Wakacyjna wojna o dzieci: bezstresowe wychowanie kontra pruska dyscyplina. Kto ma rację?
getty images

Wakacyjna wojna o dzieci: bezstresowe wychowanie kontra pruska dyscyplina. Kto ma rację?

Bezdzietni narzekają na dzieci, które wrzeszczą i biegają pod nogami. Rodzice narzekają na bezdzietnych, że oceniają, nie rozumiejąc. Co roku wakacje to wojna o dzieci w przestrzeni publicznej.
Katarzyna Olkowicz
29.01.2020

Nie będę na niego krzyczała, bo się zestresuje”, mówi matka dziecka, które swoim zachowaniem zawłaszcza przestrzeń wspólną. „Co mam zrobić, zabić go?”, rzuca rodzic zaczepnie. „Nie, nie zabić, spróbować wychować”, odpowiada profesor socjologii Jacek Kochanowski. „Bezstresowe wychowanie” w drugim pokoleniu bywa bardzo stresujące dla otoczenia.

Katarzyna Olkowicz: Nowo wybrana posłanka zapowiedziała, że będzie codziennie przychodzić z dzieckiem do Sejmu na obrady. To dobry pomysł? 

prof. dr hab. Jacek Kochanowski: Zwyczaj przychodzenia do pracy z dzieckiem jest coraz powszechniejszy, szczególnie na Zachodzie Europy. Kobiety, które niedawno urodziły, chcą być aktywne zawodowo, a jednocześnie nie tracić kontaktu z dzieckiem. Ja to zjawisko oceniam pozytywnie. Przecież dziecko nie zawsze płacze, nie zawsze przeszkadza. 

Super. Czasem jednak dziecko bardzo przeszkadza. Kiedyś w poznańskiej restauracji rodzice pozwolili swoim dzieciom wyrzucać z talerzy jedzenie, wybrudzić stoliki, fotele i wyszli, zostawiając cały bałagan do sprzątnięcia obsłudze. Gdy właściciele wydali zakaz przychodzenia do lokalu z dziećmi poniżej szóstego roku życia – zawrzało. Część osób im przyklasnęła, część uważa, że to niedopuszczalne wykluczenie. Kto ma rację?

We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Rodzice, którzy mają małe dzieci, nie powinni być uwięzieni w domu, zakaz wstępu do restauracji czy innych miejsc publicznych jest absurdalny. Natomiast zupełnie inną rzeczą jest sytuacja, w której, powiem to ostro, dzieci stają się świętymi krowami. Nie można krytykować ich złego zachowania, a na wszystkie uwagi pod adresem rodziców ci odpowiadają: „Przecież to jest dziecko, o co pani chodzi?”. No więc nie. Przychodząc do restauracji i innych miejsc publicznych, odpowiadamy za swoje dziecko. Jeśli ono się zachowuje w niewłaściwy sposób, a rodzice nie potrafią go opanować, to w moim przekonaniu powinni wyjść z lokalu.

Dzieci mają różne humory, gorsze dni, niektóre są chore – z tego wynika ich zachowanie – ale dlaczego mają z tego powodu obracać restaurację w ruinę i psuć pobyt innym? Tu rozumiem doskonale właścicieli, którzy niekoniecznie chcą, żeby z powodu wizyty jednej rodziny cała restauracja pustoszała, bo dzieci wpadają tam jak huragan i robią wszystko, co im przyjdzie do głowy, a reszta gości ucieka.

Coraz częściej dzieci krzyczą, rozrabiają, a rodzice, zamiast je uciszyć, sami zdają się głuchnąć i ślepnąć… 

Sam byłem ofiarą takiej sytuacji. Siedziałem ze znajomymi w restauracji, w wydzielonej salce, do której wpadało co chwilę dziecko i krzyczało do nas różne niecenzuralne słowa. Poprosiliśmy kelnera, by zwrócił uwagę rodzicom, a oni odpowiedzieli jak zwykle: „No przecież to jest dziecko”. Nie, to nie jest wytłumaczenie, przestrzeń publiczna rządzi się swoimi prawami. Z jednej strony – bardzo to popieram – rodzice powinni domagać się miejsc wydzielonych dla dzieci, kącików zabaw, gdzie będą mogły spędzić czas pod fachową opieką, nawet porozrabiać, gdy dorośli jedzą lub załatwiają swoje sprawy. O takie udogodnienia powinni zabiegać też w teatrach, na uczelniach, w pracy – tak jak to jest rozwiązane na Zachodzie. Ale gdy dziecko nabrudzi i coś zniszczy – posprzątać po nim lub chociaż przeprosić. Zachować się kulturalnie. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Kultura uczy nas szacunku, negocjacji, bycia razem

No właśnie, to bardziej problem społeczny czy kulturowy?

Przede wszystkim kulturowy. Kultura uczy nas zasad wspólnego bycia, szacunku dla drugiego człowieka, umiejętności negocjacji. Jeśli tych zasad sami nie przyjmujemy i nie uczymy ich dzieci, to niestety czeka nas przyszłość w miejskiej dżungli, gdzie każdy robi, co chce. 

Restauracje to nie jedyny rejon newralgiczny, dziecko czasem chce kopać w nasze siedzenie w pociągu, w hotelu biegać z krzykiem po korytarzach, wskakiwać do basenu, chlapiąc na wszystkich dookoła, bo mu się wszystko należy. Kiedyś rodzicom było wstyd, że mają niesforne dzieci. Dziś się tym szczycą, powołując się na bezstresowe wychowanie. A może jednak jest to po prostu złe wychowanie?

Pociąg czy inne wymienione przez panią miejsca to wciąż przestrzeń publiczna, więc obowiązuje ta sama zasada, o której mówiłem wcześniej – rodzice odpowiadają za zachowanie dziecka. Oczywiście, rozumiem, dziecko to dziecko. Może być nieposłuszne, mieć zły humor, ale jeżeli rodzic nie reaguje, nie próbuje temu przeciwdziałać, nawet nie powie zwykłego „przepraszam”, to jednak świadczy o nim, nie o dziecku. Wielu rodziców to potrafi i robi, bo są dobrze wychowani. Tak też wychowują swoje dzieci. A „bezstresowe wychowanie” wydaje mi się pustym hasłem, które ma zdejmować z rodziców odpowiedzialność. „Nie będę na niego krzyczała, bo się zestresuje”. Albo: „To jest dziecko, dziecko tak ma”. „Co mam zrobić, zabić go?” Nie, nie zabić, spróbować wychować. Od najmłodszych lat uczyć, że wśród ludzi należy się zachowywać w określony sposób, a to dlatego, że gdybyśmy wszyscy robili, co nam się żywnie podoba, mielibyśmy chaos. Więc niech w domu dziecko robi, co chce, poza domem powinno być zdyscyplinowane. 

Ale przecież rodzice nie chcą dla dziecka źle, wręcz przeciwnie, może chcą oszczędzić mu nieprzyjemności? Słusznie?

Mam wrażenie, że część rodziców nie rozumie pojęcia „bezstresowe wychowanie” i wtedy „bo to jest dziecko” staje się hasłem, które usprawiedliwia wszystko. Ale czy to znaczy, że jak dziecko złapie nóż i będzie chciało kogoś zadźgać albo wyleje nam talerz gorącej zupy na głowę, to też go usprawiedliwią, „bo to tylko dziecko”? Dzieci mają nieograniczoną wyobraźnię i potrafią być niebezpieczne. Dlatego trzeba uczyć je zasad i reagować, gdy je łamią w sposób rażący. Dziecko nie może bezkarnie robić, co chce. 

Gdzie zaczyna się przestrzeń publiczna

Mówi pan o odpowiedzialności rodziców. Moi sąsiedzi mają dwójkę dzieci, które nieustannie piszczą i krzyczą, nie potrafią się normalnie komunikować, nawet między sobą nie rozmawiają, tylko się przekrzykują. Te wrzaski trwają godzinami. Gdy kiedyś zwróciłam uwagę, że jest niedziela, godzina 22 i proszę o uspokojenie ich, matka na znak protestu włączyła kosiarkę, by mnie zagłuszyć, a jej partner stwierdził, że dzieci mają prawo się bawić, jak chcą. Nie widział nic niestosownego w ich zachowaniu. Dzieci słyszały, jak zareagowali rodzice. Na kogo wyrosną, wychowywane w przekonaniu, że wolno im wszystko? 

