Borys Szyc: „Uczę córkę, że w życiu nie ma nic za darmo”
Fot. Robert Baka

Borys Szyc: „Uczę córkę, że w życiu nie ma nic za darmo”

„Kiedy urodziła się Sonia, byłem niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. Taki rolling stone. Zmieniłem się” – mówi Borys Szyc.
Bartosz Janiszewski redakcja „Uroda Życia”
15.07.2020

Borys Szyc rzadko opowiada o sobie, jako o ojcu. Nam udało się go namówić. Był wtedy ojcem Soni i przybranym tatą dla Franciszki i Stefanii – córek swojej, wówczas jeszcze partnerki, a dzisiaj już żony Justyny Nagłowskiej, z która ma trzymiesięcznego synka Henia.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Borys Szyc o roli ojca

Borys Szyc zwierza się w tej rozmowie, jak  bardzo czuł się nieprzygotowany do roli ojca. Ale zarazem mówi dużo ciekawych i mądrych rzeczy o wychowaniu Soni. O tym jak ważne jest wspólne spędzanie  czasu i wspólne pasje. O tym, że mama kocha bezwarunkowo, a tata musi nauczyć dziecko, że świat trzeba zdobywać. Podkreśla, że zależało mu, żeby Sonia czytała  i opowiada,  jak w niej rozbudzał tę ciekawość.  Może, gdy jego synek trochę podrośnie, będzie można znowu się spotkać i porozmawiać, jak to jest być tatą dwójki dzieci, które dzieli spora różnica wieku.

Bartosz Janiszewski: Pamiętasz jeszcze, co czułeś na samym początku, kiedy zostałeś ojcem?

Borys Szyc: Chyba byłem przerażony. Miałem 26 lat i byłem na to wszystko kompletnie nieprzygotowany. Znalazłem niedawno zdjęcie z tamtego czasu. [Borys wyciąga telefon i pokazuje zdjęcie z kilkumiesięczną Sonią. Rzeczywiście, sam wygląda na nim jak dzieciak]. Wszystko jest na tym zdjęciu. Gigantyczna ilość miłości do tej małej istoty i zero doświadczenia. Same emocje, żadnej wiedzy.

Da się na coś takiego przygotować.

Pewnie się nie da. Ale ja byłem wtedy niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. W wielkim uderzeniu, momencie największego rozwoju kariery i popularności. Nie sprzyjało to byciu „fajnym tatą”. Ale od samego początku poczułem z córką ogromną więź. Nagle pojawił się na świecie ktoś dużo ważniejszy ode mnie i przestałem się tak bardzo sobą przejmować. Czułem, że w byciu ojcem spełniam się, jak w niczym innym.

Czyli jednak byłeś gotowy.

Po prostu miałem poczucie, że ktoś wreszcie mnie rozumie! Miałem wtedy w sobie mnóstwo dziecka. Dalej zresztą je mam, ale dziś jest go chyba jednak nieco mniej.

Borys Szyc: Mężczyznom trzeba dać czas na dorośnięcie do ojcostwa

Podobno kiedy mężczyzna zostaje ojcem, ostatecznie dorasta. I co o tym myślisz.

Że to bzdura. Mniej więcej dwa lata temu bardzo dużo w sobie zmieniłem. Przestałem chlać, ale zrobiłem jeszcze parę innych ważnych rzeczy. Oczywiście, Sonia była najmocniejszym bodźcem do tego, żeby ogarnąć wreszcie swoje życie. Ale przez wiele lat po jej narodzeniu wciąż byłem kompletnie nieogarniętym chłopaczkiem, który płynie sobie przez życie. Taki rolling stone. Życie mnie prowadziło, a nie płynęło przeze mnie. Nie odczuwałem żadnej harmonii ani spokoju. Wiecznie roztrzepany, wiecznie leciałem gdzieś, gdzie mnie nie było. Wychodzę z założenia, że jak sam niczego nie zrobisz ze swoim życiem, to żaden zewnętrzny czynnik go nie zmieni. Dlatego myślę, że żeby zostać ojcem, musisz najpierw poradzić sobie sam ze sobą.

