„Zaginął ukochany mąż, syn…” Ludzie-duchy wychodzą z domów bez słowa i giną na własne życzenie
Unsplash

„Zaginął ukochany mąż, syn…” Ludzie-duchy wychodzą z domów bez słowa i giną na własne życzenie

„Ludzie znikają najczęściej wtedy, gdy nie mają odwagi powiedzieć bliskiej osobie otwarcie: »Nie chcę już z tobą być«. Wolą wyjść bez słowa, by już nie wrócić”, mówi Adam Cioczek, autor książki „Zamieć” o zaginionych bez śladu.
Aleksandra Pezda
11.06.2020

Każdego tygodnia w mediach, na Facebooku czy na słupach ogłoszeniowych pojawiają się komunikaty o zaginionych osobach. Kobiety, mężczyźni – któregoś dnia wychodzą z domu i znikają. Na lata, często na zawsze. Bywa, że bliscy przez lata żyją nadzieją, oczekiwaniem. Nie mogą przejść żałoby, żyją w zawieszeniu. Tymczasem bywa, że zaginiona osoba żyje w tym samym województwie, nawet tym samym mieście – ale żyje już innym życiem i nie chce wracać do dawnego. Właśnie o takich ludziach Adam Cioczek napisał przejmującą książkę „Zamieć”.

Aleksandra Pezda: Marzyłeś kiedyś o tym, żeby zniknąć – odjechać w siną dal i rozpocząć nowe życie? 

Adam Cioczek: Pewnie każdy choć raz o tym myślał. Co prawda mam świadomość, że taka ucieczka to iluzja, bo jak mówi Haruki Murakami: „Można pojechać daleko, lecz nie ucieknie się od samego siebie”. Ale jest to pociągające: jednym ruchem zamknąć rozdział w życiu i zacząć nowy…

Ale ludzie zwykle tego nie robią. Dlaczego? 

Czemu w chwilach kryzysu powstrzymują się przed taką ucieczką? Pewnie blokuje ich świadomość, jak wielką krzywdę wyrządziliby swoim bliskim. 

Bohaterowie twojej książki nikogo nie żałowali.

Tak zakładam, choć nie mam pewności. Mimo że moje historie są oparte na prawdziwych zdarzeniach, to jednak są fabułą. Motywacje bohaterów uzupełniałem wyobraźnią. W wielu przypadkach trudno było sprawdzić, co tak naprawdę kryło się za ich decyzjami. Mówimy przecież o ludziach, którzy zaginęli bez wieści i dotąd się nie odnaleźli lub zostali odnalezieni martwi. Dlaczego opuścili swoich bliskich? Czemu zrezygnowali z dotychczasowego życia, zwłaszcza jeśli było ustabilizowane, a nawet budziło zazdrość u innych. 

Jeden z twoich bohaterów, maturzysta, mówi: „Nie słyszałem swojego głosu, zamknięty w willi z basenem i otumaniony niezliczoną ilością zajęć, które miały sprawić, że znajdę własne miejsce”. 

Na tę wypowiedź natknąłem się przez przypadek w internecie. „Zniknął chłopak z dobrego domu” – głosił tytuł. Zaintrygował mnie. Od patologii ucieka wielu, ale z zamożnego, „normalnego” domu rzadko kto miałby ochotę zniknąć. Zapytałem sam siebie, co mogło się kryć pod tą gładką powierzchnią. Jakie mogły paść słowa, jakie decyzje, że młody 

chłopak z zamożnego domu ucieka tuż przed maturą i perspektywą studiów? Nigdy potem nie dał znaku życia, a do rodziny dotarły wieści, że był widziany gdzieś w Ameryce. Dopisałem do tego możliwy scenariusz o braku porozumienia nastolatka z rodzicami, o tym, że decydowali za niego o jego życiu. Chłopak nie miał wpływu na swój los. Dlatego uciekł: żeby wreszcie żyć po swojemu.

Zadzwonił jednak do domu i powiedział: „Żyję, nie szukajcie mnie”.

