„On nie kochał żadnej z nas…”. Krystynę Prońko i Majkę Jeżowską rozdzieliła zazdrość
Majka Jeżowska i Krystyna Prońko na koncercie z okazji 40-lecia pracy artystycznej Majki Jeżowskiej, Opole, 2019. Fot. Tadeusz Wypych/REPORTER

„On nie kochał żadnej z nas…”. Krystynę Prońko i Majkę Jeżowską rozdzieliła zazdrość

Były przyjaciółkami, które podzieliła zazdrość o mężczyznę. Ile razy w życiu tak się zdarza! Ale Majka Jeżowska i Krystyna Prońko zaśpiewały o tym piosenkę „On nie kochał nigdy żadnej z nas”. Ich zemsta stała się przebojem.
Agnieszka Dajbor
26.02.2021

Pamiętacie komedię „Zmowa pierwszych żon”? Trzy sprytne rozwódki postanawiają puścić z torbami niewiernych mężów. Aktorki: Bette Midler, Diane Keaton i Goldie Hawn śpiewają tam wielki przebój „You don’t own me”: Nie jesteś moim właścicielem/Nie mówi mi, co mam robić/Nie mów mi, co mam mówić”.

Krystyna Prońko i Majka Jeżowska w Opolu w 1986 roku zaśpiewały bardziej lirycznie: „On nie kochał nigdy żadnej z nas”. Ale historia była podobna: odegranie się na niewiernym mężu i kochanku, pokazanie mu, że ich nie zniszczył. Bo są piękne i w świetnej formie, stoją razem na festiwalowej estradzie i śpiewają:

Przyjaciółko mego serca, wróć
on nie był wart
by przez niego niewidzialny mur
tak dzielił nas.

Nie było wtedy tabloidów ani internetu, ale i tak wszyscy wiedzieli, że chodzi o Janusza Komana, znanego kompozytora i cenionego aranżera. Byłego partnera Krystyny Prońko i byłego męża Majki Jeżowskiej. O tym trójkącie plotkowała cała Polska.  A piosenka stała się hitem.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Krystyna Prońko: głos jak bomba atomowa

Było tak: Krystyna Prońko poznała Janusza Komana w Baku (wtedy jeszcze Związek Radziecki). Był początek lat 70. Polscy artyści masowo wyjeżdżali w trasy koncertowe do ZSRR, niektóre trwały nawet po pół roku. Nie wszyscy byli tak popularni jak Maryla Rodowicz czy „Czerwone gitary”, których przeboje śpiewał cały stadion na Łużnikach w Moskwie. Ale Prońko doceniono. Jak wspomina wokalistka, z Januszem Komanem rozmawiali podczas tego wyjazdu o muzyce i najpierw zbliżyli się muzycznie, a potem osobiście.

Tu trzeba przyznać, że Koman bardzo pomógł w wykreowaniu Krystyny Prońko. Znalazł brzmienie, które świetnie podkreślało jej głos (jeden z wielbicieli napisał: „Pani Krystyna posturę miała niewielką, a głos jak bomba atomowa”). Wylansowali razem piosenki, które były świetne muzycznie, często z pogranicza jazzu i popu, a jednocześnie przebojowe. To m.in. „Niech moje serce kołysze Ciebie do snu”, „Deszcz w Cisnej”, i piękna, choć zapomniana „Modlitwa o miłość prawdziwą” („Kiedy ja siedzę w kinie, a on na tym filmie, dotyka jej ust, cała drżę…”).

Mówiła, ostrzegała, młoda Majka nie słuchała

Majka Jeżowska wchodzi do tej historii na przełomie lat 70. i 80., jako uczennica Krystyny Prońko w Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach. Dzieli je 13 lat, ale bardzo się lubią, a potem nawet przyjaźnią. Krystyna Prońko pomaga jej wejść w świat show-biznesu, dzieli się znajomościami. Jest świeżo po rozstaniu ze swoim partnerem Januszem Komanem, leczy rany, opowiada przyjaciółce o związku. Majka słucha zwierzeń, ale nie mówi, że sama niedawno… poznała Janusza Komana i zakochała się w nim, że chce z nim być.

To wersja oficjalna, w nieoficjalnej Majka Jeżowska odbija ukochanego przyjaciółce.

