Bunt to mądra niezgoda. Sygnał do zmiany i szansa na wyjście z cichej desperacji
getty images
#lepszeżycie

Bunt to mądra niezgoda. Sygnał do zmiany i szansa na wyjście z cichej desperacji

Posłuchaj wewnętrznego głosu, który mówi – dłużej tak nie mogę!
Karolina Rogalska
29.01.2020

Bunt jest potrzebny. To wyraz wewnętrznej niezgody na sytuację, w której się znaleźliśmy. Uwolniona  po latach złość daje siłę i odwagę do zawalczenia o siebie. Jest szansą na zmianę i lepsze życie. Powinniśmy sobie za niego podziękować. 

Karolina Rogalska: Filozof Henry David Thoreau już w XIX wieku zaobserwował, że większość ludzi wiedzie życie w stanie „cichej desperacji”. Czyli w poczuciu stagnacji, marazmu, niezadowolenia, rozczarowania. Ale są przecież i tacy, którzy kształtują codzienność w zgodzie ze sobą, walczą, realizują swój potencjał. Od czego to zależy?

Ewa Jarczewska-Gerc: Żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie, lata temu postanowiłam studiować psychologię. 15 lat pracy w zawodzie pokazało mi, że każdy z nas może dokonać rewolucji na dowolnym etapie życia. Natura wyposażyła nas we wspaniałe narzędzia do kształtowania swojego losu, np. złość czy frustrację, które dają kopa i niesamowitą moc sprawczą, ale też nie są przyjemne i akceptowane społecznie. Dlatego często je wypieramy, tłumimy, nie słuchamy. W efekcie wolimy trwać w ciepłym smrodku codzienności, niż ruszyć na przód.

Czyli warto zbuntować się przeciwko rzeczywistości?

Bunt to złość, która jest fantastyczną emocją, bo powoduje, że zaczynamy chcieć zmiany. Oczywiście tę złość możemy kanalizować nieodpowiednio, np. pod postacią agresji wobec świata lub konkretnych osób, na które zrzucamy winę za swoją sytuację: rodziców, małżonków, dzieci, szefów, polityków itd. Albo odpowiednio, czyli zezłościć się na siebie. Większość porad pseudopsychologii zakłada, żeby samego siebie nie oskarżać. Tymczasem warto się od czasu do czasu na siebie wkurzyć. Skonfrontować z samym sobą. Pomyśleć: „Jestem do dupy, co ja robię ze swoim życiem”. Dlaczego zamiast działać, znów leżę na kanapie i oglądam Netflixa? Ta złość na siebie jest bardzo wartościowa, bo z niej wyrasta zmiana. Bunt jest momentem kontemplacji, uświadomienia sobie, że dłużej tak nie pociągnę, muszę iść na przód. Przecież jesteśmy jedynymi osobami na świecie, które mogą tę rewolucję przeprowadzić. Nikt za nas tego nie zrobi.

O ile u dzieci i młodzieży bunt jest powszechnie akceptowany, to u dorosłych utożsamiany jest z szaleństwem. Na zasadzie: „Odwaliło jej”.

I bardzo dobrze, że „jej odwaliło”. Bo to znaczy, że ona wciąż żyje. A po ulicach chodzą żywe trupy – ludzie nieszczęśliwi, bierni, pogodzeni. Myślę, że w tym kontekście znacznie lepiej być buntownikiem. Pogodzenie się, akceptacja powoduje, że my pogłębiamy marazm. Oczywiście, jest coś takiego jak zdrowa akceptacja tego, kim jesteśmy, szacunek do siebie. Ale biorąc pod uwagę to, że nieustannie się zmieniamy, zakwestionowałabym samo pojęcie „bycia sobą” w sensie statycznym. Przecież stajemy się sobą każdego dnia.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Rodzaje osobowości – czy jesteś typem depresyjnym?

