choroby na całe życie, tymczasem zawsze jest szansa na to, żeby żyć w zdrowiu.

Pierwszej psychozy doświadczyłam, kiedy miałam 38 lat. To taki stan przypominający sen. Człowiek zatapia się w świecie iluzji, absurdalnych myśli. Może mu się wydawać na przykład, że wszyscy są w spisku. Słyszy, widzi rzeczy, które nie istnieją, czuje zapachy, których nie ma. Moja choroba miała dramatyczny przebieg. Nie poznawałam bliskich, nie pamiętałam kim jestem, nie chciałam jeść, miałam pampersa, bo zapomniałam o potrzebach fizjologicznych. Dużo czasu spędzałam w pasach przypięta nimi do łóżka, żeby nie wyrwać wenflonu od kroplówki, która mnie karmiła. Kiedy mnie z nich odpinano, rozbierałam się, moczyłam sobie włosy pod kranem, biegałam po oddziale. Wszystkiego się bałam. Źle reagowałam na mamę, która chciała mnie uczesać, a kiedy próbowała mnie kąpać, oblewałam ją wodą z prysznica. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Taki stan trwał wiele tygodni. Karmić kogoś kroplówką nie da się w nieskończoność. 

Zapadła decyzja, że trzeba będzie podawać mi jedzenie sondą. Kiedy bliscy się o tym dowiedzieli, zaczęli dyżurować przy mnie i godzinami łyżka po łyżce próbować mi podawać zupę. Kiedy nie było nikogo z rodziny, karmiła mnie pielęgniarka, pani Małgosia. Znalazła na to czas, choć w szpitalu jest mało personelu i trudno o takie zaopiekowanie się jednym pacjentem. Potem bliscy przypomnieli sobie o tym, że uwielbiam hamburgery z McDonalda. I zaczęli mi przynosić do szpitala jedzenie stamtąd. Czytali w internecie, jak pomagać ludziom w psychozie wyjść z tego stanu. Mówili do mnie tak, jakbym była zdrowa, gimnastykowali się ze mną.

Lekarze zdiagnozowali u mnie schizofrenię paranoidalną. Jestem ciągle zdziwiona, że z takiego stanu można wyjść, wrócić do pracy, być matką, żyć normalnie. Właściwie za każdym razem, gdy doświadczam czegoś przyjemnego, na przykład jestem w filharmonii lub na plaży, mam w sobie ogromną wdzięczność za to, że mogę to przeżyć jeszcze raz. Cieszę się, że nie muszę spędzić życia w szpitalu, że wróciłam do świata zdrowych. Byłam tak chora, że moja mama myślała, że umrę. 

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Kryzys psychiczny można przezwyciężyć

I teraz doświadczeniem chcesz wspierać inne osoby w kryzysie?

Dzielę się nim, żeby wlać nadzieję na zdrowienie i życie w zdrowiu w osoby, które doświadczają tej choroby, ale także w ich bliskich. Chciałabym odkleić od schizofrenii stereotypy i mity, że osoby, których dotknęła są nieprzewidywalne, nieobliczalne, że powinny być izolowane. Znam wielu ludzi z tą diagnozą, którzy pracują, studiują, mają przyjaciół. 

Drugi powód jest taki, że w szpitalu widziałam ludzi chorujących w samotności. Miałam ogromne szczęście, bo mnie zawsze ktoś wspierał. Osobę w psychozie warto odwiedzać w trosce o nią. Ona wie, że ktoś przy niej jest, nawet jeśli nie może nic powiedzieć. Pamiętam, jak do przyjaciółki, która kupiła mi pizzę, pisałam wiadomości na tekturowym pudełku, w którym ją przyniosła. Kontakt ze zdrowymi ludźmi jest niezwykle terapeutyczny. Pomaga wydobyć się ze stanu śnienia na jawie, do którego zabrał nas mózg, zwykle w ucieczce przed cierpieniem, które przynosi życie. Ludzie zdrowi są jak ściana wspinaczkowa, której można się chwycić, by wspinać się do zdrowia.  

Czytaj także: Psychiatra prof. Jacek Wciórka: „Kryzys psychiczny może przytrafić się dokładnie każdemu”

Co z osobami, którzy nie mają bliskich?

Pacjenci dużo rozmawiają o sobie, o swoich emocjach, o relacjach z rodziną. Głęboko leży mi na na sercu to, że są ludzie, którzy chorując, nie mają przy sobie nikogo, komu na nich zależy. Uważam, że dla nich całe społeczeństwo jest rodziną. Naszą misją jest opiekowanie się najsłabszymi i podawanie im pomocnej ręki. Ma to ogromny sens, bo im lepszą ktoś dostanie pomoc, tym większą ma szansę na to, że ten okres bycia najsłabszym może być przejściowy.

Pierwszą pomocą w kryzysie jest rozmowa, budowanie więzi. Na niej opiera się kontakt z terapeutami zajęciowymi, psychologami, psychoterapeutami. Ktoś, kto choruje sam, powinien mieć szansę na to by zostać otoczonym opieką, troską, uwagą, przyjaźnią ludzi, których praca opiera się na pomaganiu im. To może być realne w szpitalu, jeśli przy pacjentach będzie więcej personelu. 

