„Wszystko jest do przegadania”. Matka i córka w rozmowie o przeszłości i miłości, która leczy rany
Agnieszka Murak

„Wszystko jest do przegadania”. Matka i córka w rozmowie o przeszłości i miłości, która leczy rany

Małgorzata Foremniak i Aleksandra Jędruszczak – aktorka i psychoterapeutka, matka i córka. Po bolesnych przejściach dzisiaj mówią o sile szczerej rozmowy i miłości.
Sylwia Niemczyk
30.07.2020

Wcześniej cały czas były obowiązki, pęd życia, ale w końcu dostałyśmy szansę od losu i mogłyśmy się zatrzymać, porozmawiać. Te rozmowy otwierały mi oczy”, mówi Małgorzata Foremniak. Razem z córką, Aleksandrą Jędruszczak, opowiadają, jak udało im się nawiązać nową, wyjątkową relację i wyzwolić z trudnej przeszłości.

Sylwia Niemczyk: Matka i córka czy raczej przyjaciółki?

Małgorzata Foremniak: Zdecydowanie mama i córka, które jednocześnie bywają przyjaciółkami.

Aleksandra Jędruszczak: Zgadzam się, czasem sama nie wiem, czy nasze rozmowy wynikają z tego, że po prostu mamy dobry kontakt jako matka i dorosła córka, czy z tego, że się przyjaźnimy. 

M.F.: Jeżeli przychodzi taka potrzeba, to nie ma między nami tematów tabu, możemy porozmawiać dosłownie o wszystkim. 

A.J.: Czasami idziemy sobie we dwie na wino, nawet na szklaneczkę whiskey, czasem sobie razem wyjedziemy na działkę albo do Krakowa. Oczywiście, mama ma swoje życie, a ja swoje, ale lubimy pobyć ze sobą, to nie jest jakiś obowiązek. 

Moje koleżanki rozmawiają ze swoimi mamami raz na dwa tygodnie, a do mnie mama dzwoni prawie codziennie. 

M.F.: A to źle?! (śmiech)

A.J.: No jak by to powiedzieć, mamo – liczy się jakość, a nie ilość! Mogłabyś tak raz na tydzień…

M.F.: No, no, widzę, że robi się nam coraz ciekawiej! 

Nie ma między wami zgrzytów?

M.F.: Oczywiście, że są. Czasem wkurzamy się na siebie nawzajem.

A.J.: Mama generalnie chce cały czas pomagać: to mi chce dać, tamto… Albo ciągle dopytuje: „Jadłaś? Na pewno? Może ci coś podrzucić? Może kiszone ogóreczki?”. Jakbym miała pięć lat.

M.F.: Ola jest strasznie zapracowana, a ja pamiętam, jak sama byłam młoda i w ciągłym niedoczasie, wtedy jadłam byle co i zawsze w pośpiechu. To tylko dlatego tak pytam. 

A.J.: Ogóreczki są bardzo zdrowe, ale już mi się słoiki nie mieszczą na półce!

M.F.: A pamiętasz, jak się kiedyś zapierałaś, żeby swoim rzęchem pojechać na dwa miesiące do Norwegii i ja jednak postawiłam na swoim? Wcisnęłam ci na siłę swój samochód – i pamiętasz, jak już po tygodniu mi dziękowałaś?

A.J.: No, tu ci rzeczywiście zwracam honor. Publicznie. 

Zawsze byłyście ze sobą tak blisko, jak teraz?

M.F.: W przeszłości bywało różnie, ale czas, w którym Ola ponownie, już w dorosłym wieku, wprowadziła się na trochę do mnie, spowodował, że teraz dobrze się dogadujemy.

A.J.: Miałyśmy szansę, żeby zbudować naszą relację na nowo – już jako dorosła córka i matka.

M.F.: Przestajesz wtedy traktować dziecko jako kogoś, kim musisz się opiekować, wchodzisz na inny poziom. To jest ważny moment dla rodzica. Przez czas wspólnego mieszkania odkrywałyśmy się przed sobą, dowiadując się, jakie naprawdę jesteśmy. To tak, jakbyś czytała po raz drugi tę samą książkę – zwracasz uwagę już na inne rzeczy. 