Jedni przybliżają się do ideału, który mają w głowie, a inni starają się wpasować w plan, który zsyła im los, inni ludzie itd.

Już jakiś czas temu stworzyłam koncepcję symulatywności mentalnej, w której roboczo dzielę umysły na cztery typy. Jednym z nich jest typ depresyjny. Ludzie przejawiający depresyjny typ symulatywności mentalnej potrafią znaleźć problem w każdym rozwiązaniu. Pławią się w swoim cierpieniu, nieszczęściu. I wszelkie pomysły na to, co mogliby zrobić, żeby było lepiej, są zabijane w zarodku: „Nie da się”, „Nie uda się”, „Pomysł jest bez sensu”. Może pojawić się podejrzenie, że człowiek tak naprawdę lubi tę sytuację i dlatego bojkotuje wszelkie możliwości wydobycia się z niej. Na przeciwległym biegunie są osoby o typie wytrwałym. Ci nie tylko chcą coś zmieniać, ale też myślą procesualnie. Podejmując decyzję od razu, zaczynają myśleć krok po kroku, co mogą zrobić, żeby osiągnąć swój cel. Planują, są efektywni we wdrażaniu swoich postanowień. Towarzyszą im pozytywne emocje. Wierzą, że dadzą radę. Na bazie swoich wcześniejszych doświadczeń nabrali przekonania, że włożenie wysiłku w dążenie do celu się opłaca, więc powtarzają ten schemat.

A pozostałe dwa typy?

Są też defensywni pesymiści. Ludzie, u których zmiana wywołuje lęk i obawę. Dlatego są pesymistami, ale defensywnymi, bo ten negatywizm w myśleniu pełni określoną funkcję – wygenerowania odpowiedniej ilości zasobów, zaplanowania działań, żeby uniknąć negatywnego wyniku. Wyobrażają sobie najgorsze scenariusze i to ich napędza. Negatywne emocje wpływają na nich bardzo mobilizująco. Wymyślają różne sposoby, jak uniknąć wyobrażonej klęski, planują i działają. Też są bardzo efektywni. Ale ta strategia na dłuższą metę jest bardzo wypalająca. Ostatni typ to niepoprawni optymiści. Ci, którzy się zapalają do zmian, stawiają sobie mnóstwo celów, chcą wiele zrobić, ale niewiele dzieje się na poziomie obiektywnym. Czyli mają ewidentny problem z wcielaniem w życie swoich postanowień. Mówią: rzucę palenie, schudnę, rozwiodę się, zmienię styl życia, zacznę panować nad emocjami itd. Ale wszystko pozostaje w sferze chęci i deklaracji. Takim osobom w myśleniu o celach towarzyszą bardzo pozytywne emocje. Zbyt pozytywne. Co powoduje, że gdy trzeba sobie trochę zepsuć dobry nastrój i włożyć wysiłek w działanie, ci ludzie się wycofują i niewiele osiągają.

Te opisy brzmią bardzo deterministycznie.

To są wyuczone skrypty reagowania wobec wyzwań rzeczywistości. One nie są dane na zawsze. Każdy z nas może nauczyć się działać bardziej efektywnie, kształtować swoje życie. Tylko musi temu towarzyszyć zjawisko otwartej głowy. Wiara w to, że zmiana jest możliwa. Jeżeli ktoś w to nie wierzy, mówi: „Takim mnie stworzył Pan Bóg, kosmos, natura”, „Taki jestem”. Tu szansa na zmianę jest rzeczywiście mała. Natomiast jeżeli człowiek ma otwartość na to, że życie jest procesem, drogą z różnymi ścieżkami, wówczas zmiana może nastąpić. I zdecydowanie łatwiej ją przeprowadzić.

Dlaczego ludzie znikają – wyjaśnia w książce „Serotonina”  Michel Houellebecq

Zanim w ogóle możemy myśleć w takich kategoriach, jest stan, w którym już wiemy, że coś nas uwiera, ale jeszcze nie wiemy co.

