Wiesław Gołas: „Wilk” torturowany przez gestapo. Teatr był dla niego jak powietrze
INPLUS/East News

Wiesław Gołas: „Wilk” torturowany przez gestapo. Teatr był dla niego jak powietrze

Wiesław Gołas zagrał w ponad stu filmach i serialach, w tym u największych – Andrzeja Wajdy, Stanisława Barei, Wojciecha Hasa, Gustawa Holoubka. Sam został ikoną polskiej kultury rozrywkowej, by w końcu przejść na emeryturę – bo „nawet Papkin musi kiedyś odpocząć”.
Hanna Szczesiak
22.02.2021

Szuja!” – śpiewała Irena Kwiatkowska pod adresem Wiesława Gołasa w jednym ze skeczy Kabaretu Starszych Panów. W życiu prywatnym do „szui” mu jednak daleko. Podobnie jak do wesołka, którego tak często grywał. W czasie wojny stracił ojca, sam był torturowany przez gestapowców. Miłość do aktorstwa zaszczepiła w nim matka – to ona jako pierwsza dostrzegła drzemiący w nim talent.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Wiesław Gołas: urodzony dwa razy

Oficjalnie urodził się 4 października 1930 roku w Kielcach. Oficjalnie, bo to właśnie ta data – wpisana przez pomyłkę podchmielonego organisty – widnieje w jego dokumentach. Naprawdę urodził się kilka dni później, 9 października. Akuszerka towarzysząca jego matce przy porodzie twierdziła, że był pierwszym noworodkiem, który nie rozpłakał się po klapsie, które daje się dzieciom, by zaczęły samodzielnie oddychać. Zamiast tego zaczął się śmiać, co dziś można uznać za przepowiednię. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że kilkadziesiąt lat później Wiesław Gołas zostanie królem komedii, a jego żarty na stałe wejdą do polskiego języka.

Mały Wiesiek i jego siostra Basia dorastali w domu pełnym miłości i żartów. Nazywali siebie i swoich rodziców „czwórką hultajską”. W ich domu często wspólnie muzykowano, goszczono krewnych i przyjaciół. Basia grała na mandolinie, Teofil Gołas – ojciec rodzeństwa, ogniomistrz 2. Pułku Artylerii Lekkiej Legionów – śpiewał, przygrywając sobie na różnych instrumentach. Wiesiek wesoło pogwizdywał w rytm muzyki – podobnie jak inni członkowie rodziny, chociaż to właśnie jego Wojciech Młynarski nazywał „gwizdulkiem”. Wkrótce zyska kolejne przezwiska. Dla kolegów z jednostki ojca będzie „dzidziusiem”, a lata później nauczyciele będą wołać za nim „diablas”, nie Gołas – z uwagi na jego temperament i zamiłowanie do żartów.

Jak mały Wiesiek zostaje „Wilkiem”

Kiedy Niemcy napadli na Polskę, miał 9 lat. Jego ojciec wyruszył na wojnę. Przed wyjazdem Teofil Gołas przeprowadził z synem poważną rozmowę: posadził Wieśka na koniu, w deszczu. O tym mokrym siodle Wiesław Gołas będzie opowiadał lata później. Ojciec poprosił, żeby zaopiekował się matką i Basią, gdy jego nie będzie. Zostawił mu szablę, żeby w razie potrzeby mógł obronić swoją rodzinę. Po upadku kampanii wrześniowej Teofil Gołas miał zostać przewieziony do oflagu, niemieckiego obozu jenieckiego, w którym przetrzymywano oficerów. Udało mu się jednak uciec z pociągu i wrócić do Kielc.

Rodzina Gołasów zaangażowała się w działalność konspiracyjną już w pierwszych miesiącach wojny. Jadwiga Gołas przechowywała broń i amunicję dla podziemia, jej mąż dołączył do oddziału partyzanckiego. Został jednak aresztowany przez Niemców i osadzony w kieleckim więzieniu. Niedługo później trafił do obozu na Majdanku. W 1942 roku został zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach. Syn przez lata będzie próbował go odnaleźć, bezskutecznie. W latach 50. pojedzie do Majdanka złożyć kwiaty na zbiorowym grobie.

„Nie wolno ci się bić i nie wolno dopuszczać, by cię bito”, mawiał małemu Wiesiowi ojciec. Uczył go odpowiedzialności, dyscypliny, ale też miłości do ojczyzny. Już po jego śmierci, jako nastolatek, Wiesław wstąpił do Szarych Szeregów i przyjął pseudonim „Wilk”. Kontynuował działalność konspiracyjną ojca. Roznosił ulotki, kradł Niemcom broń. To właśnie podczas przenoszenia broni do grobowca na cmentarzu prawosławnym w Kielcach omal nie zginął. Tego dnia padało, a on niósł pod pachą zawinięty w gazetę pistolet. Potknął się, schodząc ze schodów, jednak nie upadł. Zdążył go złapać jeden z przechodzących obok Niemców. Nie zauważył lufy wystającej spod rozmoczonego papieru, pozwolił mu odejść.

Podczas jednej z akcji Szarych Szeregów – w listopadzie 1944 roku, gdy wojska sowieckie zbliżały się do Kielc – Wiesław Gołas został przyłapany przez gestapowców. W rękach miał amunicję, w kurtce – konspiracyjną gazetkę „Powstaniec”. Po zatrzymaniu przewożono go z komendy do komendy, w końcu trafił do więzienia. Zamknięto go w zatłoczonej celi, a jako że był najmłodszy – miał zaledwie 14 lat – nakazano mu spać przy sanitariacie. Później dowie się, że w tej samej celi dwa lata wcześniej był więziony jego ojciec.

Torturowano go przez trzy miesiące. Tłumaczył swoim oprawcom, że konspiracyjna gazetka trafiła do jego kurtki przypadkiem – po prostu ją znalazł, a przechwytywanie amunicji traktował jak zabawę. Nikt mu nie uwierzył. „Pierwszy raz jak mnie przesłuchiwano, piszczałem cienko jak baba” – powie po latach w rozmowie z „Faktem”. Jeden z funkcjonariuszy, wyjątkowo okrutny, okładał go nahajem. Współwięźniowie wiedzieli, że ich nie wydał. Gdy wracał z przesłuchań, kładli mu na posiniaczonych plecach mokre szmaty, by chociaż trochę ulżyć mu w bólu. W styczniu 1945 roku, po wkroczeniu Sowietów do Kielc, został wypuszczony z więzienia.

Czytaj też: Na pogrzebie Ludmiły Jakubczak tłum chciał zlinczować jej męża. Krzyczano: „Morderca”!

Od figlarza do aktora

Pierwsze lata nauki spędził w Publicznej Szkole Powszechnej nr 9 na kieleckim Baranówku, później uczył się w gimnazjum im. Jana Śniadeckiego. Szybko zapadł w pamięć gronu pedagogicznemu, bynajmniej nie z powodu osiąganych przez niego not. Był szkolnym figlarzem i urwisem, przez co z czasem nauczyciele zaczęli posądzać go o wszystkie występki. Wyrzucano go z klasy i ganiono. Później dostawał lanie od swojej matki. Zdarzało się, że klęczał na grochu. Mimo łatki chuligana już w latach szkolnych zaczął występować na szkolnych akademiach – podobno nikt inny tak spektakularnie nie mdlał na zawołanie.

Po lekcjach służył do mszy jako ministrant w małym drewnianym kościółku. Grał w szkolnej orkiestrze na instrumentach perkusyjnych. Uczył się śpiewu. W gimnazjum zadebiutował jako aktor – statystował w sztuce „Krakowiacy i górale” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego.

Już po wojnie maturę zdał w kieleckim liceum, a następnie rozpoczął studia na Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie – dzisiejszej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Studia ukończył w 1954 roku. Jego pierwsza poważna rola – Papkin z „Zemsty” Aleksandra Fredry – będzie towarzyszyła mu przez całe życie. W Papkina pierwszy raz wcielił się na deskach Teatru Dolnośląskiego w Jeleniej Górze. Kolejny raz w Teatrze Dramatycznym w reżyserii Gustawa Holoubka, później – w Teatrze Polskim u Kazimierza Dejmka.