Czemu zamieszkałyście razem?

A.J.: Miałam 25 lat i byłam na życiowym zakręcie, więc zadzwoniłam do mamy i powiedziałam: „Sorry, ale za dwa tygodnie wprowadzam się do ciebie”. 

M.F.: A ja wzięłam głęboki oddech…

Nie powiedziałaś: „Córeczko, czekam nawet już dziś”?

M.F.: Nie powiedziałam… Od dłuższego czasu żyłam sama. Miałam swoją prywatną przestrzeń, swoje przyzwyczajenia, nawyki, z którymi było mi dobrze. I nie chciałam z niczego rezygnować. Oczywiście, to moja ukochana córka, ale jednocześnie – druga dorosła kobieta. 

A.J.: I ja to doskonale rozumiem. Bez pardonu zwaliłam ci się na głowę. 

M.F.: Wtedy nie spodziewałam się, że to będzie najlepszy czas, jaki mógłby nam się zdarzyć.

Nie jesteście do siebie podobne?

A.J.: Prawda o nas jest taka, że ja bywam wredna, a mama jest choleryczką. (śmiech)

M.F.: Bywam, bywam choleryczką! 

A.J.: Choćby taka sytuacja: do jej domu jest furtka z kodem, więc mama wciska te klawisze jak na wyścigi: pyk, pyk, pyk. I zanim zamek puści, trzeba jeszcze te pół sekundy zaczekać, a ona szarpie tę furtkę i szarpie! Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby odczekała, a mieszka tam już pięć lat!

M.F.: To, co robimy podobnie, to prowadzimy samochód, bardzo sprawnie.

A.J.: Chociaż ja, jak mam skręcić w lewo, to po prostu skręcam, a ty czasem najpierw musisz przemyśleć, w które lewo.

MF.: Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne!

O czym rozmawiałyście przez ten czas wspólnego mieszkania?

A.J.: O wszystkim.

M.F.: O nas, o naszej rodzinie, zdarzało się, że rozkładałyśmy przeszłość na części. 

A.J.: Nigdy wcześniej nie było na to przestrzeni.

M.F.: Bo wcześniej był pęd życia, obowiązki, a tu – mogłyśmy się wreszcie zatrzymać. Te rozmowy otwierały mi oczy. Były oczyszczające, choć niełatwe.

Co było w nich najtrudniejsze?

M.F.: Nasza przeszłość była dość skomplikowana. Rozwody, patchworkowa rodzina, przeprowadzki, żałoba. Każdy miał jakieś straty i każdy przechodził je na swój sposób.

A.J.: No i jeszcze życie w rodzinie artystyczno-showbiznesowej, gdzie tak naprawdę wspólny czas staje się rzadkim przywilejem.

M.F.: Trzeba było czasem powrócić do sytuacji dla nas trudnych, bo wcześniej wiele z nich pozostawało niedomkniętych emocjonalnie.

A.J.: I niewypowiedzianych, bo na tamten moment nie dało się ich wyrazić, a one rzutowały na dalsze życie.

M.F.: Te kilkanaście lat temu, kiedy przechodziłyśmy kryzysowe momenty w naszej rodzinie, myślałam, że Ola dobrze sobie z nimi radzi, wydawało mi się, że mam w to wgląd, że porozumiewamy się. A z tych naszych już dorosłych rozmów obraz wyłaniał się zupełnie inny.

Małgorzata Foremniak z córką, Aleksandrą Jędruszczak
Agnieszka Murak

Olu, pamiętasz, jaką byłaś nastolatką? 

A.J.: Na pewno bardzo zamkniętą w sobie. Nie buntowałam się przeciwko rodzicom, myślę, że bardziej uderzałam w siebie niż na zewnątrz. Dorastanie to był obiektywnie trudny okres w moim życiu. Pomijając już całą „teenage dramę”, musiałam pogodzić się z rozstaniem mamy i ojczyma, a także śmiercią taty, która nadeszła bardzo niespodziewanie. Mama wtedy pracowała bardzo dużo, to był absolutny pik jej kariery zawodowej, a ja czułam, że mam najgorszy okres w życiu. 

