Wojciech Mecwaldowski: „Pilnuję się, żeby nie wyszedł ze mnie dres”
Aleksandra Mecwaldwoska

Wojciech Mecwaldowski: „Pilnuję się, żeby nie wyszedł ze mnie dres”

Nie ma mediów społecznościowych ani internetu w komórce, bo jak mówi, ceni kontakt z drugim człowiekiem, a nie z telefonem. Kiedy chce być sam, ucieka do swojego zamku. Na razie tego z klocków Lego, ale w przyszłości wybuduje prawdziwy.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

W zeszłym roku premierę miały trzy filmy z jego udziałem dramat obyczajowy „1800 gramów”, „Pan T.”, inspirowany życiem Leopolda Tyrmanda obraz Marcina Krzyształowicza oraz „Ukryta gra”, w której polski aktor występuje u boku Billa Pullmana. Poza tym Wojciech Mecwaldowski cały czas gra w serialu „39 i pół tygodnia”, a na premierę czeka kolejny świetnie zapowiadający się projekt z jego udziałem – serial kryminalny „Klangor”. 

Przed spotkaniem znajomi i współpracownicy Wojtka Mecwaldowskiego ostrzegali mnie, że rozmowa z nim nie musi należeć do najprzyjemniejszych. Nie lubi dziennikarzy, ma z nimi złe doświadczenia, z zasady stara się powiedzieć o sobie jak najmniej. I rzeczywiście, z początku łatwo nie było. Ale Wojtek Mecwaldowski, nawet jeśli bardzo się stara, żeby było inaczej, jest po prostu przesympatycznym typem. 

Wojciech Mecwaldowski: Nie znoszę o sobie mówić. Udzieliłem w życiu dosłownie kilku większych wywiadów. 

Magdalena Żakowska: Ale jak już udzielisz, to okazuje się, że nagrywasz płytę z Bobem Marleyem!

Tak! Bardzo za nim tęsknię, ale dzwonimy do siebie. A serio, to właśnie jeden z powodów. Opowiedziałem kiedyś w wywiadzie, że na Jamajce produkowałem dokument o powstawaniu płyty reggae moich przyjaciół [Rastasize „Day by day” – red.], którą nagrywali w studiu Boba Marleya. A potem przeczytałem, że nagrywałem płytę z Bobem Marleyem albo że kupiłem dom na Jamajce. Jaki dom?! Przez kolejne lata znajomi mnie pytali, czy mogą skorzystać z tego mojego domu w czasie wakacji. Czasem w kontaktach z mediami pilnuję się też, żeby nie wyszedł ze mnie dres. 

Byłeś dresem?

Mniej więcej od 14. do 19. roku życia. Cały mój kręgosłup ukształtował się w tamtej subkulturze. To, jak szanuję swoją rodzinę, przyjaciół, świadomość, ile im zawdzięczam i kim jestem.

Słuchałeś disco polo?

Nie, słuchałem głównie tego, czego słuchały koleżanki, na przykład The Fugees, New Kids on the Block czy Backstreet Boys. Dla siebie bardziej Cypress Hill. 

A koleżanki też w dresach?

Na podwórku tak, na dyskotece już nie. Ja na dyskotece – elegancko. Biała koszulka, łańcuszek złoty z krzyżykiem. Kolczyk w uchu, a spodnie prasowałem nawet między paskami. Kocham tamte czasy, tamtą subkulturę. Kiedyś dres kojarzył się z przyjaźnią, pewnymi zasadami, a dziś? Nie wiem. Mam prawie 40 lat i nie znam ludzi, którzy są tak związani ze swoją rodziną, jak moi koledzy „dresy”. To są ludzie, dla których rodzina, przyjaźń to najwyższe wartości, dla których słowo coś znaczy, którzy jak mówią, że będą, to są, nie piszą SMS-ów, że „Sorry, stary…”. Pamiętam czasy, kiedy wszyscy byli razem. Dziś każdy jest w swojej komórce. 

Ty w telefonie z zasady nie masz nawet internetu.

Nie mam. Telefon służy mi do dzwonienia. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, który nie korzysta z mediów społecznościowych, maila obsługuje na komputerze, a rachunki i przelewy płaci w oddziale bankowym. Uważam, że dzień powinien zaczynać się od kontaktu z drugim człowiekiem, a nie z ekranem. Chociaż pewnie założę w końcu konto na Instagramie.

Fotografia rodzinna

Żeby pokazać swoje zdjęcia?

Tak. Ukazały się w albumie, były na różnych wystawach, ale to wszystko dość ulotne. Na Instagramie będę pokazywał, jak widzę świat, a nie siebie w tym świecie. Nie „Ja i rosół”, tylko raczej „Mucha w rosole”. 

Twoja siostra też jest fotograficzką, naszą rozmowę ilustruje portret, który ci zrobiła. Ale tradycje związane z fotografią sięgają u was w rodzinie wcześniejszych czasów.

Mój dziadek, babcia, tata i wujek byli fotografami. A mama księgową. Dziadek miał w Kłodzku zakład fotograficzny. Aparat był na kółkach, drewniany, większy ode mnie, z długim wężykiem i wielką płachtą, pod którą dziadek się chował. Jak pstrykał zdjęcie, to mówił: „Już po operacji”. A ja byłem chłopcem, siedziałem wtedy za ścianą i przyglądałem się ładnym paniom, które przychodziły do zakładu dziadka. Zawsze kiedy wchodziła jakaś piękna kobieta o rubensowskich kształtach – bo tylko takie się dziadkowi podobały – dziadek mnie wołał i mówił: „Zobacz, Wojtuś, piękna kobieta, prawda? Taka dostojna”. A ja przytakiwałem. Bardzo mu jestem za to wdzięczny, że nauczył mnie zachwycać się kobietami, zresztą tak jak Tata. Mógł przecież mówić: „Widziałeś ją?! Co ona miała na głowie?!”. 

Bo wtedy rzeczywiście każda kobieta na głowie miała coś – trwałą, tapir. Totalne dzieła sztuki z włosów, układane godzinami.

A czego dziadek nauczył cię o fotografii?

Przede wszystkim tego, że to sztuka, w której nie mogę się wstydzić. Bo jeśli będę się wstydził czy czuł niekomfortowo, to mój model tym bardziej. Ale w pewnym wieku trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, do czego ma się talent, a co jest tylko pasją. Moja siostra ma talent do fotografii. Ja nie.

Uważasz, że można mieć talent tylko do jednej rzeczy w życiu?

Nie, ale wydaje mi się, że jeżeli chcesz coś zrobić w życiu dobrze, to lepiej skoncentrować się na poświęceniu się jednej rzeczy. Tym bardziej że aktorstwo to jest zawód, którego będę się uczył do starości. A fotografię, malarstwo i klocki Lego traktuję jak pasje. 

Zamek z klocków Lego

Klocki Lego?

Przedwczoraj ułożyłem statek w butelce. Ale specjalizuję się w zamkach. Kiedy miałem osiem lat, wymyśliłem pewien świat, który zbuduję z klocków Lego. Jako dorosły nakręciłem pierwszą reklamę, zarobiłem za nią sporo pieniędzy, pojechałem do Berlina i kupiłem tam tyle klocków Lego, że sprzedawca myślał, że otwieram sklep w Polsce. Od tego czasu dokupuję klocki na stronach internetowych – tysiąc zielonych na las, takie tam. Czasem buduję i burzę, ale generalnie posuwam się do przodu.

Co to za świat?

Na szczycie wielkiej góry stoi wysoki zamek, otaczają go fosa i las. Dalej jest wieś, znowu las, a na drugim końcu skała, na której stoi zamek tych Złych. Ten projekt ma 3,5 na 1,5 m, a wysokość ok. 1,10 m. Postawię go na stole zbudowanym z Lego w bibliotece, w domu w górach. 

Ten dom w górach już masz?

Jeszcze nie. Też trzeba go zbudować, projekt jest, ale to jest trudniejsze, bo w tym przypadku bardzo ważne jest podłoże, na którym będzie stał.

A biblioteka dlatego, że dużo czytasz?

Nie, w zasadzie nie czytam książek. Od dzieciństwa mam z tym problem. Z reguły zatrzymuję się na pierwszym zdaniu, które tak mnie pochłania, że moja wyobraźnia galopuje w kierunku, który nie koniecznie pokrywa się z narracją książki. 

To po co ci biblioteka?

Postanowiłem, że zacznę czytać na starość. Zresztą rodzina będzie czytać i polecać.

A co ci daje Lego?

Przepraszam, ale ja nie zadaję sobie takich pytań. Jestem prostym człowiekiem. Jak ktoś mnie pyta, czy coś lubię, odpowiadam: „tak” lub „nie”. A jak ktoś pyta dlaczego, odpowiadam: „bo tak” lub „bo nie”. Po prostu idę przez życie, a sekundy tak szybko lecą, że nie chce mi się wnikać we własne motywacje.

Wojciech Mecwaldowski malarstwo
archiwum prywatne
A malowanie?

Bardziej paćkam, niż maluję. 

Tworzysz dużoformatowe abstrakcje. Taki obraz powstaje chyba tygodniami.

Ostatni powstawał cztery dni po siedem godzin dziennie. Leję albo kapię farbę z dużych wysokości. Mam we Wrocławiu przystosowaną do tego pracownię. 

Kiedyś wspólnie z Pauliną Chapko, moją partnerką z filmu „11 minut” [w reżyserii Jerzego Skolimowskiego – red.] namalowaliśmy obraz, który podarowaliśmy w prezencie Jerzemu Skolimowskiemu. Po jakimś czasie zaprosił mnie do siebie i pokazał mi ten obraz – przemalował go. Stwierdził, że tak jest lepiej. Uwielbiam Jerzego. Muszę przyznać, że nadał mu dramaturgii z „11 minut”. Nałożył swój świat trochę jak reżyser na aktorów. 

Jeszcze jakieś pasje?

Sen. Kocham spać. Dla mnie sen jest ważny na równi z rzeczywistością. W zawodzie jest bardzo potrzebny, tylko średnio mi to wychodzi, jak mam zdjęcia. Aktorstwo mnie pochłania najbardziej. Na studia trafiłem jako totalny dres, który nigdy w życiu nie był w teatrze, ale już jako pięciolatek wiedziałem, że zostanę aktorem. Zdawałem do szkoły dwa razy i w końcu się dostałem. Grając, nigdy nie czuję, że jestem „w pracy”. Przyjmuję tylko te propozycje, które najbardziej mnie ciekawią, i te, które tworzą ludzie, z którymi chcę pracować. 

Pamiętam, jak dziennikarka zapytała mnie o najważniejsze spotkanie zawodowe. Powiedziałem, że to spotkanie z Grzegorzem Wasowskim. Była rozczarowana, bo myślała, że wymienię pewnie tych największych, których wszyscy przywołują jako mistrzów.

Sceny improwizowane

Co było w tym spotkaniu?

Mój świętej pamięci tata kochał „MDM” i „Ciąg dalszy nastąpi”. Brał mnie na kolana i mówił: „Zobacz, jacy oni są śmieszni”. I zawsze pokazywał na tego z wąsem. Lata później zadzwonił do mnie Wojciech Mann i zaproponował współpracę w programie kręconym na wieczór sylwestrowy w TVP Kultura. Marek Kondrat mówił o winie, a ja miałem sceny improwizowane m.in. z Grzegorzem Wasowskim. Np. Mann powiedział: „Podejdź do mnie i zapytaj, co podać. Ja odpowiem, że frytki, a ty wtedy powiedz, że niestety skończyły się ziemniaki”. „I co dalej”, pytam. A on, że zobaczę. I nagrywamy: on mówi, że poprosi frytki, ja że bardzo przepraszam, ale skończyły się ziemniaki, a on: „Nie szkodzi, zjem z chlebem”. To było coś fantastycznego. Następną scenkę miałem z Wasowskim… A potem wracałem z nagrania pociągiem do Wrocławia, rozpierała mnie straszna duma, ale wiedziałem, że nie opowiem już tego tacie, że najwyżej mógł się temu przyglądać z góry, z boku. Poszedłem do ubikacji, zamknąłem drzwi i popłakałem się jak dziecko. Ze szczęścia. Bo Ten Pan z Wąsem powiedział, że fajnie się ze mną pracuje.

