W łóżku z kompleksami? Atrakcyjność seksualna nie zależy od wyglądu
magnum photo/photo power

W łóżku z kompleksami? Atrakcyjność seksualna nie zależy od wyglądu

Psychoterapeuta, Wojciech Kruczyński przekonuje, że pożądanie, jakie budzimy, nie ma wiele wspólnego z tym, jak wyglądamy. Najbardziej podniecające w nas jest zupełnie co innego.
Krystyna Romanowska
20.02.2020

Patrzenie, jak komuś na nasz widok podniecenie odbiera rozsądek i każe robić szalone rzeczy, jest jedną z największych przyjemności na tym świecie. I największym afrodyzjakiem. Czego potrzebujemy, żeby tak było? Mówi Wojciech Kruczyński, psycholog oraz psychoterapeuta.

Krystyna Romanowska: Seksuolodzy mówią, że kobiety uważają się za niezbyt sexy: obsesyjnie liczą fałdki i mierzą cellulit. Mężczyźni z kolei boją się oceny długości i twardości. Potem spotykamy się w łóżku i zamiast czerpać z tego samą przyjemność, boimy się, co jest w nas nie tak. Tymczasem dobrze by było, gdybyśmy powiedzieli sobie… No właśnie, co? 

Wojciech Kruczyński: Mogę powiedzieć każdej kobiecie i każdemu mężczyźnie: „Masz już wszystko, czego potrzeba, żeby ktoś stracił dla ciebie głowę. Zadbała o to natura”. 

Czyli żeby stać się dla kogoś czystym obiektem seksualnym. 

Patrzenie, jak komuś na nasz widok podniecenie odbiera rozsądek i każe robić szalone rzeczy, jest jedną z największych przyjemności na tym świecie. Co nas najbardziej podnieca u kogoś innego? Właśnie świadomość tego, że on lub ona czuje podniecenie na nasz widok.  

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Kompleksy to nieporozumienie

Jedna z moich znajomych, która często zmienia partnerów seksualnych, usłyszała kiedyś od koleżanki: „Nie martwisz się, że ci wszyscy mężczyźni oceniają twoje ciało?”. Odpowiedziała: „To nie ma dla mnie znaczenia”.

I nie powinno mieć. Kompleksy to w  większości nieporozumienie, pogoń za Świętym Graalem w postaci płaskiego brzucha, sterczących piersi czy czegoś w  tym rodzaju. Nie trzeba posiadać wszystkich cech idealnego obiektu seksualnego – zwłaszcza że taki ideał nie istnieje – żeby być odebraną jako pociągająca i seksowna. Partnerowi seksualnemu wystarczy drobiazg: odsłonięte ramię czy nawet specyficzny kształt ucha, by pożądanie się uruchomiło i zaczęło żyć swoim życiem. Czasem po prostu wystarczy temu nie przeszkadzać. Nie brzmi to może najlepiej, ale to przecież nie ja wymyśliłem, że miłość zaślepia. Oczywiście nie znaczy to, że można już teraz całkiem się zaniedbać. 

Odbijać się w czyichś zachwyconych oczach – któż tego nie pragnie? 

Możemy oczywiście z tym dyskutować, zastanawiać się, czy to racjonalne, czy może narcystyczne, albo ostrzegać się nawzajem przed konsekwencjami takich zauroczeń, ale fakt jest faktem: niezwykle miło jest patrzeć, jak na nasz widok ktoś zaczyna myśleć o seksie, czuje pożądanie. I naprawdę każdy i każda z nas ma możliwość „pobycia” takim czystym obiektem seksualnym – pożądanie chodzi różnymi drogami. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Są oczywiście osoby, które z racji choćby wielkiej urody albo magnetyzującego sposobu bycia, mają szansę być takim obiektem częściej niż inni. Podobno 10 procent ludzi ściąga uwagę 90 procent, co u tych pierwszych pewnie nieraz budzi euforię, a u pozostałych mniejszą lub większą frustrację. 

Naprawdę taki jest rozkład sił? 

