„Prosiłam Boga, by nie umrzeć nad toaletą” – Anna Gruszczyńska o swojej bulimii
Maciej Zienkiewicz
#czytajdlaprzyjemności

„Prosiłam Boga, by nie umrzeć nad toaletą” – Anna Gruszczyńska o swojej bulimii

Historia ciężkiej walki i wielkiej miłości.
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
04.01.2018

Wilczy głód to jej nazwa na bulimię. Większość życia po cichu zmagała się z zaburzeniami odżywiania. Nie rozumiała, co się dzieje, a gdy odkryła, że ma problem, nie było nikogo, kto umiałby jej pomóc z tego wyjść. W końcu sama zbudowała solidną klatkę dla swojego wilka i cieszy się odzyskaną wolnością. „Jej smak jest najwspanialszy” – mówi Anna Gruszczyńska* w rozmowie z Anną Maruszeczko.

Anna Gruszczyńska prowadzi szeroko zakrojony projekt społeczny Wilczo Głodna (wilczoglodna.pl). Udziela się jako mówca publiczny, działa społecznie. Biega maratony, maluje obrazy, nałogowo czyta. Sama napisała dwie książki: „Wilczo głodna. Jak wyjść z kompulsywnego jedzenia i nie zwariować” oraz „The Fun Diet”.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Czyli na początku było niewinne: „Chcę się trochę odchudzić”?

Tak, ale to się wymknęło spod kontroli. Dopiero jako osoba dorosła zdałam sobie sprawę, że to jest o wiele głębsze, bo nie każda dziewczyna, która próbuje się odchudzać, wpada w spiralę zaburzeń odżywiania.
 

I zaczęła pani rekonstruować swoje życie?

Zaczęłam interesować się psychologią, tym, jak funkcjonujemy w społeczeństwie, jak ludzie na nas wpływają, jak działa nasz mózg, i z tej pozycji zobaczyłam, że zaburzenia odżywiania to jest złożony temat, na który składa się wiele spraw, bo: geny, wychowanie, jakieś predyspozycje psychiczne, rodzina.
 

Co pani odkryła?

W mojej rodzinie są praktycznie same kobiety – mama, babcia, ciocia, siostra, kuzynki, suczka Dziunia. (śmiech) Mama wychowywała mnie sama. Tato jest marynarzem, on nawet czasami zapominał, ile ja mam lat, wszystko mu się myliło. I wszystkie kobiety zawsze się odchudzały. Dla mnie to było naturalne, że w pewnym momencie, jak już się ma te 13–14 lat, to trzeba przejść na dietę, oczywiście 800 kalorii.
 

Taka jest dzienna norma?

Tak.
 

To jakaś szkoła, teoria?

Pamiętam, mieliśmy w domu taką książeczkę o dietach, które moja mama z ciotką wypróbowały, wszystkie, od a do zet. Myślałam, że to jest po prostu przewodnik, jak żyć, że trzeba jeść grejpfruty i marchewki, a jak nie wyjdzie, to przerzucić się na fasolę i ryż. Wyrastałam w przekonaniu, że jedzenie i sprawa wagi to nie jest coś, co jest naturalne i normalne, tylko coś, do czego trzeba dążyć, czym trzeba się frustrować, co trzeba zwalczać. Taki miałam przykład w domu.
 

Obwinia pani rodziców?

Nie. Oni sami byli bezbronni. Pochodzili z domów, gdzie o problemach się nie rozmawiało, a na przykład się je zajadało. Ale brakowało mi wsparcia. Bardzo odstawałam od swojej rodziny. Rodzice chcieli, żebym poszła na medycynę, żebym została naukowcem, a ja chciałam być artystką.
 

Nie docenili pani artystycznej duszy? Dla nich to były fanaberie?

Słyszałam tylko: „Oj, przejdzie ci”. Dla nich moje wybory były głupie, tak jak wszystko, co robiłam. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Więc wykombinowałam, że w kwestii jedzenia mogę mieć kontrolę, że się wykażę i udowodnię, że jestem czegoś warta.
 

Ile miała pani lat, kiedy zaczęła się pani odchudzać?