Przed tym, o czym pani mówi jest jeszcze faza przedkontemplacyjna. Na tym etapie staramy się zabić myśli, które podpowiadają nam, że coś nas uwiera. Zaczynają do nas dochodzić pewne sygnały, np. partner mówi: „Za dużo pijesz”. Albo matka ubolewa: „Strasznie się zaniedbałaś”. Ale my myślimy sobie: „Czepiają się”. Zdolność człowieka do zaprzeczania rzeczywistości jest niewiarygodna. To mechanizm obronny, który działa nawet w skrajnych sytuacjach. Ale zawsze coś tam do naszej świadomości się sączy. Pojawia się refleksja: „Może faktycznie trochę za dużo piję, za dużo krzyczę, za dużo kupuję itd”. Przykłady można mnożyć. I jeżeli poluzujemy trochę struktury poznawcze i zaczniemy wpuszczać do środka tę wiedzę, to wchodzimy w fazę kontemplacyjną i zaczynamy sobie uświadamiać, że zmiana jest potrzebna i musimy coś zrobić. Kolejna faza to planowanie działania. Bez planu wprowadzenie zmiany jest praktycznie niemożliwe. Ale jak już zaplanujemy, to kolejną fazą jest działanie. I na tym wiele osób się wykłada, bo się okazuje, że droga, która prowadzi do przyjemnego celu, zazwyczaj przyjemna nie jest.

Pot i łzy.

Ten etap wymaga najwięcej wysiłku i determinacji. Przecież żeby schudnąć 40 kilogramów albo wyjść z toksycznej relacji, trzeba się nieźle napracować. Faza działania jest zdradliwa w tym sensie, że bardzo wielu uważa, że jak 10 razy poszli na siłownię, to już są sportowcami. Albo że jak nie piją przez tydzień, to poradzili sobie z nałogiem i mogą sobie pozwolić na lampkę wina wieczorem, bo wszystko mają pod kontrolą. Mamy iluzje, że jesteśmy już u celu. A najważniejszą fazą jest faza podtrzymania. Przyjmuje się, że trwała zmiana, związana z dietą, stylem życia itd. to są dwa lata. Dopiero wtedy są szanse, że to, co wprowadziliśmy w życie, stanie się jego stałym elementem. A nie chwilową modą czy fanaberią. Niestety, niewiele osób jest w stanie tak długo wytrwać.

Czasami tak się boimy wziąć sprawy w swoje ręce, że wolimy uciec od kłopotów, niż się z nimi skonfrontować. Michel Houellebecq w książce „Serotonina” pisze, że we Francji kilka tysięcy osób rocznie wychodzi z domu, życia i znika.

Mnie ten temat bardzo interesuje. Myślę, że w dzisiejszym, narcystycznym świecie jest silna tendencja do ucieczki od wszystkiego, co trudne. W rodzinach też nie nauczono nas konfrontacji z problemami, bycia w negatywnych emocjach czy sytuacjach. Rozmawiania o czymś, co nie jest łatwe. Dlatego część z nas woli uciec ze swojego życia, niż je posprzątać. Wprowadzanie dzieci w świat nie tylko pięknych, ale też bolesnych chwil jest szczepionką, która znacząco zwiększa szanse na to, że w przyszłości, będą potrafiły konfrontować się z trudnymi sytuacjami i je rozwiązywać. Kilka lat temu moje dzieci bardzo chciały mieć chomika. Kupiłam im go, bardzo go pokochały. Przyjaciółka, która też jest psycholożką, powiedziała: „Co ty zrobiłaś! Przecież chomiki krótko żyją. Będzie rozpacz”. Chomik rzeczywiście zdechł po roku, mój syn pochował go na podwórku. I było to dla niego niesamowicie ważne doświadczenie. Oczywiście bardzo to przeżył, długo płakał. Ale dostał też niezwykle cenną lekcję: że wszystko się kiedyś kończy. Że trzeba spędzać czas z kimś, kogo się kocha, cieszyć się jego obecnością i o niego dbać. Że oprócz miłych momentów, jak np. zabawa z chomikiem, przychodzi też moment rozstania. Bo takie właśnie jest życie.