Balkon, ogródek przy domu to także przestrzeń publiczna. Nie możemy robić tam tego, co nam się żywnie podoba. Jeśli ktoś generuje hałas, który utrudnia innym życie, należy to skorygować. Trzeba szanować wspólne potrzeby, interesy, respektować zasady, obyczaje, jakie obowiązują. To niewłaściwe także z punktu widzenia prawnego, bo w takiej sytuacji możemy wezwać policję czy straż miejską, szczególnie w trakcie trwania ciszy nocnej, i sąsiad zapłaci mandat. A jeżeli dzieci są uczone, że tak naprawdę przestrzeń publiczną ma ten, kto jest silniejszy, bardziej wulgarny, kto użyje przemocy słownej, nawet fizycznej, to wyrosną na osoby, które nie będą wiedziały o tym, że są inni ludzie wokół i trzeba się z nimi liczyć albo przynajmniej podejmować próby negocjacji. A potem będą mówić, że „to mój ogródek, mój balkon, mój stolik w restauracji, więc jak się pani nie podoba, to niech pani wyjdzie, niech pani się wyprowadzi”. Nie oni, pani. Trzeba pozwolić dzieciom być dziećmi, ale nie może być tak, że się szantażuje innych. Jeśli rodzice nie ustawią odpowiednio wcześnie tych zasad, nie skłonią pociechy, by postawiła się na miejscu tych, którym dokucza, dzieciak, gdy dorośnie, może mieć kolosalne problemy w relacjach z innymi ludźmi. 

Czy istnieje coś w rodzaju społecznej odpowiedzialności za dzieci? Niby wszystkie dzieci są nasze, ale panuje przekonanie, że nie wtrącamy się rodzicom w ich wychowanie. Jak więc reagować, jeśli przyszłam do restauracji z przyjaciółką, a wokół biega czyjeś dziecko, krzyczy i nie daje nam porozmawiać? Mogę zwrócić uwagę? Ale komu: dziecku, rodzicom? 

Zwracanie się do dziecka to nie jest dobry pomysł, bo jeśli rozrabia, to znaczy, że ma na to przyzwolenie rodziców. Dobrym pomysłem jest za to zwrócenie się do dorosłych, spokojnie, nieagresywnie, bez pretensji. Forma jest tu kluczową sprawą, więc mówimy np.: „Przepraszam państwa, rozumiem, że to jest dziecko, ale trudno mi w takich warunkach skupić myśli...”. Warto podjąć próbę negocjacji, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że w wielu przypadkach będzie to bezcelowe. Szczególnie w restauracji, gdy rodzic pije alkohol, który wzmaga agresję. Możemy się narazić na nieprzyjemności, a nawet wyzwiska.

I co wtedy? 

Przydałaby się kampania społeczna mówiąca o tym, że rodzic odpowiada za dziecko w przestrzeni publicznej, że są granice wynikające z obowiązujących zasad, które także dziecko musi respektować. A ponieważ to rodzice ponoszą prawną, ale też obyczajową odpowiedzialność za dzieci, muszą tych granic przestrzegać. W tej kampanii należałoby też powiedzieć, że przestrzeń publiczna jest naszą wspólną własnością i trzeba uwzględniać punkt widzenia innych osób. To, że przyszedłeś do restauracji, nie znaczy, że to twoja restauracja. 

Granice zapewniają dziecku poczucie bezpieczeństwa

Powiedział pan o granicach. Po co są one potrzebne dziecku?

Granice i jasne zasady to bardzo ważny, fundamentalny element wychowania, uczący dziecko funkcjonowania w przestrzeni publicznej. Każdy z nas, dorosłych, wie, jak wiele granic obowiązuje go w życiu codziennym. Że nie może robić tego, co chce, musi zachowywać się w sposób uwarunkowany prawem albo obyczajami czy zwyczajami – bo coś jest przyjęte. W związku z tym uczenie dzieci granic nie jest przemocą, ograniczaniem ich wolności, tylko wychowywaniem ich do życia w społeczeństwie. Muszą prędzej czy później zrozumieć, że nie mogą zawsze i wszędzie stawiać na swoim, bo są częścią większej całości zwanej społeczeństwem. Jeśli granic się nie stawia, to wychowuje się dziecko na człoprzemoc. Jeżeli uczymy dziecko, że nie ma granic, to tak naprawdę wychowujemy je na jednostkę gardzącą wszelkimi normami – prawa, obyczaju, zwyczaju – regulującymi nasze życie.

Są oczywiście kulturalni rodzice i miłe, rozbrajające dzieci, ale są też środowiska, w których obowiązuje kult rozwydrzonego bachora i butnego rodzica. Przykład z innej restauracji: rodzice ustawili przy stoliku nocnik, do którego załatwiało się ich dziecko, albo przewijali bobasa na stole, na którym za chwilę ktoś będzie jadł obiad. Pomimo protestów innych gości nie widzieli w tym nic niestosownego.

Tacy rodzice są najczęściej tolerancyjni, jeśli chodzi o własne dziecko, ale zupełnie nietolerancyjni, jeśli chodzi o zachowania innych. Badania pokazują, że ci, którzy domagają się wolności, akceptacji i tolerancji dla siebie, są agresywni, gdy ktoś inny zachowuje się niezgodnie z ich oczekiwaniami, chcą, by wszyscy naokoło przestrzegali zasad, które narzucają. Ci rodzice mają słabe pojęcie o tym, że jeżeli nie będziemy trzymać się zdroworozsądkowych zasad, to wszyscy zwariujemy. Gdyby każdy w wagonie bezprzedziałowym robił, co chce – ten słucha muzyki bez słuchawek, ten gada przez telefon, tu dzieci biegają, tam ktoś się namiętnie całuje – to proszę sobie wyobrazić taką podróż… 

Coraz mniej się szanujemy. Kiedyś w złym tonie było w niedzielę odkurzać, wiercić, kosić trawnik. To był dzień odpoczynku, niezależnie do tego, czy ktoś jest osobą wierzącą, czy nie. Teraz to się dzieje nagminnie. Co takiego się wydarzyło, że tak mało przejmujemy się innymi? Moje jest najmojsze, ja jestem najważniejszy. 

Dotknęła pani zagadnienia fundamentalnego, dotyczącego charakterystyki całych 30 lat polskiej transformacji. Być może akcentowanie prawa do własności prywatnej zostało przez ludzi błędnie zinterpretowane – jako absolutyzacja prywatności. Absolutyzacja polega na tym, że moja prywatność, czyli zachowania z mojej przestrzeni domowej, mają być respektowane wszędzie. Mamy kryzys bycia razem w miejscu wspólnym, czyli takim, które nie należy ani do ciebie, ani do mnie, tylko do nas. Powodem tego kryzysu może być właśnie to, że nie jesteśmy od małego uczeni szacunku dla drugiego człowieka, dla jego wrażliwości, oczekiwań, obyczajów. Że owszem, moje mieszkanie czy mój ogródek to jest moja własność, zgodnie z prawem mogę rzępolić kosiarką w niedzielę, ale zgodnie z obyczajem, który reguluje nasze współbycie, popełniam przestępstwo obyczajowe. Próbuję zawłaszczyć przestrzeń dla siebie, narzucić innym swój styl zachowania. Gdy żyliśmy w państwie totalitarnym, byliśmy przyzwyczajeni do tego, że nasze funkcjonowanie reguluje prawo. Gdy przyszedł 1989 rok, niektórzy poczuli się wolni, ale na zasadzie „Wolnoć Tomku w swoim domku”. A więc „Wolnoć Tomku wszędzie, gdzie jesteś”. Nie zostaliśmy nauczeni ani w szkole, ani w domu tego, że nie wszystkie zasady musi narzucać regulamin osiedla, bloku, prawo karne, że jest wiele rzeczy, które można po prostu wynegocjować: ja ci dziś ustępuję w tym, ty mi jutro w tamtym. Inny człowiek ma prawo mieć swoje oczekiwania wobec sfery publicznej, tak jak ty masz swoje. Trzeba usiąść, porozmawiać, ustalić wspólne zasady. Co wolno, czego nie, żebyśmy byli wszyscy szczęśliwi. Ale z obu stron musi być gotowość.

Rozmowa z prof. dr hab. Jackiem Kochanowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Seks a nastolatki
getty images

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity
Aleksandra Pezda
25.03.2019

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.   Agnieszka Stein – psycholog,   prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców:  „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).   Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać? Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła. To jest pełnoprawny seks? A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie. Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne? I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu. Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o...

Czytaj dalej
André Stern
getty images

„Pozwólmy dzieciom być dziećmi!” – mówi André Stern, ekspert od wychowania

Szczęśliwe dziecko musi się pobawić, pobrudzić i ponudzić...
Aleksandra Pezda
19.02.2020

Chociaż nigdy nie chodził do szkoły, biegle zna pięć języków, jest muzykiem i lutnikiem gitar. Jego rodzice, nauczycielka Michèle Arellow i pedagog Arno Stern, uznali, że będą go uczyli w domu. André Stern jest mówcą edukacyjnym i propagatorem „ekologii dzieciństwa”. Co to właściwie oznacza? Aleksandra Pezda „Uroda Życia”: Prowadzisz wykłady i konferencje o wychowaniu dzieci i mówisz na nich zawsze to samo: „Dajcie dzieciom wolność”. André Stern:  Przemawiam w ich imieniu, bo dziś dużo się dyskutuje o dzieciach, ale rzadko kto je pyta o zdanie. A ja nadal czuję się dzieckiem przez to, jak mnie wychowano.  Przyznajesz się do niedojrzałości? Przeciwnie. Rodzice od zawsze traktowali mnie poważnie i ufali mi. I myślę, że dzisiaj jestem takim człowiekiem, jakim byłby każdy z nas, gdyby pozwolono nam wszystkim żyć w zgodzie ze sobą. Jeśli więc mówię, że czuję się ciągle dzieckiem, to dlatego, że podziwiam dzieci i dzieciństwo. To wspaniały okres w życiu: możesz wymyślać, kim chciałbyś być, kim będziesz, wszystko cię ciekawi i możesz się nieskrępowanie wszystkiego uczyć. Zwłaszcza jeśli – tak jak ja – nie musisz stawiać czoła absolutnie żadnym oczekiwaniom dorosłych. Niemożliwe, żeby rodzice niczego od ciebie nie oczekiwali. Nigdy ci nie mówili, na przykład: „Zostań muzykiem”?   Nie, nigdy. I byli pionierami na tym polu. Moi rodzice postanowili nie mieć na mnie żadnego „pomysłu”, nie uczestniczyć w żadnym „projekcie dziecko”. Po prostu pozwolili mi swobodnie żyć, podczas gdy większość rodziców widzi w nowo narodzonym dziecku niegotową jeszcze istotę ludzką. Cały czas ludzie wierzą, że dziecko to niezapisana tablica, którą oni mają obowiązek zapełnić jakimiś...

Czytaj dalej
Rozwód rodziców krzywdzi dzieci
getty images

Rozwód rodziców jest dla dzieci jak wojna. Płacą za nią depresją, zaburzeniami odżywiania…

Dzieci udają bohaterów przed rodzicami, mówiąc: „Wszystko jest świetnie, uda się to zrobić, nic się nie dzieje”. Ale kiedy zostają same, ogarnia je wielki strach – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi Gro Dahle, norweska psychoterapeutka.
Maja Lenartowicz
04.01.2019

Nawet kilka lat po rozwodzie okazuje się, że najstarsze dziecko, szczególnie jeśli jest to córka, wpada w depresję. Rodzice się dziwią: „Dlaczego? Tak świetnie sobie radziła! Co się z nią stało?”. A w niej pękają wszystkie przez lata ukrywane emocje – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi  Gro Dahle, norweska psychoterapeutka,   poetka i pisarka, autorka książek dla dzieci o trudnych rodzinnych relacjach.  W 2016 roku wyszła w Polsce jej książka dla dzieci: „Wojna”, której tematem jest rozwód rodziców.  Rozwód to taki koniec świata Maja Lenartowicz: Kiedy postanowiłaś, że twoja książka będzie nosiła tytuł „Wojna” – bardzo mocny, biorąc pod uwagę, że to książka dla dzieci o rozwodzie rodziców? Gro Dahle: Wiedziałam o tym od samego początku. Rodzina terapeutów zaproponowała mi, żebym napisała książkę o wojnie między rodzicami w trakcie rozwodu. Przyszli do mnie już z gotową metaforą. A wzięła się ona z wielu rozmów, które przeprowadzali z dziećmi rozwodzących się rodziców. I to właśnie dzieci używały najczęściej tego terminu. Widziały zdjęcia i filmy wojny z krajów arabskich, Syrii, wcześniej Bośni i Hercegowiny. Opowiadały, że czują się jak szpiedzy („mama prosi, żeby obserwować tatę”), uchodźcy (ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce w ramach opieki naprzemiennej).   Nawet 10 lat po rozwodzie najstarsze córki cierpią. Dlaczego? Ba, zdarza się, że nawet 10 lat po rozwodzie rodzice ciągle nie mogą przepracować tej sytuacji. Używają dzieci jako posłańców przenoszących wiadomości, nie rozmawiają ze sobą. To sytuacje skrajne, ale się zdarzają. Dzieci w takiej sytuacji zastanawiają się na przykład, czy wypowiedzenie imienia matki lub...

Czytaj dalej
Psychiatria dziecięca w Polsce
Pexels.com

Najmłodsza osoba, która popełniła samobójstwo w Polsce, miała sześć lat. A psychiatria dziecięca upada

„Nie winię lekarzy, a źle funkcjonujący system. To on tworzy bezdusznych pracowników”, mówi nam Janusz Schwertner, autor książki „Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci”.
Sylwia Arlak
30.11.2020

Jak wynika z raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, Polska jest na drugim miejscu w Europie pod względem samobójstw nieletnich. W latach 2014-2016 dzieciom w naszym kraju „nie zapewniono wystarczającej opieki psychologiczno-pedagogicznej”. Problem dotyczy szczególnie mniejszych miejscowości, gdzie dostęp do psychologów i psychiatrów jest utrudniony. Dodatkowo wciąż bardzo często postrzega się korzystanie z ich pomocy jako objaw słabości lub porażki. Kto jest za to odpowiedzialny? O tym, jak wygląda psychiatria dziecięca w Polsce, rozmawiamy z Januszem Schwertnerem, dziennikarzem, autorem książki „Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci”. Psychiatria dziecięca w Polsce Sylwia Arlak: Stare budynki z odrapaną farbą na ścianach, jedzenie gorsze niż w więzieniach, dzieci, które śpią na materacach na korytarzu, bo nie ma łóżek – opisy polskich szpitali i oddziałów psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży są przerażające. To naprawdę Polska rzeczywistość? Janusz Schwertner: Trzeba podkreślać, że takie ośrodki są potrzebne. Że uzyskuje się tam pomoc i że są lekarze, którzy pracują, jak należy. Ale jednocześnie wiele z nich jest przeludnionych. Raport NIK-u, który ukazał się tuż przed moją książką, pokazuje wstrząsający obraz psychiatrii dziecięcej w Polsce. Jest źle, a może być jeszcze gorzej. Brakuje kadry lekarskiej. Lekarzy nie będzie przybywać, a raczej będzie ich ubywać. Co trzeci lekarz skończył 55 lat. Nie ustawiają się kolejki do pracy, a nikt ich do niej nie zachęca. Mogę przytoczyć przykład z Gdańska opisany w mojej książce. Nie ma miejsca na oddziale młodzieżowym, więc dziewczyna trafia na oddział do dorosłych. To była ich praktyka od lat. Kiedy doszło do gwałtu na tej dziewczynie, wszyscy lekarze złożyli wymówienia. I dopiero...

Czytaj dalej