W gruncie rzeczy sytuacja, jakich w życiu niemało, co oczywiście niczego nie usprawiedliwia. Zawsze kogoś się w takim trójkącie traci, z reguły w gruzy idzie przyjaźń. Tu jednak było nieco inaczej. Gdy Krystyna Prońko dowiaduje się o romansie, jest zszokowana, próbuje zniechęcić Majkę Jeżowską do muzyka, odradza związek. Po wielu latach w rozmowie z „VIVA!” Majka Jeżowska wspomina: „Choć jej związek z Januszem nie istniał od dawna, postrzegałam jej zachowanie jako kobiecą zazdrość. Nie chciałam słuchać, że to nie jest facet dla mnie. (Ona) dobrze go znała i wiedziała, na co go stać”.

Ślub z brutalem, dziecko, mnóstwo kłopotów

Przyjaciółki więc rozstają się. W 1980 roku 20-letnia wtedy Majka Jeżowska wybiera Janusza Komana, bierze z nim ślub, na świat przychodzi ich dziecko, syn Wojtek (dziś producent i reżyser, który zresztą nosi nazwisko mamy – Wojciech Jeżowski). Powiedzieć, że w tym związku się nie układa, to nic nie powiedzieć. Po roku wspólnego życia Koman bije żonę tak, że ta ląduje w szpitalu z wylewem krwi do strun głosowych. Dramat dla kobiety i wokalistki, bo może od tego stracić głos. Koman uderzył ją w gardło. Krystyna Prońko na wieść o tym, że jej dawna przyjaciółka wylądowała w szpitalu, przełamuje się:

„Krysia zadzwoniła do szpitala, usłyszałam: »Majka, powiedz mi tylko, czy to ma coś wspólnego z Komanem?«. Gdy przytaknęłam, od razu przyjechała. To był powrót. Poczułam, jak spada mi z serca kamień. Zobaczyłam, że nasza relacja była na tyle silna, że żaden facet jej nie zmąci. Postanowiłyśmy sobie, że żaden facet nie stanie już między nami – mówiła Jeżowska w rozmowie z „VIVA!”.

Majka Jeżowska nie miała jeszcze wtedy statusu powszechnie uwielbianej ikony piosenek dla dzieci. Była trochę w stylu Cyndi Lauper, kolorowe ciuchy, czasem ekscentryczne, wyjęte jakby z różnych szaf. W rzeczywistości z nowojorskich second-handów, gdzie kupowało się wtedy kiecki na estradę za 10 dolarów. Nie wszyscy ją lubili, ale miała osobowość i potrafiła rozbujać każdą widownię, śpiewając jeden ze swoich przebojów: „Hulali po polu i pili kakao”.

„Majka, nagrajmy razem piosenkę”

Potem wyjechała do USA, wyszła tam po raz drugi za mąż, gdy przyjeżdżała do Polski wiele razy z mężem, kompozytorem Tomaszem Loganem. Nocowali wtedy u Prońko. Pewnego razu starsza wokalistka powiedziała: „Majka, nagrajmy razem piosenkę”. Jeżowska wspominała: „Tom miał już gotową melodię. U Krysi stało pianino i zaczęłam grać. Była zachwycona i zleciła koleżance napisanie tekstu. To był 1986 rok. Wywołałyśmy wtedy branżową sensację”.

Sam Janusz Koman, jeden z najzdolniejszych polskich muzyków tamtych lat, wyjechał do USA i niemal słuch po nim zaginął.

On teraz ma dom
o pięć tysięcy mil stąd
Na sercu nosi numer konta
klucze do Forda – śpiewały obie w piosence, która rzeczywiście wywołała sensację.

Najdziwniejsze jest to, że ich przyjaźń na dobre skończyła się dopiero po tamtym opolskim festiwalu, na którym razem wykonały tę piosenkę. Tak, jakby chciały coś wspólnie zrobić, a potem nie miały już wielkiej potrzeby kontaktu. Ponownie spotkały się dopiero w 2019 roku, gdy na festiwalu w Opolu znów razem wykonały tę piosenkę.

Jak potoczyły się ich losy? Majka Jeżowska wyszła po raz trzeci za mąż, nagrała wiele przebojów, w tym te najsłynniejsze „Na plaży fajnie jest”, „A ja wolę moją mamę , co ma oczy jak atrament”. Podobno przez wiele lat, gdy pojawiała się na koncercie fani, wołali: „Majka, śpiewaj mamę!”. Albo: „Atrament, atrament!”.  W zeszłym roku przeżywała ślub syna.

