Wojciech Mecwaldowski: „Pilnuję się, żeby nie wyszedł ze mnie dres”
Aleksandra Mecwaldwoska

Wojciech Mecwaldowski: „Pilnuję się, żeby nie wyszedł ze mnie dres”

Nie ma mediów społecznościowych ani internetu w komórce, bo jak mówi, ceni kontakt z drugim człowiekiem, a nie z telefonem. Kiedy chce być sam, ucieka do swojego zamku. Na razie tego z klocków Lego, ale w przyszłości wybuduje prawdziwy.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

W zeszłym roku premierę miały trzy filmy z jego udziałem dramat obyczajowy „1800 gramów”, „Pan T.”, inspirowany życiem Leopolda Tyrmanda obraz Marcina Krzyształowicza oraz „Ukryta gra”, w której polski aktor występuje u boku Billa Pullmana. Poza tym Wojciech Mecwaldowski cały czas gra w serialu „39 i pół tygodnia”, a na premierę czeka kolejny świetnie zapowiadający się projekt z jego udziałem – serial kryminalny „Klangor”. 

Przed spotkaniem znajomi i współpracownicy Wojtka Mecwaldowskiego ostrzegali mnie, że rozmowa z nim nie musi należeć do najprzyjemniejszych. Nie lubi dziennikarzy, ma z nimi złe doświadczenia, z zasady stara się powiedzieć o sobie jak najmniej. I rzeczywiście, z początku łatwo nie było. Ale Wojtek Mecwaldowski, nawet jeśli bardzo się stara, żeby było inaczej, jest po prostu przesympatycznym typem. 

Wojciech Mecwaldowski: Nie znoszę o sobie mówić. Udzieliłem w życiu dosłownie kilku większych wywiadów. 

Magdalena Żakowska: Ale jak już udzielisz, to okazuje się, że nagrywasz płytę z Bobem Marleyem!

Tak! Bardzo za nim tęsknię, ale dzwonimy do siebie. A serio, to właśnie jeden z powodów. Opowiedziałem kiedyś w wywiadzie, że na Jamajce produkowałem dokument o powstawaniu płyty reggae moich przyjaciół [Rastasize „Day by day” – red.], którą nagrywali w studiu Boba Marleya. A potem przeczytałem, że nagrywałem płytę z Bobem Marleyem albo że kupiłem dom na Jamajce. Jaki dom?! Przez kolejne lata znajomi mnie pytali, czy mogą skorzystać z tego mojego domu w czasie wakacji. Czasem w kontaktach z mediami pilnuję się też, żeby nie wyszedł ze mnie dres. 

Byłeś dresem?

Mniej więcej od 14. do 19. roku życia. Cały mój kręgosłup ukształtował się w tamtej subkulturze. To, jak szanuję swoją rodzinę, przyjaciół, świadomość, ile im zawdzięczam i kim jestem.

Słuchałeś disco polo?

Nie, słuchałem głównie tego, czego słuchały koleżanki, na przykład The Fugees, New Kids on the Block czy Backstreet Boys. Dla siebie bardziej Cypress Hill. 

A koleżanki też w dresach?

Na podwórku tak, na dyskotece już nie. Ja na dyskotece – elegancko. Biała koszulka, łańcuszek złoty z krzyżykiem. Kolczyk w uchu, a spodnie prasowałem nawet między paskami. Kocham tamte czasy, tamtą subkulturę. Kiedyś dres kojarzył się z przyjaźnią, pewnymi zasadami, a dziś? Nie wiem. Mam prawie 40 lat i nie znam ludzi, którzy są tak związani ze swoją rodziną, jak moi koledzy „dresy”. To są ludzie, dla których rodzina, przyjaźń to najwyższe wartości, dla których słowo coś znaczy, którzy jak mówią, że będą, to są, nie piszą SMS-ów, że „Sorry, stary…”. Pamiętam czasy, kiedy wszyscy byli razem. Dziś każdy jest w swojej komórce. 

Ty w telefonie z zasady nie masz nawet internetu.