Po latach wiem, że nie musiałam mierzyć się z tym wszystkim sama. Zamiast udawać, że świetnie to znoszę, mogłam poprosić o pomoc, taką profesjonalną również. Ale wtedy miałam zupełnie inną perspektywę. Nastolatki bywają dość uparte w swoich poglądach.

M.F.: Ten najważniejszy czas dla Oli – bycia nastolatką – ja w większości spędziłam na planie. To jest ta ciemna strona bycia rodzicem i aktorką na pełnych obrotach. Nie załatwisz wszystkich spraw z dzieckiem przez telefon. Potrzebna i najważniejsza jest obecność. A moje zawodowe zobowiązania zabierały i ten czas, i siłę. 

Były takie momenty, że wracałam do domu i wiedziałam, że jeśli choćby na chwilę przysiądę, to już nie wstanę. Więc nie siadałam. Zaczynałam kolejny etat w domu. 

Słynna aktorka, której większość Polek zazdrościła życia jak z bajki? 

M.F.: Bajka, serio? Oczywiście: byłam znana, popularna, ale nie różniłam się niczym od innych kobiet w Polsce, które też ciężko pracują, bo chcą zapewnić swoim dzieciom wszystko, co najlepsze. I zatracają się w pracy, popełniają dużo błędów wychowawczych, których potem mogą nie mieć okazji naprawić. 

Jeśli mogłabyś cofnąć czas, to co byś zmieniła? Nie podjęłabyś decyzji o rozwodzie?

M.F.: Jeśli kobieta podejmuje decyzję o rozwodzie, to dlatego, że musi ją podjąć. Nie widzi innego wyboru. To, co zrobiłam w życiu, zrobiłam tak, jak umiałam wtedy najlepiej. Nie oceniam siebie za to i nie obwiniam. Ale gdybym mogła cofnąć czas, to sięgnęłabym po fachową pomoc w przechodzeniu przez ten proces. I to zarówno jeśli chodzi o mnie samą, ale zwłaszcza o moje dziecko. Chciałabym, żeby wtedy ktoś mi pomógł lepiej uświadomić sobie, co się w nim dzieje, co ono naprawdę przeżywa. Bo wiele rzeczy można nawet nie tyle przeoczyć, co błędnie odczytać.

A.J.: Na przykład taki pozorny spokój i grzeczność powinny raczej zwrócić uwagę, wyostrzyć czujność, a nie uspokajać. Dzieci mogą być mistrzami w ukrywaniu uczuć, zwłaszcza wtedy, kiedy wydaje im się, że tak właśnie powinny robić. Albo w drugą stronę: stają się „niegrzeczne i złośliwe”, agresywne wobec rówieśników. Jedna i druga strategia wynika z tej samej potrzeby uwagi i miłości. Trzeba umieć to zauważyć, a rodzice nie są edukowani, w jaki sposób myślą ich dzieci, co czują i najważniejsze, jak zapamiętują. 

Małgorzata Foremniak z córką, Aleksandrą Jędruszczak
Agnieszka Murak

Olu, pracujesz jako psycholog, często z dziećmi z rozbitych rodzin albo z kobietami w trakcie rozwodu. Czerpiesz z własnych doświadczeń?

A.J.: Oczywiście, chociaż nie dosłownie. Myślę, że tak jak większość psychologów, zwłaszcza psychotraumatologów, czerpię ze swojego życia, ze swoich przerobionych już tematów. Mówi się, że to nie my wybieramy zawód, tylko zawód wybiera nas. Bardzo często inspiracją do pomagania innym są własne doświadczenia i wydobycie się z własnych problemów. 

I jeszcze najważniejsze: zobaczenie, jaka to ogromna różnica, kiedy już się uda z nich wyzwolić. Jaka to ulga. Ja już znam to uczucie, dlatego tak cieszy mnie, kiedy widzę je u moich pacjentów. To dla mnie najfajniejsze momenty w pracy

Twoja specjalizacja to psychotraumatologia. Trauma to silne słowo. 