13. To były moje pierwsze próby, wtedy zaczęłam biegać. Nic nie jadłam cały dzień, a potem szłam biegać i katowałam się tym bieganiem. Miałam przyjaciółkę, która była przy kości, i stwierdziłyśmy, że razem będziemy się odchudzać. Urządzałyśmy wyścigi, która się szybciej odchudzi. Licytowałyśmy się, która mniej zjadła na kolację. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz zaczęłam się czuć lepsza od innych. Gdy ktoś mówił: „A bo ja lubię jeść przed telewizorem”, czułam, że mnie to już nie dotyczy.
 
 

Ja w tym wieku miałam wilczy apetyt.

Mnie w pewnym sensie było łatwiej, ponieważ w moim domu jedzenie było tematem tabu. Słoiczki z nutellą chowało się po szafkach, gdzieś w ciuchach mamy, bo ona ciągle się odchudzała. Matka z ciotką zawsze mi powtarzały, że jeżeli złapię tłuszczyk do dziesiątego roku życia, to już zawsze będę gruba. Już w przedszkolu uważałam, że jestem gruba. Naprawdę, pamiętam ten moment, kiedy miałam pięć lat i myślałam sobie: „Boże, jaka jestem gruba...”.
 

A nie była pani gruba?

Jak patrzę na zdjęcia, to widzę normalne dziecko. Ja wiem, że one to pewnie robiły, żeby mnie jakoś uchronić przed tym kołowrotkiem diet, ale efekt był taki, że już od dziecka miałam poczucie, że coś ze mną nie tak i trzeba to naprawiać.
 

Była pani wpatrzona w mamę w tym sensie, że co mama powiedziała, to święte?

Byłam pod wpływem rodziców, jak każdy. Ale już jako mała dziewczynka nie byłam bezkrytyczna. Opowiem historię, która też zaważyła na moim życiu. Wczesne lata 90., więc niewiele było w sklepach, a panowała moda na gołębi popiel. Mama szukała spódnicy w tym kolorze. Chodziłyśmy razem. I w końcu mama znalazła tę spódnicę, ale jak zawsze kupiła za małą, bo ona zawsze kupowała za małe rzeczy, żeby do nich schudnąć. To chyba był rozmiar 34. Nigdy w życiu tej spódnicy nie włożyła. Ta spódnica dalej wisi w naszej garderobie pośród setek za małych ciuchów. To jest taka galeria duchów. Ja tak nie chciałam.
 
Wyrastałam w przekonaniu, że jedzenie i waga to jest coś, z czym trzeba walczyć. Głodziłam się albo objadałam. Jadłam tyle, że wystarczyłoby dla dorosłego mężczyzny... na tydzień.
 

Nie chciała się pani odchudzać czy nie chciała się pani nieskutecznie odchudzać?

Chciałam to zrobić raz, a dobrze, ale po swojemu. Wymyśliłam sobie odchudzanie, bo myślałam, że tylko dzięki odchudzaniu się, a nie dzięki normalnemu jedzeniu można mieć normalny rozmiar. Im mniej jadłam, tym lepiej się czułam. To już było wchodzenie w anoreksję, ale trwało niedługo. Zaczęłam się frustrować, bo zaczęło mi być strasznie zimno. Nawet w lecie siedziałam w swetrach, zimą przy kaloryferze uczyłam się do klasówek. Zaczęły mi garściami wypadać włosy, więc obcięłam je na krótko, wydawało mi się, że to pomoże. Szybko zaczęły się kompulsje, które bardzo często są następstwem głodzenia się. Zawsze w końcu ciało domaga się swego: „Dosyć! Ja chcę jeść, chcę żyć”, więc tak właśnie wpadłam w drugą mańkę, w bulimię. I tak już mi zostało na kolejne lata.
 

Nikt z dorosłych tego nie widział, nie reagował?

Moja mama bardzo szybko się zorientowała. Chodziłam opuchnięta, miałam pogryzione dłonie. Zaciągnęła mnie do lekarza ogólnego, który stwierdził: "Wymioty? To elektrolity", tak jakbym się czymś zatruła. Powiedziałam, że niczym się nie zatrułam, więc lekarka kazała mi iść do psychologa. Wtedy zaczęła się moja krucjata po psychologach, która trwała z dwa, trzy lata, z psychiatrą włącznie. Psycholog mówił mi: "Myśl pozytywnie!", rozmawialiśmy o moich emocjach, o tym, jak jest w domu, doszukiwaliśmy się przyczyn. Miałam już pojęcie, z czego to mogło się wziąć.
 