To z kolei cytat z innej, ale też prawdziwej historii. Ojciec rodziny uciekł za granicę przed długami. To się oczywiście okazało później, bo przez pierwsze miesiące bliscy, szukając go, odchodzili od zmysłów. Córka wystąpiła w końcu w programie interwencyjnym, który ten człowiek oglądał. Dopiero wtedy przyszło mu do głowy, co tak naprawdę zrobił: że wybrał własny spokój, ale bliskich naraził na cierpienie. Zadzwonił więc do córki i powiedział: „Żyję, nie szukajcie mnie”. To jeden z najbardziej dramatycznych przekazów, jakie w życiu słyszałem. Wiem, że takie telefony zdarzają się częściej. Na przykład, kiedy sieć poszukiwań zawęża się, policja ma już trop i uciekinier orientuje się, że niedługo zostanie zdemaskowany. 

Ujawnia się, bo boi się ujawnienia?

Bo to mu zagwarantuje dalszy spokój. Małoletni nie mają do tego prawa, ale dorośli mogą zażądać od policji gwarancji, że nie ujawni rodzinie miejsca ich pobytu. I korzystają z tego. Dzwonią wtedy z informacją, że są zdrowi, ale nie życzą sobie kontaktów. To odkrycie, że ludzie potrafią swoim bliskim zrobić coś takiego, zaszokowało mnie! Bardzo rzadko, ale zdarza się też odwrotna sytuacja, że rodzina nie chce powrotu odnalezionego człowieka. Kiedy bliscy się już dowiedzą, że jest bezpieczny, nie chcą się z nim kontaktować, bo są urażeni albo zranieni. Albo inaczej: mężczyzna odchodzi od rodziny do innej kobiety. Z dotychczasowego życia znika bez śladu, a nowej partnerce nie opowiada o swojej przeszłości. I po latach kobiety poznają się przez przypadek, wszystko wychodzi na jaw. Obie po tym odkryciu nie chcą już mieć z nim do czynienia. 

Zaginieni na własne życzenie

Czemu wybrałeś ten temat?

Te historie mnie intrygowały, a nie wystarczały mi dostępne relacje na ich temat. O zaginionych często opowiada się wyłącznie przez pryzmat śledztwa. Czyli: chłopak wyszedł z domu i nie wrócił, policja go szuka, rodzina rozpacza, sprawdzają wśród znajomych, wynajmują detektywa, oglądają zapis monitoringu itd. Robi się z tego śledczy news. A mnie interesują emocje. Czemu ludzie odchodzą? Co czują ci, którzy zostają? 

Więc? Dlaczego odchodzą?

Nastolatki najczęściej uciekają w związku z problemami wieku dorastania. Nie mogą znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami, nie mogą dojść do porozumienia z rodzicami. To prozaiczne z naszego punktu widzenia, ale dla nich jest trudne do przejścia i często dramatyczne. 

Dorośli znikają najczęściej wtedy, gdy brakuje im odwagi, by przyznać, że po prostu zdecydowali się odejść. Nie umieją powiedzieć otwarcie: „Nie chcę już z tobą być”. Wolą wyjść bez słowa, pod byle pretekstem, zamknąć za sobą drzwi i już nie wrócić. Częstym powodem są długi. Ludzie znikają w obawie przed ich windykacją. Niestety, dług nie znika wraz z nimi, musi spłacić je porzucona rodzina. Inna przyczyna: strach przed przyznaniem się do porażki. Ktoś wyjeżdża na przykład do pracy za granicę, nie znajduje jej, ląduje na ulicy i nie umie wrócić do domu, spojrzeć w twarz rodzinie, która czeka na pieniądze. 

Czasem, np. na spotkaniach autorskich, słyszę pytania, czemu ten, kto chce odejść, po prostu nie przyzna się do tego otwarcie? Jak można swoich bliskich skazywać na tak wielkie cierpienie? Według mnie odpowiedź jest jedna: taka po prostu jest ludzka natura, taki bywa człowiek: tchórzliwy. Często wybieramy najwygodniejsze dla nas rozwiązania, niekoniecznie dobre dla innych.

Jak w przypadku mężczyzny z Warszawy, który po 20 latach małżeństwa wyszedł po zakupy i przepadł bez wieści? 