A.J.: Trauma ma różne definicje, ludzie kojarzą ją potocznie z wojnami, kataklizmami, śmiercią, tymczasem tak naprawdę traumą może być każde zdarzenie, które przekracza nasze zdolności do poradzenia sobie z nim. Możemy mówić o traumie przez duże T i o takiej przez małe t. I taką traumą przez małe t może być, kiedy na przykład dziecko miesiącami czy latami nie dostaje uwagi, uczuć czy bezpieczeństwa i musi sobie „jakoś poradzić” – z pijącym rodzicem, ciągłymi kłótniami w domu, emocjonalną niedostępnością rodzica. Skutki takiej „małej” traumy mogą być tak samo poważne jak „wielkiej”. Z perspektywy dorosłego człowieka pewne zdarzenia mogą wydawać się błahe, bo dorosły ma więcej doświadczeń i narzędzi do działania. Ale z perspektywy dziecka, które ich doświadcza, mogą być obezwładniające i pozostać w pamięci w postaci przytłaczających emocji, negatywnych przekonań na własny temat, z którymi wchodzi później w dorosłe życie i buduje na nich swoją tożsamość. W terapii traumy pracuje się m.in. właśnie z pamięcią.

Tak jak wy dwie pracowałyście z waszą pamięcią poprzez wasze rozmowy, kiedy mieszkałyście ze sobą?

M.F.: W jakimś sensie rzeczywiście to było terapeutyczne. 

A.J.: Bo rozmowa jest zawsze terapeutyczna. 

Właśnie to mówisz swoim pacjentom albo rodzicom małych pacjentów, którzy przychodzą do ciebie na terapię?

A.J.: Często rodzicom mówię, że jeśli już dojdzie do rozwodu, to potraktujmy go poważnie. Teraz rozwody są bardzo powszechne, więc zaczynamy je postrzegać jako zwyczajną kolej rzeczy, w stylu: „Dzisiaj wezmę ślub, najwyżej się później rozwiodę”. Ale jeśli jest dziecko, to dla niego rozstanie rodziców zawsze jest trzęsieniem ziemi i trzeba mieć tego świadomość. 

Pracując z kobietami, które przechodzą przez rozwód, mówię, że w takim trudnym czasie trzeba jak najwięcej rozmawiać z dzieckiem, ciągle na nowo wyciągać do niego rękę, mówić, co się dzieje – nawet jeśli ono nie pyta, bo często boi się zapytać. Nazywać uczucia dziecka. Opowiadać o swoich uczuciach, ale nie wylewać przed nim żalu na drugiego rodzica. Dawać mu poczucie bezpieczeństwa, pokazując, że mimo wielu zmian nadal istnieją rzeczy niezmienne, takie jak to, że dziecko kochamy i go nie zostawimy. To jest bardzo ważne. Jeśli mamy świadomość, jak duży wpływ rozwód wywiera na nasze dziecko, to możemy pomóc mu lepiej sobie poradzić z nadchodzącą burzą.

M.F.: To jest właśnie ta wiedza, ta psychoedukacja, której mi kiedyś tak bardzo brakowało i do której dzisiaj namawiam kobiety. Gdybym wtedy pokazała swój smutek, to jednocześnie dałabym Oli przyzwolenie na jej własne emocje. Ale ja o tym nie wiedziałam, wydawało mi się wtedy, że dorosły nie może pokazać przed dzieckiem swojej słabości, że akurat przed nim trzeba się pilnować najbardziej. 

A.J.: No właśnie, pytanie: czy smutek to słabość? 

Małgosiu, spodziewałaś się, że Ola wybierze taki zawód?

M.F.: Nie. Myślałam bardziej, że zdecyduje się na coś artystycznego, może projektowanie ubrań, bo od zawsze miała swój własny styl i lubiła tworzyć. 

Podziwiam ją za to, że wybrała psychologię, w dodatku psychotraumatologię. To bardzo odpowiedzialna praca. W moim zawodzie tworzę postaci, czasem skomplikowane psychologicznie, ale one odchodzą, kiedy zakończę rolę. Nie obciążają mnie. A Ola nosi czyjeś życia w sobie cały czas.