Myślisz wciąż o pacjentach ze szpitala psychiatrycznego, prawda?

Przez cały czas. Wiem, że to wspaniali, ciekawi ludzie o ogromnym potencjale.  Ujmująca jest ich szczerość, wyobraźnia, delikatność. Nigdy z nikim nie przeprowadziłam tylu prawdziwych, głębokich i pięknych rozmów, jak z pacjentami na oddziale dla ludzi z psychozą i po próbach samobójczych. Wielu z nich dzieli się swoimi pasjami i umiejętnościami. Spotkałam chłopaka, który prowadził dla innych pacjentów zajęcia jogi i takiego, który codziennie wieczorem robił im gimnastykę. Jeden z kolegów uczył mnie japońskich słów, ktoś inny pokazywał, jak gra się w szachy. Czasem tańczyłyśmy do piosenek puszczanych w telewizji. Mój przyjaciel po ASP zapraszał pacjentów na warsztaty z origami.

Kilka dni temu zadzwoniła do mnie koleżanka, która znalazła się w szpitalu i powiedziała mi o dziewczynie z jej pokoju, która nic nie ma. Trafiła na oddział całodobowy w tym, w czym stała, przywieziona przez karetkę. Jakaś pacjentka dała jej mydło, ktoś oddał sweter. Koleżanka poprosiła mnie o to, żebym zrobiła paczkę dla tej dziewczyny. Napisałam na Facebooku ogłoszenie prosząc o pomoc. Znajoma z Katowic kupiła jej majtki, skarpetki i dres. Ktoś inny dał biały ciepły szlafrok, jeszcze inna znajoma podzieliła się bluzkami. Dostałam dla niej kosmetyki. Dokupiłam kapcie, soki, czekoladę, czipsy, bo dowiedziałam się, że je lubi. Paczka powstała natychmiast.

Szpital psychiatryczny nie jest takim mroczny, jak to sobie często wyobrażamy na podstawie filmów, w których przedstawiany jest zwykle jako opresyjne miejsce. Mnie zaskoczył tym, że miedzy pacjentami tworzą się wspierające ciepłe relacje. Tym, że ludzie dzielą się z innymi tym, co mają. Czasami ktoś do szpitala trafia latem, a wolne wyjścia, możliwość spacerów, ma jesienią i wtedy ludzie mu pożyczają kurtkę lub buty, żeby mógł wyjść na dwór.

Pacjenci dzielą się jedzeniem, które dostali od rodziny, z osobami, które nic nie dostają. Teraz jest na pewno trudniej, bo nie można odwiedzać pacjentów w szpitalu. Kłopotliwe jest o dostarczanie dóbr, które pomagają przetrwać - soków, owoców, wody. Każdy wie, jak wygląda szpitalne jedzenie. Do tego kontakt z bliskimi może ograniczać się tylko do rozmów przez telefon a nie każdy jest w takim stanie rozmawiać przez telefon. Teraz w szczególnie istotna jest wspierająca rola personelu i te relacje między ludźmi, którzy znaleźli się na jednym oddziale. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym jest trudnym przeżyciem, bo człowiek jest w zamknięciu, traci wolność. Opieka całodobowa bywa potrzebna ale powinna być jak najkrótsza, żeby nie wyrywać człowieka z życia.

A jak będą wyglądały święta w szpitalu?

Te będą wyjątkowo trudne, bo pacjenci nie spotkają się z bliskimi. Nikt do nich nie przyjdzie, nie będą mogli pójść na przepustkę do domu. Zazwyczaj wygląda to tak, że na czas świąteczny na oddziale zostają tylko te osoby, które są nowe lub w złym stanie ewentualnie tak samotne, że nie poprosiły o możliwość wyjścia na święta. W ciągu dnia przychodzą bliscy ale wieczorem pacjenci zostają sami z personelem, który ma dyżur. Pamiętam swoją Wigilię w szpitalu. Zsunęłyśmy wszystkie stoły w stołówce, żeby mieć jeden, przy którym mogliśmy usiąść razem. Tego dnia firma cateringowa przywiozła jedzenie nawiązujące trochę do wigilijnego. Było ciasto drożdżowe. Postawiłam na stole rybę faszerowaną, którą dała mi mama. Siedzieliśmy w milczeniu, choć zwykle przy kolacji jest zamieszanie. Ktoś się skarży na jedzenie, ktoś pyta, komu oddać sałatę. Siedząc przy tym szpitalnym wigilijnym stole głęboko poczułam to, że zostaliśmy przez życie odrzuceni na margines. Pomyślałam, że jesteśmy trochę jak Święta Rodzina, której nikt nie chce, więc znalazła schronienie w stajni. Gdy wyszłam ze szpitala, postanowiłam jeździć w święta na oddziały całodobowe z prezentami dla pacjentów, żeby wnieść tam trochę radości.

Jakimi prezentami?