Wcześniej nie czułeś, że musisz się zmienić

Oczywiście, że czułem. Miałem ogromne wyrzuty sumienia za każdym razem, kiedy nie poświęciłem Soni czasu, gdzieś nie przyjechałem, coś zawaliłem, dałem po prostu dupy jako ojciec. Ale poczucie winy to jest gigantyczne uczucie, na którym można zbudować bardzo wiele rzeczy. Niekoniecznie dobrych. Czasami im bardziej się czujesz winny, tym trudniej jest ci wyjść z tego, co cię w to poczucie winy wpędza.

A może my po prostu boimy się odpowiedzialności Utraty wolności Tego, że nagle na świecie pojawia się mały człowiek, a my mamy wobec niego całą masę obowiązków i nie możemy już w środku tygodnia beztrosko wyskoczyć z kumplami na piwko i wrócić do domu nad ranem.

Widzisz, ja niestety nie czułem, że nie mogę. Próbowałem to wszystko ze sobą łączyć i nie wyszło mi to na dobre. Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono się nie pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się, jak nas przez ten brzuch dzieciak kopnie, pewnie. Ale to erzac tego, co przeżywają kobiety.

Oglądamy te wszystkie USG, ale w gruncie rzeczy to dla nas jednak abstrakcja.

Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: „To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia.

Spoko. Możemy zwalić winę na biologię.

Możemy. Mężczyznom trzeba dać czas. Jeśli kobieta ma dziewięć miesięcy ciąży, w czasie których przygotowuje się psychicznie na przyjście dziecka, to my też powinniśmy mieć chwilę na to, żeby się z tym wszystkim ogarnąć i zorientować, o co w tym wszystkim chodzi.

No to o co chodzi?

O masę rzeczy. Ale chyba najbardziej o obecność.

Przed chwilą grałeś w trzech filmach naraz. Ja też wiecznie gdzieś biegnę. Wychodzę z domu, jak mój syn Staś jeszcze śpi, wracam, kiedy śpi znowu.

Można z kimś przeżyć całe życie i nie być obecnym. Leżeć na kanapie obok i wcale się nie znać. Niczego razem nie przeżywać, nie dotykać się emocjonalnie.

Borys Szyc: Chodzimy do teatru, czytamy, jeździmy konno

Ja mam specyficzną sytuację, bo nie mieszkam z Sonią na co dzień. Z Anią, jej mamą, rozstaliśmy się, kiedy Sonia miała półtora roczku. Na szczęście zdążyła się już przyzwyczaić do takiego modelu, wie, że mama ma swoją rodzinę, a tata swoją. Paradoksalnie łatwiej mi w tym wszystkim utrzymać to, co sobie założyliśmy. Bo kiedy Sonia jest u mnie, to poświęcam jej cały ten czas. W każdej produkcji, w jakiej gram, mówię, że w tych dniach mnie nie ma. W takich rodzinach jak nasza, które są rozdzielone, to strasznie ważne, żeby znaleźć czas tylko dla dziecka. Buduję nową rodzinę, moja Justyna też ma dzieci, Sonia bardzo lubi być z nami wszystkimi, ale dziecko potrzebuje rodzica i jego czasu tylko dla siebie. To jest świętość.

Masz poczucie, że coś tracisz przez to,że nie mieszkacie razem na co dzień?

To myślenie nigdy mnie nie opuszcza. Ciągle czuję, że coś mi ulatuje, czegoś nie zobaczyłem, przy jakimś jej przeżyciu nie było mnie w pokoju obok. Dlatego moje życie jest wiecznym nadrabianiem tych braków. Staram się nadrabiać je mądrze. Nie zaklejać tych dziurek prezentami, tylko tworzeniem czegoś, co będzie wspólne. Raczej robieniem wspólnie rzeczy niż dawaniem rzeczy. Jak się widzimy, chcę, żebyśmy razem zrobili coś fajnego. Wspólnie.

Z synami jest łatwiej. Po to ludzie wymyślili piłkę nożną, żeby ojcowie mogli robić coś razem ze swoimi synami.