Z tego, że w domu panował kult niejedzenia?

Ja nawet nie wiem, do czego my tam doszliśmy, do jakich wniosków, ale pamiętam, że na tych spotkaniach miałam opowiadać swoje życie, więc opowiadałam, prawie od poczęcia, po czym płaciłam stówkę, wychodziłam, kupowałam słodycze i szłam się objadać.
 

A potem wieczorem wymiotować?

Tak. Więc niewiele mi to dało. Nawet podobały mi się te spotkania, mogłam się wygadać, poopowiadać o swoich emocjach, bo mnie nigdy nikt nie pytał o emocje, ale to tyle.
 

Czy to był psycholog, który zajmował się bulimiczkami i anorektyczkami?

Skąd! Ja jestem ze Słupska, tam w ogóle nie było takiego specjalisty. Zresztą nawet teraz w Warszawie jest pewnie najwyżej kilku. To był psycholog, który specjalizował się w problemach dzieci i młodzieży. Ta pani naprawdę była bardzo fajna. Pamiętam, że opowiadałam jej o swoich znajomych i ona w pewnym momencie odezwała się do mnie poważnym tonem: „Niedługo nie będziesz miała żadnych przyjaciół”.
 

Co miała na myśli?

W anoreksji ludzie się izolują. A że ja nigdy się nie odizolowałam, to przez cały etap liceum wydawało mi się, że wszystko jest ze mną w porządku, miałam towarzystwo, przyjaciół. Zresztą traktowałam to jako zabawę. Sądziłam, że wymyśliłam sobie świetny sposób na to, żeby jeść i nie tyć. W ogóle nie chciałam z tego wyjść. Czytałam, że bulimia, że choroba... „O co wam chodzi, ludzie?! Przecież to jest takie super!”
 

Nie miała pani żadnego dyskomfortu fizycznego? Nic nie bolało, nie słabła pani?

Jak się wymiotuje, to puchnie się na twarzy, bo ślinianki się rozrastają i ma się taką "chomiczą buzię". To był dla mnie jedyny dyskomfort fizyczny. Czasem pojawiały się problemy z przemianą materii, jakieś zaparcia i to było niefajne, ale poza tym przez pierwsze dwa lata czułam się super. Potem zaczęły się schody. Pod koniec liceum wyjechałam na stypendium do Stanów, na szkolną wymianę. Tam rodzina, u której mieszkałam, odkryła, że cierpię na bulimię, i zaczęła prowadzać mnie po lekarzach. O mało nie odesłali mnie z powrotem do Polski. To byłoby masakryczne upokorzenie, bo nie dość, że dla rodziców to nie była bułka z masłem, żeby mnie tam wysłać, to też zawaliłabym rok. Wtedy postanowiłam: "Dobra, koniec. Nie będę już tego więcej robić" i zobaczyłam, że już nie mogę, że chyba jestem w nałogu i nie mogę tak po prostu przestać. To był 2001 rok i od tego momentu zaczęła się moja batalia, która skończyła się w 2014 roku, czyli byłam chora 15 lat.
 

Co się stało po tym, jak pani odkryła: „Nie mogę przestać”?

Moja host mother to była bardzo przytomna kobieta. Oznajmiła, że nie ma takiej możliwości, żebym wymiotowała. Ci państwo sami mieli już dorosłe dzieci, więc przyjmowali studentów i opiekowali się małymi dziećmi. Host mother wysyłała za mną do toalety jedno z nich, taką mądrą, rezolutną dziewczynkę, która miała mnie pilnować, żebym nie wymiotowała. Strasznie mnie pilnowali.
 

Jak pani znosiła to, że nie mogła pani wymiotować?

Nie mogłam się powstrzymać od objadania się, więc ciężko mi było z tym, że musiałam to wszystko w sobie zostawić. Jak można się uczyć czy na czymkolwiek się skupić, jak jesteś obżarta, nawet nie do bólu, tylko poza wszelkie granice bólu. Nie jesteś w stanie nic robić. I ta obsesja, ciągłe ważenie się, wyrzuty sumienia. W niecały rok przytyłam 12 kg. Gdy wróciłam do Polski, to byłam naprawdę fest babą i wszystko zaczęło się ze zdwojoną siłą.
 

Chciała pani wrócić do dawnego stanu?