„Fredrowski Papkin jest dla mnie uosobieniem zawodu aktora. Grałem go kilkaset razy. […] Każdy z nas aktorów jest po trosze Papkinem, bo jesteśmy jednocześnie i śmieszni, i tragiczni, sprzedajemy się za miskę zupy. I jest to postać, którą można grać w każdym wieku. Zespoliłem się z tą rolą. Dobrze to zrozumiał Wojtek Młynarski, bo napisał w jednej z piosenek: »Ile Gołas ma z Papkina, a Papkin z Gołasa«” – mówił w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Przyjaźnie zawarte w szkole teatralnej przetrwały lata – z Franciszkiem Pieczką, Zdzisławem Leśniakiem czy Mieczysławem Czechowiczem spotykał się na scenie i planie filmowym długo po odebraniu dyplomu. Teatr stał się jego życiem, był dla niego jak powietrze – bez niego nie mógłby żyć. Wiesław Gołas odnosił sukcesy na polu zawodowym, a wkrótce miał poznać kobietę, w której zakocha się bez opamiętania.

Czytaj też: Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka: mistrz, uczennica i wielka miłość

Śmietanka towarzyska

W 1955 roku, podczas jednej z biesiad w Murowanej Piwnicy w Zakopanem, wypatrzył Elżbietę Szczepańską. Choć u jej boku był wtedy inny mężczyzna, nie zniechęciło to oczarowanego Wiesława. „Miał na nogach żółte półbuty, a mankiety zwykłych spodni schował w wywiniętych ciepłych skarpetkach. Zaczęliśmy tańczyć rock and rolla. Byłam oszołomiona wrażeniami” – wspominała Elżbieta Szczepańska w książce „Na Gołasa” Agnieszki Gołas-Ners. Wrażenia musiały być na tyle silne, że resztę wieczoru spędziła w towarzystwie młodego aktora, a o poprzednim partnerze szybko zapomniała. Zakopiańskie pląsy utkwiły również w pamięci samego Wiesława Gołasa. Gdy ukochana odwiedziła go któregoś razu w teatrze, by zobaczyć, jak ten prezentuje się na scenie, zatańczył dla niej rock and rolla – choć nie było tego w scenariuszu.

Oświadczyny wydawały się formalnością – Elżbieta Szczepańska od razu się zgodziła. Zdobyła uznanie przyszłej teściowej, choć jej rodzice nie byli zachwyceni wiadomością, że córka wyjdzie za mąż za aktora – mieli nawet złapać się za głowy, gdy o tym usłyszeli. Mimo drobnych przeciwności para się pobrała, a niedługo później na świat przyszła ich córka Agnieszka.

Jakim ojcem był Wiesław Gołas? „W dzieciństwie był dla mnie niemal magiczny. Potrafił przeistoczyć się to w ptaszka, to w dwa psy przy płocie (mój ulubiony »numer« taty, gdy szczekał na dwa głosy!), w małpę i wszelkie możliwe zwierzątka, o jakie go prosiłam. Wspólnym, choć rzadkim, wyjazdom na narty, nad morze, czy wycieczki rowerowe zawsze towarzyszyła cała masa żartów” – mówiła córka aktora w rozmowie z Onetem.

Przez dom Gołasów przewijali się członkowie ówczesnej elity artystycznej: Eryk Lipiński, Ewa Wiśniewska, Anna i Stanisław Tymowie, Jerzy Dobrowolski, Edward Dziewoński. Jak mówiła po latach Agnieszka Gołas-Ners, najszczęśliwsze lata życia jej taty to właśnie te, w których mógł grać, zabawiać publiczność. Spotkał na swojej drodze wybitnych twórców i twórczynie – Jeremiego Przyborę, Irenę Kwiatkowską, Barbarę Krafftównę, Jana Kobuszewskiego – a to tylko kilka z dziesiątek znamienitych nazwisk, z którymi pracował. Współtworzył trzy kabarety – Kabaret Starszych Panów, Kabaret Koń oraz Kabaret Dudek. Cały czas trwała przy nim żona.