I poszukiwania nic nie dały przez kolejne sześć lat, aż go wreszcie odnaleziono, martwego. Nie wiemy do dziś, co się wydarzyło. Mamy punkt wyjścia, znamy finał, ale co się działo pomiędzy? Dlaczego zniknął? Czemu zostawił rodzinę, którą budował przez 20 lat? Co robił przez długie sześć lat, kiedy oni go poszukiwali? Zastanawiałem się, czy przez ten cały czas nadal mieszkał w Warszawie, skoro został znaleziony właśnie tutaj? Ale gdzie się ukrywał: w innej dzielnicy czy może tuż za rogiem? Zazwyczaj myślimy, że uciekinier wyjeżdża „na koniec świata”. W tym przypadku tak nie było. W dodatku okazało się, że jego znajomy wpadł na niego raz w komunikacji miejskiej. „Szukamy cię od lat!” – krzyknął uradowany tym, że tajemnica się wyjaśni. Ale zaczepiony przez niego człowiek zaprzeczył. Użył jednak zwrotu charakterystycznego dla zaginionego: „Czasem tak bywa, że ktoś jest do kogoś podobny, ale to nie ja”. Niechcący potwierdził swoją tożsamość, ale jednocześnie, jak widać, nie chciał wrócić do domu. 

Oczywiście, mówiąc o tchórzliwości, mam na myśli dobrowolne ucieczki, bo przecież są i takie zaginięcia, gdzie zachodzi podejrzenie utraty życia. 

Tak było w historii studenta, którą opisałeś?

Ta historia jest najbliższa prawdziwym zdarzeniom. Z tym że u mnie ojciec tropi zaginionego syna, a w tej prawdziwej matka szuka córki. Studentka wyszła na imprezę, pokłóciła się z chłopakiem, wracała sama i zaginęła na odcinku drogi przez las. To się wydarzyło kilka lat temu na Pomorzu. Prawdopodobnie doszło do zabójstwa. Głośna historia, wciąż niewyjaśniona. Zachowałem wiernie jej przebieg, jeśli chodzi o poszukiwania i tropy, które się pojawiały w śledztwie. Chyba wyszło dość autentycznie, za co pochwalił mnie Andrzej Minko, autor programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, który od lat zajmuje się poszukiwaniem osób zaginionych. Jego zdaniem moje opowieści są bardzo wiarygodne, jeśli chodzi o pokazanie emocji ludzi poszukujących swoich bliskich. 

Ludzie-duchy 

Jak oni sobie radzą z taką tragedią? 

Myślę, że tak do końca nie można sobie z tym poradzić, ci ludzie żyją z niezamkniętą raną, w nieustannym napięciu i niepewności. O ile sprawa się nie wyjaśni, zaginiony nie znajdzie, bliscy nie przestają szukać i cierpią mimo upływu czasu. Takie sprawy pozostają nierozwiązane przez kilkanaście, a nawet i kilkadziesiąt lat albo do końca życia osób poszukujących. Dla nich lepsza byłaby najgorsza prawda niż niewiedza. 

Pokazują to np. słowa używane na zamkniętych forach internetowych, skupiających rodziny i bliskich osób zaginionych. „Ghosting” – od angielskiego ghost, czyli duch – oznacza coś w rodzaju oczekiwania. Tak jakby „duch” tych, którzy zaginęli, towarzyszył stale ich bliskim. Albo „cienie” – tak mówi się na tych, którzy zaginęli. Niby ich nie ma, a pozostał po nich cień w domu, w sercach bliskich.

Emocje to niejedyny problem, z którym zmagają się rodziny zaginionych.

Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że bliscy często oprócz wsparcia psychicznego potrzebują pomocy w załatwieniu zwykłych, codziennych spraw. Muszą też radzić sobie nie tylko z traumą, ale też z jak najbardziej przyziemnymi problemami. Choćby takimi: jak wyrobić paszport dziecku, którego ojciec zniknął lata wcześniej, ale nie został uznany za zmarłego? Jak żona może sprzedać mieszkanie, jeśli męża – współwłaściciela nie ma, w dodatku nie wiadomo, gdzie go szukać? Jak podzielić spadek po rodzicach, jeśli jeden z braci zaginął bez wieści? 

Ile w tej chwili jest w Polsce osób zaginionych?

Każdego roku poszukuje się w naszym kraju około 20 tysięcy zaginionych, natomiast nierozwikłanych, tajemniczych zaginięć mamy w tej chwili około czterech tysięcy. I te są najtrudniejsze. 

Może to dziwnie zabrzmi, ale dla najbliższych najłatwiejszy jest pierwszy okres, kiedy jeszcze podejmowane są działania poszukiwawcze. Policja aktywnie działa, często się kontaktuje z rodziną. Jest rozwieszanie plakatów, są akcje w internecie, znajomi się angażują. Potem przychodzi trudniejszy okres, kiedy w końcu nastaje cisza. Dla poszukujących naprawdę jest ona udręką. 