Musiałam wrócić do tego stanu.
 

Dlaczego?

Inaczej chyba wyskoczyłabym przez okno. Nie mogłam patrzeć w lustro, więc od razu przeszłam na jakąś dziką dietę, intensywnie biegałam, aż słaniałam się na nogach, zwracałam wszystko, co tylko zjadłam. I straciłam te 12 kg w jakieś dwa, trzy miesiące.
 

Wszystko podporządkowane jednemu. Nic innego się wtedy nie liczy?

Wtedy w ogóle nie miałam życia. W Stanach zrobiłam dwa lata w jeden rok, tam Polakom jest bardzo łatwo, zdałam maturę, więc gdy wróciłam do Polski, to już nie musiałam chodzić do szkoły. To był rok dojmującej pustki. Wszyscy moi znajomi uczyli się do matury, a ja siedziałam sama w domu i właściwie tylko się objadałam. Ostatnio znalazłam jakieś moje pamiętniki z tamtego okresu i odkryłam, że musiałam mieć depresję, tylko o tym nie wiedziałam.
 

Co zapisała pani w tych pamiętnikach?

Takie moje straszne myśli, że do niczego się nie nadaję, że najbardziej chciałabym umrzeć. Robiłam sobie plany, że na przykład za miesiąc będę ważyła 50 kg i zapisywałam, ile każdego dnia mam ważyć. Ale oczywiście to tak nie działa, więc frustrowałam się, gdy się nie udawało.
 

I katowała się pani za to, że nie dotrzymała słowa?

Wtedy jeszcze bardziej to błędne koło się nakręcało.
 

Co to znaczy, że się pani obżerała?

Jadłam tyle, że wystarczyłoby dla dorosłego mężczyzny... na tydzień. I to najgorsze: fast foody, słodycze. Podbierałam mamie pieniądze, żeby to kupić. Wpadłam w próżnię, poza jedzeniem nie miałam nic. A jeszcze to małe miasto, nic się nie działo. I tak siedziałam w tym Słupsku, popadając
w coraz większą depresję.
 

I już chyba wtedy w samotność?

Miałam pokój na strychu i tam siedziałam zamknięta. Czas przelatywał mi przez palce, przestałam malować, rysować, fotografować. Nie robiłam nic. Wymiotowałam i wyczerpywałam się w walce z mamą. Nienawidziłyśmy się. Moja mama nie potrafiła sobie dać rady ze mną ani z moją chorobą. Nigdy nikt mi nie pokazał, jak rozmawiać, wszystko załatwiało się krzykiem. Ja wtedy myślałam, że moja mama jest zła. Teraz widzę, że ona po prostu była słaba. Ale ten rok się skończył, jakoś go przeżyłam i wyjechałam na studia do Krakowa.
 

Wreszcie uciekła pani z tego strychu?

Wybrałam Kraków tylko dlatego, że leży najdalej od Słupska. Gdyby było coś dalej, to pewnie pojechałbym dalej, tak chciałam się od tego odciąć, zerwaći w ogóle więcej nie przyjeżdżać. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że uciekając na drugi koniec świata, zabiera się siebie ze sobą. Myślałam, że wyjadę i pozbędę się problemu. Faktycznie tak było przez pierwsze dwa, trzy miesiące. Zaczęłam twardą dietę. Jadłam owsiankę na wodzie, potem surówkę w barze mlecznym, a kolacji w ogóle nie jadłam. Znowu czułam się świetnie, cieszyłam się, że mam kontrolę nad sobą. Ale głodzenie się, niestety, zawsze prowadzi do ataków objadania się. Oczywiście wszystko się znowu zawaliło w drugą stronę.
 

„Oczywiście”, bo co?

Bo jak się tak głodzisz, jak jesz owsiankę na wodzie i buraki, to zaraz zaczniesz się objadać. Chorowałam już prawie pięć lat, a jeszcze nie dotarła do mnie ta prosta prawda. Znowu przytyłam. Na pierwszym roku studiów doszły jeszcze imprezy i alkohol.
 

Jakie to były studia?