Nie mam. Telefon służy mi do dzwonienia. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, który nie korzysta z mediów społecznościowych, maila obsługuje na komputerze, a rachunki i przelewy płaci w oddziale bankowym. Uważam, że dzień powinien zaczynać się od kontaktu z drugim człowiekiem, a nie z ekranem. Chociaż pewnie założę w końcu konto na Instagramie.

Fotografia rodzinna

Żeby pokazać swoje zdjęcia?

Tak. Ukazały się w albumie, były na różnych wystawach, ale to wszystko dość ulotne. Na Instagramie będę pokazywał, jak widzę świat, a nie siebie w tym świecie. Nie „Ja i rosół”, tylko raczej „Mucha w rosole”. 

Twoja siostra też jest fotograficzką, naszą rozmowę ilustruje portret, który ci zrobiła. Ale tradycje związane z fotografią sięgają u was w rodzinie wcześniejszych czasów.

Mój dziadek, babcia, tata i wujek byli fotografami. A mama księgową. Dziadek miał w Kłodzku zakład fotograficzny. Aparat był na kółkach, drewniany, większy ode mnie, z długim wężykiem i wielką płachtą, pod którą dziadek się chował. Jak pstrykał zdjęcie, to mówił: „Już po operacji”. A ja byłem chłopcem, siedziałem wtedy za ścianą i przyglądałem się ładnym paniom, które przychodziły do zakładu dziadka. Zawsze kiedy wchodziła jakaś piękna kobieta o rubensowskich kształtach – bo tylko takie się dziadkowi podobały – dziadek mnie wołał i mówił: „Zobacz, Wojtuś, piękna kobieta, prawda? Taka dostojna”. A ja przytakiwałem. Bardzo mu jestem za to wdzięczny, że nauczył mnie zachwycać się kobietami, zresztą tak jak Tata. Mógł przecież mówić: „Widziałeś ją?! Co ona miała na głowie?!”. 

Bo wtedy rzeczywiście każda kobieta na głowie miała coś – trwałą, tapir. Totalne dzieła sztuki z włosów, układane godzinami.

A czego dziadek nauczył cię o fotografii?

Przede wszystkim tego, że to sztuka, w której nie mogę się wstydzić. Bo jeśli będę się wstydził czy czuł niekomfortowo, to mój model tym bardziej. Ale w pewnym wieku trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, do czego ma się talent, a co jest tylko pasją. Moja siostra ma talent do fotografii. Ja nie.

Uważasz, że można mieć talent tylko do jednej rzeczy w życiu?

Nie, ale wydaje mi się, że jeżeli chcesz coś zrobić w życiu dobrze, to lepiej skoncentrować się na poświęceniu się jednej rzeczy. Tym bardziej że aktorstwo to jest zawód, którego będę się uczył do starości. A fotografię, malarstwo i klocki Lego traktuję jak pasje. 

Zamek z klocków Lego

Klocki Lego?

Przedwczoraj ułożyłem statek w butelce. Ale specjalizuję się w zamkach. Kiedy miałem osiem lat, wymyśliłem pewien świat, który zbuduję z klocków Lego. Jako dorosły nakręciłem pierwszą reklamę, zarobiłem za nią sporo pieniędzy, pojechałem do Berlina i kupiłem tam tyle klocków Lego, że sprzedawca myślał, że otwieram sklep w Polsce. Od tego czasu dokupuję klocki na stronach internetowych – tysiąc zielonych na las, takie tam. Czasem buduję i burzę, ale generalnie posuwam się do przodu.

Co to za świat?

Na szczycie wielkiej góry stoi wysoki zamek, otaczają go fosa i las. Dalej jest wieś, znowu las, a na drugim końcu skała, na której stoi zamek tych Złych. Ten projekt ma 3,5 na 1,5 m, a wysokość ok. 1,10 m. Postawię go na stole zbudowanym z Lego w bibliotece, w domu w górach. 

Ten dom w górach już masz?

Jeszcze nie. Też trzeba go zbudować, projekt jest, ale to jest trudniejsze, bo w tym przypadku bardzo ważne jest podłoże, na którym będzie stał.

A biblioteka dlatego, że dużo czytasz?

Nie, w zasadzie nie czytam książek. Od dzieciństwa mam z tym problem. Z reguły zatrzymuję się na pierwszym zdaniu, które tak mnie pochłania, że moja wyobraźnia galopuje w kierunku, który nie koniecznie pokrywa się z narracją książki. 

To po co ci biblioteka?

Postanowiłem, że zacznę czytać na starość. Zresztą rodzina będzie czytać i polecać.

A co ci daje Lego?

Przepraszam, ale ja nie zadaję sobie takich pytań. Jestem prostym człowiekiem. Jak ktoś mnie pyta, czy coś lubię, odpowiadam: „tak” lub „nie”. A jak ktoś pyta dlaczego, odpowiadam: „bo tak” lub „bo nie”. Po prostu idę przez życie, a sekundy tak szybko lecą, że nie chce mi się wnikać we własne motywacje.

Wojciech Mecwaldowski malarstwo
archiwum prywatne
A malowanie?

Bardziej paćkam, niż maluję. 

Tworzysz dużoformatowe abstrakcje. Taki obraz powstaje chyba tygodniami.

Ostatni powstawał cztery dni po siedem godzin dziennie. Leję albo kapię farbę z dużych wysokości. Mam we Wrocławiu przystosowaną do tego pracownię. 

Kiedyś wspólnie z Pauliną Chapko, moją partnerką z filmu „11 minut” [w reżyserii Jerzego Skolimowskiego – red.] namalowaliśmy obraz, który podarowaliśmy w prezencie Jerzemu Skolimowskiemu. Po jakimś czasie zaprosił mnie do siebie i pokazał mi ten obraz – przemalował go. Stwierdził, że tak jest lepiej. Uwielbiam Jerzego. Muszę przyznać, że nadał mu dramaturgii z „11 minut”. Nałożył swój świat trochę jak reżyser na aktorów. 

Jeszcze jakieś pasje?

Sen. Kocham spać. Dla mnie sen jest ważny na równi z rzeczywistością. W zawodzie jest bardzo potrzebny, tylko średnio mi to wychodzi, jak mam zdjęcia. Aktorstwo mnie pochłania najbardziej. Na studia trafiłem jako totalny dres, który nigdy w życiu nie był w teatrze, ale już jako pięciolatek wiedziałem, że zostanę aktorem. Zdawałem do szkoły dwa razy i w końcu się dostałem. Grając, nigdy nie czuję, że jestem „w pracy”. Przyjmuję tylko te propozycje, które najbardziej mnie ciekawią, i te, które tworzą ludzie, z którymi chcę pracować. 

Pamiętam, jak dziennikarka zapytała mnie o najważniejsze spotkanie zawodowe. Powiedziałem, że to spotkanie z Grzegorzem Wasowskim. Była rozczarowana, bo myślała, że wymienię pewnie tych największych, których wszyscy przywołują jako mistrzów.

Sceny improwizowane

Co było w tym spotkaniu?

Mój świętej pamięci tata kochał „MDM” i „Ciąg dalszy nastąpi”. Brał mnie na kolana i mówił: „Zobacz, jacy oni są śmieszni”. I zawsze pokazywał na tego z wąsem. Lata później zadzwonił do mnie Wojciech Mann i zaproponował współpracę w programie kręconym na wieczór sylwestrowy w TVP Kultura. Marek Kondrat mówił o winie, a ja miałem sceny improwizowane m.in. z Grzegorzem Wasowskim. Np. Mann powiedział: „Podejdź do mnie i zapytaj, co podać. Ja odpowiem, że frytki, a ty wtedy powiedz, że niestety skończyły się ziemniaki”. „I co dalej”, pytam. A on, że zobaczę. I nagrywamy: on mówi, że poprosi frytki, ja że bardzo przepraszam, ale skończyły się ziemniaki, a on: „Nie szkodzi, zjem z chlebem”. To było coś fantastycznego. Następną scenkę miałem z Wasowskim… A potem wracałem z nagrania pociągiem do Wrocławia, rozpierała mnie straszna duma, ale wiedziałem, że nie opowiem już tego tacie, że najwyżej mógł się temu przyglądać z góry, z boku. Poszedłem do ubikacji, zamknąłem drzwi i popłakałem się jak dziecko. Ze szczęścia. Bo Ten Pan z Wąsem powiedział, że fajnie się ze mną pracuje.

A dziś grasz z Williamem Hurtem i Billem Pullmanem.

Zachwycił mnie scenariusz, postać, którą grałem, obsada, produkcja na najwyższym poziomie. Najpierw grałem z Williamem Hurtem, bo on początkowo grał postać, którą przejął później Pullman. Kilka dni zdjęciowych z jednym, a potem kilka dni z drugim, od nowa. Dzięki temu zobaczyłem, jak może różnić się film w zależności od tego, kto gra w nim główną rolę. Will był bardziej skupiony, bardziej w roli według metody Stanisławskiego. Bill już mniej, co nie znaczy, że zagrał gorzej. Po prostu inaczej.

Ty jesteś bardziej William niż Bill – mocno w roli.

Staram się. Po „Dziewczynie z szafy” [reż. Bodo Kox – red.] miałem długo problem z powrotem do życia. Nauczono mnie w szkole teatralnej, że po zakończonej pracy odwiesza się kostium bohatera, ale nikt mnie nie nauczył, że jak za mocno wejdziesz w rolę, to zostaje świat bohatera. To był szczególny świat, bo grałem tam chorego na autyzm. Przez trzy lata nie mogłem uwolnić się od tej postaci. Poprosiłem o pomoc Marka Kondrata, bo wiedziałem, że miał podobny problem po roli Adasia Miauczyńskiego. Powiedział: „Przynajmniej już wiesz, gdzie masz w sobie tę granicę. Dokąd możesz dojść i czym to grozi”. 

Wojciech Mecwaldowski
archiwum prywatne

Festiwal filmowy w Gdyni

Ten rok masz wyjątkowo gęsty. Na festiwalu w Gdyni zobaczymy dwa twoje filmy: „Ukrytą grę” i „Pana T.”. W TVN „39 i pół tygodnia”, drugi sezon serialu „39 i pół”. W kinach właśnie leci „Fighter”. A w planach masz jeszcze w tym roku horror, główną rolę w filmie o Szmulu Zygielbojmie i serial „Erynie” na podstawie powieści Marka Krajewskiego w reżyserii Borysa Lankosza. 

Rzeczywiście. Sporo tego. Ale pamiętam, jak jechałem z debiutem na festiwal filmowy w Gdyni i występowałem w aż czterech filmach konkursowych: „Alei gówniarzy”, „Kto nigdy nie żył”, „Sztuce masażu”, która zdobyła nagrodę, i „Rzeźni nr 1”, też nagrodzonej. Wszedłem do pałacu festiwalowego i widzę napis „Debiutanci”. Podchodzę, a tam galeria portretów moich kolegów i koleżanek. Mnie nie ma. Nagle słyszę za plecami głos Andrzeja Wajdy, który był właśnie oprowadzany po tej wystawie. Wtedy uświadomiłem sobie, że nie ma mnie tam, bo nie zgodziłem się na sesję zdjęciową do jakiegoś magazynu – wydawało mi się, że to nieważne, że ważne są moje filmy. Poszedłem do ubikacji. Stoję, robię swoje, myślę: OK, moja wina, nie pomyślałem o tym. I nagle wchodzi do toalety jeden z tych aktorów ze zdjęć, który przyjechał z jednym filmem. Zauważył mnie i mówi: „Spokojnie, Wojtuś, na wszystko przyjdzie czas”.

Unikasz mediów, ale promocja zwiększa szanse aktora na kolejne role.

Nie wierzę w to. Zależy jeszcze jaka. Szanse na kolejne role zwiększają dobre role. Chociaż z tym też jest różnie. Po „Dziewczynie z szafy” wszyscy klepali mnie po ramieniu, gratulowali, wróżyli nie wiadomo co, czego ja teraz nie zagram i u kogo, a potem przez trzy lata nie dostałem prawie żadnej propozycji. Tak też jest i już. Trzeba to przyjąć na klatę i dalej robić swoje. 

Czasem jadłem zupki chińskie, ale wolę jeść zupki chińskie i być szczęśliwy, niż jeść krewetki w stanie przedzawałowym, czyli robić rzeczy, których nie chcę. Zresztą jak mawia mój przyjaciel, najważniejsze, żeby starczyło na chleb i winko. 

Brak pracy bolał?

Szczególnie, że wynajmowałem wtedy zamek! Tanio nie było.

Jak to? 

Na co dzień mieszkam we Wrocławiu. W Warszawie pomieszkuję, kiedy tu pracuję. I znalazłem sobie ogromne mieszkanie, dwupoziomowe, które urządzone było jak średniowieczny zamek. Miałem w nim pochodnie, długi drewniany stół, olbrzymi kominek, łoże, wannę na lwich nogach i toaletę w kształcie tronu.

Po co był ci ten zamek?

Mówiłem ci już, że lubię zamki. I mam trudną do wytłumaczenia słabość do trzech elementów: kamienia, drewna i dymu. One mnie uspokajają, napędzają, dają mi siłę. Ciężko to nazwać. Ale z całą pewnością zamki mają to do siebie, że jest w nich dużo kamienia, drewna i dymu. 

Kryzys wieku średniego?

Powiedziałeś, że masz prawie 40 lat. Czy rola w serialu „39 i pół tygodnia” jest ci w związku z tym jakoś szczególnie bliska?

Kocham tę postać, bo jest kompletnie nieprzewidywalna. Nikt nie wie, co za chwilę zrobi – ani ja, ani reżyser, ani scenarzysta. Oczywiście jest scenariusz, jest zarys postaci, ale już w pierwszym sezonie „39 i pół” zaproponowałem swoją koncepcję i dostałem zgodę na to, żeby zmieniać dialogi, wymyślać swoje i proponować nowe rozwiązania scen. W drugim sezonie wszedłem jeszcze dalej w to wariactwo mojego bohatera, w to, że jest nieobliczalny. Superprzygoda.

Czujesz, tak jak główny bohater tego serialu, kryzys związany z wiekiem?

Pamiętam, jak mój przyjaciel Bodo Kox miał 40. urodziny. Był załamany. Pokazał mi w laptopie Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i powiedział: „To my”. Facet z wąsem, który ma żonę, dzieci i w zasadzie u schyłku życia siedzi w kuchni?! Nie czuję się Karwowskim. 

Bliżej ci do niedojrzałego chłopca z „39 i pół”?

Chyba jednak tak. Chociaż rodzina to dla mnie ważne marzenie i gdzieś w środku jestem tradycjonalistą. Nie mogę się już doczekać tych chwil z rodziną, tego domu w górach, z którego będę miał widok na całą Kotlinę Kłodzką albo Sromowce Wyżne i Niżne. Wciąż szukam podłoża, żeby dobrze stał.

***

Rozmowa z Wojciechem Mecwaldowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej
Agnieszka Grochowska jako Laura Goldsztajn w serialu Netflixa „W głębi lasu” / Fot. materiały promocyjne

Agnieszka Grochowska opowiada o serialu „W głębi lasu” i Harlanie Cobenie

O pracy w serialu Netflixa „W głębi lasu”, niezwykłym spotkaniu z Harlanem Cobenem i nieustającym dążeniu w życiu do wolności – wywiad z Agnieszką Grochowską.
Anna Zaleska
10.06.2020

Serial „W głębi lasu” to kolejna produkcja Netflixa rozgrywająca się w Polsce, a zarazem trzeci wspólny projekt z Harlanem Cobenem. Sześcioodcinkowy serial kryminalny zapowiada się na hit. Ciekawie zapętlona akcja, bogate psychologicznie postaci, mroczny klimat, spora doza nostalgii, polskie realia, a do tego świetna obsada, między innymi Agnieszka Grochowska, Grzegorz Damięcki, Jacek Koman, Ewa Skibińska i Arkadiusz Jakubik. Za kamerami też znakomite nazwiska – za reżyserię odpowiadają Leszek Dawid i Bartosz Konopka, za zdjęcia Paweł Flis. Z odtwórczynią głównej roli kobiecej Agnieszką Grochowską rozmawiam dwa dni przed premierą, zapowiadaną na 12 czerwca. Agnieszka gra Laurę Goldsztajn, wykładowczynię uniwersytecką. Wątek jej i prokuratora Kopińskiego (Grzegorz Damięcki) rozgrywa się we współczesnej Polsce. Ich nastoletnie odpowiedniki zagrali Wiktoria Filus i Hubert Miłkowski. Agnieszka wielokrotnie pracowała w międzynarodowych produkcjach, ale po raz pierwszy wystąpiła w serialu Netflixa. Opowiada mi o nietypowym spotkaniu z Harlanem Cobenem, kulisach pracy dla streamingowego giganta i o tym, jak pod wpływem „W głębi lasu” zaczęła wspominać własną młodość i zastanawiać się, czym jest dla niej wolność. Anna Zaleska: Po obejrzeniu pierwszych odcinków „W głębi lasu” jestem pod wrażeniem. Naprawdę świetny serial! Agnieszka Grochowska: Mnie też tak się wydaje. Dobre jest to, że powstał na podstawie konkretnej rzeczy – powieści Harlana Cobena pod tym samym tytułem. A to pisarz, który świetnie zaplata akcję, ciekawie buduje postaci, pogłębia je psychologicznie. Mając taki scenariusz, tak silną bazę, można zawędrować w ciekawe rejony. Polski serial na Netfliksie wg książki Harlana Cobena Dla polskiej ekipy to chyba ekscytujące zagrać w serialu według...

Czytaj dalej
East News

Johnny Depp talentem (i urokiem)! mógłby obdzielić kilku aktorów. Zobacz jego 10 najlepszych ról

Za każdym razem, gdy Johnny Depp pojawia się na ekranie, wzbudza ogromne emocje. I choć ostatnie lata nie przyniosły żadnej wielkiej roli, to i tak uwielbiamy go oglądać!
Sylwia Arlak
08.06.2020

Chociaż w ostatnich latach Johnny Depp więcej czasu spędza na sali sądowej niż na planie filmowym, to jednak nie musi się bać, że widzowie o nim zapomną. 57-letni aktor ma za sobą trudny okres: po tym, jak jego była żona Amber Heard oskarżyła go o przemoc, Depp spotkał się z ostracyzmem towarzyskim i zawodowym. Dopiero niedawno zeznania byłej żony aktorka zostały podważone, a Depp z szufladki z przemocowymi mężami wpadł znowu do szufladki: najlepsi i najukochańsi aktorzy wszech czasów. Dzieci (i dorośli też) kochają go za rolę Jacka Sparrowa z „Piratów z Karaibów”, mężczyźni podziwiają w roli Raoula z „Las Vegas Parano”, a kobiety kochają się w jego Rozpustniku. Oto 10 najlepszych ról amerykańskiej gwiazdy. 1. „Charlie i fabryka czekolady” „Charlie i fabryka czekolady” to teoretycznie propozycja dla dzieci, ale docenią ją także dorośli. W filmie znajdziemy wszystko, czego oczekujemy od dobrego filmu: ciekawą historię (ubogi chłopiec, Charlie spełnia swoje marzenie, którym było zwiedzenie ogromnej fabryki czekolady), są niesamowite dekoracje i jest oczywiście on – Johnny Depp. Aktor wcielił się tu w rolę Willy'ego Wonki, który jak przystało na filmy Tima Burtona, jest postacią ekscentryczną i nieoczywistą. Podobnie zresztą, jak cały film — trudno przewidzieć, co wyskoczy za rogiem. Film „Charlie i fabryka czekolady” obejrzycie na Netfliksie. 2. Seria: „Piraci z Karaibów” Nie byłoby „Piratów z Karaibów”, gdyby nie Johnny Depp i grany przez niego Jack Sparrow. Dlaczego tak bardzo uwielbiamy tę postać? To przecież pijak i prostak. Wykorzystuje kobiety i nie rozstaje się z butelką z rumem. Tak, to wszystko prawda. Ale Jack Sparrow to także charyzma, błyskotliwe...

Czytaj dalej