Po tym czasie powtórnego wspólnego mieszkania, po wielu wieczorach rozmów macie poczucie, że znacie się już dobrze?

M.F.: Ola bardzo dużo o mnie wie.

A.J.: Nawet wczoraj rozmawiałam o tobie z moją przyjaciółką, że to jest niesamowite, że ty nigdy nie postrzegałaś siebie jako silnej, będąc babą, która sama wszystko ciągnie: kredyt, mieszkanie, dziecko, pracę. I ja ciebie też długo postrzegałam tak, jak ty sama się postrzegałaś, aż w końcu dotarło do mnie, jaka z ciebie jest silna kobieta!

A ty, „silna babo”, co powiesz o swojej córce?

M.F.: Że jest mądra, inteligentna, ma niezwykłą intuicję i wyczucie do ludzi. Jest wnikliwym obserwatorem i ma zdolności negocjatorskie, które nieraz sprawdzają się przy naszym świątecznym stole. Poza tym jest szalona i lubi chodzić własnymi drogami. I jest fajterką – nie poddaje się tak łatwo w żadnej sytuacji. Ja bym już odpuściła, a ona ciągle szuka rozwiązania. Cały czas to u niej widzę. I jak już znajdzie, zaciska pięść z satysfakcją i mówi: „Yes, yes, yes!”. To mnie bardzo mobilizuje, mówię sobie wtedy: „Foremniak, bierz przykład, nie pękaj!”. 

A.J.: Poproszę o chwilę ciszy, teraz spływa na mnie splendor!

Małgorzata Foremniak z córką, Aleksandrą Jędruszczak
Agnieszka Murak

Patrzysz na Olę z dumą i myślisz: „Dobrze ją wychowałam”?

M.F.: To może ocenić tylko Ola. Dla mnie najważniejsze jest to, że jest kochanym, dobrym, współodczuwającym człowiekiem. I z tego najbardziej jestem dumna.

A.J.: No dla mnie to jest właśnie odpowiedź na pytanie.

M.F.: I teraz jest mój moment splendoru!

Olu, jak myślisz, co masz w sobie po swojej mamie? 

A.J.: Pierwsze, o czym pomyślałam: na szczęście mam po niej trochę urody i patrząc teraz na nią, mam nadzieję, że ta moc genów mnie też nie opuści, jak już będę dojrzałą kobietą. Ale mówiąc serio: to odwaga. Taka odwaga do zmian. Kiedy przychodzi moment przełomowy, to umiem się dźwignąć i coś zmienić, chociaż wiem, że wcale nie będzie to łatwe i przyjemne. I mam poczucie, że mam właśnie to po niej. No i jeszcze jestem uparta.

M.F.: Oj, tak!

A.J.: Ale mam to po tobie! Czasem, jak dyskutujemy, w Warszawie słychać łoskot ścierającego się poroża! 

M.F.: Mój upór polega na tym, że mam swoje zdanie, ale jak ktoś mnie przekona logicznym argumentem, to umiem przyznać rację. I to w sobie lubię.

Patrząc na inne kobiety w waszej rodzinie, znajdziecie wspólne cechy? Geny?

M.F.: Moja mama była niezależna. Lubiła mieć swój świat, była nawet trochę zamknięta w tym swoim świecie. Bardzo oddana dzieciom, czasem bardziej myślała o innych niż o sobie. I tak jak Ola myśli o mnie, że jestem silna, tak samo ja myślałam o swojej mamie. Patrzyłam na nią i myślałam: „Niezłomna”. 

A.J.: Babcia to był niezły charakterek, nie polecałabym nikomu jej podpaść. Ale jest jedna taka rzecz, która łączy wszystkie kobiety w naszej rodzinie: każda z nas lubi jeść. Jedzenie jest w naszej rodzinie czymś w rodzaju komunikatu.

M.F.: Naprawdę tak uważasz?

A.J.: No oczywiście, że tak. U nas w rodzinie troskę okazuje się jedzeniem, te twoje ogóreczki przecież też skądś się wzięły. Babcia też każdemu wnukowi gotowała inną zupkę: jeden miał ogórkową, drugi pomidorową. Robiła najlepsze ciasto drożdżowe na świecie. I racuchy. 