Kobiety chyba rzadziej uciekają? My wychowujemy się w przekonaniu, że musimy wszystko znieść, bo miłość kobiety polega na rezygnowaniu z siebie.

To, o czym pani mówi, to mój chleb powszedni. Spotykam się z tym na co dzień. Wątek kulturowy jest niezwykle istotny. Patriarchalny model rodziny i relacji społecznych, który wciąż obowiązuje, zaledwie od kilku dekad ma przeciwwagę w postaci dyskursu równościowego. Realnym problemem jest np. niższe poczucie własnej skuteczności u kobiet, które wynika z procesu wychowania. Choć na poziomie obiektywnym kobieta jest przecież tak samo zdolna do sprawnego działania jak mężczyzna.

Dlatego kobietom trudniej jest przeprowadzić istotne zmiany. Np. wyjść z nieudanego małżeństwa.

Nikt nas nie wychowywał w poczuciu: „Możesz osiągnąć każdy cel”. Nawet na naszych bluzeczkach było napisane: „Jesteś pięknym motylkiem. Śnisz swój sen”. A nie, jak w przypadku chłopców: „Do it!”. Na uniwersytecie prowadzę zajęcia ze studentkami – to kobiety dwa razy młodsze ode mnie – dla wielu z nich oczywistością jest, że ich mąż będzie więcej zarabiał niż one. Pytam dlaczego? „Bo my, kobiety, zarabiamy mniej” – odpowiadają. Od lat prowadzę walkę z takimi stereotypami. One utwierdzają kobiety w przekonaniu, że są mniej skuteczne, mniej wartościowe, że nie dadzą rady. W efekcie zaczynają sobie odpuszczać, uzależniać się ekonomicznie od mężczyzn, są zakompleksione. Jest im trudno wziąć życie we własne ręce. 

Być jak filmowe Thelma i Louise

Sprawy nie ułatwia to, że gdy buntujemy się wobec rzeczywistości, możemy natrafić na opór otoczenia.

Znajoma trenerka personalna otrzymuje regularnie pogróżki od mężów kobiet, które odchudziła. Te dziewczyny zrzuciły zbędne kilogramy, zadbały o siebie, znowu zrobiły się z nich laski. Jednocześnie zapisały się na studia podyplomowe, podjęły nowe wyzwania. Jednym słowem odżyły. Okazało się, że to schudnięcie było jedynie efektem ubocznym. Bo prawdziwym zyskiem było to, że uwierzyły w siebie, odzyskały poczucie własnej skuteczności. Wyszły z roli umęczonej, nieatrakcyjnej kobiety domowej. I część mężczyzn nie była w stanie tego znieść. Uważam, że mamy prawo buntować się, dokonywać zmian, budować siebie tak długo, jak nasze działania nie krzywdzą innych ludzi. Przy czym nie nazwałabym krzywdą np. odejścia z destrukcyjnego małżeństwa czy jakiejkolwiek innej relacji zawodowej lub emocjonalnej. Czasem mamy prawo „skrzywdzić” drugiego człowieka, żeby ochronić siebie.

Przypomina mi się film „Thelma i Louise”. Moment, gdy Geena Davis i Susan Sarandon znajdują w sobie odwagę, opuszczają opresyjną rzeczywistość i wyruszają w podróż, która wywraca ich życie do góry nogami, był elektryzujący.