A dziś grasz z Williamem Hurtem i Billem Pullmanem.

Zachwycił mnie scenariusz, postać, którą grałem, obsada, produkcja na najwyższym poziomie. Najpierw grałem z Williamem Hurtem, bo on początkowo grał postać, którą przejął później Pullman. Kilka dni zdjęciowych z jednym, a potem kilka dni z drugim, od nowa. Dzięki temu zobaczyłem, jak może różnić się film w zależności od tego, kto gra w nim główną rolę. Will był bardziej skupiony, bardziej w roli według metody Stanisławskiego. Bill już mniej, co nie znaczy, że zagrał gorzej. Po prostu inaczej.

Ty jesteś bardziej William niż Bill – mocno w roli.

Staram się. Po „Dziewczynie z szafy” [reż. Bodo Kox – red.] miałem długo problem z powrotem do życia. Nauczono mnie w szkole teatralnej, że po zakończonej pracy odwiesza się kostium bohatera, ale nikt mnie nie nauczył, że jak za mocno wejdziesz w rolę, to zostaje świat bohatera. To był szczególny świat, bo grałem tam chorego na autyzm. Przez trzy lata nie mogłem uwolnić się od tej postaci. Poprosiłem o pomoc Marka Kondrata, bo wiedziałem, że miał podobny problem po roli Adasia Miauczyńskiego. Powiedział: „Przynajmniej już wiesz, gdzie masz w sobie tę granicę. Dokąd możesz dojść i czym to grozi”. 

Wojciech Mecwaldowski
archiwum prywatne

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Festiwal filmowy w Gdyni

Ten rok masz wyjątkowo gęsty. Na festiwalu w Gdyni zobaczymy dwa twoje filmy: „Ukrytą grę” i „Pana T.”. W TVN „39 i pół tygodnia”, drugi sezon serialu „39 i pół”. W kinach właśnie leci „Fighter”. A w planach masz jeszcze w tym roku horror, główną rolę w filmie o Szmulu Zygielbojmie i serial „Erynie” na podstawie powieści Marka Krajewskiego w reżyserii Borysa Lankosza. 

Rzeczywiście. Sporo tego. Ale pamiętam, jak jechałem z debiutem na festiwal filmowy w Gdyni i występowałem w aż czterech filmach konkursowych: „Alei gówniarzy”, „Kto nigdy nie żył”, „Sztuce masażu”, która zdobyła nagrodę, i „Rzeźni nr 1”, też nagrodzonej. Wszedłem do pałacu festiwalowego i widzę napis „Debiutanci”. Podchodzę, a tam galeria portretów moich kolegów i koleżanek. Mnie nie ma. Nagle słyszę za plecami głos Andrzeja Wajdy, który był właśnie oprowadzany po tej wystawie. Wtedy uświadomiłem sobie, że nie ma mnie tam, bo nie zgodziłem się na sesję zdjęciową do jakiegoś magazynu – wydawało mi się, że to nieważne, że ważne są moje filmy. Poszedłem do ubikacji. Stoję, robię swoje, myślę: OK, moja wina, nie pomyślałem o tym. I nagle wchodzi do toalety jeden z tych aktorów ze zdjęć, który przyjechał z jednym filmem. Zauważył mnie i mówi: „Spokojnie, Wojtuś, na wszystko przyjdzie czas”.

Unikasz mediów, ale promocja zwiększa szanse aktora na kolejne role.

Nie wierzę w to. Zależy jeszcze jaka. Szanse na kolejne role zwiększają dobre role. Chociaż z tym też jest różnie. Po „Dziewczynie z szafy” wszyscy klepali mnie po ramieniu, gratulowali, wróżyli nie wiadomo co, czego ja teraz nie zagram i u kogo, a potem przez trzy lata nie dostałem prawie żadnej propozycji. Tak też jest i już. Trzeba to przyjąć na klatę i dalej robić swoje. 