Małgosiu, przeżywałaś, kiedy Ola się wyprowadziła od ciebie?

M.F.: Za pierwszym razem nie. Powiedzmy sobie szczerze, po latach łączenia macierzyństwa z pracą, miałam już wszystkiego po kokardę. Chciałam wreszcie pomyśleć o sobie, poukładać myśli, priorytety i zwyczajnie odpocząć. Było mi na rękę, kiedy usłyszałam od Oli, że już chciałaby się usamodzielnić. Gdy ktoś mnie pytał, czy mam syndrom opuszczonego gniazda, nie rozumiałam, o co mu chodzi: jakie puste gniazdo, raczej wolna przestrzeń. 

Za drugim razem było już inaczej. Mieszkając wspólnie, załatałyśmy wszystkie dziury z przeszłości. Poczułam się spokojnym rodzicem, który widzi, jak jego dziecko buduje się i wzrasta. Byłam szczęśliwa, że Ola wraca na swoje tory. Tylko że kiedy się wyprowadziła, w domu zrobiło się trochę pusto. 

I nie wiem, czy z tego powodu, ale kupiłam sobie wtedy drugiego kota i przygarnęłam drugiego psa. (śmiech) 

Często się odwiedzacie?

A.J.: Ja do mamy wpadam na zwierzoterapię…

Na zwierzo- czy na zwierzenio-?

A.J.: Na jedną i drugą! Kładę się na kanapie, a zwierzaki obsiadają mnie ze wszystkich stron. To jest super. 

M.F.: W Warszawie mam dwa psy i dwa koty, a na wsi mam jeszcze dwa psy, konia i dwa muły, był jeszcze osiołek Fredek, ale już przeszedł na drugą stronę. 

Małgosiu, półtora roku temu mówiłaś w wywiadzie w „Urodzie Życia” Marzenie Rogalskiej, że zaczynasz wewnętrzny remont. Jak ci idzie?

M.F.: Bardzo dobrze.

A.J.: Potwierdzam! 

M.F.: Ola mnie zresztą do niego zmobilizowała. Namówiła mnie wtedy na terapię…

A.J.: To prawda, miesiącami skrobałam delikatnie: „Mamo, a może spróbujesz?”.

M.F.: A ja odpowiadałam: „Dam radę bez tego. Dawałam wcześniej, teraz też dam”. Bardzo długo była ze mnie taka Gosia samosia. Aż w końcu zaczął mnie męczyć jeden sen. Pojawiał się codziennie i w końcu opowiedziałam go Oli…

A.J.: A ja tylko czekałam na ten moment.

M.F.: Przez wiele lat mówiłam sobie: „Znam dobrze siebie, wiem, co się ze mną dzieje”. Guzik prawda. Poprzez tamten powtarzający się sen coś w środku mówiło mi, że są sprawy poza moją kontrolą, które zostały niedomknięte gdzieś głęboko we mnie i muszę do nich sięgnąć. I domagały się rozwiązania, którego ja nie znałam, ktoś musiał mi w tym pomóc. 

Ola namówiła mnie na spotkanie ze wspaniałym psychologiem i okazało się, że psychologia to jest fajna droga do samoświadomości. To otworzyło mi kolejne drzwi do moich poszukiwań rozwoju, także duchowego, który zawsze był i jest dla mnie ważny. Cały czas wsłuchuję się w ciało i emocje, poznaję siebie. I dzisiaj już oddycham z ulgą. Czuję się, jakbym dostała nową siebie.

***

Rozmowa z Małgorzatą Foremniak i Aleksandrą Jędruszczak ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Małgorzata Foremniak z córką
Agnieszka Murak

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Małgorzata Foremniak i Aleksandra Jędruszczak żyją ze sobą bardzo blisko – ale czy na pewno dobrze się znają? Zadałyśmy im kilka pytań – zobaczcie, czy umiały udzielić prawidłowych odpowiedzi.
Sylwia Niemczyk
26.05.2020

Co Małgorzata Foremniak chciałaby dostać na urodziny? Jak chciałaby spędzić urlop? Czy zna ulubiony film swojej córki, Oli Jędruszczak? Zobaczcie nasz wielki Test Wiedzy: Matka-Córka i sprawdźcie, która z obu pań w nim wypadła lepiej! 

