Wakacyjna wojna o dzieci: bezstresowe wychowanie kontra pruska dyscyplina. Kto ma rację?
getty images

Wakacyjna wojna o dzieci: bezstresowe wychowanie kontra pruska dyscyplina. Kto ma rację?

Bezdzietni narzekają na dzieci, które wrzeszczą i biegają pod nogami. Rodzice narzekają na bezdzietnych, że oceniają, nie rozumiejąc. Co roku wakacje to wojna o dzieci w przestrzeni publicznej.
Katarzyna Olkowicz
29.01.2020

Nie będę na niego krzyczała, bo się zestresuje”, mówi matka dziecka, które swoim zachowaniem zawłaszcza przestrzeń wspólną. „Co mam zrobić, zabić go?”, rzuca rodzic zaczepnie. „Nie, nie zabić, spróbować wychować”, odpowiada profesor socjologii Jacek Kochanowski. „Bezstresowe wychowanie” w drugim pokoleniu bywa bardzo stresujące dla otoczenia.

Katarzyna Olkowicz: Nowo wybrana posłanka zapowiedziała, że będzie codziennie przychodzić z dzieckiem do Sejmu na obrady. To dobry pomysł? 

prof. dr hab. Jacek Kochanowski: Zwyczaj przychodzenia do pracy z dzieckiem jest coraz powszechniejszy, szczególnie na Zachodzie Europy. Kobiety, które niedawno urodziły, chcą być aktywne zawodowo, a jednocześnie nie tracić kontaktu z dzieckiem. Ja to zjawisko oceniam pozytywnie. Przecież dziecko nie zawsze płacze, nie zawsze przeszkadza. 

Super. Czasem jednak dziecko bardzo przeszkadza. Kiedyś w poznańskiej restauracji rodzice pozwolili swoim dzieciom wyrzucać z talerzy jedzenie, wybrudzić stoliki, fotele i wyszli, zostawiając cały bałagan do sprzątnięcia obsłudze. Gdy właściciele wydali zakaz przychodzenia do lokalu z dziećmi poniżej szóstego roku życia – zawrzało. Część osób im przyklasnęła, część uważa, że to niedopuszczalne wykluczenie. Kto ma rację?

We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Rodzice, którzy mają małe dzieci, nie powinni być uwięzieni w domu, zakaz wstępu do restauracji czy innych miejsc publicznych jest absurdalny. Natomiast zupełnie inną rzeczą jest sytuacja, w której, powiem to ostro, dzieci stają się świętymi krowami. Nie można krytykować ich złego zachowania, a na wszystkie uwagi pod adresem rodziców ci odpowiadają: „Przecież to jest dziecko, o co pani chodzi?”. No więc nie. Przychodząc do restauracji i innych miejsc publicznych, odpowiadamy za swoje dziecko. Jeśli ono się zachowuje w niewłaściwy sposób, a rodzice nie potrafią go opanować, to w moim przekonaniu powinni wyjść z lokalu.

Dzieci mają różne humory, gorsze dni, niektóre są chore – z tego wynika ich zachowanie – ale dlaczego mają z tego powodu obracać restaurację w ruinę i psuć pobyt innym? Tu rozumiem doskonale właścicieli, którzy niekoniecznie chcą, żeby z powodu wizyty jednej rodziny cała restauracja pustoszała, bo dzieci wpadają tam jak huragan i robią wszystko, co im przyjdzie do głowy, a reszta gości ucieka.

Coraz częściej dzieci krzyczą, rozrabiają, a rodzice, zamiast je uciszyć, sami zdają się głuchnąć i ślepnąć… 

Sam byłem ofiarą takiej sytuacji. Siedziałem ze znajomymi w restauracji, w wydzielonej salce, do której wpadało co chwilę dziecko i krzyczało do nas różne niecenzuralne słowa. Poprosiliśmy kelnera, by zwrócił uwagę rodzicom, a oni odpowiedzieli jak zwykle: „No przecież to jest dziecko”. Nie, to nie jest wytłumaczenie, przestrzeń publiczna rządzi się swoimi prawami. Z jednej strony – bardzo to popieram – rodzice powinni domagać się miejsc wydzielonych dla dzieci, kącików zabaw, gdzie będą mogły spędzić czas pod fachową opieką, nawet porozrabiać, gdy dorośli jedzą lub załatwiają swoje sprawy. O takie udogodnienia powinni zabiegać też w teatrach, na uczelniach, w pracy – tak jak to jest rozwiązane na Zachodzie. Ale gdy dziecko nabrudzi i coś zniszczy – posprzątać po nim lub chociaż przeprosić. Zachować się kulturalnie. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Kultura uczy nas szacunku, negocjacji, bycia razem

No właśnie, to bardziej problem społeczny czy kulturowy?