Ale na szczęście ta informacja wydaje mi się nie do końca sprawdzona. Ja akurat z tym procentowym podziałem bym polemizował. W każdym razie osoby wyjątkowo atrakcyjne mają duże szanse na rozprzestrzenienie swoich genów w sposób dla nich najbardziej dogodny. Atrakcyjność seksualna jest jedną z najmocniejszych walut na świecie, więc nic dziwnego, że spędzamy nieraz długie godziny dziennie i wydajemy mnóstwo pieniędzy, by takim czystym obiektem pożądania się stać, choćby na krótki czas. A z kolei inna grupa nieźle na tym naszym pragnieniu zarabia.

Z jednej strony chcemy być seksowne, z drugiej – denerwuje nas, gdy ktoś nas postrzega tylko przez ten pryzmat.

To prawda: najbardziej oczywistą wadą dla większości z nas jest możliwość pozostania tym czystym obiektem seksualnym i niczym więcej. Namiętność relatywnie szybko słabnie i ustępuje miejsca innym potrzebom: bliskości czy porozumienia intelektualnego. W dłuższym związku obiektem seksualnym już się nie „jest”, tylko się nim „bywa”. Od czasu do czasu. I jedni doceniają taki stan rzeczy, a inni – rozczarowani – odchodzą w poszukiwaniu kolejnego obiektu. Relacje oparte tylko na seksie mają specyficzną cechę: jeśli nasz partner jest wyłącznie odpowiedzią na naszą seksualną fantazję, to tym samym jest wymienny, przechodni. To, co nas w nim pociągało, możemy odnajdywać w niezmienionej formie u kolejnych osób i reagować identycznie. 

Czyli nie warto być wyłącznie obiektem seksualnym? 

Nie, bo pozbawiamy się swojej jedyności i specyficzności. Jeśli wchodzimy w rolę obiektu pożądania wyłącznie np. z lęku przed odrzuceniem, to musimy się liczyć z kłopotami, czasem bardzo poważnymi. Oznacza to w praktyce daleko idące kompromisy, w wyniku których stajemy się czymś w rodzaju lalki do zabawy, do realizacji czyichś seksualnych fantazji. Bardzo dobry obraz takiego procesu można zobaczyć w filmie „9 i pół tygodnia”, gdzie kobieta najpierw przeżywa w związku erotyczną fascynację, a potem coś w rodzaju wypalenia i załamania nerwowego. A bywa jeszcze gorzej. Jeżeli chcemy bardziej trwałego związku, pojawia się kwestia zaufania do partnera. Nie widzę możliwości czerpania zdrowej przyjemności z bycia „obiektem” w stałym związku, w którym brakuje miłości i wzajemnej troski – oczywiście pomijając związki typowo perwersyjne. Dopiero w związkach, w których istnieją miłość, troska i zaufanie, można przekraczać granice, balansować na styku przyjemności i grzechu, zgadzać się na chwilowe pobycie lalką albo tak właśnie traktować partnera. Z tych potencjalnie perwersyjnych zachowań trzeba mieć dokąd wrócić: do wzajemnej czułości, jakby powiedziała Olga Tokarczuk. 

Kobiety 

Dzisiaj kobietom jest trudno czerpać przyjemność z tego, że budzą w kimś wyłącznie pożądanie? 

Powiedziałbym, że jest wprost przeciwnie: czerpanie przez kobiety przyjemności z bycia obiektem seksualnym jest dzisiaj niezwykle łatwe. Na pewno o wiele łatwiejsze niż 20 lat temu. Najmłodsze pokolenie jest już w dużej części wyzbyte zahamowań związanych z konserwatywną pruderią. Można bez skrępowania podkreślać swą seksualną atrakcyjność bez ryzyka posądzenia o „złe prowadzenie”. Temu właśnie służyła rewolucja seksualna. Z tego powodu też to mężczyźni częściej niż kiedyś stają się „ciachem”, czyli obiektem służącym przyjemności. I nie zawsze sobie z tym radzą. Stając się przez chwilę lalką do zabawy, tracą całą swoją ważność, którą kiedyś zapewniały im konserwatywne reguły. Zniknęła też w dużym stopniu wstydliwość wpajana wcześniej kobietom – i przekłada się to na męską niepewność seksualną, kłopoty z erekcją itp. 

#MeToo: granica między uwodzeniem a molestowaniem

Rozumiem, że mężczyźni stają przed trudną nauką: jak czerpać przyjemność z bycia, hmm, żywym wibratorem? 

Nauka bycia obiektem i czerpania z tego satysfakcji jeszcze w dużym stopniu przed nami, mężczyznami. Część z nas radzi sobie w ten sposób: wymaga od kobiet pewnej dawki zachowań matczynych, żeby odzyskać swą zachwianą ważność i dzięki temu być gotowym do seksu. Ale to nie całkiem tędy droga, bo matkująca kobieta może bardzo szybko stracić ochotę na seks. Można więc raczej powiedzieć, że dzisiaj kobietom coraz trudniej czerpać przyjemność z bycia wstydliwą, zahamowaną i wpatrzoną w swego pana i władcę, co akurat zaliczyłbym do zjawisk pozytywnych. Problemy pojawiają się w innych miejscach. Jednym z nich jest to, że bycie obiektem seksualnym, a także traktowanie kogoś w taki sposób ma dziś generalnie złą prasę. 

Po #MeToo często jest po prostu utożsamiane z nadużyciem seksualnym.

Jak już wspomniałem, może tak być, ale nie musi. Wiele społecznych zjawisk jest dziś poddanych swoistemu prześwietleniu, by oczyścić je z każdej możliwości potraktowania kogoś w przedmiotowy sposób. Intencje są tu oczywiście dobre, ale obawiam się, że możemy przy okazji zostać pozbawieni czegoś bardzo ważnego. 

Czego?

Wytłumaczę na przykładzie, który opisał Stanisław Lem w genialnej książce „Powrót z gwiazd”. Po 127 latach w kosmosie astronauci wracają na Ziemię i dowiadują się, że podczas ich nieobecności ludzkość przeszła proces betryzacji, czyli chemicznego wyeliminowania agresji. Nie ma wojen, społeczeństwo wygląda na szczęśliwe. Ale przy pierwszej próbie seksualnego kontaktu główny bohater książki dowiaduje się, że w nielegalnym obiegu istnieją środki znoszące efekt betryzacji – po to, by seks mógł nadal być źródłem rozkoszy, by zawierał niezbędną porcję ryzyka i gwałtowności. Z kolei jego partnerka, gdy dowiaduje się, że astronauta nie był nigdy betryzowany, doznaje ataku paniki, czuje się, jakby była w pokoju z dzikim zwierzęciem! W efekcie rozstają się. Ta sytuacja pokazuje, że świadoma zgoda na bycie obiektem wzmaga przyjemność seksualną, natomiast kontakt z czymś, na co się nie umawialiśmy, wywołuje coś, co psychiatrzy nazywają psychotyczną dekompensacją. Co ciekawe, w dalszej części książki kobieta próbuje ponownie zaprosić mężczyznę do siebie, wiedząc już, z czym ma do czynienia, ale mężczyzna odmawia, bo zdaje sobie sprawę, że będzie jej służył wyłącznie jako czysty obiekt seksualny, a to go nie interesuje. 

„Szara strefa” seksualnego kontaktu, w której dwoje ludzi ustala, co jest jeszcze przyjemnością, a co już nadużyciem, to jak widać obszar niezwykle wrażliwy, ale i elastyczny. 