Są bardzo proste: skarpetki i kartka z życzeniami podpisana imieniem osoby, która je kupiła. Początkowo te upominki robili moi znajomi. Zbierałam też od nich potrawy wigilijne, żeby na stole znalazło się coś, co ktoś zrobił z sercem w domu. Od czterech lat zbieram skarpetki wspólnie z klubokawiarnią „Życie jest fajne”, w której pracują dorosłe osoby autystyczne. W tamtym roku przyniesiono tam i przysłano 500 par. Mogłam ze znajomymi zanieść skarpetki do pacjentów kilku szpitali w Warszawie. Odwiedziliśmy oddział dla osób uzależnionych, na który nie można było wejść, ale pielęgniarz przyprowadzał do nas po kolei wszystkich pacjentów, żeby mogli dostać prezent.

Byliśmy na oddziale dla młodzieży, gdzie skarpetki wzbudziły euforię. Nastolatkowie od razu zaczęli je zakładać. Staram się dostarczyć prezenty w dniu Wigilii i kiedyś, kiedy jeszcze robiłam to sama, trafiłam akurat w porze kolacji na oddział, na którym się leczyłam. Pani Małgosia, pielęgniarka, która w chorobie karmiła mnie cierpliwie zupą, zaprosiła mnie, żebym usiadła przy stole. Dostałam talerz i szpitalne jedzenie. To była moja najpiękniejsza Wigilia w życiu. Byłam ze swoimi siostrami i braćmi w chorobie, z moją rodziną. Przyszłam do nich z dobrą nowiną, że można wyzdrowieć, odrodzić się na nowo. Rozmawialiśmy, oni cieszyli się, że z nimi jestem, składaliśmy sobie życzenia. Jedna z pań przytuliła mnie tak naturalnie, ciepło. Przez dłuższą chwilę trzymała mnie w ramionach. Chciałabym, żeby to, że można wrócić do zdrowym nawet po ciężkim kryzysie nie było nowiną ale oczywistością. 

Kiedy chorowałam, prowadząca mnie pani psychiatra, Kama Katarasińska Pierzgalska, powiedziała bliskim, że im cięższy kryzys, tym większa szansa poukładania się lepiej na nowo.

Miała rację?

Jestem teraz dużo silniejsza niż kiedyś. Dla mnie pierwszym wzorem zdrowienia był Daniel Fisher, amerykański psychiatra u którego w młodości zdiagnozowano schizofrenię. Siedząc w szpitalu postanowił zostać lekarzem i zmienić system leczenia psychiatrycznego. Jeździ po świecie, by propagować swoją metodę podejścia do pacjenta. Nazywa ją reanimacją emocjonalną. Przekonuje, że bycie przy pacjencie, rozumienie go na poziomie emocjonalnym, uważne słuchanie jest jak masaż serca, kiedy ono staje. Znalazłam kiedyś wywiad z Danielem Fisherem w internecie i pomyslałam, że skoro jemu udało się wyzdrowieć, to mi też się uda.

Teraz wokół siebie mam dużo osób, które wyzdrowiały, choćby w Fundacji eFkropka, w której działam. Prowadzą warsztaty wbrew stereotypom, występują na konferencjach poświęconych zdrowiu psychicznemu. Wolontariusze tej fundacji pomagają przy organizacji Kongresu Zdrowia Psychicznego, dużego spotkania  osób po kryzysie, ich bliskich i specjalistów z całej Polski – psychiatrów, psychologów, terapeutów, pielęgniarek psychiatrycznych, osób, które działają na rzecz chorych w fundacjach i stowarzyszeniach. Spotkania, które opiera się na wymianie doświadczeń, ustaleniu czego potrzeba, by psychiatria stała się bardziej przyjazna, a leczenie  jak najbardziej dostępne.

Po każdym Kongresie jego uczestnicy idą ulicami Warszawy w Marszu Żółtej Wstążki, marszu o godność w solidarności z osobami doświadczającymi kryzysu i ich bliskimi. Zanoszą manifest zmian politykom: listę rzeczy, które należy zrobić, żeby leczenie było lepsze. Z biegiem czasu w tym marszu uczestniczy coraz więcej ludzi. Cieszę się, że jest w nich coraz więcej osób po kryzysie, które decydują się pokazać swoje twarze.  

Twoja pomoc jest również twoją pracą. Jesteś rzeczniczką Biura do spraw pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. To program, w ramach którego powstają centra zdrowia psychicznego, nowa nadzieja dla polskiej psychiatrii.

To są miejsca, w których człowiek w potrzebie dostaje darmową pomoc natychmiast. Wystarczy przyjść, nie trzeba się zapisywać w kolejkę. W punkcie zgłoszeniowo-koordynacyjnym czynnym w każdy dzień powszedni od godz. 8 do 18 na potrzebujacych pomocy czeka specjalista, zwykle psycholog lub terapeutą. Na podstawie rozmowy z nim ustalany jest wstępny plan leczenia. Jeśli przypadek osoby zgłaszającej się po wsparcie zostanie uznany za pilny, pomoc musi ruszyć nie później niż w ciagu 72 godzin, a często rusza natychmiast, od razu dostaje się możliwość spotkania z lekarzem.

Centra powstają po to, żeby zmienić system leczenia psychiatrycznego z opartego na izolacji w szpitalu na rzecz rozwijania leczenia środowiskowego - blisko domu, z różnymi formami wsparcia tak, żeby można je było jak najlepiej dostosować do potrzeb, włączającego w terapię otoczenie. Pacjent może przyjść na pierwsze spotkanie z bliską osobą, ktoś z rodziny może być przy nim podczas wizyt u lekarza.

W centrach zdrowia psychicznego pomoc może polegać na terapii indywidualnej lub grupowej, odwiedzinach zespołu terapeutycznego w domu i pracy w nim z pacjentem i jego rodziną. Może też paść propozycja skorzystania z oddziału dziennego, do którego przychodzi się na kilka godzin zajęć terapeutycznych i relaksacyjnych, by po nich wrócić do domu. Na wypadek konieczności objęcia pacjenta całodobową opieką, centra maja łóżka kryzysowe w szpitalu, z którym współpracują. W centrach są dostępni nie tylko psychiatrzy i psychoterapeuci, ale także specjaliści socjalni czy doradcy zawodowi. W niektórych działają kluby pacjenta, na Mokotowie są tematyczne grupy wsparcia: pracy z ciałem, sportowa i artystyczna. W Koszalinie planują zatrudnić dietetyka. W leczeniu środowiskowym chodzi nie tylko o to, żeby opanować objawy choroby, ale także wesprzeć człowieka w zdrowieniu i pomagać mu zdrowie utrzymać.

I właśnie po to jest transformacja leczenia i centra zdrowia psychicznego?

Kryzysy lubią się pogłębiać. Chodzi o to, żeby działać szybko i skutecznie, tak, żeby załamanie nie wyrwało człowieka z życia, żeby nie doprowadzić do zaostrzenia wymagającego hospitalizacji a jeśli okaże się konieczna, żeby mogła być jak najkrótsza. Do centrum zdrowia psychicznego można przyjść, doświadczając problemów ze snem, lęków, skoków nastroju. Gdzie i jak działają centra, można sprawdzić na ich stronie czp.org.pl. W zakładce „własnym głosem” znajdują się świadectwa osób, które przeszły przez chorobę psychiczną. Kryzys psychiczny to pojęcie pojemne. Nie obejmuje tylko osób, u których diagnozuje się depresję, schizofrenię czy chorobę afektywną dwubiegunową. To może być załamanie związane z żałobą, trudnym rozstaniem, utratą pracy.

Teraz podczas pandemii dużo ludzi szuka terapeutycznego i psychiatrycznego wsparcia. Wzrosła liczba sprzedawanych antydepresantów. Od konsultacji w centrum zdrowia psychicznego może się zacząć leczenie. Ono podąża za dynamiką kryzysu. Może się zacząć od regularnych wizyt u psychiatry, terapii indywidualnej lub grupowej a skończyć na skorzystaniu z porady pracownika socjalnego przy szukaniu pracy. W centrach pracują asystenci zdrowienia. Nigdy nie wiadomo, czy to ręka psychiatry czy na przykład jego będzie tą, której pacjent się chwyci.

Jesteś asystentką zdrowienia. Możesz wytłumaczyć co kryje się za tym pojęciem?

To ktoś, kto doświadczył głębokiego kryzysu, często związanego z hospitalizacją, z długą walką o zdrowienie. Przejście przez głęboki kryzys jest głównym wymogiem, który trzeba spełniać, by nim zostać. Należy też mieć za sobą terapię minimum dwuletnią i doświadczać remisji choroby czyli wycofania się jej objawów. Do tej roli przygotowuje kurs, który trwa minimum 200 godzin. Porusza się na nim tematy, jak rozmawiać szanując granice swoje i rozmówcy, jak rozpoznawać objawy zwiastujące chorobę, co pomaga wracać do zdrowia. Asystent w pracy opiera się na własnym doświadczeniu. Uczestnicy kursu zastanawiają się więc wspólnie nad tym, jaką częścią swojej historii chcą się dzielić z pacjentami, a jaką zostawić dla siebie. Jest też przestrzeń na poruszenie zagadnień etycznych. Rozmawia się o tym, co zrobić, gdy pacjent zdradza w zaufaniu informację o czymś, co może mu szkodzić na przykład, że odstawił leki. Rozwiązaniem może być zaproponowanie mu wspólnej rozmowy z lekarzem na ten temat. 

A na czym polega ta praca?

W walce z kryzysem ważna jest postawa pacjenta, wiara w to, że można sobie poradzić, wzbudzenie w sobie motywacji do zdrowienia, wiary w to, że jest to możliwe i współpraca z ludźmi, którzy proponują pomoc. Jestem przekonana, że mózg jest wszechpotężny ale ważna jest wiara w tę jego moc. Tu rola asystenta zdrowienia jest nie do przecenienia. Jest wzorem na to, że można wyzdrowieć.

Asystenci zdrowienia często mają za sobą lata opierania się przed przyjęciem wsparcia, lata, które nazywają zmarnowanymi. Traktowania osób służących pomocą jak przeciwników a nie kogoś z kim warto współpracować. Nie przyjmowali pomocy i leczenie się nie udawało. Dzieląc się tym doświadczeniem, mogą sprawić, że ludzie, którzy są na początku chorowania nie powtórzą tego scenariusza. Przekonać tych, którzy osuwają się w chorobę od dawna i są nieufni wobec lekarzy i terapeutów, że warto zmienić strategię i dać sobie pomóc. Wsparcie asystenta opiera się na wysłuchaniu, na wymianie myśli, otworzeniu się emocjonalnie na pacjenta. To może być rozmowa o tym, co się wydarzyło w jego życiu i problemach do rozwiązania ale też o pasjach, planach, dobrych wspomnieniach. Wspólnie można poszukać atutów pacjenta i budować jego poczucie własnej wartości, pomóc korzystać mu z jego zasobów. Jest w niej też miejsce na przekazanie praktycznych informacji, na przykład o tym, że leki może przepisywać lekarz pierwszego kontaktu, jeśli przedstawi się mu zaświadczenie od psychiatry.

Rodzinę pacjenta asystent zdrowienia wspiera tłumacząc, jak kryzys wygląda z perspektywy osoby, która go doświadcza. Mówiąc jej, jak rozmawiać z cierpiącym bliskim – w sposób normalny, bez litości, lęku i obawy. Ludzie w kryzysie niezwykle silnie odczuwają emocje otoczenia. Dużo łatwiej im zdrowieć, kiedy bliski otwiera się na nich z optymizmem, ciepłem. Namawiamy też rodziny, żeby temat chorowania i objawów zostawiały lekarzowi a skupiły się na tym, na czym zwykle opiera się kontakt z kimś z rodziny, żeby mama rozmawiała z chorującą córką o tym, o czym zwykle rozmawia mama – co sobie zrobią na obiad, na jaki film pójdą do kina, że warto posprzątać kuchnię. Uczulamy też na to, żeby osoby chorującej nie wyręczać. W walce z kryzysem pomocne jest stawianie człowiekowi, który go doświadcza, małych, prostych zadań i chwalenie go za ich wykonanie.

A czy są jakieś inne metody pomagania pacjentom niż rozmowa?

W Instytucie Psychiatrii i Neurologii na oddziale dla osób zmagających się z chorobą afektywną dwubiegunową, pracuje asystent zdrowienia Ivan Sitsko, którego pasją są ceremonie parzenia herbaty. Co czwartek organizuje ją dla pacjentów – japońską, wietnamską, chińską. To jest okazja do tego, by porozmawiać o smaku i zapachu tego napoju, a przy okazji ćwiczyć skupienie na trwającej chwili, na „tu i teraz”. Przejmowanie się tym co było, lęk przed tym co będzie, gonitwa myśli bywają piekłem. Skupianie się na tym, co się dzieje w tym momencie działa terapeutycznie.

Tego uczą się ludzie na warsztatach mindfulness, które zresztą są stosowane w szpitalach w Wielkiej Brytanii i powoli też w niektórych miejscach u nas. Poza tym Ivan prowadzi bajkoterapię. Czyta dalekowschodnią bajkę i potem z pacjentami rozmawia o niej. Czasem dzielenie się swoimi refleksjami może popłynąć w stronę osobistych spraw ale głównie chodzi o to, by coś robić wspólnie, skupiać się na tekście i na słuchaniu siebie nawzajem. Ivan chodzi z pacjentami na spacer i na zajęcia sportowe w sali gimnastycznej.

A skąd najczęściej bierze się kryzys? Co czwarty Polak przynajmniej raz w życiu go doświadcza zgodnie z badaniami EZOP – epidemiologii zaburzeń psychiatrycznych i dostępności psychiatrycznej opieki zdrowotnej.

Kryzys może mieć wiele przyczyn i u każdego objawia się inaczej. Może być spowodowany traumatycznym przeżyciem, trwaniem w toksycznej relacji, życiem w stresie, przepracowaniem, zaniedbywaniem snu. Ale może też wypływać z wnętrza, być efektem dużej wrażliwości. Ludzie, którzy mają skłonności do zapadanie w kryzysy czują bardziej niż inni.

Kiedyś mój kolega ze szpitala powiedział mi, że nikt nie pokocha cię tak, jak ktoś, kto ma diagnozę schizofrenii. I ma to głęboki sens, bo faktycznie te osoby bardzo mocno odczuwają wszystkie emocje. Często słyszę od ludzi, że nie znają nikogo, kto ma doświadczenie kryzysu, że nigdy się z kimś takim nie zetknął. Tyle, że to niemożliwe. Codziennie spotykamy takie osoby w autobusie, na ulicy, w sklepie, w pracy. Nikt nie ma diagnozy wypisanej na czole a nie każdy chce się nią dzielić w obawie przed stratą pracy, oceną, litością, budzeniem lęku, zmianą w relacjach. Można przecież nie chcieć kojarzyć się z chorobą, być odbieranym jako osoba chora psychicznie.

Boją się stygmatyzacji.

Pamiętam mój powrót do pracy po pobycie w szpitalu. Byłam wtedy sekretarzem redakcji, w której każdy wiedział, że doświadczyłam kryzysu. Każde moje spóźnienie się, czy zdenerwowanie, od razu traktowano jako objaw, że może on wraca. My, ludzie po kryzysie, właściwie nieustannie musimy wykazywać, że jesteśmy zdrowsi niż cała reszta i mi chyba się to już udaje. Kiedyś przyjaciel powiedział mi: „Kasiu, ty jesteś najzdrowszą psychicznie osobą, jaką znam”. Staram się być opanowana, spokojna, rzeczowa, konkretna, pomocna, skupiona, na tym, co się do mnie mówi. Jestem obowiązkowa, chcę być osobą, na której można zawsze polegać. Zawsze dbam o to, żeby dobrze się przygotować do wystąpień publicznych podczas których mam mówić o tym, że mam diagnozę schizofrenii. Farbuję włosy, idę na regulację brwi i manicure, długo wybieram ubranie. Chcę wyglądać świeżo, ładnie, elegancko, emanować zdrowiem.

Wielu ludzi z diagnozą schizofrenii mówi, że ma depresję albo nie nazywają swojego kryzysu. Ja próbuję oswoić to słowo, chociaż wiem, że lekarze starają się zastąpić „schizofrenię” innym pojęciem, żeby odwiązać ją od dużej stygmatyzacji. Cenne jest to, że coraz więcej osób daje świadectwo chorowania i zdrowienia. Dzięki temu oswajamy ten temat.

Jak zadbać o swoje zdrowie psychiczne?

Podstawa to troska o sen i odpoczynek, taki, który pozwoli odetchnąć naszej głowie na przykład poprzez zajmowanie się rzeczami, które sprawiają nam przyjemność. Ważne jest zadbanie o swoje ciało, czyli regularna aktywność. Takie minimum to energiczny dłuższy spacer trzy razy w tygodniu. Potrzebujemy też pielęgnować więzi z ludźmi, bo nawzajem dajemy sobie energię. Warto nauczyć się też oddechowych technik relaksacyjnych. Jeśli jesteśmy w trudnej i stresującej sytuacji, chwilową ulgę może nam dać zamknięcie oczu. 

Zachęcam też do prowadzenia dziennika emocji. Często psychoterapeuci dają takie zadanie pacjentom. Polega na zapisywaniu wszystkich miłych rzeczy, które spotkały nas w ciagu dnia. Chodzi o to, żeby skierować uwagę na pozytywne aspekty życia. Myślę, że warto też codziennie przez 15 minut przeciągać się, rozciągać, leniwie poruszać ciałem przy spokojnej muzyce, żeby dobrze poczuć się z sobą.

Czytaj także: Odporność psychiczna. Jak ją wzmocnić, by stać się silnym człowiekiem?

A co z jedzeniem?

Dbajmy o jego jakość, jedzmy świadomie. Przy okazji karmienia ciała, odżywiamy swój mózg, który głównie składa się z wody. Pamiętajmy więc o tym, żeby dużo pić. Mózg lubi cukier i w zdrowy sposób możemy mu go dać w owocach. W diecie dobrej dla mózgu powinny się znaleźć orzechy i ryby. Kiedyś, kiedy miałam atak manii, czyli wzmożonej aktywności, takiego nienormalnego zastrzyku ogromnej energii, zadzwoniłam do swojej pani doktor a ta zadała mi pytanie o to, kiedy ostatnio jadłam. Poradziła, że żebym się uspokoiła i zjadła porządny obiad. Mam koleżankę, asystentkę zdrowienia, która zawsze nosi warzywny gęsty koktajl, tak żeby nie doprowadzać do odczuwania głodu, zawsze silnie działającego na emocje. Dbanie o siebie przypomina program HALT dla osób uzależnionych od alkoholu. Od angielskich słów: hungry – głodny, angry – rozgniewany, lonely – samotny, tired – zmęczony. Chodzi o to, żeby w walce z nałogiem unikać tych stanów, by zapobiec oddaleniu się od drogi zdrowienia. Tych stanów należy też unikać dbając o swoje zdrowie psychiczne.

W środowiskowym podejściu do leczenia dużo się mówi też o terapeutycznej roli pracy. 

Zgodnie z definicją Freuda zdrowie psychiczne to móc pracować, kochać i bawić się. Praca jest wymieniona na pierwszym miejscu. Pozwala spełniać się, czuć się potrzebnym, budować poczucie własnej wartości, skupić się na zadaniach a nie na czarnych myślach, Spotykamy w niej ludzi, nawiązujemy nowe kontakty. Daje nam niezależność finansową. Dla mnie praca obok rodziny jest najważniejszą rzeczą w życiu. Pomogła mi zdrowieć. Cieszę się, że miałam szansę do niej wrócić. Poza tym osoby po kryzysie to często świetni fachowcy. Szkoda gubić ich potencjał.

Choroba jest demokratyczna i może dotknąć lekarza, farmaceutę, inżyniera, informatyka.

Osoba po kryzysie wnosi do firmy nie tylko swoje umiejętności ale też ogromną wrażliwość, o której już dużo powiedziałam a która przydaje się we wszystkim, co się robi - układaniu kwiatów, rozmowie z klientem. Taki człowiek jest świadomy tego, jak zadbać nie tylko o siebie ale i o swoje otoczenie. O tym, jak cenna jest praca, świadczy przykład krakowskiego Pensjonatu u Pana Cogito, gdzie większość pracowników to ludzie z doświadczeniem psychozy. Od kiedy są tam zatrudnieni, nie wracają do szpitala.

Chciałabym, żeby było więcej takich miejsc i żeby pracodawcy byli otwarci na przyjmowanie do zespołów ludzi, którzy doświadczyli kryzysu, żeby nikt nie bał się mówić o tym w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Psychoza nigdy nie powinna być powodem zwolnienia z pracy. Ostatnio doświadczyłam jej w 2018 roku, krótko po tym, jak trafiłam do Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. Prowadzący je dr Marek Balicki poczekał na mnie i zawsze rozmawia ze mną tak, jakbym była zdrowa i pełna sił, co mnie mobilizuje do działania. Chciałabym w tym miejsc zacytować Norwida, motto mojego liceum: „Bo piękno na to jest, by zachwycało/ Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”. Praca naprawdę pomaga zmartwychwstać po kryzysie psychicznym.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
depresja
pexels.com

W końcu nie będziesz sama! W tych miejscach dostaniesz pomoc psychiatryczną za darmo

To nie choroba, to tylko kryzys, z którego możesz wyjść. W Polsce powstają miejsca, w których każdy otrzyma wsparcie i konkretną pomoc.
Kamila Geodecka
14.12.2020

Polska psychiatria właściwie nie istnieje, mówią o tym zarówno eksperci, jak i wszyscy ci, którzy chcieli umówić się na  wizytę do psychiatry. Bywa, że kolejce stoi się parę lat! Jedni są cierpliwi i wytrzymają, inni swoje depresje, lęki i fobie zaczynają zapijać alkoholem, kolejni agresje i frustracje będą wyładowywać na bliskich. W niektórych miejscowościach kolejki się nie ustawiają, bo… nie ma do czego. W lokalnych ośrodkach zdrowia psychiatry po prostu nie ma. To, co natomiast jest i trzyma się mocno to stygmatyzacja „zaburzonych”. Osoby w kryzysie psychicznym wciąż są postrzegane jako „wariaci”, których lepiej omijać z daleka. Są zatem i takie osoby, które w strachu przed stygmatyzacją będą bały się powiedzieć pani w recepcji „Chcę umówić się do psychiatry”.    A co z tymi najwytrwalszymi, którzy odważą się i jednak w końcu doczekają się leczenia psychiatrycznego? Dostaną prawo do czterech wizyt rocznie, każda po… 15 minut! A jeśli psychiatra zaleci dodatkowo psychoterapię, znowu staniemy w kolejce na parę lat.  Nie zaburzenie psychiczne, ale kryzys psychiczny Żeby to zmienić potrzeba mocnych, natychmiastowych działań – to zdanie najlepszych psychiatrów w naszym kraju m.in. prof. Jacka Wciórki i dra Marka Balickiego. Po pierwsze trzeba zacząć od edukacji – nas wszystkich. Eksperci od lat apelują o to, by zmienić język związany z chorobami i zaburzeniami psychicznymi. Zamiast „osoby chorej psychicznie” niech będzie „osoba z kryzysem”. To naprawdę dużo zmienia: odstygmatyzuje chorobę, pomaga nam wszystkim przezwyciężyć wstyd, lęk przed odrzuceniem społecznym.  Po drugie – konkretne działania. W Polsce...

Czytaj dalej
choroby psychiczne
Adobe Stock

Psychiatra prof. Jacek Wciórka: „Kryzys psychiczny może przytrafić się dokładnie każdemu”

Joanna Rachoń
21.06.2020

Kryzysu psychicznego nie przeżywa się w chmurce nad głową, przeżywa się go w całym ciele, w sercu i umyśle. Ludzie czują się zagubieni, wykluczeni. Czy Centra Zdrowia Psychicznego, nowoczesne ośrodki to wreszcie rewolucja w polskiej psychiatrii? Wyjaśnia  prof. Jacek Wciórka, psychiatra, pracujący w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Zmiany w polskiej psychiatrii Joanna Rachoń: Czy w polskiej psychiatrii właśnie zaczął się przewrót? Prof. Jacek Wciórka: Jestem ostrożny z takimi określeniami, ale istotnie w gronie entuzjastów zmian, które od kilku miesięcy w praktyce wprowadzamy, lubimy myśleć, że one wywołają lawinę. Lawinę pozytywnych działań korzystnych dla osób wymagających pomocy w tej dziedzinie. To znaczy, że stanie się ona łatwiej dostępna, bardziej skuteczna i bliższa człowiekowi. Co się zmienia? Mamy nadzieję, że zmiany organizacyjne, jakościowe i systemowe doprowadzą także do zmiany w podejściu wielu ludzi do zdrowia psychicznego. Zresztą coraz popularniejsze jest skupianie się na zdrowiu właśnie, a nie na chorobie. Na dbaniu o siebie, o swój odpoczynek, sen. To są bardzo pozytywne tendencje. Liczę na to, że za jakiś czas przestanie też być wstydem przyznanie się do depresji czy innego rodzaju kryzysu psychicznego, bo będziemy rozumieli, że problem dotyczy nie „wariatów” i „zaburzonych” – lista takich pejoratywnych określeń jest długa – ale że może przytrafić się każdemu. Każdemu? W tym sensie, że nie do końca wiadomo, dlaczego na podobne sytuacje niektórzy reagują kryzysem, a inni nie. Przyczyny są bardzo indywidualne i bardzo złożone. Wiadomo jednak, że co czwarta osoba w Polsce w ciągu swojego życia przeżywa problem wymagający pomocy terapeutycznej. Badania sondażowe, w których pytano o...