Przede wszystkim kulturowy. Kultura uczy nas zasad wspólnego bycia, szacunku dla drugiego człowieka, umiejętności negocjacji. Jeśli tych zasad sami nie przyjmujemy i nie uczymy ich dzieci, to niestety czeka nas przyszłość w miejskiej dżungli, gdzie każdy robi, co chce. 

Restauracje to nie jedyny rejon newralgiczny, dziecko czasem chce kopać w nasze siedzenie w pociągu, w hotelu biegać z krzykiem po korytarzach, wskakiwać do basenu, chlapiąc na wszystkich dookoła, bo mu się wszystko należy. Kiedyś rodzicom było wstyd, że mają niesforne dzieci. Dziś się tym szczycą, powołując się na bezstresowe wychowanie. A może jednak jest to po prostu złe wychowanie?

Pociąg czy inne wymienione przez panią miejsca to wciąż przestrzeń publiczna, więc obowiązuje ta sama zasada, o której mówiłem wcześniej – rodzice odpowiadają za zachowanie dziecka. Oczywiście, rozumiem, dziecko to dziecko. Może być nieposłuszne, mieć zły humor, ale jeżeli rodzic nie reaguje, nie próbuje temu przeciwdziałać, nawet nie powie zwykłego „przepraszam”, to jednak świadczy o nim, nie o dziecku. Wielu rodziców to potrafi i robi, bo są dobrze wychowani. Tak też wychowują swoje dzieci. A „bezstresowe wychowanie” wydaje mi się pustym hasłem, które ma zdejmować z rodziców odpowiedzialność. „Nie będę na niego krzyczała, bo się zestresuje”. Albo: „To jest dziecko, dziecko tak ma”. „Co mam zrobić, zabić go?” Nie, nie zabić, spróbować wychować. Od najmłodszych lat uczyć, że wśród ludzi należy się zachowywać w określony sposób, a to dlatego, że gdybyśmy wszyscy robili, co nam się żywnie podoba, mielibyśmy chaos. Więc niech w domu dziecko robi, co chce, poza domem powinno być zdyscyplinowane. 

Ale przecież rodzice nie chcą dla dziecka źle, wręcz przeciwnie, może chcą oszczędzić mu nieprzyjemności? Słusznie?

Mam wrażenie, że część rodziców nie rozumie pojęcia „bezstresowe wychowanie” i wtedy „bo to jest dziecko” staje się hasłem, które usprawiedliwia wszystko. Ale czy to znaczy, że jak dziecko złapie nóż i będzie chciało kogoś zadźgać albo wyleje nam talerz gorącej zupy na głowę, to też go usprawiedliwią, „bo to tylko dziecko”? Dzieci mają nieograniczoną wyobraźnię i potrafią być niebezpieczne. Dlatego trzeba uczyć je zasad i reagować, gdy je łamią w sposób rażący. Dziecko nie może bezkarnie robić, co chce. 

Gdzie zaczyna się przestrzeń publiczna

Mówi pan o odpowiedzialności rodziców. Moi sąsiedzi mają dwójkę dzieci, które nieustannie piszczą i krzyczą, nie potrafią się normalnie komunikować, nawet między sobą nie rozmawiają, tylko się przekrzykują. Te wrzaski trwają godzinami. Gdy kiedyś zwróciłam uwagę, że jest niedziela, godzina 22 i proszę o uspokojenie ich, matka na znak protestu włączyła kosiarkę, by mnie zagłuszyć, a jej partner stwierdził, że dzieci mają prawo się bawić, jak chcą. Nie widział nic niestosownego w ich zachowaniu. Dzieci słyszały, jak zareagowali rodzice. Na kogo wyrosną, wychowywane w przekonaniu, że wolno im wszystko? 