Żeby umieć balansować na tej krawędzi, trzeba mieć świadomość swych granic, a także duże zaufanie do partnera. Poza tym widzimy, że gdy jakiś zewnętrzny autorytet zdecyduje, że konkretne zachowanie jest bezdyskusyjnie nadużyciem – to wiele osób tak je właśnie będzie przeżywać, zagradzając sobie drogę do pełnej satysfakcji. W ten sposób kończy się w łóżku intymność, a pojawia się Wielki Brat, ideolog, który mówi: „Jesteś winny, tylko jeszcze o tym nie wiesz”. Ceną za bezpieczeństwo może być seksualna nuda, seks bezkofeinowy. Mam wrażenie, że ostatnio wzrósł odsetek kobiet, które potrzebują idealnie bezpiecznych warunków, bez żadnych dwuznaczności. Dowodem na to może być ostatnio przesuwanie granic definicji molestowania seksualnego, co z jednej strony jest zjawiskiem bardzo dobrym, ale z drugiej prowadzi do takich pomysłów, żeby już samo spojrzenie na określoną część ciała w określony sposób traktować jako molestowanie. 

Są kobiety, które nigdy nie zgodzą się na klapsa w sypialni. Są i takie, dla których to podniecające przeżycie.

Jeśli chodzi o biologię, to istnieją badania dowodzące związków pewnych dawek bólu z rozkoszą, co wiedzą chociażby długodystansowi biegacze. Polega to na wydzielaniu endorfin i blokowaniu receptorów bólu. Do przeżywania wspomnianego klapsa jako rozkoszy potrzebna jest nasza psychika, która nadaje temu bólowi specyficzne znaczenie. W przypadku biegacza jest to rodzaj zwycięstwa nad oporną materią, a w sytuacji erotycznej jest to automatycznie czytane jako objaw namiętności partnera, a nie jego agresji. Do tego rodzaju psychofizycznych interpretacji potrzebny jest nam w miarę poprawny i stabilny proces psychoseksualnego rozwoju uwzględniający świadomość własnych granic, a także kodów kulturowych. Najprostszym przykładem takiego kodu jest, wydawałoby się „niewinne”, zaproszenie na kawę, które w wielu przypadkach ma kontekst erotyczny. Część ludzi jednak takich kodów nie czyta, bo wiązałoby się to właśnie z wejściem w rolę obiektu seksualnego, co – jak powiedzieliśmy – nie każdy dobrze znosi. Konsekwencje bywają takie, że np. kobieta zostaje oskarżona, oczywiście niesłusznie, o erotyczne prowokacje lub nawet o cyniczną zabawę z mężczyzną.

Rozmowa z Wojciechem Kruczyńskim ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dobry seks
getty images

Sex coach Karo Akabal: „W miłości cały czas prowadzimy wojnę”

Seks wciąż się nam kojarzy albo z prokreacją, albo z wyuzdaniem. Tymczasem dobry seks to źródło przyjemności i spoiwo miłości. Kluczem do niego jest poznanie i uznanie własnej seksualności.
Aleksandra Pezda
04.01.2019

Dobry seks wzmacnia relację w związku i dodaje nam energii. Sprawia przyjemność i przynosi odprężęnie – tymczasem ciągle jest tematem tabu, nawet w naszych związkach. Co tam w związkach – nawet same w swoich myślach nie dajemy sobie prawa, żeby traktować seks jako źródło czystej przyjemności! Tymczasem sex coach Karo Akabal już od lat przekonuje nas, że dla naszego szczęścia ważne jest, byśmy odnaleźli naszą seksualność i umieli się nią cieszyć. Czym jest dobry seks? Aleksandra Pezda: Napisałaś: „Wierzę, że ludzie, którzy mają dobry seks, tworzą dobry świat”. Naprawdę? Karo Akabal: Oczywiście, że ta zależność nie jest taka prosta. Tym stwierdzeniem chciałam sprowokować pytania o to, czym jest dobry seks. Wbrew pozorom bardzo trudno o jednoznaczną odpowiedź. Większość ludzi przez dobry seks rozumie seks regularny i taki, który przynosi rozładowanie napięcia seksualnego.   A nie o to chodzi? Bywa i tak, skoro seksualne spełnienie jest jedną z podstawowych potrzeb życiowych. Ale nie to jest w seksie najpiękniejsze. Seks jest potrzebny i zdrowy, bo upiększa nasze życie i miłosne relacje, bo daje radość i satysfakcję, dodaje energii.   To dlatego przeciętny stosunek seksualny Polaków trwa 13 minut i odbywa się głównie wieczorem? Cóż, w seksie odbija się nasza cywilizacja: dominują pośpiech, stres i substytuty satysfakcji, takie jak kariera zawodowa czy sporty ekstremalne. Do tego żyjemy w kulturze, która spycha naszą seksualność na obrzeża. Nie uczymy się tego, nie wiemy, jak pielęgnować seksualność. Rozejrzyj się, jakie są relacje między ludźmi? Ile jest wojen i przemocy. Tę samą dynamikę obserwujemy w naszym życiu miłosnym i seksualnym.   Chcesz powiedzieć „make love, not war”? Raczej „stop war...