Uwielbiamy oglądać takie filmy. Przy czym większość z nich pokazuje tylko pewien moment, mały wycinek rzeczywistości. Problem w tym, że nie wiemy, co się stanie. A w prawdziwym życiu będziemy musieli to przeżyć. Czyli jestem za buntem, ale pomyślmy o tym, co zrobimy, jeśli scenariusz nie pójdzie w stu procentach tak, jakbyśmy chcieli. Bardzo zachęcam do podejmowania wywrotowych decyzji, ale róbmy to z głową. Wyobraźmy sobie negatywne zakończenia i stwórzmy plan B.

Jak to zrobić?

Podeprę się przykładem z życia. Mam przyjaciółkę, która jest w związku dającym jej duże poczucie bezpieczeństwa, ale nie szczęście. Jakiś czas temu poznała mężczyznę. Zakochali się od pierwszego wejrzenia. Towarzyszyłam jej podczas podejmowania decyzji, co robić dalej: zostać z partnerem czy iść za porywem serca? Poradziłam, aby podjęła decyzję, wcześniej wyobraziwszy sobie, co się stanie, jeśli się okaże, że ten nowy facet jednak nie jest dla niej. Powiedziałam: „Jeżeli pomimo negatywnego scenariusza stwierdzisz, że było warto, bo przeżyłaś z tym człowiekiem coś cudownego, a do tego uwolniłaś się z poprzedniego związku, zrozumiałaś, że był pomyłką, odpowiedź jest prosta: zrób to”. Myślę, że czasem warto przeżyć porażkę, pobłądzić. I nie myśleć o tym jak o końcu świata, ale jak o okazji do zdobycia wiedzy na temat siebie, życia, ludzi. Mądry człowiek potrafi czasem podjąć głupią decyzję, ale wyciągnie z tego superfajne wnioski. I dzięki temu w przyszłości nie będzie już czuć lęku przed działaniem. Bo lęk, w odróżnieniu od strachu, jest antycypacją zagrożenia, które być może w ogóle nie istnieje.

Rozmowa z psycholożką dr Ewą Jarczewską-Gerc ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
para na rowerze
magnum photo/photo power

I żyli razem długo i szczęśliwie. Czy istnieje przepis na udany związek?

Skoro namiętność wygasa po 4 latach, jak przeżyć razem 60?
Karolina Rogalska
28.01.2020

Aby związek był udany nie musimy być idealnie dobrani. Teoria o dwóch połówkach jabłka odchodzi do lamusu. Szczęsliwy związek to patrzenie w tym samym kierunku i decyzja, że pomimo dzielących nas różnic chemy iść tą samą drogą. Razem.  Karolina Rogalska: W książce „Psychologia miłości” pisze pan, że namiętność wygasa po czterech latach. Czy to nieunikniony etap romantycznej relacji, czy średnia statystyczna? prof. Bogdan Wojciszke:  Arthur Aron, badacz, który od 40 lat zajmuje się bliskimi związkami, twierdzi, że nie musi tak być. Uważa, że namiętność może trwać w nieskończoność, a mija tylko komponent omamienia, czyli stan, w którym siada ci obszar mózgu odpowiedzialny za krytyczne myślenie, gdy patrzysz na zdjęcie ukochanej osoby. Ale ta idealizacja jest niezbędna, żeby stworzyć parę. Bo gdybyśmy od początku wiedzieli, jacy naprawdę jesteśmy, to może w ogóle nie decydowalibyśmy się na wchodzenie w związki. Na szczęście człowiek jest istotą obdarzoną nadzieją, która z definicji jest głupia, ale też piękna. Mam córkę, która jest wypisz wymaluj podobna do mnie. Ma taki sam sposób odczuwania świata, jest bardzo racjonalna. Właśnie się zakochała. Obserwuję z boku, jak nadzieja w niej przygasa, a za chwilę wybucha z wielką siłą. I ja mimo całego mojego racjonalizmu życzę jej z całego serca, żeby poszła za głosem nadziei i wybrała miłość. Cóż lepszego może nas w życiu spotkać? A jednak w ostatnich latach lawinowo rośnie liczba rozwodów. Co trzecie małżeństwo się rozpada. Przestaliśmy dbać o związki? Reguła jest taka, że przeciętne małżeństwo pogarsza się w miarę czasu jego trwania. Gołym okiem tak bardzo tego nie widać, bo najgorsze związki się rozpadają i zostają tylko te bardziej udane. Ale zmiana...

Czytaj dalej
Kryzys wieku średniego
Geof Kern

„Moje JA domaga się uznania!” – jak objawia się kryzys wieku średniego?

Psychoterapeuta o mężczyznach.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Superspolegliwy księgowy zamienia się w wydziaranego harleyowca, ojciec rodziny rzuca żonę i dzieci, bo „wreszcie chce robić to wszystko, czego wcześniej nie mógł”. O różnych sposobach czterdziestolatków na kryzys połowy życia mówi Jacek Masłowski, filozof i psychoterapeuta.   Koszulka z logo Harleya-Davidsona Specjalnie ją włożyłeś na tę rozmowę? Jest wręcz symboliczna. Bo co robi facet w kryzysie wieku średniego? Kupuje sobie motocykl.   A drugi stereotyp... ...w życiu takiego mężczyzny pojawiają się młode kobiety.   Czy mężczyzna w ogóle wie, co się z nim dzieje w połowie życia? Kryzys wieku średniego został dość dokładnie zdiagnozowany, tylko w społecznym przekazie wciąż krążą stereotypy. Dlatego wielu mężczyzn, którzy wchodzą w ten czas, nie do końca zdaje sobie sprawę z jego dynamiki i tego, z czym on się wiąże, po co jest. Bo przecież po coś jest. Poproszę więc o właściwą diagnozę. Po pierwsze, jest to czas, w którym mężczyzna zaczyna doświadczać efektów swoich dotychczasowych wyborów i działań. Po drugie, zaczyna do niego docierać, że jego ciało się zmienia, nie jest już tak niezawodne i sprawne, w związku z czym zmieniają się również jego możliwości. Kolejnym, głębszym, powodem jest coś, co doskonale opisał Robert Bly w „Żelaznym Janie”. Bly opisał mianowicie trzy fazy życia mężczyzny: fazę czerwonego, białego i czarnego rycerza. Faza czerwonego rycerza jest kluczowa dla późniejszych reakcji na kryzys: to faza silnie popędowej męskiej młodzieńczości, popędowej agresji, popędowej seksualności itd. W społecznościach tradycyjnych, w których obowiązywały różnego rodzaju rytuały „przejścia”, społeczność była przygotowana na to, że młodzi mężczyźni wchodzą w...

Czytaj dalej
Para w zabytkowym aucie
getty mages

Katarzyna Miller: „Nie ma miłości bez wolności”

Dwie połówki pomarańczy? Takie myślenie o związku to błąd. W relacji nie dopełniamy się, nie uzupełniamy swoich braków – jesteśmy blisko, ale nie stapiamy się w jedność – piszą w „Być parą i nie zwariować” piszą Katarzyna Miller i Andrzej Gryżewski.
Anna Bimer
29.01.2020