Czytaj dalej
Kwiaciarnia MAK
fot. MÁK 1904

„Wszystko zaczyna się od jednego kwiatu”, mówi Ola Rusak z Kwiaciarni MÁK

Miksuje tropikalne rośliny z polnymi kwiatkami. Uwielbia aromatyczne zioła i delikatne trawy. Ola Rusak tworzy bajeczne bukiety – niepowtarzalne, zaskakujące, malarskie. Przyznaje, że kwiaty to jej prawdziwa miłość. I dziedzictwo.
Wika Kwiatkowska
10.06.2020

W dniu otwarcia kwiaciarni byłam bardzo spięta – mówi Ola Rusak. – Przy tworzeniu dziesiątego bukietu „wyłączyłam” mózg. Wiem, że najpiękniejsze kompozycje robię właśnie wtedy, kiedy przestaję myśleć. Każdy bukiet jest niepowtarzalny , nie potrafię go odtworzyć. Zapach bzów i pola tulipanów Pierwsze wspomnienia: obłędnie pachnące bzy w trzech kolorach przed domem, a za nimi ogromna polana tulipanów. – Pamiętam, jak czekałam na moment, kiedy będę mogła je zerwać. To było niesamowite – mówi Ola Rusak. Później okazało się, że te pierwsze dziewięć lat, które spędziła w domu dziadków na warszawskim Mokotowie, wśród rozległych pól i opustoszałych już szklarni, ukształtowało jej wrażliwość i niezwykle czuły stosunek do kwiatów .  Kwiaty były w jej rodzinie tradycją. Ich hodowlą zajmowali się już prapradziadkowie – pierwszą reklamę w prasie zamieścili w 1904 roku. To zajęcie kontynuowali pradziadkowie i dziadkowie, którzy sprowadzili do Polski sadzonki storczyków i goździków. Babcia miała w Warszawie trzy kwiaciarnie o nazwie Mak. Ale dla Oli były to tylko historie z przeszłości – kiedy się urodziła na początku lat 90., nie było już ani kwiaciarni, ani storczyków w szklarniach. Przetrwała jedynie miłość do roślin.  Ola skończyła projektowanie ubioru w poznańskiej School of Form, ale nie chciała zajmować się modą. Interesowały ją same tkaniny – kolory, faktury, struktury. Formowała z nich nieoczywiste, rzeźbiarskie konstrukcje. Po studiach wciąż szukała swojej drogi. Pracowała w marketingu dużej odzieżowej firmy, była brand managerem marki jubilerskiej. A z potrzeby serca robiła wyrafinowane bukiety i obdarowywała nimi bliskich i znajomych.  MÁK 1904...

Czytaj dalej
Ewa Błaszczyk
East News

Ewa Błaszczyk: „Gdybym skupiała się na tym, co było, albo na tym „dlaczego?”, nic bym nie zyskała” 

Ewa Błaszczyk, wspaniała polska aktorka, założycielka i prezeska fundacji Akogo? w rozmowie o nadziei i działaniu.
Anna Maruszeczko
15.10.2020

