Zofia Nasierowska i Janusz Majewski. Playboy i szara myszka
Zofia Nasierowska i Janusz Majewski/ East News

Zofia Nasierowska i Janusz Majewski. Playboy i szara myszka

Gdy jako studentka Zofia Nasierowska robiła z koleżanką listę kawalerów do wzięcia, Janusza Majewskiego z miejsca skreśliły jako zarozumialca i podrywacza.
Anna Zaleska
24.02.2021

„Lew z Bykiem to najgorsza prognoza dla partnerów. Na szczęście w przepowiedniach wyczytałam, że jeśli związek zostanie zawarty jesienią, może być udany”, żartowała Zofia Nasierowska. Z drugiej strony dobrze rokowało to, że Janusz Majewski „był solidny, nie narzekał, nie wtrącał się, dbał o siebie, lubił dobrze zjeść, a mężczyźni ceniący dobrą kuchnię i uwielbiający słodycze mają łagodny charakter”. Takie myśli przychodziły jej do głowy, kiedy w 1960 roku miała stanąć przed ołtarzem. Jej babcia miała inne obawy: „A spałaś z nim?”, zapytała. „Bo wiesz, to ważna sprawa, trzeba teraz spróbować, nie wiadomo, jak się później ułoży…”

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Panienka z dobrego domu

Zofia Nasierowska była studentką wydziału operatorskiego łódzkiej Filmówki, gdy kiedyś dla żartu postanowiły z koleżanką zrobić listę kawalerów do wzięcia. Janusza Majewskiego od razu skreśliły jako zarozumialca i podrywacza. Był jednym z tych, na których owszem, zwracało się uwagę. Przystojny. Poważny. Świetnie ubrany. Studentki kochały się w nim na zabój. Ale z drugiej strony szpaner. Lubił się popisywać a to dobrze skrojonym płaszczem, a to okularami przeciwsłonecznymi, a to czerwonymi skarpetkami kupionymi w Paryżu. I co chwila widywało się go z inną dziewczyną.

Zofia, przeciwnie, nie lubiła się wyróżniać. Wśród ekstrawagancko ubranych koleżanek z artystycznych kręgów ona nosiła się raczej tradycyjnie. Skromne sukienki z niewielkim dekoltem. „Przypominałam szarą mysz”, mówiła o sobie po latach. Janusz Majewski przyznawał, że koledzy traktowali ją jak smarkulę, pensjonarkę. Roman Polański –  jak cnotliwą mieszczkę. „Mama dawała mi porady: jak mam się zachować, nie spoufalać z chłopcami, być panienką z tzw. dobrego domu. O dziewiątej piętnaście wieczorem musiałam wracać do mieszkania, do kontrolujących mnie starszych pań”, wspominała Nasierowska

Ale z czasem, przebywając w artystycznym towarzystwie, zaczęła się zmieniać, nabierać luzu. Chodzić do modnej kawiarni Honoratka, inaczej się ubierać. W tym, by zaimponować innym i wyróżnić się, co było wręcz obowiązkiem studentów Filmówki, pomógł piękny, biało-niebieski skuter lambretta. Ówczesny przedmiot pożądania. Zofia dostała go w prezencie od ojca, właściciela świetnie prosperującego zakładu fotograficznego. Teraz mogła zadawać szyku na ulicach Łodzi, a Janusz Majewski chętnie się do niej przysiadał. Bardziej zbliżyli się do siebie podczas studenckiej wycieczki do Paryża. Gdy po powrocie Zofia oglądała z ojcem zdjęcia, które zrobiła podczas wyjazdu, zagadnął: „Co to za chłopiec? Często go fotografujesz…”.