Więc np. wynajmują jasnowidza. Napiętnowałeś to w książce. 

Nie nazwałbym tego napiętnowaniem, raczej próbą odtworzenia sytuacji, o których słyszałem. Wątek jasnowidza oparłem na konkretnych wywiadach i zapisanych relacjach w prawdziwej sprawie. Niczego nie wymyślałem i też w żaden sposób nie oceniam takich decyzji. Każdy, kto poszukuje bliskiego, ma prawo sięgać po wszelkie metody. Niektórzy wierzą, że pomoże im jasnowidz. Mają do tego prawo. Rozumiem, że trzeba zrobić dosłownie wszystko, by przybliżyć się do wyjaśnienia sprawy. 

Napisałeś mroczną „Zamieć”, żeby odpocząć od cieplarnianego „Ojca Mateusza”? 

Rzeczywiście praca nad „Ojcem…” jest przyjemna, bo dużą wagę przykładamy w nim do ciepłych i komediowych wątków. Serial jest kryminalny, ale również przyjazny, a wątki kryminalne zawsze zostają wyjaśnione. To jest jego siła. 

„Zamieć” napisałem nie tylko z potrzeby zmiany tematu w swojej głowie. Chciałbym poprzez nią zwrócić uwagę na istotny problem. Na zniknięcia na tle kryminalnym mamy ograniczony wpływ, ale dobrowolne zniknięcia i ucieczki to już sfera, w której dużo zależy od nas. Dzięki świadomości, jakie mechanizmy tym rządzą, może uda się uniknąć wielu następnych tego typu zdarzeń? 

W jaki sposób?

Tym, co mnie w nich interesowało psychologicznie, było pytanie: w jakim stopniu znamy ludzi, z którymi żyjemy? No i przyszła gorzka refleksja: nie jesteśmy w stanie kogokolwiek poznać tak naprawdę, do końca. Nigdy nie możemy być pewni, czy nie skrywa drugiej twarzy, jakichś pragnień, które w nieoczekiwanym dla nas momencie dojdą do głosu. Świadczą o tym, niestety, prawdziwe historie zaginionych osób, które poznałem m.in. dzięki współpracy z Itaką oraz na internetowych forach. Drugi człowiek zawsze jest zagadką. 

To byłaby pesymistyczna pointa.

Nie, to tylko ostrzeżenie. Pointę mam właśnie optymistyczną: warto się w życiu zatrzymać na chwilę i nie ulegać codziennej rutynie. W codziennej pogoni te najważniejsze rzeczy często schodzą na drugi plan – te, które dotyczą naszych relacji z drugim człowiekiem. Dlatego warto być uważnym i nie zamiatać pod dywan trudnych spraw: rodzinnych konfliktów, nieporozumień między rodzicami a dorastającymi dziećmi. Jeśli będzie więcej rozmów, a mniej milczenia przy wspólnym stole, może uda się uniknąć kolejnych tragedii.

Adam Cioczek jest scenarzystą, m.in. serialu „Ojciec Mateusz”. Jego książka „Zamieć”, oparta na prawdziwych wydarzeniach, to fabularna opowieść o ludziach, którzy znikają bez śladu. Pisał ją we współpracy z Fundacją Itaka, która od lat zajmuje się poszukiwaniem zaginionych.

***

Rozmowa z Adamem Cioczkiem ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
ks. Adam Boniecki
East News

Ks. Adam Boniecki: „Opowiadam się za dawaniem prezentów i to nie tylko od święta”

Dla wszystkich ludzi na całym świecie możliwość obdarowania drugiego człowieka jest czymś ważnym, cennym. Rozmowa z księdzem Adamem Bonieckim.
Karolina Morelowska-Siluk
27.11.2020