Związek to wolność. Taki wniosek płynie z nowej książki: dialogu seksuologa Andrzeja Gryżewskiego z Katarzyną Miller. Nie chodzi im o wolną miłość, lecz o powietrze, swobodę oddechu dla obojga partnerów, bez nadmiernych wymagań. „Liczy się bliskość, ale bez zarzucania komuś sieci na głowę... Związek to przywilej”, mówi psycholożka Katarzyna Miller. Anna Bimer: Dlaczego przywilej? Bo nie każdemu będzie dany? Katarzyna Miller:  Bo nie wszystkim się należy. Nie wszyscy panują nad swoim człowieczeństwem, nie wszystkim są znane i dane najistotniejsze życiowe wartości, ważne cele, zgoda na proces życia, szacunek dla siebie, dla drugiego człowieka. Jeśli to wszystko jest w człowieku skupione, to niejako w nagrodę przytrafia mu się związek. Warto być także skromnym i świadomym, że ma się nie tylko fajne cechy, ale też defekty charakteru. Każdy nosi w sobie jakąś skazę. Ale też każdy nosi jakiś diament, o ile gdzieś po drodze go w nas nie zatłuczono. Pierwsza faza, czyli wstęp do związku, to wręcz ćpanie – mówicie. Tak, bo zdobyczą naukową ostatnich lat jest zdolność chemicznego i endokrynologicznego czytania człowieka. Dawniej tego narzędzia nie mieliśmy, toteż o miłości mówiło się jak o tajemniczym gromie z nieba, czystej metafizyce. Tymczasem nie jest to żaden cud, wszyscy mamy tę zdolność dostawania totalnego szmergla w relacji i reakcji na drugą osobę. Ten serotoninowy stan pozwala na wzajemne przyciąganie i podejmowanie odważnych decyzji o byciu razem, zakładaniu rodzin. Bez tej chemicznej kumulacji w mózgu być może wcale nie bylibyśmy zdolni do tak brawurowych kroków. Bezduszne. Prawdziwe. Toksyczna miłość, czyli 100 proc. bliskości Kiedy ten pierwszy amok związany z druga osobą mija, racjonalizujemy sytuację na różne sposoby, często...

Czytaj dalej
mediacje rodzinne
Getty Images

Rozwód? Mediacje rodzinne to ostatnia szansa przez rozpadem związku

Mediacje rodzinne może uchronić przed rozwodem albo sprawić, że rozwód przebiegnie spokojniej. Na czym polegają? Pytamy mediatorki, Anny Cebulko.
Karolina Rogalska
21.10.2018

Z perspektywy mediatorki widzę, jak często mamy kłopot w kontaktach z bliskimi. Nie rozmawiamy z partnerami o tym, co nas niepokoi. Nie komunikujemy potrzeb. Robimy to dopiero wtedy, gdy jesteśmy już ekstremalnie wściekłe i sfrustrowane. A skrajne emocje blokują nam możliwość porozumienia” – mówi w „Urodzie Życia” Anna Cybulko, wykładowczyni i mediatorka w sprawach cywilnych i rodzinnych. Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Mediacje rodzinne to takie rozmowy ostatniej szansy. Skrajne emocje. Pewnie się pani nasłucha płaczu, krzyków? Anna Cybulko:  Emocji jest rzeczywiście dużo. Podczas mediacji ludzie zwykle bardzo szybko wchodzą w te same schematy reagowania, które stosują, kłócąc się w  domu. Czasem destrukcyjne: agresywne, sarkastyczne, przemocowe. Rola mediatora polega między innymi na tym, żeby pomóc im te schematy dostrzec, przewentylować emocje. Żeby ludzie mogli się wzajemnie spotkać, usłyszeć, porozumieć. I wypracować wspólnie rozwiązania, które zadowolą obie strony sporu. Część par na mediacje zgłasza się z własnej inicjatywy, czasem takie rozwiązanie proponuje sąd. Ale zawsze naczelną zasadą jest dobrowolność – ludzie muszą chcieć się dogadać. Najtrudniejsze jest pierwsze spotkanie. Potem już jest tylko lepiej. Co podsyca konflikt? Powodów może być wiele. Podzieliłabym je roboczo na trzy poziomy. Pierwszy to różnice społeczne: odmienne potrzeby, wartości, oczekiwania, style życia, konteksty rodzinne, w których się wychowywaliśmy. Drugi to poziom indywidualny. Tu przeszkody mogą być natury psychologicznej: brak poczucia bezpieczeństwa, stabilności czy własnej wartości. Ostatni, ten najbliższy mojej pracy, to poziom komunikacyjny. Z perspektywy gabinetu widzę, jak duża część z nas ma z tym kłopot. Nie rozmawiamy z partnerami...

Czytaj dalej