Czytaj dalej
Agnieszka Szadryn
Rafał Masłow

Ordynatorka SOR-u: „Kiedy ląduje helikopter, czas u nas przestaje płynąć” – rozmowa z dr Agnieszką Szadryn

Agnieszka Szadryn to najmłodsza w Polsce ordynatorka SOR-u, laureatka tegorocznej edycji plebiscytu Warszawianka Roku. Pracuje w warszawskim Szpitalu Bródnowskim, który od marca zmaga się z pandemią koronawirusa.
Sylwia Niemczyk
30.10.2020

Szpitalny Oddział Ratunkowy to miejsce, gdzie spotykają się wszystkie choroby świata. Nieszcześliwe wypadki, zawały, udary, wszelkiego rodzaju bóle brzucha, krwawienia. Dla drobnej blondynki, Agnieszki Szadryn to chleb powszedni. W tym roku doszedł COVID-19, ale nie odeszło nic z poprzednich lat. Praca stała się jeszcze trudniejsza. Jeszcze szybciej trzeba diagnozować, podejmować jeszcze trudniejsze decyzje. Ona w takich warunkach pracuje już 11 lat. Nie umie inaczej.  Sylwia Niemczyk: Jesteś jedynym lekarzem w rodzinie? Agnieszka Szadryn: Tak, miałam chyba siedem lat, kiedy powiedziałam rodzicom po raz pierwszy, że będę lekarzem i będę pracować w szpitalu. W dzieciństwie poważnie zachorowałam, przez dwa lata nie mogłam chodzić – i wtedy zakochałam się w szpitalach. To był trudny okres w moim życiu, ale mnie ukształtował.  Co się stało? Kiedy byłam w pierwszej klasie, zrobiłam akrobację na trzepaku i z wysokości może metra spadłam na ziemię. Niby nic strasznego, każde dziecko zalicza tysiące takich upadków, ale ja już nie wstałam. Mama zaniosła mnie do domu i zaczęła się kilkuletnia droga przez diagnostykę, poszukiwania przyczyny mojej choroby. Zanim wykryto, że chodzi o nieprawidłowe kostnienie, leżałam przez dwa lata. Pamiętam, że to był ciągły ból. Kiedy mama głaskała mnie po głowie, to bałam się, że mnie niechcący poruszy i będzie wtedy bolało jeszcze mocniej. Pamiętam, że niektórzy lekarze nie wierzyli, że tak bardzo mnie boli. Ale jednocześnie pamiętam, jak personel stawał na głowie, żeby umilić mi czas. Panie pielęgniarki plotły mi z przewodów od kroplówek pajączki, które potem wisiały nad moim łóżkiem. Pajączki i rybki. Zdobycie oczka do rybki – dziś wiem, że tym oczkiem była zakrętka do kroplówki – to było szczęście! Kiedy w końcu wyszłam ze...

Czytaj dalej
prof. Stanisław Czudek
fot. Rafał Masłow

Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!

Został wybrany przez NASA do operowania astronautów, a on prowadzi szpital na czeskich peryferiach, bo jak mówi, jego celem jest uszczęśliwianie ludzi.
Maria Zawała
29.05.2020

Wybitny onkochirurg. Jeden ze 100 chirurgów na świecie, którzy mogą robić na odległość operacje astronautom przebywającym na orbicie. Prof. Stanisław Czudek to Polak pochodzący z Zaolzia, gdzie – jak sam mówi—  nauczono go, jak wielką wartością jest pomaganie.  Maria Zawała: Co pan, światowej sławy chirurg, członek wszystkich najważniejszych towarzystw naukowych, robi, proszę wybaczyć, w „nemocnici na kraji města”, czyli w szpitalu na peryferiach Zawiercia? Prof. Stanisław Czudek: To samo, co w klinikach Pragi czy Warszawy. Pomagam ludziom. A poza tym ci, którzy mnie tu zaprosili, mają naprawdę ambitne plany. Zobaczy pani, za pięć lat zrobimy tu klinikę jak w Nowym Jorku. Chyba że wcześniej łeb mi urwą.  A ktoś panu źle życzy? Zawsze się tacy znajdą, głównie ci, którzy w służbie zdrowia widzą tylko biznes. Naturalnie to jest biznes, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być dobro pacjenta. Kto tego nie dostrzega i kombinuje na boku, temu nigdy ze mną po drodze nie będzie.  W Warszawie pożegnał się pan z pewną dużą kliniką. Co się stało? To było tak, że dyrektor jednego z największych szpitali w Polsce poprosił mnie o pomoc w rozbudowaniu chirurgii małoinwazyjnej. Pani wie, że ja, pracując jeszcze w Trzyńcu, wyszkoliłem ponad tysiąc polskich lekarzy w technikach laparoskopowych? Uczyłem też tego chirurgów na całym świecie. Zgodziłem się naturalnie pracować w Warszawie. I któregoś dnia kolega, kierownik jednej z klinik, powiedział mi, że mają wolny gabinet w przychodni i że mogę sobie w wolnym czasie dorobić. W pierwszym miesiącu stała długa kolejka do kolegi, do mnie nikogo. W kolejnym miesiącu zaczęli do mnie pukać pierwsi pacjenci. Po kilku miesiącach kolejka stała tylko pod moim gabinetem, a kolega dziwnie na mnie patrzył....

Czytaj dalej