Projektowanie ubioru. To była prywatna uczelnia, bo ja byłam przekonana, że nigdy w życiu nie dostanę się na żadne studia, że jeżeli podejdę do jakichkolwiek egzaminów, to wyjdzie szydło z worka i okaże się, że tak naprawdę jestem kłamcą, że tutaj dyplomy amerykańskie, a tak naprawdę nic nie umiem. Bardzo fajnie mi się tam studiowało, poznałam ciekawych ludzi, ale dużo zawalałam, rysunki robiłam na ostatnią chwilę, nie potrafiłam się zmotywować, bo tak też żyło się u mnie w domu, że wszystko było zawsze „do negocjowania”, więc można było po prostu coś olać i zostawić.
 

Co było przełomem?

Pierwsza miłość, taka jak z bajki. Mój chłopak mnie zmotywował do tego, żebym szukała pomocy. Pozapisywał mnie do różnych poradni, więc chodziłam. Znowu musiałam opowiadać swoje życie, żeby dojść do przyczyn.
 

Tak jak mi dzisiaj? (śmiech)

Ale pani nie skasuje mnie na stówkę i nie powie mi, jak mam żyć. (śmiech) Pamiętam, jak byłam w jednej poradni, zaczęłam już opowiadać swoją historię i mówię: "Jak poszłam na studia...", a pani: "To ty jesteś studentką?". "No tak". "O Jezu, to musisz wyjść, bo to jest przychodnia dla licealistów". Cała czerwona, ze łzami w oczach spakowałam swoje rzeczy i wybiegłam. Jej było przykro, przepraszała, ale NFZ nie pokryłby kosztów tej wizyty. Nie stać mnie było na prywatnych lekarzy.
 

Na pani blogu wyczytałam, że rodzice biorą kredyty, żeby posłać swoje córki bulimiczki na prywatne leczenie...

Ktoś mnie jeszcze wysłał do szpitala dla anorektyczek na Kopernika w Krakowie. Siedziały tam na korytarzu takie typowe anorektyczki – szkielety, jedna drugiej czesała włosy. To była dla mnie scena z kosmosu, bo one naprawdę ważyły 30 kg i ja się przestraszyłam. Pomyślałam sobie: "Boże, ja tu będę musiała siedzieć?". Idę dalej, akurat była "pora karmienia", przy każdej dziewczynie pielęgniarka i drożdżówka. Te drożdżówki były bardzo duże w porównaniu z tymi chudymi dziewczynami...
Przyjął mnie jakiś doktor i powiedział, że może zająć się moim przypadkiem, ale za półtora roku. Nie poszłam na tę wizytę, bo o niej zapomniałam. Mój chłopak bardzo to przeżywał, nie mógł spać po nocach, więc stwierdziłam, że nie mogę mu tego robić. Wmówiłam mu, że sobie poradziłam. Byłam z nim przez pięć lat, mieszkaliśmy pod jednym dachem w kilkumetrowym mieszkaniu, a on nie wiedział, że ja dalej jestem chora.
 

Jak pani się to udawało?

Z czasem robisz się mistrzem w wymiotowaniu po cichu, szeptem. On oglądał telewizję, a ja wymiotowałam. Uważałam, żeby nie zostawić żadnych śladów. Papierki po cukierkach zwijałam i wynosiłam w środku nocy gdzieś do kosza na zewnątrz. On dowiedział się o tym dopiero, jak wyszłam do ludzi z blogiem. Zadzwonił do mnie z płaczem, że czuje, że zawiódł. Mówię: "To przecież nie twoja wina. To moja odpowiedzialność".
 

A jak ktoś tak się objada, a potem wymiotuje, to jak funkcjonuje organizm? Przecież nie ma szans się odżywiać.

Zawsze mówię, że jestem pełna podziwu dla ludzkiego ciała, ile ono potrafi znieść i wytrzymać. Ja wyglądałam w miarę normalnie, tylko był taki problem, że non stop miałam wahania wagi, co mnie dobijało. Cały czas żyłam tą wagą.
 

Mocno się wahała?

W moim przypadku to było 12 kg, ale znam dziewczyny, u których waha się o 30 kg.
 

W jakim czasie?

Kilku miesięcy, czasami nawet tygodni. To były takie epizody obżerania się, po czym stwierdzałam: „Boże, nie mieszczę się już w żadne spodnie!”, więc przychodził czas głodzenia się. Dochodziłam do wagi 51 kg, czyli mojej wymarzonej. Podobałam się sobie tylko wtedy, czyli jakieś trzy dni, po czym zaczynał się kołowrotek, bo przecież jak już schudłam, to mogłam zacząć jeść słodycze, bo już problem był rozwiązany. Zaczynałam mieć jo-jo, zaczynały się wymioty, aż do chwili, kiedy waga dochodziła do 62 kg.
 

Co pani robiła oprócz odchudzania albo objadania się? Co zdołała pani zrobić przez te lata w swoim życiu?

Zdołałam zacząć wiele rzeczy, ale żadnej nie skończyłam. Zdołałam pójść na ASP, ale studia zostawiłam w połowie. Jakimś cudem zrobiłam dyplom na tym projektowaniu, to była bardzo dobra szkoła, Szkoła Artystycznego Projektowania Ubioru. Właściwie mój były chłopak mnie zmusił, bo już wzięłam sobie dziekankę na dwa lata, powiedział mi: „Wracasz i robisz ten dyplom”.
 

Z czego pani żyła?

Rodzice utrzymywali mnie do 25. roku życia, a potem otworzyłam z moim chłopakiem firmę i zajmowaliśmy się biżuterią artystyczną. Robiliśmy biżuterię i sprzedawaliśmy ją w internecie. Dostawaliśmy duże zamówienia na jakieś festiwale, na święta, na wszystkie jarmarki w Krakowie i zawsze mieliśmy jakieś pieniądze, dało się z tego przeżyć. Ja zawsze mówię, że ustawiłam sobie całe życie pod chorobę, bo nie miałam szefa ani godzin pracy, mogłam robić tę biżuterię, kiedy chciałam, a jak nie chciałam, to mogłam nie robić. Nie było miejsca na rzetelną pracę, pracowałam zrywami i tak toczyło się życie. I pewnie toczyłoby się tak do dzisiaj.
 

Gdyby nie co?

Jakiś czas po rozstaniu poznałam kogoś i wyjechałam do Belgii. Tam zaczął się proces mojego zdrowienia. Znalazłam się na samym dole drabiny społecznej. Jako emigrantka z Polski, bez języka, mogłam być najwyżej sprzątaczką. Zobaczyłam, że nie należy mi się wszystko, co najlepsze od świata tylko dlatego, że jestem taka specjalna i potrafię rozmawiać o filmach Almodóvara. Zeszłam na ziemię, wylądowałam na pysku, że tak powiem. Wtedy się ocknęłam, uznałam, że muszę coś zrobić ze swoim życiem. Zrozumiałam, że choroba konsumuje całą moją energię i całe moje pieniądze.
 

Chłopak pani nie pomógł?

Toon mnie wychował na nowo, uzupełnił lukę w mojej edukacji. Nauczył mnie konsekwencji, że jeżeli coś się zaczyna, to się to kończy, że jak chcesz coś osiągnąć, to małymi krokami możesz dojść do każdego celu. Zaczęłam widzieć, że to faktycznie działa. Małymi krokami nauczyłam się niderlandzkiego. Stwierdziłam, że może tą samą metodą jestem w stanie wyciągnąć się z mojej bulimii.
 

Czyli kluczowa okazała się metoda małych kroków?

Tak. I to propaguję. A ja zawsze chciałam od razu.
 

Fajerwerkowo?

Z dnia na dzień. Przestaję jeść, wprowadzam zdrową dietę, pięć posiłków dziennie, zaczynam chodzić na fitness, przestaję pić alkohol – wszystko na raz. Kończyło się efektem jo-jo. Nauczyłam się siły konsekwencji małych kroków stawianych codziennie, mimo że masz gorszy humor, mimo że ci się nie chce robić codziennie do znudzenia tego samego. Faktycznie tą metodą, też prób i błędów, stawiania tych kroków po omacku, wyciągnęłam się z choroby.
 
Mój chłopak Toon uzupełnił lukę w mojej edukacji. Nauczył mnie konsekwencji, że jak się coś zaczyna, to się kończy, że małymi krokami możesz dojść do każdego celu. Zaczęłam widzieć, że to działa. A lekarze leczą na chybił trafił.
 

Co na przykład robiła pani codziennie?

Toon zachęcił mnie do biegania. To, co propaguje Chodakowska i wszystkie fitnesserki na YouTube, że przez sport jesteś w stanie wzmocnić się nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, to prawda.
 

Ale kiedyś też pani biegała?

Biegałam, ale zrywami. Mój chłopak czuł, że znowu tak może być, więc zawsze pytał: "I co, biegałaś?". Jednocześnie pracowałam nad nawykami żywieniowymi. Zaczęłam czytać o psychologii, o nawykach. Uwierzyłam, że nie jestem zepsutym, wybrakowanym egzemplarzem, że mogę to zastosować do siebie i uzyskać efekty, jakie już ktoś kiedyś uzyskał przede mną. Bezcenne było też to, że dla Toona nie ma zmiłuj. Jak gdzieś jechaliśmy, mieliśmy jakiś budżet dzienny, i kiedy ten budżet się skończył, to nie było tak, że robimy wyjątek. Nauczył mnie przejmowania odpowiedzialności za konsekwencje moich czynów. Ja zawsze robiłam różne rzeczy, ale myślałam, że jeśli się nie uda, to przeproszę albo ktoś zapomni. A on mnie nauczył, że nie, że jak zawaliłam, to ja zawaliłam, a nie, że się nie udało: "Po prostu zamiast płakać, spróbuj jeszcze raz".
 

A skąd on jest taki mądry? (śmiech)

Z domu.
 

Jest starszy od pani?

Pięć lat młodszy. Mój Toon jest naprawdę wyjątkowy. Nauczył mnie patrzeć prawdzie w oczy.
 

I ile trwało wyrabianie w sobie nowych nawyków?

To był rok naprawdę intensywnej pracy.
 

Czyli sama zbudowała pani klatkę dla swojego wilka. Specjaliści nie pomogli?

Dawali dziwne rady. To jest rada roku: „Jak będziesz chciała się objeść, to zrób sobie wodę z cytryną”, że to tak ładnie, że to taka przyjemność. Miałam wtedy 15 lat, ale sobie myślałam: „Jasne, jasne. To tak, jakby poradzić alkoholikowi, żeby nalał sobie wody zamiast wódki i wszystko będzie pięknie”. Problem polega na tym, że leczy się takie zaburzenia jak depresja, niskie poczucie własnej wartości, lęki, a to jest tak naprawdę uzależnienie.
 

Jak to się stało, że została pani kimś w rodzaju mentorki dla bulimiczek w sieci?

Kiedyś napisałam sobie na jakiejś liście rzeczy do zrobienia w życiu, że chciałabym napisać książkę o bulimii. Jak usiadłam i zaczęłam to pisać, to się okazało, że te dwa, trzy lata w Belgii, te doświadczenia, wręcz wylały się ze mnie. Skończyłam tę książkę w miesiąc, ale ciągle coś dopisywałam. Wtedy Toon mi powiedział: "Bo napiszesz encyklopedię. Załóż bloga i tam sobie pisz dalej". W ciągu dwóch miesięcy zadzwonili z TEDx-u, "Wyborczej", skrzynka odbiorcza zaczęła pękać w szwach. Myślałam, że będę pisać dla garstki osób, bardziej dla siebie, a okazało się, że mnóstwo ludzi ma z tym problemy, że to nie są nastolatki, że to w większości są starsze kobiety. Pisze do mnie pani, która ma 58 lat i wymiotuje codziennie od 37 lat. Piszą do mnie mężowie, chłopcy bulimiczek. Nawet dzieci. Najmłodsza ma 10 lat, rozmawiam z jej mamą. Gdy pytam o możliwości pomocy w Polsce, to słyszę to, co sama przeżyłam 15 lat temu. Zrozumiałam, że nic się nie zmieni, że to trzeba zmienić własnymi rękami.
 

Opowiadając własną historię?

Tak. Moje dziewczyny mówią, że tylko bulimiczka zrozumie bulimiczkę, bo jak one idą do lekarza, to lekarz mówi: „Ale to spróbuj się nie objadać”. Mówię z autopsji. To jest dla nich ulga, myślą sobie „Nie jestem jakimś potworem z Loch Ness, mam problem, który można rozwiązać tak i tak”. Uświadamiam ludziom, jak to działa i mówię prawdę, która czasami jest niefajna. Na przykład prawda w moim przypadku jest taka, że nigdy w życiu nie będę mogła beztrosko jeść słodyczy. Dojrzałam do tego, że mogę, ale niewiele, i planując to wcześniej.
 

A dlaczego akurat słodyczy?

Bo to jest mój zapalnik.
 