Jak zjednać sobie przyszłego teścia

W Paryżu coś między nimi zaiskrzyło, choć Janusz Majewski przyznawał potem: „Pewnie miałem wobec Zosi niecne zamiary, jak wobec kolejnej zdobyczy, ale rozwinęło się inaczej”. Zosia była inna, nie można jej było po prostu zaliczyć i zapomnieć. Miała zresztą duże powodzenie wśród kolegów, na co niespecjalnie zwracała uwagę. W jej życiu na pierwszym miejscu zawsze była fotografia. Już na studiach odnosiła sukcesy. Zaczęło się od zdjęcia Lucyny Winnickiej, zrobionego na okładkę tygodnika „Ekran”. Potem przed jej obiektywem stawały największe gwiazdy tamtych czasów: Jadwiga Barańska, Lidia Korsakówna, Beata Tyszkiewicz, Irena Kwiatkowska, Kalina Jędrusik… Zaczynała się wielka moda na Nasierowską. Była tak rozchwytywana, że ledwo udało jej się skończyć studia.

Gdy zaczęli się z Januszem Majewskim pokazywać razem, para, o której mówiono: playboy i szara myszka, początkowo budziła zdziwienie. Ale ona w tym związku rozkwitała, nabierała pewności siebie, a on – dojrzewał. „Kiedy go bliżej poznałam, odkryłam nowego człowieka (…) tamten nonszalancki kolega okazał się dojrzałym mężczyzną, był przecież siedem lat starszy ode mnie, o poważnym podejściu do życia, delikatnym, ze szczególnym poczuciem humoru… Pozerstwem pokrywał nieśmiałość. Po raz pierwszy prawdziwie się zakochałam”, wspominała.

Rodzice byli tak zaniepokojeni tym związkiem, że gdy zakochani wybrali się razem nad morze – udając, że jadą większą grupą – ojciec udał się tam na inspekcję. Nad ranem dotarł do Krynicy Morskiej. Szczęśliwie Janusz wybrał się akurat po bułki na śniadanie, a Zosia – widząc, co się dzieje – szybko posprzątała swój pokój, usuwając ślady obecności mężczyzny.

Przyszłego teścia narzeczony córki przekonał do siebie na trzy sposoby: tym, że miał głowę do interesów i podczas wycieczek szkolnych za granicę wiedział, co kupić i co sprzedać; tym, że był szczęściarzem, bo kiedyś znalazł na ulicy pierścionek z diamentem wart tyle, że po jego sprzedaży przez kilka miesięcy można było nie martwić się o pieniądze; wreszcie tym, że dał w zęby facetowi, który na Piotrkowskiej w ordynarny sposób zaczepiał Zosię.

Ślub, czyli „jeszcze się zastanów”

O ich ślubie – najpierw cywilnym – jesienią 1960 roku donosiło „Życie Warszawy”: „Oto stanęli na ślubnym kobiercu znana i uznana wielkość naszej fotografii Zofia Nasierowska i Janusz Majewski – reżyser wielokrotnie nagradzanego Ronda”. Uroczystość kościelna odbyła się w ostatni dzień roku, wesele w noc sylwestrową. Ponieważ mama Zofii nie uznawała ślubu cywilnego, przez te miesiące małżonkowie mieszkali jeszcze osobno. Ojciec tak bardzo nie chciał rozstawać się z ukochaną córką, że jeszcze przed wejściem do kościoła św. Anny na Krakowskim Przedmieściu szeptał do ubranej w białą suknię Zosi: „Jeszcze się zastanów, jeszcze masz czas”…

Po ślubie oboje wpadli w wir pracy – on tworzył kolejne filmy dokumentalne, ona – kolejne portrety. Każda kobieta chciała być sfotografowana przez Nasierowską. Mówiło się, że jej zdjęcia działają terapeutycznie. Z każdej dziewczyny wydobywają niezwykłe piękno, tajemnicę i głębię. Mieć zdjęcie od Nasierowskiej – o tym marzyły kobiety w całej Polsce. Janusz Majewski początkowo jako reżyser skromnych filmów krótkometrażowych był mężem swojej żony. Nie dorównywał jej ani dorobkiem zawodowym, ani sławą, ani zarobkami. Pierwszym dużym sukcesem był film „Sublokator” z 1966 roku z Janem Machulskim w roli głównej. Potem przyszły kolejne: „Zazdrość i medycyna”, „Zaklęte rewiry”, „C.K. Dezerterzy” i wiele, wiele innych.

Spokój, ciasto w piekarniku, dobra zupa, miłość

Pierwsze mieszkanie kupili młodym małżonkom rodzice Zofii. Trzy pokoje w Warszawie na Tamce to był luksus. W mieszkaniu Zofia urządziła studio fotograficzne, w którym pozowały największe gwiazdy i osobowości tamtych czasów, odbywały się też sesje mody. Bardzo dużo pracowała. Janusz Majewski wiedział, że aparat fotograficzny zawsze będzie jego najpoważniejszym rywalem.

Mieszkanie na Tamce stało się miejscem spotkań towarzyskich. Wszyscy tam bywali, świetnie się czuli, doskonale jedli – bo Zofia zawsze też znakomicie gotowała. Cztery lata po ślubie zdecydowali się na pierwsze dziecko, urodziła się córka Anna Klara. Dwa lata później przyszedł na świat syn Paweł. W mieszkaniu robiło się ciasno, hałas też stawał się coraz bardziej uciążliwy. Pojawiła się możliwość zbudowania segmentu na Żoliborzu. Tam znów stworzyli wyjątkowy dom, który stał się miejscem spotkań dla ogromnego grona przyjaciół.

Goście podziwiali, że Zofia – zawsze tak zapracowana – potrafi stworzyć tak ciepłą, domową atmosferę. Maria Gładkowska stwierdziła kiedyś: „Zosia i dom to jedno. To nie sprawa wnętrza, to spokój, ciasto w piekarniku, dobra zupa, miłość…” Na dole żoliborskiego segmentu stworzyła atelier, przez które przewijały się dziesiątki ciekawych, twórczych ludzi. Janusz Majewski pracował nad kolejnymi filmami i spektaklami teatralnymi. Ale w pewnym momencie oboje poczuli, że to wciąż nie jest miejsce, w którym chcieliby na zawsze zapuścić korzenie.

Raj na Mazurach

Zofia była zmęczona miastem, marzyła o domu na wsi, spokoju i ciszy. Po 35 latach pracy problemy ze wzrokiem uniemożliwiły jej robienie zdjęć. Początkowo to ją załamało, potem pomyślała, że zajmie się malowaniem, gotowaniem i pieczeniem ciasteczek dla wnuków. Potrzebowali tylko spokojnego zakątka. Swój raj znaleźli na początku lat 90. w miejscowości Laśmiady koło Ełku wśród jezior, wzgórz i łąk. Dwa lata zajęła przebudowa niewielkiego domu na spory dwór. Na tyle duży, by pomieścić coraz liczniejszą rodzinę i znajomych.

Zastanawiając się, z czego będą tam żyć, najpierw pomyśleli o hodowaniu kóz i produkcji serów. Pierwsze zwierzęta przyjechały od Katarzyny Gaertner, która w swoim siedlisku na Kielecczyźnie miała ponad 50 sztuk. Sąsiad przywiózł kozy maluchem. „Dwie małe na tylnym siedzeniu i cap z przodu przypięty pasami”, opowiadała Zofia Nasierowska. Potem pojawił się pomysł prowadzenia pensjonatu. Tak powstało Siedlisko Morena, gdzie zapragnęli wskrzesić ducha dawnego polskiego dworu.

Zofia bardzo zaangażowała się w życie lokalnej społeczności, organizując aukcje charytatywne czy powołując razem z Alicją Wahl Fundację Pomocy Niepełnosprawnym Dzieciom. Sadzili drzewa i krzewy. Zajmowali się warzywnikiem. Robili przetwory. A przede wszystkim przyjmowali licznych gości. „Dziękuję jak można gorąco za serce, które bije tutaj dla każdego gościa. Więc tak można żyć, ale my wszyscy o tym zapomnieliśmy”‚ pisała Stanisława Celińska. „Pani Zosiu, to miejsce jest jak z bajki (…)” – dziękował Janusz Kamiński. „Jeszcze nie wyjechałam, a już tęsknię”, to słowa Gabrieli Kownackiej. „Żyjecie na wolności wśród warzyw, jezior i lasów”, notował Andrzej Wajda. Gdy goście wyjeżdżali, małżonkowie lubili siadać we dwoje na tarasie, pić wino i mówić, jaki to był dobry pomysł, że się tam przenieśli.

Zofia Nasierowska i Janusz Majewski / Fot. Zenon Zyburtowicz (East News)

Ich wspólne, piękne życie zakończyło się 3 października 2011 roku. Tego dnia Zofia Nasierowska zmarła po ciężkiej chorobie, z którą zmagała się przez dwa lata. Janusz Majewski pytany przez Zofię Turowską o receptę na udane małżeństwo, mówił, że z czasem bliskość staje się bardziej naturalna niż na początku bycia razem, kiedy ludzie są jeszcze sobie obcy, po prostu się spotkali i jest im dobrze ze sobą. Przeżyli we dwoje ponad 50 lat.

***

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Zofii Turowskiej „Nasierowska. Fotobiografia”, Marginesy, Piaseczno 2009

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
irena boy
Fot. Foka/Forum

Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński. Kochali się i wspólnie walczyli z piekłem kobiet 

„I oto w najmniej odpowiedniej chwili, jak na złość, dopadła mnie miłość, i to taka ostateczna, pisała Irena Krzywicka. Tadeusza Boya-Żeleńskiego poznała cztery lata po ślubie, w czwartym miesiącu ciąży.
Magdalena Żakowska
09.11.2020

Krzywicka miała męża, a Boy żonę, i choć nigdy się nie rozwiedli, nigdy też nie zrezygnowali z siebie. Oboje byli niezwykli. Ona, propagatorka świadomego macierzyństwa, antykoncepcji i legalnej aborcji, w przedwojennej Polsce uchodziła w wielu środowiskach za skandalistkę. Zresztą może dzisiaj byłoby podobnie. Jej teksty o zmierzchu męskiej cywilizacji, o tym że kobiety powinny przestać się wstydzić i wiedzieć, czego żądać, brzmią nadal aktualnie . Apelowała m.in. do posłanek, by wsparły walkę o prawa kobiet. „Zdawałoby się, że kiedy już siedzą w Sejmie, mogłyby się odezwać w tej sprawie” – pisała. On, wybitny pisarz i tłumacz, ale z zawodu lekarz – wspierał ją z pełnym przekonaniem. W głośnym zbiorze felietonów „Piekło kobiet” z 1930 roku ,  wzywał, by nie karać kobiet za aborcję, przestrzegał, że nawet najsurowsze prawo będzie obchodzone, bo „życie zawsze było silniejsze od ustaw i sankcji karnych", zwracał uwagę na nierówności społeczne, sytuację biednych kobiet, dla których aborcja była często nieosiągalna. Przede wszystkim jednak Krzywicka i Boy to była wielka para międzywojennej Polski. Związki otwarte na oścież Wiedziała, że Boy zginął, na długo przed telefonem od Słonimskiego. Moment, w którym został rozstrzelany przez hitlerowców, czuła w całym ciele. Kiedy podnosiła słuchawkę, była już spokojna, spodziewała się tej wiadomości od kilku dni. Była jesień 1941 roku. Słonimski zadzwonił do niej na prośbę Zofii Boy-Żeleńskiej, żony Tadeusza. Spotkały się tego samego dnia. Chociaż Krzywicka, Żydówka na fałszywych papierach, wychodziła już wtedy z domu bardzo rzadko, tego dnia wyszła. W tramwaju bała się podnieść wzrok, czuła, że wszyscy oceniają jej ciemną karnację, nos, rysy. Szybkim krokiem...

Czytaj dalej
Chylak bags kampania na Dzień Matki 2020 celebrating motherhood
fot. Stanisław Boniecki

Kup torebkę Chylak, wesprzyj Instytut Matki i Dziecka!