Czasem jadłem zupki chińskie, ale wolę jeść zupki chińskie i być szczęśliwy, niż jeść krewetki w stanie przedzawałowym, czyli robić rzeczy, których nie chcę. Zresztą jak mawia mój przyjaciel, najważniejsze, żeby starczyło na chleb i winko. 

Brak pracy bolał?

Szczególnie, że wynajmowałem wtedy zamek! Tanio nie było.

Jak to? 

Na co dzień mieszkam we Wrocławiu. W Warszawie pomieszkuję, kiedy tu pracuję. I znalazłem sobie ogromne mieszkanie, dwupoziomowe, które urządzone było jak średniowieczny zamek. Miałem w nim pochodnie, długi drewniany stół, olbrzymi kominek, łoże, wannę na lwich nogach i toaletę w kształcie tronu.

Po co był ci ten zamek?

Mówiłem ci już, że lubię zamki. I mam trudną do wytłumaczenia słabość do trzech elementów: kamienia, drewna i dymu. One mnie uspokajają, napędzają, dają mi siłę. Ciężko to nazwać. Ale z całą pewnością zamki mają to do siebie, że jest w nich dużo kamienia, drewna i dymu. 

Kryzys wieku średniego?

Powiedziałeś, że masz prawie 40 lat. Czy rola w serialu „39 i pół tygodnia” jest ci w związku z tym jakoś szczególnie bliska?

Kocham tę postać, bo jest kompletnie nieprzewidywalna. Nikt nie wie, co za chwilę zrobi – ani ja, ani reżyser, ani scenarzysta. Oczywiście jest scenariusz, jest zarys postaci, ale już w pierwszym sezonie „39 i pół” zaproponowałem swoją koncepcję i dostałem zgodę na to, żeby zmieniać dialogi, wymyślać swoje i proponować nowe rozwiązania scen. W drugim sezonie wszedłem jeszcze dalej w to wariactwo mojego bohatera, w to, że jest nieobliczalny. Superprzygoda.

Czujesz, tak jak główny bohater tego serialu, kryzys związany z wiekiem?

Pamiętam, jak mój przyjaciel Bodo Kox miał 40. urodziny. Był załamany. Pokazał mi w laptopie Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i powiedział: „To my”. Facet z wąsem, który ma żonę, dzieci i w zasadzie u schyłku życia siedzi w kuchni?! Nie czuję się Karwowskim. 

Bliżej ci do niedojrzałego chłopca z „39 i pół”?

Chyba jednak tak. Chociaż rodzina to dla mnie ważne marzenie i gdzieś w środku jestem tradycjonalistą. Nie mogę się już doczekać tych chwil z rodziną, tego domu w górach, z którego będę miał widok na całą Kotlinę Kłodzką albo Sromowce Wyżne i Niżne. Wciąż szukam podłoża, żeby dobrze stał.

***

Rozmowa z Wojciechem Mecwaldowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Niedźwiedzki
Darek Kawka

Marek Niedźwiecki: „Pierwsze notowanie Listy zrobiliśmy w kwietniu 1982…”

16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.
Magdalena Felis
17.05.2020

Czy jest ktoś, kto nie zna Listy Przebojów Trójki, nawet jeśli się na niej nie wychował? Nadawana w każdy piątek, prowadzona przez Marka Niedźwieckiego już od 38 lat w wielu domach była tradycją. 16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.  W aktualnym wydaniu „Urody Życia” twórca i prowadzący LP3 Marek Niedźwiecki opowiadał, jak ukochane piosenki wpływały na jego i nasze życie.  Nigdy pan nie żałował, że nie podjął pracy jako technolog budowlany? Rzeczywiście, taki kierunek skończyłem na Wydziale Budownictwa Politechniki Łódzkiej, ale wybrałem tę uczelnię tylko dlatego, żeby dostać się do Studenckiego Radia Żak. I się dostałem – a stamtąd do łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia. Ale gdybym nie trafił do radia, to pracowałbym w bibliotece w Szadku, moim rodzinnym miasteczku. Nic innego mi nie przychodzi do głowy. A to prawda, że rozmowa wstępna na stanowisko prowadzącego Listę Przebojów Trójki trwała niecałą minutę? Mogło to tyle trwać. Pamiętam, że pojechałem do siedziby Polskiego Radia na ulicy Malczewskiego, gdzie miałem spotkać się z Andrzejem Turskim, nowym redaktorem naczelnym Programu III Polskiego Radia. To był 1982 rok.  Wyznaczył mi spotkanie, ale ostatecznie nie miał dla mnie czasu, więc szliśmy tylko korytarzem. Ciągle pamiętam, że był ubrany w kurtkę w kolorze wojskowej zieleni, ale nie wojskową. Biegłem obok niego, kiedy powiedział, że będę prowadził listę przebojów. Zapytałem...

Czytaj dalej
Michał Żurawski
Szymon Szcześniak

To on gra Jakuba Szapirę! Co Michał Żurawski mówił nam o „Królu” Szczepana Twardocha?

„Jestem stuprocentowym Polakiem, czyli mieszańcem” – tak przedstawia się Michał Żurawski, którego niedługo zobaczymy w ekranizacji „Króla” Szczepana Twardocha.
Wika Kwiatkowska
06.11.2020

Dzisiaj, 6 listopada premiera najważniejszego w tym roku polskiego serialu: „Króla” na podstawie powieści Szczepana Twardocha. Tytułową rolę, boksera Jakuba Szapirę gra Michał Żurawski, aktor znany m.in. z „Jestem mordercą” albo serialu „Kruk. Szepty słychać o zmroku” Jakub Szapiro to żydowski bokser rządzący przedwojennym warszawskim półświatkiem. To może być dla aktora wyśniona rola – już kilka miesięcy temu Michał Żurawski o Szczepanie Twardochu mówił nam: „Łączy nas jakieś duchowe pokrewieństwo” a zapytany o „Króla” odrzekł: „Podobał – to za mało powiedziane”.  Wika Kwiatkowska: Twoja żona nazwała cię typem drwala – podobno czasem wyjeżdżasz w Sudety, żeby zbudować sobie szałas? Michał Żurawski: Moi dziadkowie mieszkają pod Jelenią Górą, w małym miasteczku Dziwiszów. Mamy tam ziemię na odludziu, pod lasem, w górach, ze stawami, które pradziad wykopał. I faktycznie jest tak, że jeżeli coś dziwnego dzieje się w  moim życiu, to tam jadę, by pożyć z dala od cywilizacji. Tam są proste zasady. Musisz mieć siekierę, umieć zbudować szałas, rozpalić ognisko. Nieraz zdarzało mi się tam spać w zbudowanym przez siebie tipi albo jeszcze dziwniejszej konstrukcji. Czujesz w sobie tego drwala, czy bardziej harcerza? Drwala. Harcerza zupełnie nie – nie za bardzo lubię hierarchię. Wolę samotne wyprawy. Dalekie? Było ich trochę. Żeby odpocząć i zastanowić się trochę nad swoim stanem ducha. W samotności. Stwierdziłeś kiedyś, że mężczyzna nie może się dogadać z kobietą. Zwłaszcza jeżeli on jest samcem alfa, a ona samicą alfa. Na to mi wygląda, jak obserwuję mężczyzn i kobiety (śmiech). Homo sapiens istnieje od tysięcy lat i natura, geografia,...

Czytaj dalej
szyc
Fot. Robert Baka

Borys Szyc: „Uczę córkę, że w życiu nie ma nic za darmo”

„Kiedy urodziła się Sonia, byłem niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. Taki rolling stone. Zmieniłem się” – mówi Borys Szyc.
Bartosz Janiszewski redakcja „Uroda Życia”
15.07.2020

Borys Szyc rzadko opowiada o sobie, jako o ojcu. Nam udało się go namówić. Był wtedy ojcem Soni i przybranym tatą dla Franciszki i Stefanii – córek swojej, wówczas jeszcze partnerki, a dzisiaj już żony Justyny Nagłowskiej, z która ma trzymiesięcznego synka Henia. Borys Szyc o roli ojca Borys Szyc zwierza się w tej rozmowie, jak  bardzo czuł się nieprzygotowany do roli ojca. Ale zarazem mówi dużo ciekawych i mądrych rzeczy o wychowaniu Soni. O tym jak ważne jest wspólne spędzanie  czasu i wspólne pasje. O tym, że mama kocha bezwarunkowo, a tata musi nauczyć dziecko, że świat trzeba zdobywać. Podkreśla, że zależało mu, żeby Sonia czytała  i opowiada,  jak w niej rozbudzał tę ciekawość.  Może, gdy jego synek trochę podrośnie, będzie można znowu się spotkać i porozmawiać, jak to jest być tatą dwójki dzieci, które dzieli spora różnica wieku. Bartosz Janiszewski: Pamiętasz jeszcze, co czułeś na samym początku, kiedy zostałeś ojcem? Borys Szyc: Chyba byłem przerażony. Miałem 26 lat i byłem na to wszystko kompletnie nieprzygotowany. Znalazłem niedawno zdjęcie z tamtego czasu. [Borys wyciąga telefon i pokazuje zdjęcie z kilkumiesięczną Sonią. Rzeczywiście, sam wygląda na nim jak dzieciak]. Wszystko jest na tym zdjęciu. Gigantyczna ilość miłości do tej małej istoty i zero doświadczenia. Same emocje, żadnej wiedzy. Da się na coś takiego przygotować. Pewnie się nie da. Ale ja byłem wtedy niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. W wielkim uderzeniu, momencie największego rozwoju kariery i popularności. Nie sprzyjało to byciu „fajnym tatą”. Ale od samego początku poczułem z córką ogromną więź. Nagle pojawił się na świecie ktoś dużo ważniejszy ode mnie i przestałem się tak bardzo sobą przejmować. Czułem,...

Czytaj dalej
ks. Adam Boniecki
East News

Ks. Adam Boniecki: „Opowiadam się za dawaniem prezentów i to nie tylko od święta”

Dla wszystkich ludzi na całym świecie możliwość obdarowania drugiego człowieka jest czymś ważnym, cennym. Rozmowa z księdzem Adamem Bonieckim.
Karolina Morelowska-Siluk
27.11.2020

Mieć, czy być, a może być minimalistą, to tematy tej rozmowy. Ks. Adam Boniecki mówi, że są przedmioty, który służą nie tylko posiadaniu , temu żeby mieć. Ale też byciu, na przykład książki, albo prezenty od bliskich, wyszukane specjalnie dla nas, żeby zrobić, nam właśnie przyjemność. I sam wspomina, jak w czasach dzieciństwa prezenty były dla niego konkretyzacją miłości bliskich ludzi. Karolina Morelowska-Siluk: Dlaczego określenie „mieć” przeciwstawiamy określeniu „być”? Czy jedno musi wykluczać drugie? Ks. Adam Boniecki: Nie, nie musi. To jest uproszczenie. Chodzi o to, co ma w naszym życiu priorytet. Co czemu służy? Czy jemy po to, żeby żyć, czy żyjemy po to, aby jeść? Przecież są takie sfery, które ciężko przyporządkować do jednej z tych kategorii, na przykład książki. W której sferze one się mieszczą? Niby zaliczamy je do „mieć”, bo stoją w naszej bibliotece – posiadamy je, ale przecież służą temu, aby rozwijać świadomość, służą naszemu „byciu”. Analiza „być” i mieć” pochodzi od francuskiego filozofa Gabriela Marcela, z którym przed laty miałem okazję wypić kawę i porozmawiać. To rozróżnienie, nawet bez wchodzenia w subtelne analizy Gabriela Marcela, okazuje się w życiu codziennym bardzo pożyteczne. Punktem wyjścia do bieżącego rachunku sumienia? Są ludzie bardzo skupieni na sferze „mieć” – nie mam tu na myśli jedynie gromadzenia, posiadania dóbr, ale także coś, co w języku francuskim określa się „apparaître”, czyli „wypaść”. Spotkałem się nawet z rozszerzeniem tego podziału o trzecią kategorię, czyli: „mieć”, „być”, i właśnie „wypaść”. Bywa, że jesteśmy gotowi bronić swojego „dobrego” wizerunku za każdą cenę....

Czytaj dalej