Choć wydawało się, że są zgodnym małżeństwem i z powodzeniem godzą życie prywatne z zawodowym, z czasem zaczęli się od siebie oddalać. Gdy Agnieszka miała 14 lat, postanowili się rozstać. Decyzja o rozwodzie była wspólna – oboje wiedzieli, że ten taniec, który rozpoczął się w zakopiańskiej karczmie przed laty, po prostu dobiegł końca. Jednak dla Wiesława Gołasa rozwód był porażką – marzył, by stworzyć Agnieszce dom, w jakim on sam się wychowywał. Jak powie później jego córka, gdyby nie poznał swojej drugiej żony, mógłby nie unieść ciężaru rozwodu.

Miłość silna jak uderzenie pioruna

Drugą żonę poznał przypadkiem. Była połowa lat 70. – Wiesław Gołas był już wtedy rozpoznawalny nie tylko za sprawą swoich skeczy, ale również dzięki rolom filmowym i występom na małym ekranie. Tomusia Czereśniaka z serialu „Czterej pancerni i pies” znali – i kochali – niemal wszyscy. Podczas spaceru zobaczył w witrynie zakładu fotograficznego swoją podobiznę, więc postanowił wejść do środka. Autorką zdjęcia sprzed lat była Maria Krawczyk, pracownica zakładu. To była miłość od pierwszego wejrzenia – jeszcze zanim porozmawiali, on już wiedział, że to z nią chce spędzić resztę życia.

Pytana po latach, co urzekło ją, gdy poznała swojego męża, mówiła, że poczucie humoru – znała go przecież z ekranu. Dopiero z czasem zrozumiała, że daleko mu do wesołka, w którego często się wciela na ekranie czy w teatrze. Tym, czym imponuje jej do dziś, są nienaganne maniery, wielka kultura i szacunek, jaki okazuje wszystkim ludziom. Gdy się oświadczył, przyjęła zaręczyny. Od tamtej pory są nierozłączni.

Maria Krawczyk-Gołas towarzyszyła mężowi, gdy ten wspinał się po kolejnych szczeblach kariery. Jako Tomuś, baron Krzeszowski z „Lalki” czy Karpiel w filmie „Poszukiwany, poszukiwana” zaskarbił sympatię widzów, a kolejne role – w tym Kazik z filmu „Brunet wieczorową porą” czy Majewski w „Alternatywy 4” – tylko umocniły jego pozycję na liście najwybitniejszych polskich aktorów. Za swoje zasługi dla polskiej kultury został odznaczony zarówno Krzyżem Kawalerskim, jak i Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ostatni raz pojawił się na ekranie w 1996 roku jako Ignatko w filmie Jana Jakuba Kolskiego „Szabla od komendanta”. Jak przyznał później na łamach „Gazety Wyborczej”, „miał piękne życie i zawsze wychodził bez szwanku ze wszystkich opresji”. Przyszedł jednak moment, w którym postanowił zejść ze sceny: „Moim suflerem jest mój organizm. Słucham go i wiem, co mogę jeszcze zrobić. Teraz mi mówi, że jestem starszym panem. Nawet Papkin musi kiedyś odpocząć”. Choć sporadycznie grywał w teatrze, ciało – najważniejsze narzędzie każdego aktora – zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa.

Czytaj także: Lucyna Winnicka i Jerzy Kawalerowicz: kochali się i tworzyli filmy, które do dziś fascynują świat

„Jezus Maria, to już?!”

„Gdyby nie Marysia, pogubiłbym się. Żyję tylko dzięki niej. Jestem wielkim szczęściarzem, bo spotkałem kobietę, która nie dość, że mnie kocha, to w dodatku jest moim najlepszym przyjacielem. To rzadkie połączenie. Miłość i przyjaźń tylko czasem idą w parze” – mówił kilkanaście lat temu w rozmowie z „Super Expressem”, niedługo po tym, jak przeszedł zawał serca. W tych trudnych momentach żona nie odstępuje go na krok. Wspiera go, opiekuje się nim, gotuje mu i znosi jego grymasy. Jest nie tylko miłością jego życia, ale i opiekunką, powierniczką, bratnią duszą.

9 października ubiegłego roku Wiesław Gołas świętował 90. urodziny. Żartował, że sam nie wierzy, że tak długo udało mu się przeżyć – życiem pełnym dramatów, ale i piękna. Wkrótce jego stan się pogorszył – przeszedł udar. Dziś nie wychodzi już z domu, ma trudności z mówieniem. Jednak jak zapewnia jego żona – ona zawsze go zrozumie.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat.prasowe

Życie Robina Williamsa, choć pełne sukcesów, było jak ponury żart

Robin Williams, według magazynu „Entertainment Weekly”, najśmieszniejszy człowiek na ziemi cierpiał na depresję, był uzależniony od alkoholu i kokainy. Mając 63 lata, popełnił samobójstwo.
Sylwia Arlak
21.07.2020

Żona Robina Williamsa, Susan wspominała, że tamtego dnia wieczorem czule się pożegnali – jak zwykle. W jednym z wywiadów mówiła, że widziała, jak jej mąż szukał czegoś w swojej szafie, a w końcu wyszedł z iPadem, żeby poczytać przed snem. Wzięła to za dobry omen. Od miesięcy nie był zainteresowany lekturą.  Nawet nie oglądał telewizji. Potem zobaczyła, jak Robin idzie do swojej sypialni na końcu korytarza. Następnego dnia dochodziło już południe, gdy zorientowała się, że od poprzedniego wieczora jeszcze się nie widzieli. Nacisnęła klamkę, było zamknięte, Zapukała, na darmo. Asystentka za pomocą rozgiętego spinacza do papieru otworzyła zamek w drzwiach do sypialni. Zobaczyli wiszącego Robina – powiesił się na pasku od spodni. Robin Williams od dziecka zabawiał innych Swojego wymarzonego Oscara otrzymał za rolę terapeuty w filmie „Buntownik z wyboru” (nagroda dla najlepszego aktora drugoplanowego). Oprócz nagrody, otrzymał jeszcze trzy nominacje, w tym za rolę profesora literatury angielskiej ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”. Widzowie kochali go też za lżejsze filmy – postacią ojca, który po rozwodzie udaje opiekunkę własnych dzieci w filmie „Pani Doubtfire” podbił serca milionów!  W trakcie 38-letniej kariery wystąpił w sumie w 74 filmach. Był wielbiony, nagradzany – i wciąż czuł pustkę. Urodził się 21 lipca 1951 roku, jako jedyne dziecko dyrektora Roberta i Laurie (modelki i aktorki) Williamsów. Rodzice nie byli idealnymi opiekunami, dziecko odrywało ich od ich pasji i zajęć.  Aby poradzić sobie z samotnością, już w wieku kilku lat Robin tworzył w głowie postaci i dialogi. W szkole nie było lepiej. Jako niezdarny chłopiec z nadwagą był...

Czytaj dalej
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej
dymna
Fot. Jan Zych/Archiwum Anny Dymnej

Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Gdy Dymny zmarł, myślała, że i ona za chwilę umrze, „bo życie bez niego nie jest po prostu możliwe”.
Marta Strzelecka
13.10.2020

