Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”
Albert Zawada

Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Zbigniew Wodecki – wielki artysta, pełen uroku mężczyzna, wspaniały przyjaciel. „Był to człowiek nieskazitelny. Był przyjacielem wszystkich”, mówił o nim Krzysztof Materna. 22 maja mija trzecia rocznica śmierci artysty.
Anna Zaleska
22.05.2020

Maj był zawsze jego ulubionym miesiącem. Cieszył się słońcem, spacerami, spotkaniami, jazdą z otwartym oknem w aucie. W maju najłatwiej kochać życie – a Zbigniew Wodecki na pewno je kochał i umiał je doceniać. W jednej ze swoich piosenek śpiewał: „Co było, przeszło, nie wróci/Wczorajszy smutek niech już nie smuci/Więc zostaw, zostaw wszystko…”. W wielu wywiadach powtarzał, że liczy się tylko to, co jest teraz, że warto chwytać dzień, nie oglądać się za siebie, nie żałować tego, co przeszło. 

Do siebie miał dużo dystansu i traktował siebie z humorem. Na koncertach opowiadał nieraz dowcip o samym sobie: „Zbigniew Wodecki czołga się przez pustynię i jęczy: wody… W końcu spotyka karawanę i dostaje wodę – Wodecki nalewa odrobinę w dłonie i… poprawia włosy”. Żartował też, że kiedy umrze, to jego imponująca grzywa nie zmieści się w trumnie… 

Jego piosenki, jego głos i jego lwią grzywę znał w Polsce każdy. Na ulicy zagadywali do niego i starsi ludzie, i małe dzieci. Prosili o autografy, a on żartował, że dzień bez autografu to dzień stracony. Każdy jednak miał w głowie trochę innego Zbigniewa Wodeckiego. Dla jednych był wykonawcą przebojów, które stały się klasyką polskiej piosenki: „Z tobą chcę oglądać świat”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”… Innym kojarzył się z hitami „Chałupy” i „Pszczółka Maja”. Przez lata cieszył się popularnością jako najsympatyczniejszy juror w „Tańcu z gwiazdami”.

Wydawało się, że jest już skazany tylko na rolę szanowanego seniora, kiedy w 2013 roku wydarzyła się rzecz niezwykła. Do 63-letniego artysty przyszli muzycy z Mitch & Mitch z propozycją wspólnego nagrania jego debiutanckiego albumu „1976”. Dzięki projektowi „1976: A Space Odyssey”, nowatorsko interpretującemu dawne utwory, Zbigniewa Wodeckiego docenili młodzi ludzie i słuchacze muzyki alternatywnej. Po występie z Mitchami na OFF Festivalu w 2013 roku znowu zapanowała wielka moda na utwory Wodeckiego, Zbigniew przestał być dla młodych Dziadkiem Zbyszkiem, stał się Zbigiem, a na jego koncertach przestano wykrzykiwać: „Zagraj pszczołę”. Kolejne pokolenia pokochały „Opowiadaj tak” i „Rzuć to wszystko, co złe”.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Miał być drugim Paganinim

Pochodził z rodziny znakomitych muzyków. Ojciec był pierwszym trębaczem Krakowskiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji. Zbigniew pożyczał od niego trąbkę, choć sam w wieku pięciu lat grał już na skrzypcach. Mama śpiewała sopranem koloraturowym, ale zrezygnowała z kariery operowej, by zająć się domem. Siostra Elżbieta grała na wiolonczeli. Syn miał być drugim Paganinim. Dlatego gdy w pierwszej klasie został wyrzucony z liceum muzycznego – za rozrabianie – dla rodziców to był koniec świata.

Dla ich syna – to był właśnie początek. Dzięki temu, że zmienił szkołę, poznał Marka Grechutę i zaczął występować z zespołem Anawa, także na festiwalu w Opolu. Wtedy też zauważyła go Ewa Demarczyk, wielka gwiazda Piwnicy pod Baranami, z którą wkrótce ruszył w trasy koncertowe po całym świecie, od Leningradu, przez Paryż, po Kubę. W Piwnicy pod Baranami poznał też przyszłą żonę Krystynę.

 

 

Po ojcu odziedziczył talent, ale nie stosunek do życia. Opowiadał w wywiadzie dla magazynu „Esquire”: „Mój ojciec wstawał rano i szedł do pracy w Krakowskiej Orkiestrze Symfonicznej. Stresowała go odpowiedzialność, ciągle był podenerwowany, zirytowany. Mama z kolei, też artystka, ale niepraktykująca, miała ogromną chęć pomagania ludziom. Ona się zawsze starała od rana uśmiechać. Można się obudzić i myśleć: Cholera jasna, muszę wstać, ogolić się, pojechać 300 kilometrów do Białegostoku, Katowic czy Warszawy, zagrać koncert, będą ludzie, nerwy, potem trzeba gdzieś iść na kolację, co za życie, kiedy ja odpocznę? A można też wstać i pomyśleć: Fajnie, wsiądę do samochodu, posłucham sobie radia w drodze, zagram koncert, będzie wesoło. Ja wybieram to drugie. Lepiej wybrać optymistyczny wariant”.

Dużym fiatem przez Polskę

Pierwszy solowy sukces odniósł w 1972 roku, gdy na festiwalu w Opolu zaśpiewał piosenkę „Znajdziesz mnie znowu” autorstwa Piotra Figla i Wojciecha Manna. Dostał nagrodę za debiut. Potem były kolejne przeboje: „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Z tobą chcę oglądać świat” (ze Zdzisławą Sośnicką) czy „Zacznij od Bacha”. Koncertował w całej Europie, ale przede wszystkim w Polsce, przejeżdżając swoim fiatem 125p po sto tysięcy kilometrów rocznie. Priorytetem było dla niego dbanie o rodzinę, zabezpieczenie przyszłości dzieci, dlatego tak ciężko pracował, ale jednocześnie to oznaczało częstą nieobecność w domu, o co rodzina miała czasem do niego żal. 

Nie znosił bylejakości. Także w tworzeniu i słuchaniu muzyki. W jednym z ostatnich wywiadów („Dziennik. Gazeta Prawna”) powiedział: „Wychodząc na scenę, chcę pokazać ludziom, że to są skrzypce, nie skrzypki, jak się gra fugę, że Bach był tak naprawdę jazzmanem. Uważam, że strasznie się zapuściliśmy w nauce słuchania muzyki”.

Przedstawiał się jako muzyk, bo rzeczywiście trudno byłoby go włożyć do mniejszej szufladki: wokalista, piosenkarz. Poza tym, że śpiewał, grał na trąbce, umiał też grać (choć robił to rzadziej) na fortepianie i na gitarze – ale jego ulubionym instrumentem były skrzypce. Ćwiczył na nich codziennie, tak samo śpiewanie, by w czasie koncertów osiągnąć jak najlepsze efekty. Starał się dojść do perfekcji. Kalendarz miał po brzegi zapełniony koncertami, próbami i spotkaniami. „Lubię wypoczywać, ale szybko łapią mnie wyrzuty sumienia, że nie ćwiczę, nie gram. Przeraża mnie to lenistwo. Męczy mnie ten wyrzut sumienia, że nie ćwiczę”, mówił w audycji „Miejskie klimaty”.

Zbigniew Wodecki jest wciąż obecny

Jego odejście 22 maja 2017 roku było szokiem dla całej Polski. Zmarł po kilkunastodniowej walce o życie, gdy po operacji bypassów doznał rozległego udaru mózgu. Osierocił rodzinę i tłum, prawdziwy tłum przyjaciół – miał do nich szczęście albo odwrotnie, to oni mieli szczęście do niego. 

Krzysztof Materna wspominał po śmierci: „Był to człowiek nieskazitelny (…). Był przyjacielem wszystkich. Był osobą, która zawsze stała z daleka od wszelkiego rodzaju intryg. Nigdy nikomu nie powiedział uwagi, która mogłaby kogoś zaboleć – a miał prawo do takich uwag, bo wychowało się na nim parę pokoleń muzyków”.

Halina Frąckowiak: „Zbyszek był bardzo silną osobowością, dlatego został zapamiętany jako osoba wciąż obecna. Miał w sobie coś bardzo szlachetnego, arystokratycznego. Pięknego, choć niewyniosłego. Był ludzki, dla wszystkich bardzo serdeczny, wrażliwy na ludzkie życie. Spostrzegał to, co się działo z drugim człowiekiem”.

Został pochowany w swoim ukochanym Krakowie, do którego zawsze tak chętnie wracał. Na Cmentarzu Rakowickim. W tym roku skończyłby dopiero 70 lat.

W jednej ze swoich ulubionych piosenek śpiewał:

„Choć z tych marzeń, miła,
Większość się spełniła,
Choć przed życiem przeszła trema,
Nas już nie ma.

Daj, dobry Boże w to wiarę daj
Że naj, najszczęśliwszy wciąż dla nas jest jeszcze maj
Daj, Boże daj sercowiczom odnaleźć w sercach ład
Żyć daj sto lat, byśmy mogli mieć czas wzajem nacieszyć się majem”.

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej
dymna
Fot. Jan Zych/Archiwum Anny Dymnej

Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Gdy Dymny zmarł, myślała, że i ona za chwilę umrze, „bo życie bez niego nie jest po prostu możliwe”.
Marta Strzelecka
13.10.2020

Był cudownym artystą, ale też pił, urządzał bójki, znikał. Ona  mówiła, że jak się kocha, to nic nie jest ważne, że z nim wszystko wytrzyma. Anna i Wiesław Dymni przeżyli razem 7 lat, przez 6 lat byli małżeństwem. Poznali się na planie filmu w 1969 roku, choć przelotnie widzieli się już wcześniej. Ona pamięta go jako pijanego mężczyznę, o którym ktoś powiedział: „A to jest taki Dymny z Piwnicy pod Baranami”. On zachwycał się jej urodą w kinie. W 1969 roku spędzali razem dużo czasu, pracując przy filmie „Pięć i pół bladego Józka” Henryka Kluby, do którego Dymny napisał scenariusz. Cenzurze nie podoba się ta fabuła – pełna buntu i wolności historia o gangu motocyklowym dowodzonym przez dziewczynę. Ania gra główną rolę. Ekipa mieszka w pałacyku niedaleko Płocka. Jest sroga zima, więc rzadko wracają do domów, do Krakowa. Anna Dymna: „Wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek” Ich pierwszy długi kontakt w tej pracy wydaje się intymny i ważny, ale ani on, ani ona nie opowiadali o tym publicznie: Dymny na potrzeby sceny filmowej maluje nagie ciało Ani w kwiaty. Za to drugie spotkanie przechodzi do legendy. Jest noc, Anna próbuje zasnąć, a pijany Wiesław na korytarzu gra w ping-ponga. Wtedy po raz pierwszy jej naiwność zderzyła się z jego brutalnością. „Wyszłam i zapytałam, czy mogą przestać grać – wspomina. – Przyszedł do mnie do pokoju z butelką i coś powiedział, wplatając słowo »kurwa«; ja teraz wiem, że to był przecinek i można to w dobrej wierze powiedzieć. Ale wtedy byłam tak przerażona, że go strzeliłam w łeb, bo myślałam, że to o mnie. I on mi oddał, podbił mi oko”. Przerażona – bardziej tym, że uderzyła, niż tym, że dostała cios – natychmiast wyjechała. Kiedy wracała, na...

Czytaj dalej
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej

10 najpiękniejszych płyt i playlist na święta Bożego Narodzenia. Idealne na prezent!

Muzyka, która uprzyjemni pieczenie pierników i ubieranie choinki, a kolacji wigilijnej nada wyjątkowy nastrój.
Anna Zaleska
08.12.2020

Na pierwszym miejscu wśród wyzwalaczy świątecznych wspomnień są zapachy (choinka, pierniki, pierogi z kapustą i grzybami…), na drugim – muzyka. Warto zadbać o to, by święta miały wyjątkową muzyczną oprawę. Inna muzyka pasuje do świątecznych przygotowań, inna do kolacji wigilijnej, jeszcze inna do spotkań z przyjaciółmi. Oto nasz wybór dziesięciu płyt i playlist w różnym, ale zawsze bardzo świątecznym kilmacie. Grażyna Auguścik, „Lulajże: The Lullaby For Jesus” Przepiękna płyta z kolędami, zaśpiewana z wielką z czułością i wrażliwością. Wśród trzynastu utworów są najpiękniejsze polskie kolędy: „Lulajże Jezuniu”, „Cicha noc”, „Oj Maluśki, Maluśki”, „Gdy Śliczna Panna…”. Ale też wyjątkowej urody wenezuelska pieśń ludowa „Niño Lindo” i „Ave Maria”. Niektóre utwory Grażyna Auguścik zaśpiewała a capella, innym towarzyszy subtelny akompaniament – gitara, flet, klarnet, marakasy… Nagrane w Chicago, z amerykańskimi muzykami kolędy złożyły się na jedną z najpiękniejszych płyt na Boże Narodzenie. Nagrana w 2011 roku, nie jest dziś łatwa do zdobycia, na szczęście można jej słuchać na Spotify. Michael Buble, „Christmas” Wydana w 2011 roku płyta kanadyjskiego piosenkarza z największymi świątecznymi przebojami natychmiast dołączyła do bożonarodzeniowych klasyków, a w Polsce zyskała status podwójnej platyny. Śpiewane w dawnym stylu „It's Beginning to Look a Lot Like Christmas”, „White Christmas” czy „Santa Baby” przywodzą na myśl utwory Franka Sinatry. „Feliz Navidad” zaśpiewane w duecie z Thalią nieodmiennia wprawia w dobry nastrój i sprawia, że ma się ochotę natychmiast zatańczyć. Płyta...

Czytaj dalej