Agnieszka Stein: „Jak zapracować na zaufanie nastolatka?”
getty images
#czytajdlaprzyjemności

Agnieszka Stein: „Jak zapracować na zaufanie nastolatka?”

Zakazy i nakazy szkodzą wychowaniu.
Karolina Morelowska-Siluk
04.11.2018
Pragniemy, aby dzieci nam ufały, a my chcemy ufać im. To trudna sztuka, ale możliwa do opanowania. Obie strony uczą się jej od pierwszego wspólnego dnia. A nie, jak często myślimy, od momentu, kiedy dziecko wychodzi na pierwszą imprezę. Co robić, czego nie robić i jak naprawiać błędy popełniane po drodze –mówi psycholog Agnieszka Stein, psycholog, autorka m.in. książki „Dziecko z bliska idzie w świat”. Pracuje z dziećmi i rodzicami w warszawskim Ośrodku Polana.
 
Karolina Morelowska-Siluk: Co może zrobić rodzic, który zauważa, że jego 16-letnia córka ma jakiś problem, ale nie chce nic powiedzieć. Rozmawia przez Facebook z koleżankami, ale kiedy rodzice pytają, co się dzieje, milczy. Myślimy sobie wtedy: „Chyba nadszedł ten moment, pierwszy raz nie przyszła do mnie, córka już mi nie ufa”. Kiedy dziecko się rodzi, ufa nam w sposób naturalny. Czy to jest tak, że przychodzi czas, kiedy na to zaufanie musimy zacząć pracować od nowa?
Agnieszka Stein: Na zaufanie dziecka pracujemy cały czas, każdego dnia. Ale kiedy ono ma 16 lat, to powodem, dla którego nie mówi o czymś rodzicom, nie musi być to, że im już nie ufa, tylko może po prostu zaczyna traktować pewne obszary jako swoją prywatną sferę. I tyle.
 
Oczywiście, ale są sytuacje, w których pomoc, rada rówieśników nie wystarczą, aby rozwiązać problem. Potrzebna jest pomoc dorosłego, ale wcześniej ten dorosły musi dowiedzieć się, co się dzieje.
Człowiek w pewnym wieku, kiedy czuje się już dorosły, a to właśnie ten etap, potrzebuje – i to bardzo dobrze – doświadczyć i zwyczajnie sprawdzić, z którymi sytuacjami da sobie radę sam, a z którymi nie. Rodzic musi wiedzieć, że w pewnym momencie pójście do mamy czy taty nie jest już naturalnym kierunkiem, bo kojarzy się dorastającemu człowiekowi z byciem dzieckiem. A tego nie chce. I dodam, aby otrzeć łzy zdesperowanym rodzicom, że jest to dobry znak.
 
Ale nadal jesteśmy w punkcie wyjścia, bo wciąż nic nie wiemy. Powiedziała pani, że na zaufanie dziecka pracujemy cały czas. Zapytam wprost: jak postępować, żeby jednak przyszło do nas, jeśli nie poradzi sobie samo lub nie pomoże mu kolega czy koleżanka?
Z punktu widzenia dziecka jest to czysta kalkulacja – i nie jest to pejoratywne określenie. Dziecko po prostu uczy się każdego dnia, czy opłaca mu się ufać rodzicom.
 
To znaczy?
Koduje w sobie reakcje mamy i taty na to, z czym się do nich zwraca. Jeśli dziecko przychodzi do mnie i z czegoś się zwierza, coś komunikuje, może dostać ode mnie albo wsparcie i pomoc, albo – i tu wachlarz jest szeroki – negatywną odpowiedź.
 
No tak, ale ta odpowiedź może być negatywna z jego punktu widzenia. Przecież małe dziecko nie zawsze wie, co jest dla niego najlepsze. I tu chyba jest właśnie rola rodzica, aby nie mówić wyłącznie tego, co ono chce usłyszeć.
To prawda. I tu jest trudna sztuka umiejętności ważenia między tym, czy zareagujemy w sposób, który uważamy za najlepszy dla dziecka, niezależnie od tego, co ono o tym myśli, a tym, że następnym razem do nas nie przyjdzie, będzie coś ukrywać.
 
W jaki sposób ważyć? Przecież każdy normalny rodzic chce, aby dziecko mu się zwierzyło następnym razem z kłopotu.
Rodzice często postępują według różnych schematów. Jest ich przynajmniej kilka. Oceniają i krytykują na „dzień dobry”, wyznaczają karę czy też przekazują to, co usłyszeli od dziecka komuś innemu, choć umowa z dzieckiem była taka, że tego nie zrobią. Rodzice „lubią” także powiedzieć, jak bardzo się martwią: „Dostanę przez ciebie zawału”. Tymi wszystkimi reakcjami pracujemy sobie na to, aby nic o dziecku więcej się nie dowiedzieć.
 
A jaką reakcją zapracujemy sobie w takim razie na inny efekt?
Pierwsza rzecz to nasze założenie, że za tym, co robi dziecko, stoją dobre intencje. Druga rzecz to docenienie: mimo że coś mu nie wyszło, przyszło z tym do nas i prosi o pomoc. Taka postawa rodzica otwiera rozmowę, nie zamyka jej. Dziecko nie myśli sobie: „Po co im powiedziałem?”.
 
Myślę sobie, że to ważenie, o którym pani wspomniała, może być też pułapką dla rodzica. Są rodzice, którzy nie mówią swoim dzieciom, co naprawdę myślą o ich zachowaniu właśnie dlatego, że bardzo boją się, że ich szczerość zaowocuje utratą zaufania.
Tu przede wszystkim trzeba zatrzymać się na określeniu „co naprawdę myślę”. Bo ludzie myślą różne rzeczy. U jednego rodzica pod tym określeniem kryje się: „Tylko głupek robi coś takiego”, a u drugiego rodzica: „Nic dobrego dla ciebie z tego nie wyniknie”. Jeśli mama myśli: „Nic dobrego dla ciebie z tego nie wyniknie”, to trzeba wiedzieć, że to jest jej ocena. Tymczasem w rozmowie z dzieckiem warto zaczynać nie od własnych poglądów, ale od próby zrozumienia, co sprawiało, że moje dziecko postąpiło w dany sposób.
I naprawdę często dzieje się tak, że kiedy rodzic poświęci trochę więcej czasu, zobaczy elementy tej sytuacji, których wcześniej w ogóle nie brał pod uwagę. Druga rzecz jest taka, że nasze dzieci bardzo często wiedzą, co myślimy, nie trzeba im powtarzać tego sto razy. My, dorośli, też tak mamy, że różne rzeczy wiemy, ale niekoniecznie dokładnie zgodnie z nimi postępujemy. Więc dlaczego nie chcemy dać prawa do tej samej niedoskonałości naszym dzieciom?
 
Konkretna sytuacja: córka w piątek idzie na imprezę. W sobotę nie czuje się najlepiej i zwierza się rodzicom, że napiła się alkoholu. Wiadomo, że to nie jest dla niej dobre, to raczej obiektywna ocena, ale jednak córka była szczera. Jak postąpić?
Wyobrażam sobie, że mówi pani: „Teraz już wiesz, jak się czujesz, co ty na to, co myślisz o swoim zachowaniu?”. Ale dodam od razu, że boję się takiego rodzicielstwa reakcyjnego – dziecko coś zrobiło, więc rodzic wytacza armaty. Myślę, że to, co dziecko wie na temat alkoholu, to wypadkowa nastu lat wychowania.
 
Bo w jedno sobotnie popołudnie, kiedy rodzice są wkurzeni, obie strony wystraszone, nie da się załatwić problemu.
I trzeba pamiętać, że nasza ostra reakcja nie spowoduje raczej, że córka nie spróbuje więcej alkoholu, ale raczej, że po prostu nam o tym nie powie. Aby więcej po niego w najbliższym czasie nie sięgnęła, to musi być jej świadoma decyzja, a nie odgórny zakaz.
 
Lubimy je wydawać.
Lubimy je wydawać i w ogóle lubimy wiedzieć najlepiej. Mamy w głowie dużo różnych sposobów mówienia do ludzi, takich schematów, z których absolutnie nie wynika, że szanujemy czyjeś odmienne zdanie. Nad tym, nad sobą trzeba popracować. Bo jestem pewna, że w dobrej relacji nawet te trudne, niezbyt miłe rzeczy da się powiedzieć z szacunkiem dla drugiej osoby, pozostawiając jej przestrzeń na autonomię. Oczywiście to nie jest łatwa rzecz. Tymczasem rodzice bardzo często czują się złapani w pułapkę: albo będę miły, albo będę szczery. Zapewniam, że jedno drugiego nie musi wykluczać.
 
Co zrobić, aby po swoim błędzie rodzic odzyskał zaufanie?
Nie ma rodzica, który zawiódł zaufanie swojego dziecka tylko raz. Dzieci wybaczają wiele razy. Co zrobić? Zauważyć, że zdarzyło się coś niefajnego. Po prostu. I powiedzieć o tym dziecku. Tego wymaga szacunek dla drugiego człowieka. Dziecku należy się on tak samo, jak każdemu dorosłemu. Dziecko musi poczuć, że stoimy po jego stronie, a nasza reakcja wypływała na przykład z nieokiełznanych w porę emocji. Wtedy wybaczy.
 
