Wisława Szymborska, Freddie Mercury, Charles Bukowski. Wszyscy mieli kota na punkcie kotów!
East News

Wisława Szymborska, Freddie Mercury, Charles Bukowski. Wszyscy mieli kota na punkcie kotów!

Freddie Mercury zostawił swoim kotom cały majątek. Charles Bukowski tylko o kotach potrafił pisać z sympatią i pokorą, a Wisława Szymborska zadedykowała jednemu z nich swój słynny wiersz.
Sylwia Arlak
20.01.2021

Kot jest jedynym czworonożnym zwierzęciem, które wmówiło człowiekowi, że musi je utrzymywać, nie dostając nic w zamian” – pisał niemiecki eseista Kurt Tucholsky. A jednak, jak udowadniają Heike Reinecke i Andreas Schlieper, autorzy książki „Sławne koty i ich ludzie”, za każdym wielkim artystą, stoi… jego kot.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Wisława Szymborska

Biografia Wisławy Szymborskiej jest pełna kotów, choć żaden nie należał do niej. Poetka rozumiała je i potrafiła uchwycić tajemnicę ich relacji z człowiekiem. Doceniała je, ale na odległość.

Gdy mieszkała w krakowskim Domu Literatów przy ulicy Krupniczej, zajmowała się kotami należącymi do jej znajomych. „Kiedy właściciele zwierzaka wracali, nie poznawali swojego pupila. Stawał się kompletnie rozbrykany. A to strącił łapką spodek od herbaty, a to wyprawiał inne swoje kocie harce w kuchni” – opowiadał sekretarz poetki, Michał Rusinek. Pytana o to, z kim chciałaby zamienić się na życie, odpowiadała: „Chciałabym być kotem Krysi Krynickiej” (poetki i wydawczyni poezji – przyp. red).

Koty miał jej wieloletni partner Kornel Filipowicz. Choć para nigdy ze sobą nie zamieszkała, spędzała w swoich domach mnóstwo czasu. Szymborska opiekowała się Kizią i Mizią, kiedy Filipowicz trafił do szpitala (ale kiedy zmarł, nie chciała ich wziąć do siebie; znalazła im nowych właścicieli). Ściągała je z biurka (uwielbiały się tam wylegiwać) i im gotowała, choć sama nie zawsze pamiętała o tym, żeby porządnie zjeść.

To Szymborskiej przypisywany jest cytat, że jedyne, co się panu Bogu udało, to kot. To ona w słynnym wierszu pod tytułem „Kot w pustym mieszkaniu” pisała: „Umrzeć – tego nie robi się kotu”.

Czytaj też: Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

Charles Bukowski

Charles Bukowski, powieściopisarz i poeta, znany jest nie tylko ze swojego talentu, ale też z zamiłowania do alkoholu. Ale nie każdy wie, że miał jeszcze inną naturę. Kochał koty. Z początku miał ich pięć, później siedem, a w końcu nawet dziewięć. Przygarniał niemal każdego, jaki pojawił się w jego domu. „Dobrze mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma czym się podniecać. Wiedzą to, i już. To wybawcy. Im więcej człowiek ma kotów, tym dłużej żyje. Jeżeli masz ich sto, pożyjesz dziesięć razy dłużej, niż gdybyś miał dziesięć. Kiedyś ktoś to odkryje i odtąd ludzie będą trzymać po tysiąc kotów i żyć wiecznie. Śmieszne, doprawdy” – mówił.

I choć w jego utworach pełno było pesymizmu, zwątpienia i brzydoty świata, pisząc o kotach, miał w sobie jedynie sympatię i pokorę. Zachwycał się nimi nieustannie. „W przyszłym życiu chcę być kotem. Sypiać 20 godzin na dobę i czekać, aż mnie nakarmią. Siedzieć, liżąc sobie tyłek. Ludzie są zanadto żałośni, wściekli i monotematyczni” – pisał, a innym razem dodał: „Zwierzęta budzą natchnienie. Nie potrafią kłamać. Są jak siły przyrody. Od telewizji w pięć minut jestem chory, a na zwierzę mogę patrzeć godzinami, widząc w nim tylko grację i chwałę – życie, jakie powinno być”.

Któregoś wieczoru pewien nietrzeźwy znajomy Bukowskiego potrącił kota na podjeździe. Poeta zabrał zwierzę do kliniki, a potem troskliwie opiekował się nim w domu. „Ten kot to ja” – stwierdził.

East News

Freddie Mercury

„Och, tak bardzo mnie uszczęśliwiasz. Kiedy mnie całujesz, odchodzę od zmysłów” – pisał wokalista Freddie Mercury w jednym ze swoich utworów. Bohaterką tej piosenki jest Delilah, jego… kotka.

Delilah nie była jedynym kotem Mercury’ego. W jego londyńskim domu mieszkało jednocześnie ponad dziesięć futrzaków. Większość z nich pochodziła ze schronisk, niektóre były prezentami od przyjaciół. „Żyję pełnią życia. Mój popęd seksualny jest ogromny. Sypiam z mężczyznami, kobietami i kotami” – mawiał artysta.

Na scenie wulkan energii, prywatnie był nieśmiałą osobą. Cenił spokój i towarzystwo kotów. „Najważniejsi są ludzie, muszę się jednak czymś otaczać […]. To dlatego chcę mieć dużo rybek i kotów. Sądzę, że to dość nieśmiała postawa” – powiedział kiedyś, a innym razem dodał: „Tak, chciałbym mieć dziecko. Ale jeszcze bardziej kota. Niespokojny i nerwowy z natury, nie nadaję się zbytnio na ojca rodziny”.

To kotom zadedykował wydany w roku 1985 album solowy „Mr. Bad Guy”: „Dla moich kotów, Jerry’ego, Toma, Oscara i Tiffany, i dla wszystkich miłośników kotów na świecie. Chrzanić wszystkich pozostałych”. Kiedy z zespołem Queen wyruszał w trasę koncertową, regularnie dzwonił do Londynu, bo chciał porozmawiać ze swoimi kotami.

Asystent Mercury’ego, Peter Freestone, opowiadał, że po śmierci artysty Delilah żyła jeszcze długo w mieszkaniu swojego właściciela. Kotem opiekowała się pierwsza dziewczyna i przyjaciółka Mercury’ego, Mary Austin. „Jeśli odejdę pierwszy, jej wszystko zostawię. Nikt inny nie dostanie ani pensa – nikt prócz kotów. Zasługują na to” – mówił wokalista. 

Zbigniew Wodecki

Zbigniew Wodecki doczekał się kota, gdy był już ojcem. Pewnego dnia najstarsza córka podarowała mu koszyk, a w nim „małą, wystraszoną kulkę”. Kocicę nazwał Kropką (bo miała charakterystyczną kropkę na nosie). Kropka miała także syna. Był szary, więc rodzina Wodeckich nazwała go Szarakiem. Ojciec Szaraka nie był znany.

Od tej pory koty towarzyszyły mu we wszystkim, co robił. „Kropka łazi często po klawiaturze i to nie jest fajne, odganiam ją, ale za chwilę w najmniej odpowiednim momencie, kiedy muszę napisać na przykład grupę szesnastek, znowu wskakuje” – denerwował się Wodecki, gdy komponował na fortepianie. Lubił z nimi leżeć. Lubił, jak chodziły mu po plecach (co nazywał „masażem”) i mruczały: „Nie lubię, jak dzieci płaczą, koty miauczą i psy szczekają. Za to lubię, kiedy kot mruczy”.

Podziwiał ich godność: „Nigdzie się nie śpieszą. Chyba że do miski z jedzeniem. One wiedzą, że pośpiech poniża”. Mawiał, że są wolne od zmartwień: „Moje koty wiodą wyjątkowo szczęśliwe życie”. Śmiał się, że są jego przeciwieństwem, bo nie żyją w stresie, nie zabiegają o uwagę i nie uczestniczą w wyścigu szczurów.

Zazdrościł im snu. Gdy wstawał, koty albo dopiero się kładły, albo spały jeszcze długo potem w ciągu dnia. Bywał zazdrosny o ich uwagę, gdy łasiły się do wszystkich gości, którzy odwiedzali ich dom. Cenił ich niezależność i upór. Podczas wakacji wyjeżdżał z nimi na wieś. Martwił się, gdy znikały w polu na kilka dni. Ale zawsze wracały. Prawie zawsze z martwymi zwierzakami w pyskach, żeby – jak to mówił Wodecki – „dożywić” swoich ludzi.

Idealny dzień według Wodeckiego? „W wyobraźni widzę się w towarzystwie wielu czworonogów, obłożony nimi i zrelaksowany” – przyznał. Uważał, że możemy się od kotów wiele nauczyć: „Chciałbym zyskać ich przekonanie, że najpiękniej jest tu, gdzie teraz leżę. Nie na rynku w Krakowie, czy na Manhattanie, tylko w tym właśnie miejscu, tu jest środek świata”.

Czytaj też: Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Violetta Villas

Śpiewaczka znana była z pięknego głosu, burzy blond loków na głowie i miłości do zwierząt (a zwłaszcza kotów). Przed czterdziestymi urodzinami wróciła z Ameryki do Polski na stałe. Zamieszkała w Magdalence, w odludnie położonej wilii.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że miała problemy emocjonalne, była uzależniona od alkoholu i narkotyków. Stroniła od ludzi. Lekarstwem na wszelkie bolączki miały być dla niej zwierzęta. Przygarniała przede wszystkim koty i psy z ulicy albo te podrzucone przez znudzonych nimi właścicieli. Mówiła, że czuje się zupełnie tak, jak one: odtrącona przez ludzi, niechciana i samotna.

Na pierwszym piętrze zamieszkały koty i psy, piwnicę zajęły kozy, a parter właścicielka. Zwierząt było tyle, że nawet sama Villas nie potrafiła ich zliczyć. Dziennikarze rozpisywali się, że były ich setki. Sąsiedzi skarżyli się na hałas (szczekanie i zawodzenie psów niosło się po całej okolicy), a nieliczni goście na okropny smród. Wyprowadzając się ze swojej willi, zostawiła wiele psów i kóz, ale koty zabrała niemal wszystkie. Przewiozła je ciężarówką. Na meble i pokaźną kolekcję sukien nie starczyło już miejsca. Po przeprowadzce do Lewina Kłodzkiego zwierzyniec Villas znów się rozrósł. Powoli kończyły jej się pieniądze (koty, psy i kozy przejadały je w błyskawicznym tempie), więc zgodziła się na darmową pomoc weterynaryjną.

Czytaj też: Felinoterapia – najmilszy sposób na stres! Spokoju i relaksu uczymy się od kotów

Wszystkie historie pochodzą z książki „Sławne koty i ich ludzie” (Heike Reinecke, Andreas Schlieper) wydawnictwa Znak Horyzont. Premiera 10.02.2021 roku.

Mat. prasowe

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pexels.com

Głaskanie, drapanie? Tak, ale jest jeszcze jedna rzecz, którą koty uwielbiają!

Już wiemy, jak prawidłowo komunikować się z kotem. Powolne mruganie jest dla niego, jak uśmiech.
Sylwia Arlak
09.10.2020

W przeciwieństwie do psów koty są dużo bardziej powściągliwe. Wiemy, że jest im dobrze, gdy mruczą i że są zdenerwowane, gdy syczą, drapią lub machają ogonem. Ale naukowcy z uniwersytetów w Sussex i Portsmouth odkryli, że komunikują się z nami także wtedy, gdy powoli mrugają. To koci rodzaj uśmiechu. Jeśli chcesz okazać im miłość i zainteresowanie, rób to, co one — mrugaj. Zdobądź serce kota mruganiem Żeby dojść do takiego wniosku, badacze przeprowadzili dwa eksperymenty. W pierwszym z nich (przeprowadzonym w miejscach zamieszkania kotów), wzięło udział 21 zwierząt z 14 gospodarstw domowych. Naukowcy najpierw uczyli właścicieli, jak mają powoli mrugać (powoli zbliżać powieki do siebie w ten sposób, aby lekko się ze sobą stykały, a następnie całkowicie zamknąć oczy na kilka sekund), a potem poprosili ich, by zademonstrowali sztuczkę przed kotem, siadając mniej więcej pół metra obok niego. Badali, jak często kot mrugał do właściciela i jak często robił to, gdy był sam. Eksperyment wykazał, że koty chętnie odmrugiwały do swoich właścicieli. Kiedy ich nie widzieli, nie wykonywały takiego gestu. Czytaj więcej:   „Skąd się bierze to, co jesz?” Aleksander Baron, słynny szef kuchni o tym, jak możemy jeść etyczniej W drugim badaniu naukowcy wybrali 24 koty. Zamiast właścicieli, mrugać mieli badacze. Chcieli sprawdzić, czy zwierzę będzie mrugało do wszystkich ludzi, czy tylko do tych, do których są przywiązani. Naukowcy mieli albo powolnie mrugać, albo zachować neutralny wyraz twarzy. Eksperyment pokazał, że jeśli zupełnie obca kotu osoba mruga, zwierzę ma większą ochotę się do niego zbliżyć. Naukowcy spekulują, że koty mrugają, bo ludzie postrzegali takie zachowanie, jako pozytywne. Powolne mruganie u kotów mogło rozwinąć się też, jako sposób na przerwanie...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska
mat. prasowe

Wisława Szymborska, Ichna, Wisełka: „Czasami jestem podobna do siebie, a czasami nie”

Wisława Szymborska, pierwsza dama polskiej poezji, nie chciała opowiadać o swoim życiu i nie lubiła, gdy się o niej rozpisywano. Wolała, żeby mówiły za nią jej wiersze.
Sylwia Arlak
24.11.2020

O tym, że otrzymała nominację do literackiej Nagrody Nobla, dowiedziała się od dziennikarzy (była wówczas jedyną noblistką w historii, która poznała werdykt jeszcze przed oficjalnym komunikatem). Wypoczywała w pensjonacie Astoria w Zakopanem, gdy odwiedzili ją znajomi reporterzy. „Fotograf Adam Golec — już po ogłoszeniu wiadomości — uwiecznił na wspaniałych zdjęciach nieoficjalny wizerunek świeżo upieczonej noblistki: naprawdę zaskoczonej, roześmianej, z papierosem w ręce i z włosami w nieładzie. (…) Wisława Szymborska wyszła do dziennikarzy w rozciągniętym białym swetrze i w malinowej spódniczce wątpliwej urody. Była na wakacjach i stroje miała wakacyjne” — czytamy w książce Joanny Gromek-Illg „Szymborska. Znaki szczególne. Biografia wewnętrzna”. W 1996 roku wraz z upragnionym Noblem przyszła sława, która dla Szymborskiej była utrapieniem. „Dla niechętnie udzielającej się publicznie poetki szczególnie męcząca była rosnąca z dnia na dzień popularność. Stała się znana i rozpoznawalna, jej zdjęcia publikowały gazety, w telewizji co rusz pojawiały się poświęcone jej materiały, radio nadawało jej wiersze czytane przez popularnych aktorów. Jednym słowem — była sławna, jak gwiazdy filmowe w latach jej młodości, dla niektórych była » celebrytką « , ale też wiele osób nieczytających na co dzień poezji zachwyciło się jej wierszami” — pisze w swojej książce Gromek-Illg. Ludzi jednak interesowało też życie prywatne poetki. Chcieli wiedzieć, czy ma męża i dzieci. A jeśli nie, dlaczego? Jak mieszka i co robi w czasie wolnym? W miesiąc musiała udzielić więcej wywiadów, niż przez całe dotychczasowe życie. Jej przyjaciele z uśmiechem mówili o „tragedii sztokholmskiej”. Szymborska odetchnęła z ulgą, gdy po...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz
Ewa Lipska/Fotonova

Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

„Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” – pisała Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Byli ze sobą 23 lata. I była to wyjątkowa miłość, choć nie mieli ślubu i nie mieszkali ze sobą.
Magdalena Żakowska
01.07.2020

Ich znajomi mówili, że związek poetki Wisławy Szymborskiej i pisarza Kornela Filipowicza był „organiczny”, że tworzyli jedność. A przecież nie byli typową parą, nawet ze sobą nie mieszkali. Za to codziennie pisali do siebie listy. Czułe, intymne, zabawne. „Kocham Cię bezustannie, tylko z przerwą obiadową” –pisze Szymborska, choć wszyscy wiedzą, że kocha go nieustająco. W innym wyznaje: „Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie”. Kiedy w połowie lat 60. zbliżyli się do siebie oboje mieli już za sobą inne małżeństwa, nie byli też młodzi. Wisława Szymborska była po 40, Filipowicz starszy od niej o dziesięć lat po 50. Na czym polegał fenomen tej miłości? Kilka spraw ustalili od razu: będą mieszkać oddzielnie, telefon co najmniej dwa razy dziennie (rano na dzień dobry, wieczorem na dobranoc), spotkania częste. Wszyscy, którzy ich znali i mieli okazję obserwować narodziny tego uczucia, podkreślają, że bardzo do siebie pasowali. Oboje dość staroświeccy, powściągliwi i niezwykle życzliwi. Sprawiali wrażenie melancholijnych samotników. Niełatwo było poznać, że są razem. „Nie manifestowali publicznie swoich uczuć. Wisława nie poprawiała Kornelowi krawata, on nie otulał jej czule płaszczem. Byli niezwykle powściągliwi – wspomina przyjaciółka Szymborskiej, Teresa Walas. – To było obce ich naturze. Nie mieszkali ze sobą, bo nie czuli potrzeby chodzenia w jednym zaprzęgu. Poza tym, jak mówiła sama Wisława, nie wyobrażali sobie pracy w jednym domu. Dwie stukające maszyny do pisania? To by było dla nich nie do zniesienia”. Wisława Szymborska: „Boże, jaki piękny mężczyzna” Na „ty” przeszli gdzieś między grudniem 1966 roku a kwietniem 1967, chociaż poznali się 20 lat wcześniej. Ale wtedy oboje byli jeszcze w innych związkach....

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Felinoterapia – najmilszy sposób na stres! Spokoju i relaksu uczymy się od kotów

Koty to nasi najlepsi nauczyciele. Pozwalają nam spojrzeć na życie z dystansu i działają antydepresyjnie. Felinoterapia to najmilszy sposób na stres, nerwy i codzienny niedoczas.
Sylwia Arlak
20.08.2020

Koty miauczą, drapią, wskakują na stół i lubią nas budzić nas o nieludzkich (bo kocich!) porach. Ale te, przyznajmy szczerze, drobne niedogodności to nic w porównaniu z korzyściami, jakich doświadczamy, żyjąc z kotem pod jednym dachem. Koty – i to fakt zbadany naukowo, a nie tylko opinia kociarzy i kociar – mają zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne. Nic dziwnego, że felinoterpia (rodzaj zooterapii, o którym zaczęło się mówić w latach 80. polegający na kontaktach z kotem) wciąż zyskuje na popularności. Opiekunowie kotów żyją dłużej Naukowcy z Uniwersytetu w Minesocie udowodnili, że opiekunowie kotów żyją dłużej. W czasie dziesięcioletnich badań odkryli też, że ci, którzy mają kota, są o ok. 30 proc. mniej narażeni na wystąpienie zawału serca. Zbawienny wpływ ma na nas kocie mruczenie, bo obniża ciśnienie krwi oraz poziom cholesterolu (mruczenie ma niską częstotliwość pomiędzy 25 a 50 Hz, czyli taką samą, która jest wykorzystywana przez ortopedów i rehabilitantów oraz w medycynie sportu w leczeniu urazów kości, mięśni oraz procesie zabliźniania się ran). To właśnie dlatego koty wspomagają osoby niepełnosprawne fizycznie w okresie rehabilitacji.   Pozytywnie wpływają także na nasz stan psychiczny. Pomagają osobom chorym na depresję, z nerwicą, zaburzeniami lękowymi i uzależnionym. Obcując z nimi, relaksujemy się i czujemy spokojniejsi. Właściciele kotów są mniej samotni i bardziej zadowoleni z życia, a nawet...lepiej śpią. Mruczeniu towarzyszy głęboki dźwięk, który uwalnia w organizmie kota serotoninę.   Koty najlepszym przyjacielem człowieka? Istnieje nawet taki termin, jak „mruczoterapia”. Jego pomysłodawcą jest weterynarz z Tuluzy, Jean-Yves Gauchet. Stworzył on 30-minutowe nagranie CD z zarejestrowanym...

Czytaj dalej