Mieć, czy być, a może być minimalistą, to tematy tej rozmowy. Ks. Adam Boniecki mówi, że są przedmioty, który służą nie tylko posiadaniu , temu żeby mieć. Ale też byciu, na przykład książki, albo prezenty od bliskich, wyszukane specjalnie dla nas, żeby zrobić, nam właśnie przyjemność. I sam wspomina, jak w czasach dzieciństwa prezenty były dla niego konkretyzacją miłości bliskich ludzi. Karolina Morelowska-Siluk: Dlaczego określenie „mieć” przeciwstawiamy określeniu „być”? Czy jedno musi wykluczać drugie? Ks. Adam Boniecki: Nie, nie musi. To jest uproszczenie. Chodzi o to, co ma w naszym życiu priorytet. Co czemu służy? Czy jemy po to, żeby żyć, czy żyjemy po to, aby jeść? Przecież są takie sfery, które ciężko przyporządkować do jednej z tych kategorii, na przykład książki. W której sferze one się mieszczą? Niby zaliczamy je do „mieć”, bo stoją w naszej bibliotece – posiadamy je, ale przecież służą temu, aby rozwijać świadomość, służą naszemu „byciu”. Analiza „być” i mieć” pochodzi od francuskiego filozofa Gabriela Marcela, z którym przed laty miałem okazję wypić kawę i porozmawiać. To rozróżnienie, nawet bez wchodzenia w subtelne analizy Gabriela Marcela, okazuje się w życiu codziennym bardzo pożyteczne. Punktem wyjścia do bieżącego rachunku sumienia? Są ludzie bardzo skupieni na sferze „mieć” – nie mam tu na myśli jedynie gromadzenia, posiadania dóbr, ale także coś, co w języku francuskim określa się „apparaître”, czyli „wypaść”. Spotkałem się nawet z rozszerzeniem tego podziału o trzecią kategorię, czyli: „mieć”, „być”, i właśnie „wypaść”. Bywa, że jesteśmy gotowi bronić swojego „dobrego” wizerunku za każdą cenę....

Czytaj dalej
Leopold Tyrmand i Barbara Hoff / Fot. Jerzy Duduś Matuszkiewicz, z archiwum Mary Ellen Tyrmand

„Tyrmand atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Nieznana historia miłości pisarza i Barbary Hoff

Leopold Tyrmand oświadcza się Barbarze Hoff wielokrotnie. Wreszcie za którymś razem mówi bez ogródek: „Wiesz, sporządziłem listę dobrych partii, na której zajęłaś pierwsze miejsce”.
Anna Zaleska
27.10.2020

Niezbyt wysoki, wcale nie tak bardzo przystojny, ale jednak – podobał się kobietom. I umiał z tego korzystać. Kiedyś przyjaciel powiedział do niego: „Poldek, ty idziesz na te dziewczyny jak czołg”. A on na to: „Z dziewczynami to jak z chodzeniem po bagnie. Skaczesz z kępy na kępę i próbujesz, jak daleko jeszcze możesz dojść. Jak dostaniesz w mordę, to wiesz, że trzeba się cofnąć. I idziesz do następnej”. Ludwik Jerzy Kern, obserwując z boku, mówił, że Tyrmand „atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Wszystkie kobiety Leopolda Tyrmanda Ale wcześniej te dziewczyny staranie dobierał. Marcel Woźniak w nowo wydanej biografii „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” (wyd. Marginesy) zauważa, że „to nigdy nie były dziewczyny znikąd. Rysia była córką przedwojennego dyrektora Macierzy Szkolnej, jednego z sądzonych w moskiewskim procesie szesnastu. Po niej była Maria Iwaszkiewiczówna. Potem ożenił się z panną Rublówną, której ojciec był adiutantem Andersa. A gdy z nią się rozwiódł, wziął ślub z Barbarą Hoff, córką wybitnego adwokata i jednego z pierwszych kontestatorów”. W tej wyliczance nie ma Bogny, którą pisarz poznał, gdy ona miała 16 lat, a on 34. Zaletą nastolatki, z którą związek zajmuje dużo miejsca w „Dzienniku 1954”, było to, że gdy szli na bal, nikt nie miał partnerki tak młodej, do tego pięknej, atrakcyjnej, wyższej od niego. Młodość początkowo bardzo w kobietach cenił. Gdy w 1955 roku żenił się z Małgorzatą Rublówną – zwaną Kopiejką – przyjaciel zapytał go: Kto to?”. Tyrmand odrzekł na to: „Jak zwykle. Dziewczyna ma 19 lat i jest z ASP. Jak wszystkie.” Dopiero z czasem coraz ważniejsze stawało się dla niego to, by kobieta była mądra. Tłumaczył, że gdy przerwy...

Czytaj dalej
W głębi lasu na Netfliksie
mat. prasowe Netflix

„W głębi lasu”  – rewelacyjny nowy polski serial na Netfliksie!

Adaptacja thrillera Harlana Cobena „W głębi lasu” już od 12 czerwca na Netfliksie. To nowy polski serial oryginalny, która ma szansę podbić też serca zagranicznych widzów!
Sylwia Arlak
08.05.2020

Już 12 czerwca na platformie pojawi się jeszcze jeden polski serial oryginalny. „W głębi lasu” jest adaptacją thrillera Harlana Cobena. To już trzecia współpraca pisarza z Netfliksem, po brytyjskim serialu „The Stranger” oraz hiszpańskim „El Inocente”. Serial opowiada historię warszawskiego prokuratora, Pawła Kopińskiego (w tej roli Grzegorz Damięcki). Chociaż mężczyzna jest już w średnim wieku, to nadal nie może pogodzić się ze stratą siostry (Agnieszka Grochowska), która zaginęła bez śladu podczas letniego obozu 25 lat temu. Sprawa powraca, kiedy policja odnajduje  w lesie szczątki chłopca, najprawdopodobniej tego samego, który zaginął razem z małą Laurą. Kopiński znowu zaczyna wierzyć, że nastąpi przełom w śledztwie i sprawa zostanie rozwiązania. Nie spodziewa się jednak, że podczas wznowionego śledztwa na światło dzienne mogą wyjść  sekrety rodzinne. Obok Agnieszki Grochowskiej i Grzegorza Damięckiego w serialu gra m.in. Adam Ferency, Wiktoria Filus, Dorota Kolak, Jacek Koman, Arkadiusz Jakubik i Cezary Pazura. Sześcioodcinkową produkcję wyreżyserował Leszek Dawid („Jesteś Bogiem”) oraz Bartosz Konopka („Królik po berlińsku”). Autor thrillera, na którego podstawie powstał serial, Harlen Coben to jeden z najpopularniejszych obecnie amerykańskich pisarzy. Jest autorem ponad 30 książek, które przetłumaczono na 43 języki. Łącznie sprzedały się w nakładzie ponad 70 milionów egzemplarzy. 

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Grzelak / Reporter

Kreszowe dresy, biust Sabriny i marzenia o złotym życiu. Max Cegielski wspomina lata 80.

Max Cegielski napisał świetną powieść o latach 80. „Prince Polonia” to historia o maturzystach ze Szczecina, którzy w czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, postanawiają zbić fortunę. Nie do końca legalnie.
Anna Zaleska
30.06.2020

Dżinsy marmurki, getry z lajkry, wielkie plastikowe klipsy, włosy układane na cukier, szkolne dyskoteki przy muzyce Modern Talking i Papa Dance... Każda z nas ma własne wspomnienia z lat osiemdziesiątych, ale Max Cegielski na kartach powieści „Prince Polonia” (wyd. Marginesy) dowodzi, że wiele doświadczeń mamy wspólnych. Jego opowieść o czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, otwierając przed młodymi ludźmi nieznane wcześniej możliwości, jest fascynująca i chwilami bardzo zabawna. Anna Zaleska: Ludziom, którzy jak ja w latach 80. chodzili do liceum, serwujesz swoją książką „Prince Polonia” kapitalny powrót do przeszłości. Skąd pomysł, by o tych czasach napisać powieść? Max Cegielski: Jednym z głównych powodów było to, że chciałem wrócić do mojego okresu nastoletniego, do tamtych wspomnień i tamtych emocji. Urodziłem się w 1975 roku, ale pod koniec lat 80. byłem już całkiem dojrzałym chłopakiem. Mieszkałem tylko z matką, więc musiałem szybko dorosnąć. Zresztą rodzice w ogóle starali się wychowywać mnie tak, by dawać mi sporo wolności. Mając 12 lat robiłem różne rzeczy, których normalnie dzieciaki nie robią. Naszą sąsiadką w bloku na Stegnach była Helena Łuczywo. Z jej córką Łucją regularnie nosiliśmy Tygodnik Solidarność do mieszkań po drugiej stronie osiedla albo jakieś bibuły do Wujców. Helena zabierała nas też na demonstracje. No i często były u niej naloty tajniaków, więc i to mogłem obserwować. Licealiści w twojej powieści to z jednej strony poeci, początkujący opozycjoniści lub artyści, z drugiej młodociani cinkciarze i złodzieje samochodów. Ale w większości to „złoty środek”, czyli „ludzie wahający się między ambicją zdawania na studia a potrzebą zarobienia na wieżę stereo”. Ty gdzie się...

Czytaj dalej