Balkon, ogródek przy domu to także przestrzeń publiczna. Nie możemy robić tam tego, co nam się żywnie podoba. Jeśli ktoś generuje hałas, który utrudnia innym życie, należy to skorygować. Trzeba szanować wspólne potrzeby, interesy, respektować zasady, obyczaje, jakie obowiązują. To niewłaściwe także z punktu widzenia prawnego, bo w takiej sytuacji możemy wezwać policję czy straż miejską, szczególnie w trakcie trwania ciszy nocnej, i sąsiad zapłaci mandat. A jeżeli dzieci są uczone, że tak naprawdę przestrzeń publiczną ma ten, kto jest silniejszy, bardziej wulgarny, kto użyje przemocy słownej, nawet fizycznej, to wyrosną na osoby, które nie będą wiedziały o tym, że są inni ludzie wokół i trzeba się z nimi liczyć albo przynajmniej podejmować próby negocjacji. A potem będą mówić, że „to mój ogródek, mój balkon, mój stolik w restauracji, więc jak się pani nie podoba, to niech pani wyjdzie, niech pani się wyprowadzi”. Nie oni, pani. Trzeba pozwolić dzieciom być dziećmi, ale nie może być tak, że się szantażuje innych. Jeśli rodzice nie ustawią odpowiednio wcześnie tych zasad, nie skłonią pociechy, by postawiła się na miejscu tych, którym dokucza, dzieciak, gdy dorośnie, może mieć kolosalne problemy w relacjach z innymi ludźmi. 

Czy istnieje coś w rodzaju społecznej odpowiedzialności za dzieci? Niby wszystkie dzieci są nasze, ale panuje przekonanie, że nie wtrącamy się rodzicom w ich wychowanie. Jak więc reagować, jeśli przyszłam do restauracji z przyjaciółką, a wokół biega czyjeś dziecko, krzyczy i nie daje nam porozmawiać? Mogę zwrócić uwagę? Ale komu: dziecku, rodzicom? 

Zwracanie się do dziecka to nie jest dobry pomysł, bo jeśli rozrabia, to znaczy, że ma na to przyzwolenie rodziców. Dobrym pomysłem jest za to zwrócenie się do dorosłych, spokojnie, nieagresywnie, bez pretensji. Forma jest tu kluczową sprawą, więc mówimy np.: „Przepraszam państwa, rozumiem, że to jest dziecko, ale trudno mi w takich warunkach skupić myśli...”. Warto podjąć próbę negocjacji, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że w wielu przypadkach będzie to bezcelowe. Szczególnie w restauracji, gdy rodzic pije alkohol, który wzmaga agresję. Możemy się narazić na nieprzyjemności, a nawet wyzwiska.

I co wtedy? 

Przydałaby się kampania społeczna mówiąca o tym, że rodzic odpowiada za dziecko w przestrzeni publicznej, że są granice wynikające z obowiązujących zasad, które także dziecko musi respektować. A ponieważ to rodzice ponoszą prawną, ale też obyczajową odpowiedzialność za dzieci, muszą tych granic przestrzegać. W tej kampanii należałoby też powiedzieć, że przestrzeń publiczna jest naszą wspólną własnością i trzeba uwzględniać punkt widzenia innych osób. To, że przyszedłeś do restauracji, nie znaczy, że to twoja restauracja. 

Granice zapewniają dziecku poczucie bezpieczeństwa

Powiedział pan o granicach. Po co są one potrzebne dziecku?

Granice i jasne zasady to bardzo ważny, fundamentalny element wychowania, uczący dziecko funkcjonowania w przestrzeni publicznej. Każdy z nas, dorosłych, wie, jak wiele granic obowiązuje go w życiu codziennym. Że nie może robić tego, co chce, musi zachowywać się w sposób uwarunkowany prawem albo obyczajami czy zwyczajami – bo coś jest przyjęte. W związku z tym uczenie dzieci granic nie jest przemocą, ograniczaniem ich wolności, tylko wychowywaniem ich do życia w społeczeństwie. Muszą prędzej czy później zrozumieć, że nie mogą zawsze i wszędzie stawiać na swoim, bo są częścią większej całości zwanej społeczeństwem. Jeśli granic się nie stawia, to wychowuje się dziecko na człoprzemoc. Jeżeli uczymy dziecko, że nie ma granic, to tak naprawdę wychowujemy je na jednostkę gardzącą wszelkimi normami – prawa, obyczaju, zwyczaju – regulującymi nasze życie.

Są oczywiście kulturalni rodzice i miłe, rozbrajające dzieci, ale są też środowiska, w których obowiązuje kult rozwydrzonego bachora i butnego rodzica. Przykład z innej restauracji: rodzice ustawili przy stoliku nocnik, do którego załatwiało się ich dziecko, albo przewijali bobasa na stole, na którym za chwilę ktoś będzie jadł obiad. Pomimo protestów innych gości nie widzieli w tym nic niestosownego.

Tacy rodzice są najczęściej tolerancyjni, jeśli chodzi o własne dziecko, ale zupełnie nietolerancyjni, jeśli chodzi o zachowania innych. Badania pokazują, że ci, którzy domagają się wolności, akceptacji i tolerancji dla siebie, są agresywni, gdy ktoś inny zachowuje się niezgodnie z ich oczekiwaniami, chcą, by wszyscy naokoło przestrzegali zasad, które narzucają. Ci rodzice mają słabe pojęcie o tym, że jeżeli nie będziemy trzymać się zdroworozsądkowych zasad, to wszyscy zwariujemy. Gdyby każdy w wagonie bezprzedziałowym robił, co chce – ten słucha muzyki bez słuchawek, ten gada przez telefon, tu dzieci biegają, tam ktoś się namiętnie całuje – to proszę sobie wyobrazić taką podróż… 

Coraz mniej się szanujemy. Kiedyś w złym tonie było w niedzielę odkurzać, wiercić, kosić trawnik. To był dzień odpoczynku, niezależnie do tego, czy ktoś jest osobą wierzącą, czy nie. Teraz to się dzieje nagminnie. Co takiego się wydarzyło, że tak mało przejmujemy się innymi? Moje jest najmojsze, ja jestem najważniejszy. 

Dotknęła pani zagadnienia fundamentalnego, dotyczącego charakterystyki całych 30 lat polskiej transformacji. Być może akcentowanie prawa do własności prywatnej zostało przez ludzi błędnie zinterpretowane – jako absolutyzacja prywatności. Absolutyzacja polega na tym, że moja prywatność, czyli zachowania z mojej przestrzeni domowej, mają być respektowane wszędzie. Mamy kryzys bycia razem w miejscu wspólnym, czyli takim, które nie należy ani do ciebie, ani do mnie, tylko do nas. Powodem tego kryzysu może być właśnie to, że nie jesteśmy od małego uczeni szacunku dla drugiego człowieka, dla jego wrażliwości, oczekiwań, obyczajów. Że owszem, moje mieszkanie czy mój ogródek to jest moja własność, zgodnie z prawem mogę rzępolić kosiarką w niedzielę, ale zgodnie z obyczajem, który reguluje nasze współbycie, popełniam przestępstwo obyczajowe. Próbuję zawłaszczyć przestrzeń dla siebie, narzucić innym swój styl zachowania. Gdy żyliśmy w państwie totalitarnym, byliśmy przyzwyczajeni do tego, że nasze funkcjonowanie reguluje prawo. Gdy przyszedł 1989 rok, niektórzy poczuli się wolni, ale na zasadzie „Wolnoć Tomku w swoim domku”. A więc „Wolnoć Tomku wszędzie, gdzie jesteś”. Nie zostaliśmy nauczeni ani w szkole, ani w domu tego, że nie wszystkie zasady musi narzucać regulamin osiedla, bloku, prawo karne, że jest wiele rzeczy, które można po prostu wynegocjować: ja ci dziś ustępuję w tym, ty mi jutro w tamtym. Inny człowiek ma prawo mieć swoje oczekiwania wobec sfery publicznej, tak jak ty masz swoje. Trzeba usiąść, porozmawiać, ustalić wspólne zasady. Co wolno, czego nie, żebyśmy byli wszyscy szczęśliwi. Ale z obu stron musi być gotowość.

Rozmowa z prof. dr hab. Jackiem Kochanowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Materiały prasowe

„Dzieciaki z showbiznesu”: samotność, przemoc, seks i ludzie, którzy żerują na dzieciach

Nowy dokument HBO „Dzieciaki z showbiznesu” to poruszający obraz kariery dziecięcych aktorów w amerykańskim przemyśle rozrywkowym. Ale więcej niż o bohaterach, mówi o nas, dorosłych.
Anna Zaleska
21.07.2020

Milla Jovovich wolałaby inaczej spędzać dziecięce lata. Chciała mieć koleżanki, bawić się lalkami i jeździć na letnie obozy z rówieśnikami. Od najmłodszych lat musiała jednak pracować. Była uczona aktorstwa, chodziła na przesłuchania i sesje zdjęciowe. Gdy miała 11 lat, zaczęła karierę jako modelka; 13 – zadebiutowała na ekranie w dreszczowcu erotycznym (!) „Spotkanie dwóch księżyców”; 14 – wystąpiła w „Powrocie na Błękitną Lagunę” (1991). Za tę ostatnią rolę straszliwie zresztą oberwała od krytyków, była nawet nominowana do Złotej Maliny jako najgorsza nowa gwiazda. Traumatyczne doświadczenie dla nastolatki, która dopiero buduje w sobie poczucie własnej wartości. W przypadku Milli Jovovich to matka wymarzyła dla córki karierę. Galina Loginowa była gwiazdą filmową w Związku Radzieckim, po emigracji za ocean musiała pracować jako gosposia, usługując na przyjęciach ludziom z branży filmowej. Patrząc z perspektywy czasu Milla Jovovich podejrzewa, że miała stać się dla matki przepustką do wielkiego świata. Za wszelką cenę. Dokument HBO o dzieciach w showbiznesie Każdego roku 20 tys. dziecięcych aktorów stara się o rolę w Hollywood, dla 19 tys. kończy się to porażką. Nie ma badań, które by odpowiedziały na pytanie, ile spośród tych dziesiątek tysięcy dzieci naprawdę marzy o tym, by zostać aktorem, a ile – jak Milla Jovovich – zaspokaja ambicje rodziców. Z całą pewnością jednak i jedni, i drudzy niewiele wiedzą o ciemnych stronach życia małoletnich gwiazd. Wygadane, bystre, zadowolone z siebie dzieciaki w telewizyjnych talk show nie opowiadają o tym, jaką cenę płacą za sukces. Może zresztą same jeszcze tego nie rozumieją? A może boją się mówić? Albo wiedzą, że i tak nikt ich nie wysłucha? Henry Thomas –...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej
Julie Delpy „Moja Zoe”
mat. prasowe

Julie Delpy mówi głośno to, co po cichu myśli wiele matek:  „Mieć dzieci to szaleństwo”

Julie Delpy powraca w filmie o matczynej miłości: „Moja mała Zoe”. To historia, która poruszy wasze serca i zostanie z wami na długo.
Anna Tatarska
21.05.2020

Julie Delpy, eteryczna blondynka z filmu „Przed wschodem słońca”, wraca w mrocznym thrillerze „Moja  mała Zoe”. Grana przez nią Isabelle, mama kilkuletniej Zoe, zajmuje się genetyką. W pracy odnosi kolejne sukcesy, gorzej jest z życiem osobistym: właśnie się rozwodzi i musi dzielić z byłym mężem opiekę nad córką. KIedy Zoe ulega wypadkowi, Isabelle postanawia zrobić wszystko, żeby ich życie wróciło do dawnej normalności. Aktorka przyznaje, że film był dla niej formą terapii po rozwodzie i trudnej walce o dziecko. Czy skuteczną? Anna Tatarska: Film „Moja Zoe” to nie tylko podróż w przyszłość, ale też w mroczne rejony ludzkiej duszy. Co takiego się stało, że postanowiła pani rozstać się z komediami?  Julie Delpy: Pierwszy zalążek pomysłu na ten film pojawił się w mojej głowie już bardzo dawno, bo 25 lat temu. Ale wtedy to były luźne wątki: rodzina, los, sprzeciwianie się przeznaczeniu, rodzicielstwo. Potem wydarzyło się… życie. I wiele obserwacji, które spotkały się ostatecznie w tym projekcie. Po pierwsze, temat straty dziecka. Kilkakrotnie w swoim życiu widziałam rodziców tracących dzieci, także bardzo małe. Twarzy tych ludzi nie jestem w stanie zapomnieć. Ich oczu. Trudno mi wyobrazić sobie trudniejsze doświadczenie, to wręcz nie do zniesienia.  Po drugie, rodzicielstwo. Kiedy sama zostałam mamą, dotarło do mnie, jakim szaleństwem jest posiadanie dzieci. Jest w tym oczywiście coś wspaniałego, niesamowitego, zabawnego, cudownego. Ale wraz z rodzicielstwem w życie człowieka nieodwołalnie wkrada się niepokój. Każda najmniejsza choroba, spóźnienie, nieodebrany telefon, wszystkie te maleńkie rzeczy. Nie wspominając już o naprawdę poważnych kryzysach.  A pani jakim jest rodzicem? Nieustannie towarzyszy mi lęk. Tylko kiedy spędzam...

Czytaj dalej