A my razem jeździmy konno. Zabierałem Sonię na konie od dziecka, ale przez wiele lat po prostu stałem i patrzyłem, jak jeździ. Przez 13 lat byłem jeźdźcem, ale potem miałem w sobie ogromne lenistwo. Nie chciałem siadać w siodle. Dwa lata temu się przełamałem i zacząłem jeździć razem z nią. I to jest zupełnie co innego. Nauka szła jej dużo wolniej, chociaż tego nie wiedzieliśmy. Ale jak zobaczyła, że ja skaczę, to od razu uruchomiła się w niej ambicja. To samo doświadczenie jazdy konnej nagle stało się znacznie bogatsze i szersze. Widzę, że to dla niej ogromnie ważne. Oboje wiemy, że to jest nasz czas, że w środę mamy jeden trening, w czwartek razem skaczemy, w piątek mamy rozprężenie. Konie są świetne, bo to kontakt ze zwierzęciem, emocje, ruch. Ale tak naprawdę chodzi o to, żeby mieć z dzieckiem coś wspólnego.

Co jeszcze ?

Uwielbiamy chodzić razem do teatru. Teatr lalek, dziecięcy, ale ostatnio była na moim spektaklu. Wcześniej chodziła za kulisy. To była atrakcja, mogła stanąć na scenie, zanim podniesie się kurtyna. Ale na „Hamlecie” po raz pierwszy usiadła na widowni.

A czym to było dla ciebie ?

Najważniejszym spektaklem świata. Grałem go tylko dla niej. I chyba zagrałem lepiej niż kiedykolwiek. Szlachetniej. Pewnie niewiele z niego jeszcze rozumie, ale to Szekspir. Emocje i koloryt są ważniejsze niż tekst. Chyba jej się podobało. Wytrzymała cztery godziny.

szyc i bart
Fot. Robert Baka

Łatwiej być znanym tatą?

 

To, że jesteś znanym aktorem  ma znaczenie?

Nie sądzę. To jest przykład myślenia dorosłych. Sonia wie, że jestem aktorem, że jak gdzieś wychodzimy, to ludzie zwracają na mnie uwagę. Ale kiedy ktoś podchodzi po autograf albo zrobić zdjęcie, jest raczej zazdrosna niż szczęśliwa. Ktoś zabiera „jej czas” z tatą. A ona wolałaby mieć ten czas dla siebie. Dla dziecka ważniejsze od tego, czy tatuś ma ciekawą pracę, jest to, czy go słucha. Staram się słuchać. To moja najważniejsza zasada w ojcostwie. I mogę cię zapewnić, że działa. Widzę, jakie przynosi efekty.

Jakie ?

Najcenniejsze jest to, że Sonia nie boi się opowiadać mi o sobie, mimo że jest w wieku, w którym wstyd zaczyna odgrywać duże znaczenie. Jest nastolatką, która dojrzewa i zaczyna czuć swoją kobiecość. Czasami to ja się czuję bardziej zażenowany, onieśmielony, nie wiem, kiedy wkraczam już w obszar, w którym chce pobyć sama. Jak jedziemy na wakacje, muszę szanować to, że chce mieć swój pokój, jakąś strefę prywatności. Ale mimo to czuję, że mi ufa. Ma już swoje sercowe przejścia, miała jakiegoś tam bliższego kolegę, teraz już go nie ma, coś tam się wydarzyło. Dla mnie to ogromna wartość, że ona nie wstydzi się opowiadać o swoim życiu emocjonalnym, o tym, że pojawił się ktoś dla niej ważny, że coś przeżyła.

I wbrew stereotypom nie szykujesz już kija na wszystkich chłopaków, którzy będą się koło niej w przyszłości kręcić ?

Żartowałem sobie tak z nią, jak miała dziewięć lat: „Pamiętaj, jak będziesz miała chłopaka, to już tatuś dobrze sprawdzi, kto to jest!”. W końcu ona nie wytrzymała i powiedziała: „Dlatego nigdy ci nie powiem, kogo kocham!”. Przeraziłem się, bo bardzo chciałbym wiedzieć, kogo kocha moja córka.Dwa lata zajęło mi odbudowywanie jej zaufania. Teraz może się tym ze mną podzielić.

Wiesz, że podobno ojciec jest dla kobiety punktem odniesienia. Szuka go w partnerze.

Wiem i czuję z tego powodu strach, bo przecież chciałbym dla swojej córki kogoś odpowiedzialnego, a jak patrzę na swoje życie, przynajmniej do niedawna, dość szalone i nieodpowiedzialne w wielu momentach, to mam obawy. Ale wierzę, że nie skopałem sobie i jej życia na tyle, żebym nie mógł tego odkręcić. I pokazać czegoś inspirującego, a siebie jako kogoś, na kogo może w życiu liczyć.

Jakby taki łobuz, jakim sam byłeś 20 lat temu, przyszedł do Soni, to go nie pogonisz? Bo nieodpowiedzialny, bo może mieć niecne plany albo złamać jej serce ...

Wiem, że musi przeżyć pewne rzeczy. I jej przed tym nie uchronię. Nie da się przeżyć życia bez zranienia, bez łez i bez przepłakanych nocy. To jest część drogi. Bardziej przejmuje mnie to, że za kilka lat będzie w okolicach osiemnastki. Jak pomyślę o tym, co ja sam wtedy robiłem, to jestem przerażony.

Nie wiem, co ty robiłeś, ale jak ja pomyślę, że mój syn miałby robić to samo, to już dzisiaj mam ochotę zapisać go do zamkniętego ośrodka gdzieś daleko w górach, wiedząc, co może się w jego życiu wydarzyć.

Mało tego! To się na pewno wydarzy. Ale nie chcę jej wychowywać metodą zakazów i nakazów. Kiedy mi czegoś zakazywano, to łamałem natychmiast wszystkie te zakazy. Sonia jest ode mnie mądrzejsza, ale mimo wszystko bardzo do mnie podobna.

Przed czym chciałbyś ją przestrzec i czego nauczyć?

To będą oczywiście banały, ale się sprawdzają. Że miłość jest najważniejsza. Ale też, że nie każdy musi cię lubić. Bardzo długo sam z tym walczyłem, bo chciałem koniecznie wszystkich zadowolić i rozśmieszyć. Chciałbym, żeby ona była o to mądrzejsza i wiedziała, że nie trzeba przejmować się głosami wszystkich ludzi. Że dbać trzeba o przyjaciół, ale niekoniecznie o obcych ludzi. Chciałbym ją też nauczyć odpowiedzialnego podejścia do pieniędzy.

Mało romantyczne, chociaż rzeczywiście pasuje do ojcowskich obowiązków.

Bo my nie lubimy mówić o pieniądzach. Tabu. Jakby to było coś niegodnego, a przecież każdy z nas w taki czy inny sposób tymi pieniędzmi żyje. Udało mi się wyrobić w niej podejście, że pieniądz nie jest najważniejszy, ale że trzeba go szanować. Nigdy nie miała wielkich wymagań, nie chce, żeby kupić jej 17 zabawek, tylko wybiera tę jedną, której naprawdę potrzebuje. I nie dostaje jej za nic.

To ojciec uczy, że w życiu trzeba się starać

Nie da się ciebie naciągnąć na prezenty płaczem w sklepie z cukierkami ?

Staram się uczyć ją, że na wszystko w życiu trzeba sobie zarobić: nauką, pracą, jakimś wysiłkiem. Podobno tym się różni miłość ojcowska od matczynej. Matczyna jest zupełnie bezwarunkowa, a ojciec jest tym, który uczy cię świata. Bo świat nie kocha cię za to, że jesteś, tak jak mama. Świat kocha cię za to, że coś robisz. Na tym polega sukces, spełnienie, popularność, kariera. Ojciec uczy cię więc, że w życiu trzeba się starać.

Jak ognia unikam półki z poradnikami ojcowskimi w księgarni. Ale może trzeba się edukować?

Nie wierzę w takie rzeczy. Mam parę książek, fajnie się to czyta, ale nic z tego nie wynika. Zawsze czułem, że dziecko jest dla mnie najważniejsze w życiu, ale też jak bardzo to trudne. Zrozumiałem moją mamę, to, dlaczego tak się o mnie martwiła i to, co czuje w stosunku do mnie. Nadopiekuńczość, od której sam tak bardzo uciekam i której nie lubię, zaczęła mi się wydawać zrozumiała. Sam zauważam momenty u Soni, kiedy nie lubi, jak przesadzam. Zwłaszcza jak chciałbym ją zatulić przed znajomymi. Z drugiej strony czasami wydaje mi się, że jestem być może zbyt ostry, zbyt wymagający. Czego jeszcze ją nauczyłem? Na przykład bardzo się cieszę, że udało mi się rozkochać ją w czytaniu. W wolnej chwili łapie książkę i to jest dla niej wartość. Znajduje w niej spokój, odpoczywa z książką.

Jak to zrobiłeś?

Czytałem jej dużo na głos, jak była mała. Sam wymyślałem bajki, podobnie jak ktoś wymyślał je dla mnie, kiedy byłem mały. Pamiętam, że to ubóstwiałem. Sam kiedyś pisałem. Pokazałem Soni ten fragment mojej młodzieżowej twórczości, opowiedziałem, że chciałem zostać pisarzem. Wytworzyłem wokół literatury „dobry snobizm”. Że Czytanie Jest Wartościowe, daje wiedzę. Ale to się udaje tylko wtedy, kiedy sam w to wierzysz, kiedy jest z tobą tożsame. Jeśli siądziesz na kanapie przed telewizorem albo będziesz machał paluchem po tablecie i mówił dziecku, że ma czytać książki, to nie będzie działało.

Dzieci znają dziś internet od urodzenia i o wielu sprawach myślą chyba inaczej niż my. Mam wrażenie, że często nie rozumiem emocji ludzi młodszych ode mnie o 15 lat.

Ja bardzo mocno staram się zrozumieć. Mam Facebooka, Snapchata, Instagram, jestem na bieżąco! Portale społecznościowe w ogóle mnie fascynują, to, jak działają od strony psychologicznej. Staram się zrozumieć, dlaczego ktoś zupełnie nieznany nagle zyskuje miliony fanów i co takiego oferuje Soni i jej kolegom, że moja córka leci na spotkanie z YouTuberami i jest to dla niej wielkie przeżycie.

Nie martwi cię, że ma nos przylepiony do ekranu ?

Długo broniłem się przed kupieniem jej iPada, dostała go dopiero na ostatnie święta, ale okazało się, że bardzo mądrze z niego korzysta. To ja potrafię wsiąknąć w telefon. Zdarza się, że Sonia mówi: „Tata, ale jak będziemy na wakacjach, to nie będziesz używał telefonu”.

Podobno nikt cię w życiu tyle nie nauczy, co własne dziecko.

Myślałem dziś o tym, czy coś w życiu daje mi takie emocje jak Sonia. Ten rodzaj nieograniczonego „radościo-spokoju”. I nie ma drugiej takiej rzeczy. Coś jest trudne, wkurzające, męczące. Potem masz chwilę ekstazy, a potem znowu lecisz w dół. Tymczasem dziecko to takie rozlewające się, wszechogarniające ciepło.

Czasami jestem w strasznym biegu. Siadam przy synu tylko na sekundę. I nagle wszystko inne przestaje się liczyć. Znika.

Wiem. Dziecko sprawia, że czujesz, że jesteś tu i teraz. Nie możesz z dzieckiem ciągle biec. Stajesz się częścią jego świata. I jest w tym gigantyczna siła.

Rozmowa z Borysem Szycem ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2016

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Patryk Vega
fot. Andrzej Świetlik

Patryk Vega o pieniądzach, używkach, rodzinie i religii

„Rodzina daje niesamowitego kopa. Nie czekasz na wenę, nie wymyślasz wymówek, tylko ostro zasuwasz”. Patryk Vega w bardzo osobistym wydaniu mówi, jakim był synem i jakim jest ojcem.
Magdalena Felis
16.06.2020

Filmy Patryka Vegi cieszą się w Polsce niesłabnącą popularnością. Chociaż krytycy zwracają uwagę na coraz niższy poziom produkcji, widzowie wciąż chodzą do kina na „nowego Vegę”.  A on postanowił ich nie zwieść i w rozmowie z nami mówi: „do 2025 roku mam zamiar zrobić 16 filmów”. Od maja na platformie Netflix możemy oglądać jego film „Bad Boy” o środowisku fanatycznych kibiców piłkarskich. W roli charyzmatycznego przywódcy jednej z takich organizacji wystąpił Antoni Królikowski. Niedawno Patryk Vega pokazał zwiastun swojej najnowszej produkcji „Pętla” o kulisach tzw. afery podkarpackiej, również z Antonim Królikowskim w roli głównej. Film ma trafić do kin we wrześniu. Sam pełen przemocy, przekleństw i odważnych scen erotycznych trailer wzbudził kontrowersję, ale o produkcji było głośno już w kwietniu za sprawą informacji, o tym, że Vega nie przerwał prac na planie filmowym, mimo trwającej pandemii. Niedawno Patryk Vega wrzucił nową wersję zwiastuna filmu „Pętla” przygotowaną z myślą o damskiej części widowni. Poświęcony jest on żonie głównego bohatera uwikłanej w romans przypominający słynną aferę z agentem Tomkiem.  Magdalena Felis: Wciąż jesteś najmłodszym twórcą profesjonalnych czołówek komputerowych w Księdze rekordów Guinnessa? Patryk Vega: Podejrzewam, że już mnie ktoś wyprzedził. Do Księgi Guinnessa trafiłem, kiedy zrobiłem animowaną czołówkę do programu „5-10-15”, a o tym wyróżnieniu poinformowała mnie Telewizja Polska. To był 1992 rok, inne czasy – byłem jedynym dzieckiem w klasie, które miało komputer. Moja mama musiała pojechać na parę miesięcy do pracy do Szwecji i w zasadzie za wszystkie zarobione pieniądze kupiła mi pierwszego...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
arek markowicz/pap