Był cudownym artystą, ale też pił, urządzał bójki, znikał. Ona  mówiła, że jak się kocha, to nic nie jest ważne, że z nim wszystko wytrzyma. Anna i Wiesław Dymni przeżyli razem 7 lat, przez 6 lat byli małżeństwem. Poznali się na planie filmu w 1969 roku, choć przelotnie widzieli się już wcześniej. Ona pamięta go jako pijanego mężczyznę, o którym ktoś powiedział: „A to jest taki Dymny z Piwnicy pod Baranami”. On zachwycał się jej urodą w kinie. W 1969 roku spędzali razem dużo czasu, pracując przy filmie „Pięć i pół bladego Józka” Henryka Kluby, do którego Dymny napisał scenariusz. Cenzurze nie podoba się ta fabuła – pełna buntu i wolności historia o gangu motocyklowym dowodzonym przez dziewczynę. Ania gra główną rolę. Ekipa mieszka w pałacyku niedaleko Płocka. Jest sroga zima, więc rzadko wracają do domów, do Krakowa. Anna Dymna: „Wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek” Ich pierwszy długi kontakt w tej pracy wydaje się intymny i ważny, ale ani on, ani ona nie opowiadali o tym publicznie: Dymny na potrzeby sceny filmowej maluje nagie ciało Ani w kwiaty. Za to drugie spotkanie przechodzi do legendy. Jest noc, Anna próbuje zasnąć, a pijany Wiesław na korytarzu gra w ping-ponga. Wtedy po raz pierwszy jej naiwność zderzyła się z jego brutalnością. „Wyszłam i zapytałam, czy mogą przestać grać – wspomina. – Przyszedł do mnie do pokoju z butelką i coś powiedział, wplatając słowo »kurwa«; ja teraz wiem, że to był przecinek i można to w dobrej wierze powiedzieć. Ale wtedy byłam tak przerażona, że go strzeliłam w łeb, bo myślałam, że to o mnie. I on mi oddał, podbił mi oko”. Przerażona – bardziej tym, że uderzyła, niż tym, że dostała cios – natychmiast wyjechała. Kiedy wracała, na...

Czytaj dalej
Antonio Banderas w filmie Almodovara
mat. prasowe

„Już nie jestem Banderasem silnym, seksownym, walczącym” 

W „Bólu i blasku” cierpi na wypalenie i depresję. A w życiu?
Marta Strzelecka
28.08.2019

Przez lata oczekiwano, że będę konkretnym typem mężczyzny: silnym, seksownym, walczącym. Spełniałem te oczekiwania. Ale nie jestem już Banderasem z  powłóczystym spojrzeniem i szablą w dłoni”, mówi Antonio Banderas, którego wielką zmianę możecie oglądać w „Bólu i blasku” Almodóvara. Za rolę w tym doskonałym filmie został nagrodzony na festiwalu w Cannes. Antonio ma 59 lat, siwe włosy, pogodne oczy, sylwetkę wysportowanego 40-latka. Mieszka w hrabstwie Surrey, kilkadziesiąt kilometrów od Londynu, w  dużym jasnym domu. Mówi pięknym angielskim, spokojnym, cichym głosem. Pisze scenariusze, przesiaduje w domowej bibliotece; rozmawiając z nim, usłyszysz anegdoty z historii kina, teatru, hiszpańskiej kultury. Wychował się w  Maladze, niedaleko posiadłości Picassa, zaczynał w niszowych, ambitnych, niezależnych filmach Pedra Almodóvara. Prawdopodobnie pamiętacie go wciąż jako Desperado albo Zorro. Ale to nie ten Antonio Banderas, który odebrał nagrodę za najlepszą rolę męską na ostatnim festiwalu w Cannes. „Czuję się jak zupełnie nowy człowiek”.  Antonio Banderas przeszedł atak serca Atak serca, który Banderas przeszedł dwa lata temu, na szczęście okazał się łagodny, ale wymagał operacji, pobytu w szpitalu, zmiany stylu życia. „Są jednak ważniejsze sprawy od tego, że przestałem palić, zacząłem regularnie ćwiczyć, dbam o dietę. Zmieniło się coś we mnie. Kiedy wychodziłem ze szpitala, pielęgniarka powiedziała: »Teraz przez jakiś czas będziesz smutny. Poczujesz, jakby świat zacieśniał się wokół ciebie. To minie, ale musisz przez to przejść«”. Tłumaczyła mu, że to naturalna, medycznie opisana sytuacja – lęk po zawale spowodowany jest przeżyciem nagłego deficytu tlenu, doświadczeniem bólu,...

Czytaj dalej