O it bag od Chylak marzysz od dawna? Teraz cały dochód ze sprzedaży ośmiu modeli, zostanie przekazany na Instytut Matki i Dziecka. Zrób sobie stylowy prezent na... Dzień Dziecka!
Zuzanna Szustakiewicz
29.05.2020

Nic tak nie poprawia nam nastroju, jak kupno nowej pary butów lub torebki. Często jednak po zakupach cichutki głosik w naszej głowie pyta: czy będziesz to nosić dłużej niż jeden sezon i czy na pewno tego potrzebujesz. W przypadku ponadczasowych torebek ze złotym tłoczeniem „Chylak. Made in Poland” odpowiedź na oba te pytania brzmi tak. Zawsze! Teraz jest dodatkowy argument przemawiający za kupnem jednego z ośmiu wybranych modeli od Zosi, bo ich zakup to bezpośrednie wparcie dla Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.   Chylak solidarnie z mamami i dziećmi   Na stronie marki czytamy „Ostatnie tygodnie pokazały nam, ile można zdziałać razem i jak ważne jest poczucie wspólnoty. Chcemy być razem i pomagać razem. Możemy to robić dzięki Wam. Marka Chylak została stworzona dla kobiet przez kobiety. Chcemy okazać solidarność z rodzicami walczącymi o zdrowie swoich dzieci. Poczucie bezpieczeństwa jest szczególnie istotne w miejscu, w którym leczą się najmłodsi pacjenci, dlatego wspieramy instytucję wyjątkowo bliską naszemu sercu – Instytut Matki i Dziecka w Warszawie. Mamy nadzieję, że dzięki naszej akcji dzieci, ich rodzice i personel szpitala będą mogli poczuć się bezpieczniej i skupić na walce o zdrowie. Bądźmy razem i pomagajmy razem”. Cały dochód ze sprzedaży 8 modeli, wśród których znalazły się 3 kultowe modele marki „Półksiężyc” oraz 3 najmodniejsze w tym sezonie torebki — kubełki , trafi do Instytutu Matki i Dziecka. Akcja trwa  do niedzieli 31 maja . Warto się pośpieszyć, by później nie żałować!   Kampania Celebrating Motherhood   Kampanię towarzyszącą akcje sfotografował Stanisław Boniecki . O ile poprzednie kampanie dla marki Chylak fotografował na ulicach Nowego Jorku, Paryża i Londynu, a ostatnią w willi...

Czytaj dalej
Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel
Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel. Fot. Kuba Dąbrowski

Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński o nowej książce, permanentnej okupacji Polski i rocznicy ślubu 

Co konserwatywna profesorowa Szczupaczyńska powiedziałaby na Strajk Kobiet? Publicznie kręciłaby głową na „nieprzystojne zachowanie pań”, ale w głębi duszy wiedziałaby, że mają rację – mówią twórcy serii kryminałów o polskiej Pannie Marple
Magdalena Żakowska
24.11.2020

Minęło dokładnie 120 lat od najsłynniejszego mezaliansu minionego stulecia – ślubu krakowskiego poety Lucjana Rydla z chłopką Jadwigą Mikołajczykówną. Wbrew przewidywaniom opinii publicznej i rodziny pana młodego, małżeństwo Rydlów było bardzo udane. Świadkiem na ich ślubie był Stanisław Wyspiański, a wesele przyjaciół opisał później w słynnym dramacie. Teraz Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński wprosili na ślub i wesele do Rydlów swoją profesorową Szczupaczyńską , główną bohaterkę  serii kryminalnej, którą piszą wspólnie pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa. Właśnie ukazał się trzeci tom cyklu, „Złoty róg” (Wydawnictwo Znak Literanova), w którym Zofia Szczupaczyńska tropi sensacje na weselu w Bronowicach, a przy okazji wpada na trop mordercy.  Magda Żakowska: W poprzednich tomach pokazaliście Kraków, jako miasto zafascynowane rytuałem pogrzebu, teraz ślubem. Ale czy ślub Lucjana Rydla naprawdę budził aż takie zainteresowanie, jak w waszej książce? Piotr Tarczyński: O tak, ówczesny Kraków ekscytował się absolutnie wszystkim – niewiele się w mieście działo, więc każda znaczniejsza uroczystość, czy to pogrzeb kogoś znanego, czy to ślub, urastało do rangi prawdziwego wydarzenia. A Lucjan Rydel, syn rektora uniwersytetu i młody poeta, po pierwsze był w Krakowie dość rozpoznawalną postacią, a po drugie sam umiejętnie podsycał zainteresowanie, utrzymując datę uroczystości do końca w tajemnicy. No i nie zapominajmy o wymiarze klasowym. Ślub inteligentna z chłopką budził zrozumiałe – choć często niezdrowe – zaciekawienie… Jacek Dehnel: …które potem zresztą przeniosło się na zainteresowanie dramatem Wyspiańskiego. Część publiczności nie szła wcale na sztukę wybitnego pisarza, tylko chciała przynajmniej tak...

Czytaj dalej
krysia morgenstern
1960 rok. Krystyna Morgenstern na plaży Grand Hotelu w Sopocie. Fot. archiwum domowe

Krystyna i Janusz „Kuba” Morgenstern: Jak udomowić takiego kociaka?!

On był słynnym reżyserem Polskiej Szkoły Filmowej, a ona reżyserem życia. Krystyna i Janusz Morgersternowie uchodzili za małżeństwo idealne. I to w środowisku, w którym romanse były czymś zwyczajnym.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

Przeżyli razem ponad 50 szczęśliwych lat, aż do śmierci Janusza Morgensterna w 2011 roku. Byli jedną z najbardziej lubianych i uznawanych par w świecie filmu. Być zaproszonym do Morgensternów, oznaczało przyjęcie do warszawskiej elity.  Na przyjęciach  u Morgensternów bywali m.in. Adam Michnik, Roman Polański, Andrzej Wajda, Zuzanna Łapicka, Magda Umer. Poznali się jesienią 1959 roku. On miał 37 lat, ona dużo młodsza. Ale w tym pokoleniu wiek liczyło się inaczej. Wojna zabrała im młodość, więc odzyskiwali ją przez kolejne naście lat. Wieczne dzieciaki. Janusz – dla przyjaciół Kuba – był wesołym, pełnym życia mężczyzną, ale trzymał ludzi na dystans. Niewielu znało go dobrze. Wiadomo było, że w czasie wojny przeżył grozę. W getcie stracił całą rodzinę, został sam, kilkuletni chłopiec. Trochę opowiedział Tadeuszowi Konwickiemu, trochę Romanowi Polańskiemu, trochę Krysi, ale wszystkiego nigdy nikomu. Grunt, że kiedy powiedział jej, że nie chce mieć dzieci, zrozumiała dlaczego. Nie nalegała. Leśnik i lekarka Po wojnie Janusz Morgenstern zapisał się we Wrocławiu na studia rolnicze. Chciał zostać leśnikiem. Przyroda, las, ale przede wszystkim otwarte przestrzenie – chodziło o to, że już nigdy nie będzie zamknięty. Po roku studiów spotkał przypadkiem na ulicy kolegę z dawnych czasów, Kurta Webera (później znanego operatora, autora zdjęć do „Bazy ludzi umarłych” Petelskiego czy „Zaduszek” Konwickiego). Weber opowiedział mu o szkole filmowej w Łodzi. Na tyle zachęcająco, że Kuba z dnia na dzień rzucił studia rolnicze i pojechał na egzaminy do Łodzi. Dostał się bez problemu. W pokoju w akademiku miał Kutza, Bareję i jeszcze dwóch innych kolegów – spali na piętrowych łóżkach. W pokoju obok Andrzej Wajda. Nigdy mu o tym nie powiedzieli, ale...

Czytaj dalej