Skąd pani wie?

Bo przetestowałam mniej więcej kilka tysięcy razy. Próbowałam zjeść tylko jedno ciastko i po którymś tysięcznym razie, lądując z głową w kiblu za przeproszeniem, tak mnie olśniło, że nie ma dla mnie czegoś takiego jak jedno ciastko, tak jak dla alkoholika nie ma jednego piwa. Ja nawet nie chcę na nie patrzeć i nadwyrężać mojej silnej woli.
 

Nie chce się pani sprawdzać cały czas?

Nawet kiedy robię zakupy w supermarkecie, to nie idę alejką ze słodyczami. Zbudowałam sobie fajną konstrukcję, na której opiera się teraz moje życie, i nie chcę ryzykować. Sama stałam się dla siebie fachowcem i terapeutą.
 

A odważyłaby się pani powiedzieć komuś: „Dasz radę wyjść z tego sama”?

Zawsze mówię: "Tak, idź na terapię. Terapeuta może ci pomóc zrozumieć siebie. Ale to jest twoja odpowiedzialność, twoja praca i nikt za ciebie tego nie zrobi.
 

Gdy teraz spogląda pani na swoje życie z lotu ptaka, to co sobie pani myśli?

Moja bulimia to była też okazja do rozwoju, ale mam nadzieję, że kolejne 15 lat będzie lepsze.
 

Nigdy się pani nie bała, że może umrzeć od tego?

Bałam się i prosiłam tylko Boga, żeby nie nad toaletą. To był mój jedyny strach: "Nie dzisiaj. Niech mnie nie znajdą nad toaletą".
 

Do jakiego stopnia, pani zdaniem, nasze życie zależy od tego, jakie mieliśmy dzieciństwo?

Na pewno dzieciństwo wpływa na nasze życie, ale tak naprawdę w każdym momencie możemy to życie zmienić. Zawsze mówię, że jesteś jak statek. Twoją odpowiedzialnością jest być sternikiem tego statku i to, że twoja mama była toksyczna, ojciec apodyktyczny, to nie znaczy, że oni do końca życia mają stać za sterami twojego statku. W każdym momencie możesz to życie przekierować tam, gdzie chcesz. W to wierzę i tego się nauczyłam na swoim przykładzie, nigdy nie jest za późno.
 

Jakie ma pani plany?

Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Na razie napisałam dwie książki, mam jeszcze pomysł na dwie kolejne, robię bloga i jestem bardzo szczęśliwa, spełniam się w tym. Najnowsza książka „The Fun Diet” to program, dzięki któremu odchudzisz swoje potwory: Lenistwo, Wygodnictwo, Strach... Kiedy one tracą swój ciężar, ty tracisz kilogramy, w zamian zyskując energię życiową i błysk w oku. Bo zdrowie, witalność i mniejszy rozmiar, to kwestia... przyzwyczajenia – takie treści propaguję.
 

Mówi pani o misji, wychodzi ze swoją wiedzą do ludzi, na ulice, pisze do ministra, do parlamentu. O co pani walczy?

O to, żeby problem bulimii został rozpoznany. Żebyśmy my, kompulsywnie objadający się, mieli taką pomoc, jak na przykład alkoholicy. Jest program przeciwdziałania alkoholizmowi i jeżeli jesteś alkoholikiem, to zawsze jest jakaś poradnia, zawsze jest jakieś AA, są informacje. Nic, tylko być alkoholikiem. (śmiech) Chcę, żeby nasz problem, uzależnienie od jedzenia, został tak samo potraktowany. Żeby nie leczono nas na chybił trafił, żeby ta pomoc była też w mniejszych miastach, takich jak Słupsk.
 

W Polsce istnieje ruch Anonimowych Żarłoków?

Tak. Mityngi AŻ odbywają się w kilku miastach w Polsce.
 

Czy można powiedzieć, że pani żyje, utrzymuje się ze swojej historii?

Chciałabym się utrzymać z tego, w czym jestem dobra, w czym się spełniam. Ale nie jestem celebrytką bulimiczką.
 

Nie jest pani też psychologiem. Nie ma pani z tym problemu?

Jeżeli ktoś nie chce słuchać moich rad, to niech nie słucha. Ale ja wiem, że to działa.
 
 
Rozmowa z Anną Gruszczyńską ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG