Bunt to mądra niezgoda. Sygnał do zmiany i szansa na wyjście z cichej desperacji
getty images
#lepszeżycie

Bunt to mądra niezgoda. Sygnał do zmiany i szansa na wyjście z cichej desperacji

Posłuchaj wewnętrznego głosu, który mówi – dłużej tak nie mogę!
Karolina Rogalska
29.01.2020

Bunt jest potrzebny. To wyraz wewnętrznej niezgody na sytuację, w której się znaleźliśmy. Uwolniona  po latach złość daje siłę i odwagę do zawalczenia o siebie. Jest szansą na zmianę i lepsze życie. Powinniśmy sobie za niego podziękować. 

Karolina Rogalska: Filozof Henry David Thoreau już w XIX wieku zaobserwował, że większość ludzi wiedzie życie w stanie „cichej desperacji”. Czyli w poczuciu stagnacji, marazmu, niezadowolenia, rozczarowania. Ale są przecież i tacy, którzy kształtują codzienność w zgodzie ze sobą, walczą, realizują swój potencjał. Od czego to zależy?

Ewa Jarczewska-Gerc: Żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie, lata temu postanowiłam studiować psychologię. 15 lat pracy w zawodzie pokazało mi, że każdy z nas może dokonać rewolucji na dowolnym etapie życia. Natura wyposażyła nas we wspaniałe narzędzia do kształtowania swojego losu, np. złość czy frustrację, które dają kopa i niesamowitą moc sprawczą, ale też nie są przyjemne i akceptowane społecznie. Dlatego często je wypieramy, tłumimy, nie słuchamy. W efekcie wolimy trwać w ciepłym smrodku codzienności, niż ruszyć na przód.

Czyli warto zbuntować się przeciwko rzeczywistości?

Bunt to złość, która jest fantastyczną emocją, bo powoduje, że zaczynamy chcieć zmiany. Oczywiście tę złość możemy kanalizować nieodpowiednio, np. pod postacią agresji wobec świata lub konkretnych osób, na które zrzucamy winę za swoją sytuację: rodziców, małżonków, dzieci, szefów, polityków itd. Albo odpowiednio, czyli zezłościć się na siebie. Większość porad pseudopsychologii zakłada, żeby samego siebie nie oskarżać. Tymczasem warto się od czasu do czasu na siebie wkurzyć. Skonfrontować z samym sobą. Pomyśleć: „Jestem do dupy, co ja robię ze swoim życiem”. Dlaczego zamiast działać, znów leżę na kanapie i oglądam Netflixa? Ta złość na siebie jest bardzo wartościowa, bo z niej wyrasta zmiana. Bunt jest momentem kontemplacji, uświadomienia sobie, że dłużej tak nie pociągnę, muszę iść na przód. Przecież jesteśmy jedynymi osobami na świecie, które mogą tę rewolucję przeprowadzić. Nikt za nas tego nie zrobi.

O ile u dzieci i młodzieży bunt jest powszechnie akceptowany, to u dorosłych utożsamiany jest z szaleństwem. Na zasadzie: „Odwaliło jej”.

I bardzo dobrze, że „jej odwaliło”. Bo to znaczy, że ona wciąż żyje. A po ulicach chodzą żywe trupy – ludzie nieszczęśliwi, bierni, pogodzeni. Myślę, że w tym kontekście znacznie lepiej być buntownikiem. Pogodzenie się, akceptacja powoduje, że my pogłębiamy marazm. Oczywiście, jest coś takiego jak zdrowa akceptacja tego, kim jesteśmy, szacunek do siebie. Ale biorąc pod uwagę to, że nieustannie się zmieniamy, zakwestionowałabym samo pojęcie „bycia sobą” w sensie statycznym. Przecież stajemy się sobą każdego dnia.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Rodzaje osobowości – czy jesteś typem depresyjnym?

Jedni przybliżają się do ideału, który mają w głowie, a inni starają się wpasować w plan, który zsyła im los, inni ludzie itd.

Już jakiś czas temu stworzyłam koncepcję symulatywności mentalnej, w której roboczo dzielę umysły na cztery typy. Jednym z nich jest typ depresyjny. Ludzie przejawiający depresyjny typ symulatywności mentalnej potrafią znaleźć problem w każdym rozwiązaniu. Pławią się w swoim cierpieniu, nieszczęściu. I wszelkie pomysły na to, co mogliby zrobić, żeby było lepiej, są zabijane w zarodku: „Nie da się”, „Nie uda się”, „Pomysł jest bez sensu”. Może pojawić się podejrzenie, że człowiek tak naprawdę lubi tę sytuację i dlatego bojkotuje wszelkie możliwości wydobycia się z niej. Na przeciwległym biegunie są osoby o typie wytrwałym. Ci nie tylko chcą coś zmieniać, ale też myślą procesualnie. Podejmując decyzję od razu, zaczynają myśleć krok po kroku, co mogą zrobić, żeby osiągnąć swój cel. Planują, są efektywni we wdrażaniu swoich postanowień. Towarzyszą im pozytywne emocje. Wierzą, że dadzą radę. Na bazie swoich wcześniejszych doświadczeń nabrali przekonania, że włożenie wysiłku w dążenie do celu się opłaca, więc powtarzają ten schemat.

A pozostałe dwa typy?

Są też defensywni pesymiści. Ludzie, u których zmiana wywołuje lęk i obawę. Dlatego są pesymistami, ale defensywnymi, bo ten negatywizm w myśleniu pełni określoną funkcję – wygenerowania odpowiedniej ilości zasobów, zaplanowania działań, żeby uniknąć negatywnego wyniku. Wyobrażają sobie najgorsze scenariusze i to ich napędza. Negatywne emocje wpływają na nich bardzo mobilizująco. Wymyślają różne sposoby, jak uniknąć wyobrażonej klęski, planują i działają. Też są bardzo efektywni. Ale ta strategia na dłuższą metę jest bardzo wypalająca. Ostatni typ to niepoprawni optymiści. Ci, którzy się zapalają do zmian, stawiają sobie mnóstwo celów, chcą wiele zrobić, ale niewiele dzieje się na poziomie obiektywnym. Czyli mają ewidentny problem z wcielaniem w życie swoich postanowień. Mówią: rzucę palenie, schudnę, rozwiodę się, zmienię styl życia, zacznę panować nad emocjami itd. Ale wszystko pozostaje w sferze chęci i deklaracji. Takim osobom w myśleniu o celach towarzyszą bardzo pozytywne emocje. Zbyt pozytywne. Co powoduje, że gdy trzeba sobie trochę zepsuć dobry nastrój i włożyć wysiłek w działanie, ci ludzie się wycofują i niewiele osiągają.

Te opisy brzmią bardzo deterministycznie.

To są wyuczone skrypty reagowania wobec wyzwań rzeczywistości. One nie są dane na zawsze. Każdy z nas może nauczyć się działać bardziej efektywnie, kształtować swoje życie. Tylko musi temu towarzyszyć zjawisko otwartej głowy. Wiara w to, że zmiana jest możliwa. Jeżeli ktoś w to nie wierzy, mówi: „Takim mnie stworzył Pan Bóg, kosmos, natura”, „Taki jestem”. Tu szansa na zmianę jest rzeczywiście mała. Natomiast jeżeli człowiek ma otwartość na to, że życie jest procesem, drogą z różnymi ścieżkami, wówczas zmiana może nastąpić. I zdecydowanie łatwiej ją przeprowadzić.

Dlaczego ludzie znikają – wyjaśnia w książce „Serotonina”  Michel Houellebecq

Zanim w ogóle możemy myśleć w takich kategoriach, jest stan, w którym już wiemy, że coś nas uwiera, ale jeszcze nie wiemy co.

Przed tym, o czym pani mówi jest jeszcze faza przedkontemplacyjna. Na tym etapie staramy się zabić myśli, które podpowiadają nam, że coś nas uwiera. Zaczynają do nas dochodzić pewne sygnały, np. partner mówi: „Za dużo pijesz”. Albo matka ubolewa: „Strasznie się zaniedbałaś”. Ale my myślimy sobie: „Czepiają się”. Zdolność człowieka do zaprzeczania rzeczywistości jest niewiarygodna. To mechanizm obronny, który działa nawet w skrajnych sytuacjach. Ale zawsze coś tam do naszej świadomości się sączy. Pojawia się refleksja: „Może faktycznie trochę za dużo piję, za dużo krzyczę, za dużo kupuję itd”. Przykłady można mnożyć. I jeżeli poluzujemy trochę struktury poznawcze i zaczniemy wpuszczać do środka tę wiedzę, to wchodzimy w fazę kontemplacyjną i zaczynamy sobie uświadamiać, że zmiana jest potrzebna i musimy coś zrobić. Kolejna faza to planowanie działania. Bez planu wprowadzenie zmiany jest praktycznie niemożliwe. Ale jak już zaplanujemy, to kolejną fazą jest działanie. I na tym wiele osób się wykłada, bo się okazuje, że droga, która prowadzi do przyjemnego celu, zazwyczaj przyjemna nie jest.

Pot i łzy.

Ten etap wymaga najwięcej wysiłku i determinacji. Przecież żeby schudnąć 40 kilogramów albo wyjść z toksycznej relacji, trzeba się nieźle napracować. Faza działania jest zdradliwa w tym sensie, że bardzo wielu uważa, że jak 10 razy poszli na siłownię, to już są sportowcami. Albo że jak nie piją przez tydzień, to poradzili sobie z nałogiem i mogą sobie pozwolić na lampkę wina wieczorem, bo wszystko mają pod kontrolą. Mamy iluzje, że jesteśmy już u celu. A najważniejszą fazą jest faza podtrzymania. Przyjmuje się, że trwała zmiana, związana z dietą, stylem życia itd. to są dwa lata. Dopiero wtedy są szanse, że to, co wprowadziliśmy w życie, stanie się jego stałym elementem. A nie chwilową modą czy fanaberią. Niestety, niewiele osób jest w stanie tak długo wytrwać.

Czasami tak się boimy wziąć sprawy w swoje ręce, że wolimy uciec od kłopotów, niż się z nimi skonfrontować. Michel Houellebecq w książce „Serotonina” pisze, że we Francji kilka tysięcy osób rocznie wychodzi z domu, życia i znika.

Mnie ten temat bardzo interesuje. Myślę, że w dzisiejszym, narcystycznym świecie jest silna tendencja do ucieczki od wszystkiego, co trudne. W rodzinach też nie nauczono nas konfrontacji z problemami, bycia w negatywnych emocjach czy sytuacjach. Rozmawiania o czymś, co nie jest łatwe. Dlatego część z nas woli uciec ze swojego życia, niż je posprzątać. Wprowadzanie dzieci w świat nie tylko pięknych, ale też bolesnych chwil jest szczepionką, która znacząco zwiększa szanse na to, że w przyszłości, będą potrafiły konfrontować się z trudnymi sytuacjami i je rozwiązywać. Kilka lat temu moje dzieci bardzo chciały mieć chomika. Kupiłam im go, bardzo go pokochały. Przyjaciółka, która też jest psycholożką, powiedziała: „Co ty zrobiłaś! Przecież chomiki krótko żyją. Będzie rozpacz”. Chomik rzeczywiście zdechł po roku, mój syn pochował go na podwórku. I było to dla niego niesamowicie ważne doświadczenie. Oczywiście bardzo to przeżył, długo płakał. Ale dostał też niezwykle cenną lekcję: że wszystko się kiedyś kończy. Że trzeba spędzać czas z kimś, kogo się kocha, cieszyć się jego obecnością i o niego dbać. Że oprócz miłych momentów, jak np. zabawa z chomikiem, przychodzi też moment rozstania. Bo takie właśnie jest życie.

Kobiety chyba rzadziej uciekają? My wychowujemy się w przekonaniu, że musimy wszystko znieść, bo miłość kobiety polega na rezygnowaniu z siebie.

To, o czym pani mówi, to mój chleb powszedni. Spotykam się z tym na co dzień. Wątek kulturowy jest niezwykle istotny. Patriarchalny model rodziny i relacji społecznych, który wciąż obowiązuje, zaledwie od kilku dekad ma przeciwwagę w postaci dyskursu równościowego. Realnym problemem jest np. niższe poczucie własnej skuteczności u kobiet, które wynika z procesu wychowania. Choć na poziomie obiektywnym kobieta jest przecież tak samo zdolna do sprawnego działania jak mężczyzna.

Dlatego kobietom trudniej jest przeprowadzić istotne zmiany. Np. wyjść z nieudanego małżeństwa.

Nikt nas nie wychowywał w poczuciu: „Możesz osiągnąć każdy cel”. Nawet na naszych bluzeczkach było napisane: „Jesteś pięknym motylkiem. Śnisz swój sen”. A nie, jak w przypadku chłopców: „Do it!”. Na uniwersytecie prowadzę zajęcia ze studentkami – to kobiety dwa razy młodsze ode mnie – dla wielu z nich oczywistością jest, że ich mąż będzie więcej zarabiał niż one. Pytam dlaczego? „Bo my, kobiety, zarabiamy mniej” – odpowiadają. Od lat prowadzę walkę z takimi stereotypami. One utwierdzają kobiety w przekonaniu, że są mniej skuteczne, mniej wartościowe, że nie dadzą rady. W efekcie zaczynają sobie odpuszczać, uzależniać się ekonomicznie od mężczyzn, są zakompleksione. Jest im trudno wziąć życie we własne ręce. 

Być jak filmowe Thelma i Louise

Sprawy nie ułatwia to, że gdy buntujemy się wobec rzeczywistości, możemy natrafić na opór otoczenia.

Znajoma trenerka personalna otrzymuje regularnie pogróżki od mężów kobiet, które odchudziła. Te dziewczyny zrzuciły zbędne kilogramy, zadbały o siebie, znowu zrobiły się z nich laski. Jednocześnie zapisały się na studia podyplomowe, podjęły nowe wyzwania. Jednym słowem odżyły. Okazało się, że to schudnięcie było jedynie efektem ubocznym. Bo prawdziwym zyskiem było to, że uwierzyły w siebie, odzyskały poczucie własnej skuteczności. Wyszły z roli umęczonej, nieatrakcyjnej kobiety domowej. I część mężczyzn nie była w stanie tego znieść. Uważam, że mamy prawo buntować się, dokonywać zmian, budować siebie tak długo, jak nasze działania nie krzywdzą innych ludzi. Przy czym nie nazwałabym krzywdą np. odejścia z destrukcyjnego małżeństwa czy jakiejkolwiek innej relacji zawodowej lub emocjonalnej. Czasem mamy prawo „skrzywdzić” drugiego człowieka, żeby ochronić siebie.

Przypomina mi się film „Thelma i Louise”. Moment, gdy Geena Davis i Susan Sarandon znajdują w sobie odwagę, opuszczają opresyjną rzeczywistość i wyruszają w podróż, która wywraca ich życie do góry nogami, był elektryzujący.

Uwielbiamy oglądać takie filmy. Przy czym większość z nich pokazuje tylko pewien moment, mały wycinek rzeczywistości. Problem w tym, że nie wiemy, co się stanie. A w prawdziwym życiu będziemy musieli to przeżyć. Czyli jestem za buntem, ale pomyślmy o tym, co zrobimy, jeśli scenariusz nie pójdzie w stu procentach tak, jakbyśmy chcieli. Bardzo zachęcam do podejmowania wywrotowych decyzji, ale róbmy to z głową. Wyobraźmy sobie negatywne zakończenia i stwórzmy plan B.

Jak to zrobić?

Podeprę się przykładem z życia. Mam przyjaciółkę, która jest w związku dającym jej duże poczucie bezpieczeństwa, ale nie szczęście. Jakiś czas temu poznała mężczyznę. Zakochali się od pierwszego wejrzenia. Towarzyszyłam jej podczas podejmowania decyzji, co robić dalej: zostać z partnerem czy iść za porywem serca? Poradziłam, aby podjęła decyzję, wcześniej wyobraziwszy sobie, co się stanie, jeśli się okaże, że ten nowy facet jednak nie jest dla niej. Powiedziałam: „Jeżeli pomimo negatywnego scenariusza stwierdzisz, że było warto, bo przeżyłaś z tym człowiekiem coś cudownego, a do tego uwolniłaś się z poprzedniego związku, zrozumiałaś, że był pomyłką, odpowiedź jest prosta: zrób to”. Myślę, że czasem warto przeżyć porażkę, pobłądzić. I nie myśleć o tym jak o końcu świata, ale jak o okazji do zdobycia wiedzy na temat siebie, życia, ludzi. Mądry człowiek potrafi czasem podjąć głupią decyzję, ale wyciągnie z tego superfajne wnioski. I dzięki temu w przyszłości nie będzie już czuć lęku przed działaniem. Bo lęk, w odróżnieniu od strachu, jest antycypacją zagrożenia, które być może w ogóle nie istnieje.

Rozmowa z psycholożką dr Ewą Jarczewską-Gerc ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
depresja
Getty Images

Depresja maskowana może trwać latami i skazywać nas na niewidoczne cierpienie

Śmiech, żart, pogoda ducha. Pozornie.
Karolina Rogalska
23.06.2019

Depresja? Jaka depresja – przecież się śmiejemy, żartujemy. Fakt. Ale pod uśmiechem może kryć się prawdziwe cierpienie. O tym, dlaczego ukrywamy swoje prawdziwe emocje i czym może się to skończyć, pytamy dr Magdaleną Nowicką, psycholożkę, psychoterapeutkę i autorkę publikacji poświęconych depresji.  Karolina Rogalska, „Uroda Życia” : Na zewnątrz świetnie funkcjonują, odnoszą sukcesy, wzorowo odgrywają społeczne role. O tym, że zmagają się z ogromnym cierpieniem, czasem dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. W mediach pojawił się nawet termin opisujący to zjawisko – uśmiechnięta depresja. Podobno bije on rekordy klikalności w wyszukiwarkach internetowych. Dr Magdalena Nowicka: Część osób pomimo ogromnego cierpienia, jakie niesie ze sobą depresja, potrafi się zmobilizować i założyć taką społeczną maskę, udawać, że wszystko jest OK, i  w miarę sprawnie funkcjonować. Ale do czasu. Nasze zasoby w zakresie samoregulacji i samokontroli są wyczerpywalne, a depresja jest chorobą postępującą, w związku z czym wcześniej czy później i  tak dojdziemy do momentu, że w żaden sposób już nie będziemy w stanie jej kontrolować. Często jest tak, że ignorujemy pierwsze oznaki choroby albo szukamy szybkich rozwiązań, np. w lekach czy alkoholu. Nie słuchamy swojego organizmu, a  przecież ten smutek, to cierpienie, które odczuwamy, jest dla nas bardzo ważnym komunikatem. Depresja jest zazwyczaj odpowiedzią organizmu na pewne sytuacje, które nas w życiu spotykają, często są to sytuacje straty. Bywa też wynikiem przeciążenia, długotrwałego stresu, jakichś traumatycznych doświadczeń. Tu potrzebna jest pomoc specjalisty, która musi dotyczyć nie tylko łagodzenia objawów, ale także przeciwdziałać przyczynom depresji. Czyli coraz częściej funkcjonujemy w...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Jak NIE rozmawiać z osobą chorą na depresję? Zamiast „weź się w garść” lepiej „słyszę, co mówisz”.

Wszystkie bywamy czasem smutne, ale to nie to samo co depresja. Chora osoba wymaga zrozumienia.
Sylwia Arlak
19.08.2020

Osoby chore na depresję potrzebują wsparcia, ale mądrego. Motywacyjne hasła w stylu „Weź się w garść!”. „Wyjdź do ludzi”. „Inni mają gorzej” nie pomogą – osoby chore na depresję wiedzą doskonale, że powinny wziąć się w garść, że powinny wyjść do ludzi i że są jacyś inni, którzy mają gorzej – to jednak nie zmienia faktu, że przygniata je smutek, lęk, zniechęcenie do jakiegokolwiek działania. Takie pocieszajki na pewno nie pomogą, mogą nawet przynieść odwrotny skutek od zakładanego – chora na depresję osoba może czuć jeszcze większe niezrozumienie przez innych i może jeszcze bardziej zamykać się w swojej chorobie. Depresja to choroba, a nie moda No właśnie – bo depresja to nie smutek, nie zmęczenie, nie niewyspanie. Depresja to choroba. „U chorych na depresję wszystkie bodźce z otoczenia przepuszczane są przez swoisty »depresyjny filtr«, co powoduje, że postrzegają oni świat w sposób diametralnie odmienny od ludzi zdrowych. Słowa pocieszenia mogą odbierać jako próbę wytknięcia ich słabości. Właśnie dlatego, zamiast udzielać rad i podnosić na duchu, w rozmowie z chorym warto podkreślać, że depresja jest stanem przejściowym, że to przykre samopoczucie w końcu minie. Stosujmy zwroty „jestem z tobą”, „tak, wyzdrowiejesz”, „tak, depresja minie” – mówi dr n. med. Monika Dominiak, lekarz, specjalista psychiatra, adiunkt w Zakładzie Farmakologii, Instytut Psychiatrii i Neurologii Wyniki ostatnich badań zrealizowanych na zlecenie Ministerstwa Zdrowia nie są optymistyczne. Aż 62 procent Polaków podejrzewało, że ktoś z ich otoczenia cierpi na depresję. 49 procent spośród nich przyznało, że był to członek najbliższej rodziny. Jak podkreśla Dominiak, świadomość społeczna depresji powoli wzrasta, ale wciąż...

Czytaj dalej