Maciej Stuhr: „Nie chcę się nikomu podobać”

„Ojciec nauczył mnie odporności na to, co nazywamy sukcesem.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

„Przestałem być chłopcem, który stara się wszystkim przypodobać. A nawet zacząłem się uśmiechać do myśli, że… nie chcę się podobać nikomu” – mówi Maciej Stuhr w rozmowie z Magdaleną Żakowską. Oglądając film „Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” Janusza Majewskiego, myślałam sobie: Stuhr senior będzie z juniora zadowolony. Też tak myślę. Chociaż najbardziej zadowolony byłby nieżyjący już dziadek Tadeusz, ojciec taty. Ten, który nie lubił wyjeżdżać z Krakowa, był strasznie uparty, a krew miał pierwszy raz pobieraną po osiemdziesiątce? Ten właśnie. Akcja „Ekscentryków...” rozgrywa się pod koniec lat 50. – to był jego czas. Miał wtedy tyle lat, co ja teraz. Dużo o nim myślałem, pracując nad tym filmem. Takie spodnie z kantem, które tam mam, mój dziadek nosił do końca życia. Kiedy rozmawialiśmy z Januszem Majewskim o mojej roli, zapytał, czy wiem, co w tamtych czasach znaczyło, że ktoś był chętny. Nie wiedziałem. To był ktoś, kto lubił zabłysnąć, kogo było za dużo, kto chciał za dobrze, potrafił być nachalny, nietaktowny, nadgorliwy. I zakładał, że wszędzie go chcą. „Nasz bohater nie może być chętny” – powiedział mi wtedy Majewski i to też było bardzo a propos dziadka. On był dokładnie na drugim biegunie słowa chętny. Zamknięty w sobie, skierowany do wewnątrz. Nigdy w życiu nie był za granicą, ale potrafiłby narysować plan niejednego europejskiego miasta, bo znał je z literatury. Cały jego świat był w środku. Janusz Majewski jest zresztą podobny… Ty też. Twoja siostra Marianna mówi w „Stuhrmówce”, że „Maciek jest niezwykle zamknięty w sobie. Wielu ludziom wydaje się, że go zna, a nie ma nic bardziej mylnego”. Mam problemy z komunikacją, to pewne. Nauczyłem...

Czytaj dalej
Borys Szyc
Zuza Krajewska/Warsaw Creatives z sesji dla „Vivy!”

Borys Szyc o „Królu”, Radziwiłku i facetach, którzy pogubili się w życiu [WYWIAD]

Borys Szyc to jeden z najlepszych i najbardziej znanych polskich aktorów, jednak tak samo jak jego role, podziw budzi jego determinacja w walce z alkoholizmem. Od lat wspiera go w niej jego żona Justyna Nagłowska. Od 6 listopada możemy zobaczyć go w kolejnej roli, psychopaty Radziwiłka w serialu „Król” na podstawie powieści Szczepana Twardocha.
Anna Zaleska
06.11.2020

Do czterdziestki w męskiej głowie wieje wiatr, który nie pozwala się skupić. Dopiero potem przychodzi moment, gdy można zebrać do kupy wszystkie potknięcia i wypadki, by wyciągnąć z nich wnioski”, mówi Borys Szyc, trzeźwy alkoholik, aktor, ojciec i mąż.  Anna Zaleska: To musi być duża przyjemność zagrać w ekranizacji tak barwnej powieści jak „Król”. Choćby i psychopatę. Borysz Szyc: Czekałem na ten serial długo i z ekscytacją. Właściwie od momentu, gdy zacząłem czytać powieść Szczepana Twardocha. Ona jest tak filmowa, że w głowie od razu pojawiały mi się kadry. A kiedy ogłoszono, że będzie ekranizowana, dodatkowo ucieszyłem się, słysząc, że serial wyreżyseruje Janek Matuszyński, a wyprodukuje Aurum Film, czyli ekipa, która robiła „Ostatnią rodzinę”. Do tego Szczepan zgodził się wziąć udział w pracach nad scenariuszem.  Jeśli serial będą oglądać fani książki, dla nich to też będzie gratka, bo trochę różni się od książki. Pojawiają się nowe smaczki, nowe postaci. Do granego przeze mnie Radziwiłka też sporo zostało dopisane. Radziwiłek to sadysta, psychopata i zdrajca. Podobno w każdej postaci można znaleźć coś pozytywnego, ale w nim naprawdę niełatwo. To taka trudna do określenia kanalia, bo składa się z kilku osób naraz. Począwszy od tego, jakim językiem się posługuje. Składnia jakby niemiecka, mnóstwo rusycyzmów, do tego sporo żydłaczenia. Radziwiłek miksuje wszystko, czego w życiu liznął, miesza style i powstaje z tego wybuchowa mieszanka. Poza tym ma – by powiedzieć elegancko – problemy z moralnością. W zasadzie moralności nie posiada. Maja Komorowska kiedyś powiedziała nam na zajęciach, że gdybyśmy patrzyli z daleka na człowieka cierpiącego, jak się potyka, robi dziwną figurę i upada, a patrzylibyśmy, nie...

Czytaj dalej
Marcel Andino Velez, Uroda Życia
Rafał Masłow

Marcel Andino Velez o przełomie w życiu: „Mam chorych rodziców, musiałem iść na całość”

Rzucił pracę, by opiekować się rodzicami.
Anna Maruszeczko
03.10.2019

Gdzie ty jesteś, miałeś być” – dzwonili z muzeum, a ja siedziałem z ojcem w przychodni albo podnosiłem go z podłogi. Musiałem się na coś zdecydować, to było jasne – mówi w „Urodzie Życia” Marcel Andino Velez, były wicedyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, który zrezygnował z pracy, by opiekować się chorymi rodzicami. Znaleźć jasne momenty Anna Maruszeczko: Chodzisz z kluczami na szyi? Marcel Andino Velez: To teraz mój stały atrybut. Mam ich dużo, muszę mieć je uporządkowane i być pewnym, że wszystkie są na miejscu. Najłatwiej, kiedy dyndają mi na szyi. Mierzę się w ten sposób z chorobą, która zabiera mi ojca – z demencją. Gubienie kluczy to pierwszy objaw chorób otępiennych u starszych ludzi. To się zwykle tak zaczyna: „Tata zgubił klucze. Nie możemy wejść do domu. A gdzie ty jesteś?”. „Nad morzem”. Potem dochodzą karty kredytowe, dokumenty. Te rzeczy się potem zwykle znajdują, ale wiesz, że musisz coś z tym zrobić. Przywiązujesz do nich tasiemkę, ćwiczysz z ojcem: „Chodź tato, pokażę ci, gdzie zawsze je odkładać. Jak tylko wejdziesz do mieszkania, to wieszasz tu”…  Słucha cię? Często towarzyszą temu nerwy. W chorobie Alzheimera bardzo łatwo o pobudzenie, napad agresji. Człowiek osuwający się w demencję nie wie, co się dzieje. Widzi, że coś robi źle, ale próbuje to jakoś zamaskować. Zwala winę na innych za wszelką cenę. Za cenę krzyków, nerwów. Oczywiście, każdy dorosły człowiek gubi klucze, bo mamy za dużo tych niezbędnych rzeczy. Święta triada z Masłowskiej: „Portfel, klucze, telefon”. Ale gdy dojdą klucze do domu rodziców, do domu brata, bo tam też teraz częściej wpadam, do piwnicy rodziców, gdzie trzymamy pampersy… – dzień...

Czytaj dalej