Czytaj dalej
Michalina Wisłocka, autorka „Sztuki kochania”
getty images

„Dzięki Wisłockiej szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie”.

O autorce „Sztuki kochania” mówi seksuolog, prof. Maria Beisert.
Sylwia Niemczyk
28.11.2018

„Dobry związek dzisiaj to – w oczach seksuologa – relacja między równoprawnymi i równie dojrzałymi partnerami. A nie – jak chciała Wisłocka – macierzyńskiej kobiety z psotnym chłopcem”. Ile Wisłockiej mamy dziś w naszych domach? Czy książka z lat 60. jest nadal aktualna? Przed laty była sensacją i sprzedała się w 7 milionach egzemplarzy – a jak dzisiaj czytać „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej? I czy w ogóle warto? Z seksuolożką, profesor Marią Beisert*, rozmawia Aleksandra Pezda.   *Prof. dr hab. Maria Beisert psycholożka i seksuolożka kliniczna, prawniczka i biegła sądowa. Jest wiceprezeską Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz Podyplomowymi Studiami „Seksuologia Kliniczna Opiniowanie-Edukacja-Terapia” w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.   Aleksandra Pezda: Zaangażowała się pani w seksuologię w 1977 roku – wtedy, kiedy wyszła „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej. Kupiła ją pani? Profesor Maria Beisert: Kupiłam. Na bazarze, z kartonu ustawionego gdzieś między marchewką a ziemniakami. I to za jakąś gigantyczną cenę, jeśli dobrze pamiętam. Niestety, pożyczyłam komuś ten egzemplarz i już do mnie nie wrócił. Z kolegami z Akademii Medycznej w Poznaniu bardzo na tę książkę czekaliśmy. Michalina Wisłocka była już znaną postacią, jej artykuły czytaliśmy w tygodnikach.   „Dzięki Wisłockiej praczka, szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie” – powiedział seksuolog, prof. Zbigniew Izdebski. Jakie były jej największe zasługi? Wisłocka jako pierwsza w naszym kraju zaczęła mówić o tym, o czym dotąd mówiło się tylko po cichu w sypialniach: że seks nie jest wyłącznie dla reprodukcji,...

Czytaj dalej
para na schodach
getty images

Dobry seks ma niewiele wspólnego z orgazmem. Ważniejsza jest bliskość i przyjemność

Kobiety często przychodzą do gabinetów seksuologicznych z problemem, którego źródło jest poza seksem. Czują się nieważne, niekochane, nieatrakcyjne, zabiegane, zestresowane. Ich ciało mówi seksowi „nie” – mówi dr Alicja Długołęcka.
Anna Zych
02.02.2020

Dla kobiety seks to nie tylko akt fizyczny. To przede wszystkim potwierdzenie miłości, akceptacji, adoracji, bezpieczeństwa. Nie oznacza to jednak, że w kontaktach intymnych nie zależy nam na przyjemności. Wręcz przeciwnie. Chcemy przeżywać rozkosz i nie wstydzić się o tym mówić głośno. Anna Zych: Na co skarżą się kobiety, które przychodzą do pani, niezadowolone ze swojego życia seksualnego. Czego chcą? Jak według nich powinien wyglądać seks, by miały z niego satysfakcję?  dr Alicja Długołęcka: Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Przede wszystkim seks nie jest czymś wyizolowanym. W życiu łączymy go z różnymi potrzebami. Angażując się w relację seksualną, my, kobiety, bardzo często oczekujemy „czegoś jeszcze”. Np. tego, czego nam bardzo często brakuje: adoracji, zainteresowania, miłości, rozładowania napięcia. Liczymy na to, że poprzez seks w jakiś sposób to dostaniemy, poczujemy się pożądane i piękne. W zależności od tego, do jakiego stopnia ta potrzeba jest niezaspokojona w naszym życiu, czyli jak same siebie postrzegamy, jaki mamy poziom kompleksów, to będzie generowało nasze oczekiwania wobec relacji seksualnej.  Czyli jeśli mam kompleksy, źle się czuję w swojej skórze, to tak naprawdę mam mniejsze oczekiwania wobec partnera? Mniej oczekuję od seksu?  Chodzi mi o coś innego: jeśli będę nienawidziła cellulitu, swojego brzucha, ciała, to będę oczekiwała, że w relacji intymnej partner będzie mnie tak adorował, że te odczucia znikną. Po pierwsze jest to złudne, bo żaden partner tego nie zmieni. Co więcej, te oczekiwania będą generowały problemy seksualne, bo bardziej skupimy się na tym, żeby dostać adorację, uważność – coś, co określamy raczej jako miłość, niż przyjemność seksualną wynikającą z otwartości i zaufania. A...

Czytaj dalej
wielozadaniowość i stres
Getty Images

Sprzątamy, gotujemy, kupujemy, prasujemy a wieczorem – padamy. I się nie kochamy

„Niewiele osób wierzy, że o seks – tak jak o zdrowie, przyjaźń, aktywność fizyczną – trzeba dbać. Mam bardzo dużą grupę kobiet, które nazywam rozproszonymi. One często są „nieobecne” w czasie seksu, nawet jeśli spełniają potrzeby mężczyzny” – mówi dr Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna.
Krystyna Romanowska
21.10.2018

Czy kobieca wielozadaniowość przeszkadza w seksie? „Kobiety zadaniowe będą miały kłopot z tym, żeby spędzać leniwie czas z partnerem. Zwłaszcza jeżeli on chce, żeby wspólnie się poprzytulać, popieścić, poeksplorować. Taki wymóg jest zagrażający, jest wybiciem ze stanu nieustannej zadaniowości”– mówi dr Alicja Długołęcka, seksuolożka. Krystyna Romanowska: Czy to normalne, że kiedy partner pieści kobietę, ona myśli gorączkowo: „Trzeba jeszcze wywabić plamę na kieszeni, zrobić jutro zakupy. A, i mam jeszcze do przygotowania ważną prezentację”? O czym to świadczy? Dr Alicja Długołęcka: Jestem ostatnią osobą, która wartościowałaby, czy coś jest w seksie normalne, czy nie, poza przypadkami klinicznymi, oczywiście. Mogę za to powiedzieć, że istotne jest to, czy to danej osobie przeszkadza albo wręcz uniemożliwia aktywność seksualną. Niektórym kobietom ciągły natłok myśli i obowiązków przeszkadza w czerpaniu przyjemności z seksu. Nie chodzi nawet o orgazm. Nie mogą się podniecić i wczuć w  erotyczną atmosferę. Początek zaczyna się w głowie: kobieta jest nieobecna. Dużo problemów seksualnych wiąże się z nieumiejętnością poddania się przyjemności. Nie umiemy się poddać, oddać chwili, nie potrafimy jej sobie dać i z niej czerpać. To dotyczy również innych aktywności –  nie potrafimy się wtedy zachwycać prostymi rzeczami. Czasami jesteśmy tak „wewnętrznie nakręcone”, że kiedy idziemy na spacer, myślimy, ile mamy jeszcze rzeczy do zrobienia, i pielęgnujemy w sobie poczucie winy, że powinnyśmy robić coś bardziej pożytecznego. Umawiamy się z  koleżankami i myślimy, że zaniedbujemy dzieci. Nie dajemy sobie czasu na spokojne poczytanie książki albo wypicie herbaty i popatrzenie na drzewa. Ciągle jesteśmy gdzie...

Czytaj dalej