„Jak żyć, to się zabierzmy do życia, pomyślałam. I otworzyłam wszystkie drzwi. Nie uważam, że należy umrzeć, bo ktoś odchodzi. Jeśli ta osoba, która odeszła, cię kochała, to nie chciałaby, żebyś trwała w rozpaczy. Poza tym ludzie, którzy wyszli z komy, opowiadają, że tam, gdzie byli, było tak fajnie, że nie chcieli wracać, więc też takiej osobie musisz dać powód, żeby chciała wrócić. Musisz coś zaproponować” – mówi Ewa Błaszczyk– aktorka, prezes Fundacji Akogo?.  Rozmowa z Ewą Błaszczyk ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2016 Anna Maruszeczko: W maju w Klinice Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Olsztynie odbyły się cztery nowatorskie operacje zwiększające szanse na wybudzenie pacjentów. Implanty elektryczne, wszczepione do kręgosłupa na poziomie C2, C4, mają bodźcować mózg. Fundacja Akogo? dostała te operacje w darze od Japończyków. Twoja Ola od dwóch miesięcy ma ten implant. Widać poprawę? Ewa Błaszczyk: To są drobniusieńkie rzeczy. Mniejsza spastyka w lewej ręce, lepsze trzymanie głowy, podążanie głową za dźwiękiem. Na efekty trzeba czekać. To jest proces.  Mikrozmiany? Profesor Isao Morita, który wszczepiał stymulator Oli, powiedział, że pacjenci operowani w Japonii po tych zabiegach byli w stanie samodzielnie jeść, pić, nawiązywali kontakt z otoczeniem... Oczywiście nie wszyscy. Ewo, widziałam, że ty, na zewnątrz siła spokoju, popłakałaś się przy tym Japończyku. Ze szczęścia?  Gdy masz do czynienia z naukowcem, który pracuje z pasją, to czujesz, że jesteś bliżej celu. Dlatego nie wytrzymałam, jak Morita zaczął mi mówić, ile razy w Japonii patrzył na zdjęcia, na dokumentację Oli, jak kombinował, co można zrobić. Kocham w...

Czytaj dalej
naturalne farbowanie tkanin
fot. Ola Bystry, Dawid Bystry

„To alchemia” – o naturalnym farbowaniu tkanin roślinami mówi artystka, Ola Bystry

W jej życiu przyroda i sztuka przeplatają się w sposób naturalny. Prowadzi bloga „Dzikie barwy”, warsztaty i wydała książkę, bo jak sama mówi „jej celem nie jest tworzenie produktów, tylko dzielenie się wiedzą”.
Wika Kwiatkowska
03.06.2020

Ola bardzo lubi prowadzić zajęcia w plenerze, tak jak to było podczas trzydniowych warsztatów na Podkarpaciu, w dzikim ogrodzie etnobotanika Łukasza Łuczaja. Zawsze bardziej interesował ją świat natury niż popkultury. Uwielbiała wiedzieć, co rośnie dookoła, podróżować na dziko, z plecakiem i namiotem, patrzeć na rozgwieżdżone niebo, chłonąć zapachy lasu, zbierać sok z brzozy. I komponować w domu herbatki z własnoręcznie zebranych ziół. Ale jeszcze kilka lat temu Ola Bystry nie przypuszczała, że jej prywatna, przyrodniczo-zielarska fascynacja wpłynie na to, czym zajmie się na co dzień. Ola Bystry w swojej pracowni w Łodzi. W dłoniach trzyma słoik z mlekiem sojowym własnego wyrobu, którego używa do bejcowania tkanin. Studia na ASP Ola skończyła ASP w Łodzi na Wydziale Tkaniny i Ubioru. Po studiach tworzyła tkaniny artystyczne , ale brakowało jej kontaktu z ludźmi. Dlatego postanowiła poprowadzić warsztaty, podczas których uczestnicy mogli stworzyć własne wzory i poeksperymentować z różnymi materiałami. W ramach przygotowania do kolejnych zajęć zaczęła zgłębiać dawne techniki druku na tkaninach. Wtedy odkryła rośliny barwierskie .  – Kiedyś wszystkie kolory wywodziły się z przyrody , powstawały dzięki naturalnym barwnikom, roślinnym czy mineralnym – mówi. – Zrozumiałam, że pod ręką mamy mnóstwo skarbów, wystarczy po nie sięgnąć.  Na pierwsze zbiory pojechała na rowerze w okolice Lasu Łagiewnickiego – niedaleko Łodzi, gdzie mieszka. Znalazła połacie nawłoci późnej, zbierała też liście drzew. I zaczęła z pasją eksperymentować z farbowaniem. – To jest alchemia, czułam się trochę jak odkrywca – wspomina. – Za każdym razem wychodziło coś nowego.  Ola wciąż eksperymentuje z farbowaniem roślinami....

Czytaj dalej