Krystyna Prońko dużo koncertowała, była też radną z ramienia PO w Warszawie. Uczyła śpiewu na Uniwersytecie w Lublinie. Znany dziennikarz muzyczny Piotr Metz mówił w 2006 roku,  że Prońko to wciąż głos z pierwszej piątki, czy nawet pierwszej trójki w Polsce. I że za mało było jej słychać. Teraz jest już na emeryturze.

Obie wybaczyły też Januszowi Komanowi. Dwa lata temu dla programu „Niedziela z… Krystyną Prońko” w TVP Kultura, nagrały filmik, w którym one śpiewają „On nie kochał nigdy żadnej z nas”, a Janusz Koman mówi, że kochał je obie. Majka Jeżowska zamieściła nawet zdjęcie całej trójki na Instagramie i napisała, że ta piosenka to w ogóle nie była o tym panu. A Krystyna Prońko mówiła, że to tylko legenda. Ale kto im w to uwierzy?

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Krystyna Kofta, feminizm
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka

„Szczęśliwym w małżeństwie się bywa”, mówi Krystyna Kofta i opowiada o tym, czym jest prawdziwa miłość, kiedy zaczyna się zdrada i dlaczego seks bez uczuć uważa za przereklamowany.
Magdalena Żakowska
15.06.2020

Jest jedną z najbardziej popularnych polskich pisarek, plastyczką i działaczką społeczną. Od wielu lat współpracuje z organizacjami zajmującymi się profilaktyką raka piersi, na którego sama chorowała. W zeszłym roku po czternastu latach Krystyna Kofta  zdecydowała się wznowić jedną ze swoich książek. Nie bez przyczyny. Dopisała do niej kilka ważnych rozdziałów. Rozdziałów w książce i w historii współczesnej. Tak powstała publikacja „Gdyby zamilkły kobiet. #Nigdy”.  Mimo formalnego  równouprawnienia  my, kobiety wciąż musimy o siebie walczyć. O równą płacę, za równą pracę, o prawo do decydowania o sobie i o swoim ciele. Jeszcze nigdy głos kobiet , głos nas wszystkich nie był tak ważny. Nie dajmy go sobie odebrać.  Magdalena Żakowska: Wznowiłaś książkę sprzed kilkunastu lat. Dlaczego teraz? Krystyna Kofta: Bo jest dziś potrzebna i wciąż aktualna. Książka „Gdyby zamilkły kobiety. #Nigdy” była w pierwotnej wersji o tym, dlaczego nie jesteśmy słuchane, mimo że nasz głos jest ważny. W nowym wydaniu uzupełniłam ją o kilka nowych rozdziałów, m.in. dotyczących konwencji antyprzemocowej, Czarnego Poniedziałku i akcji #MeToo. Kobiety nie zamilkną nigdy, a czasem muszą krzyczeć. I to jest właśnie ten moment. Krystyna Kofta o #MeToo Świat kobiet bardzo się zmienił przez te kilkanaście lat od pierwszego wydania? Na pewno pod względem obyczajowym. Kobiety bez problemu się dziś rozwodzą, nie piętnuje się singielek ani kobiet, które nie chcą mieć dzieci. Zawdzięczamy to w dużej mierze temu, że należymy do Europy. W nowej wersji książki znajduje się też moje #MeToo, które zdarzyło się lata temu i dziś już chyba nie mieści się w głowie.  Czy poczujesz się urażona, jeśli powiem, że...

Czytaj dalej
krysia morgenstern
1960 rok. Krystyna Morgenstern na plaży Grand Hotelu w Sopocie. Fot. archiwum domowe

Krystyna i Janusz „Kuba” Morgenstern: Jak udomowić takiego kociaka?!

On był słynnym reżyserem Polskiej Szkoły Filmowej, a ona reżyserem życia. Krystyna i Janusz Morgersternowie uchodzili za małżeństwo idealne. I to w środowisku, w którym romanse były czymś zwyczajnym.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

Przeżyli razem ponad 50 szczęśliwych lat, aż do śmierci Janusza Morgensterna w 2011 roku. Byli jedną z najbardziej lubianych i uznawanych par w świecie filmu. Być zaproszonym do Morgensternów, oznaczało przyjęcie do warszawskiej elity.  Na przyjęciach  u Morgensternów bywali m.in. Adam Michnik, Roman Polański, Andrzej Wajda, Zuzanna Łapicka, Magda Umer. Poznali się jesienią 1959 roku. On miał 37 lat, ona dużo młodsza. Ale w tym pokoleniu wiek liczyło się inaczej. Wojna zabrała im młodość, więc odzyskiwali ją przez kolejne naście lat. Wieczne dzieciaki. Janusz – dla przyjaciół Kuba – był wesołym, pełnym życia mężczyzną, ale trzymał ludzi na dystans. Niewielu znało go dobrze. Wiadomo było, że w czasie wojny przeżył grozę. W getcie stracił całą rodzinę, został sam, kilkuletni chłopiec. Trochę opowiedział Tadeuszowi Konwickiemu, trochę Romanowi Polańskiemu, trochę Krysi, ale wszystkiego nigdy nikomu. Grunt, że kiedy powiedział jej, że nie chce mieć dzieci, zrozumiała dlaczego. Nie nalegała. Leśnik i lekarka Po wojnie Janusz Morgenstern zapisał się we Wrocławiu na studia rolnicze. Chciał zostać leśnikiem. Przyroda, las, ale przede wszystkim otwarte przestrzenie – chodziło o to, że już nigdy nie będzie zamknięty. Po roku studiów spotkał przypadkiem na ulicy kolegę z dawnych czasów, Kurta Webera (później znanego operatora, autora zdjęć do „Bazy ludzi umarłych” Petelskiego czy „Zaduszek” Konwickiego). Weber opowiedział mu o szkole filmowej w Łodzi. Na tyle zachęcająco, że Kuba z dnia na dzień rzucił studia rolnicze i pojechał na egzaminy do Łodzi. Dostał się bez problemu. W pokoju w akademiku miał Kutza, Bareję i jeszcze dwóch innych kolegów – spali na piętrowych łóżkach. W pokoju obok Andrzej Wajda. Nigdy mu o tym nie powiedzieli, ale...

Czytaj dalej
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej
Maryla Rodowicz, Agnieszka Osiecka
East News

„Gdyby żyła, napiłybyśmy się winka” – Maryla Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką 

To Agnieszka Osiecka napisała dla niej największe hity: „Małgośkę”, „Niech żyje bal” albo „Sing sing”. Razem tworzyły, bawiły się, wyjeżdżały na wakacje. Ich przyjaźń trwała dziesięciolecia, aż do śmierci poetki.
Magdalena Felis
19.02.2020

Premiera serialu „Osiecka” o zmarłej 23 lata temu wspaniałej autorce piosenek została przesunięta na jesień. U nas już teraz opowieść Maryli Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką, wspólnej pracy, o bułgarskich niedźwiedziach i różowym szampanie, którym poetka witała ją na lotniskach. Magdalena Felis „Uroda Życia”: Grywała pani w tenisa z Osiecką? Maryla Rodowicz: Agnieszka nie była zainteresowana sportem, chociaż w młodości trenowała pływanie na Legii. Zdaje się, że to był pomysł jej ojca. A później, za nagrodę w Opolu w 1963 roku za zwycięską „Piosenkę o okularnikach”, kupiła motorówkę, właściwie to wystarczyło na pierwszą ratę. Łódka była dla szpanu! Chodziło o to, żeby ją mieć. To nie były moje czasy, ale wiem, że Agnieszka nazwała ją „Mr. Paganini” na cześć piosenki Elli Fitzgerald. Lubiła się pokazać? Kiedy miała ochotę, wkładała te swoje ekscentryczne kapelusze, ale generalnie nie przywiązywała wagi do wyglądu. Kiedyś spotkałyśmy się w Zakopanem, patrzę, a Agnieszka ma na sobie spodnie narciarskie jak z lat 50. I na moje zdziwienie powiedziała, że to właśnie są spodnie z lat 50. Mawiała, że nie interesuje się modą, a moda nie interesuje się nią. Kiedyś spotkałyśmy się w Nowym Jorku, Agnieszka zabrała mnie do Eli Czyżewskiej. To było romantyczne mieszkanie, z kominkiem i tarasem, przy którym rosło wielkie drzewo. Przez otwarte okno wpadały do pokoju liście. Siedzimy w tym pokoju, a Ela mówi nagle: „Boże, jakie ty masz okropne ciuchy! Rozbieraj się!”. I wrzuciła je do tego kominka.  Wakacje w Bułgarii i „Apetyt na czereśnie” Ale pani miała wtedy chyba najlepsze ciuchy w Warszawie! Agnieszka lubiła grzebać w pani szafie?...

Czytaj dalej