Rozmawiamy o tym, co zrobić, aby dziecko nam ufało, ale przychodzi taki moment, kiedy to my musimy mieć zaufanie do niego. Ono zaczyna wychodzić z domu, a my musimy mu zaufać...
Moment, kiedy chcemy ufać swojemu dziecku bądź nie, to wcale nie czas, kiedy ono zaczyna wychodzić z domu, ale to dzień, w którym się rodzi. Wierzymy, że jeśli płacze, to nie dlatego, że chce nami manipulować, ale dlatego, że jest głodne, że coś je boli. Ufamy mu. I tego uczymy się od samego początku – aby dziecku wierzyć.
 
Ale pewnie łatwiej jest ufać, kiedy dziecko jest malutkie i w pełni od nas zależne, a problem zaufania pojawia się, kiedy za naszym dzieckiem w piątek wieczorem zamykają się drzwi... Jesteśmy sparaliżowani.
Zaufanie wiąże się zawsze z ryzykiem. Jest różnica między zaufaniem a wiedzą. A rodzice czasem mylą te pojęcia: będę mu ufał, jak będzie robił, co mówię, a ja będę o tym wiedział. To nie jest zaufanie. To jedno. Druga rzecz: zaufanie można mieć bądź nie mieć do różnych obszarów. Można mieć zaufanie do kompetencji swojego dziecka (czyli do tego, że umie sobie poradzić z danym wyzwaniem, że umie rozpoznawać swoje potrzeby), do intencji dziecka (czyli do tego, że nie tylko mnie, ale jemu też zależy na własnym dobru), w końcu można mieć zaufanie do rezultatu działania naszego dziecka (czyli do tego, że mu się coś uda). Dzieci się uczą, więc ten trzeci rodzaj zaufania może być najczęściej „zawiedziony”. Uczą się, więc nie wszystko im wychodzi. To naturalne.
 
A taki najzwyklejszy strach o dziecko, co z nim zrobić? Przecież to naturalne, że bardzo boję się o najważniejszego dla mnie człowieka.
Jeśli strach dotyczy nastolatka, to powiem dość ostro: albo znam moje dziecko i ufam, że dokona mądrych wyborów, albo nie znam. I w tym wieku już niewiele mogę z tym zrobić.
 
Ale i tak się martwię.
To jest pani problem. Bo nie zadbała pani o relację ze swoim dzieckiem odpowiednio wcześniej. To jest pani odpowiedzialność. I pani stres. Dziecko nie ma z tym nic wspólnego. Zresztą to sprawa rodziców, że się martwią. Sami muszą się z tym poukładać. Boję się, kiedy moje dziecko wchodzi na drzewo, bo może z niego spaść, ale to absolutnie nie jest powód, żeby dziecko nie wchodziło na drzewa. Powiedzmy to sobie jasno. Kiedy mam poczucie, że nie mam kontaktu z dzieckiem i że mało o nim wiem, mogę próbować odbudować tę relację. Ale żeby to się udało, trzeba wiele zaangażowania i, co ważne, akceptacji faktu, że teraz to od dziecka zależy, czy wpuści mnie do swojego świata z powrotem.
 
Rodzice często mówią tak: ufam mojej córce, ale nie ufam innym osobom, które będą na tej imprezie.
Rodzic musi zdać sobie sprawę, że to znowu, poza sytuacjami przemocowymi, w gruncie rzeczy jest kwestia zaufania głównie do własnego dziecka.
 
Rozumiem, że mój strach, że córka złamie sobie nogę, wchodząc na drzewo, nie oznacza, że ma na drzewo nie wchodzić. Ale czy to, że się boję, że moja córka upije się na imprezie, znaczy, że nie ma się napić?
Znaczy, że nie ma nie iść na imprezę. Pani już swoje zrobiła. I trzeba zadać sobie pytania: „Czy ufam jej
intencjom?”. To znaczy, kiedy kolega zaproponuje jej seks, to ona będzie wiedziała, czego chce i jak o siebie zadbać. Czy ufam jej kompetencjom? To znaczy, jeśli ktoś poda jej do picia przezroczysty płyn, czy będzie wiedziała, że to wódka? Albo kiedy w klubie ktoś poda jej jakiś napój w szklance, a nie przy niej otworzy puszkę, to czy będzie wiedziała, że może być tam pigułka gwałtu?
Naszym zadaniem jest wyposażenie młodego człowieka w wiedzę adekwatną do sytuacji i w umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach. To profilaktyka, potem możemy mu już tylko i aż zaufać! A ze swoim strachem musimy uporać się sami. Mamy problem z zaufaniem swoim dzieciom także dlatego, że często sami sobie nie ufamy. Nie rozumiemy, dlaczego sami coś zrobiliśmy. Nie do końca jesteśmy pewni, czy potrafimy rozpoznać, co nam służy, a co nie. Może na tym polu też warto podziałać...
 
Rozmowa z Agnieszką Stein ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2017
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG