Wanda Rutkiewicz: „Ludzi najbardziej drażni to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne”
East News

Wanda Rutkiewicz: „Ludzi najbardziej drażni to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne”

Zdobyła Mount Everest i jako pierwsza kobieta stanęła na K2. Tragicznie zmarła Wanda Rutkiewicz została w górach na zawsze. 
Sylwia Arlak
05.02.2021

Wanda Rutkiewicz łączyła dwa różne światy. Po ojcu odziedziczyła umysł ścisły, zamiłowanie do sportu i słabość do maszyn. Po matce pasję do podróży oraz książek opisujących dalekie wyprawy i wspinaczki wysokogórskie. Jeszcze przed swoimi 17. urodzinami ukończyła szkołę średnią, a wieku 22 lat obroniła pracę magisterską na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych we Wrocławiu, a później w Instytucie Maszyn Matematycznych, ale nawet na chwilę nie zapomniała o swojej największej pasji.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Wygrała miłość do gór

Jeszcze w czasach szkolnych nauczyciele chwalili Wandę za jej sprawność fizyczną. Gdy była w liceum, wszystko wskazywało na to, że zostanie uznaną siatkarką (choć miała zaledwie 168 cm wzrostu, grała w pierwszej lidze, kandydowała do kadry narodowej, brała nawet udział w przygotowaniach do olimpiady w Tokio w 1964 roku). Brała udział w rajdach, biegała, trenowała rzut dyskiem, skoki w dal i skoki wzwyż.

Wygrała miłość do gór. Najpierw były wyprawy na Ślężę, a później w Góry Sokole. „No i po pierwszej wspinaczce zrozumiałam, że to jest to. Ja sobie właściwie nie rozpatrywałam tego w kategoriach rozumowych, ja to po prostu poczułam. Zapach rozgrzanej w słońcu skały, zapach porostów i mchów w tej skale, kolory drzew dookoła, kolor skały też różny. I właśnie te małe, niewielkie górki, bo tak to mogę nazwać, małe niewielkie turnie granitowe zapoczątkowały miłość do końca życia” – wspominała Rutkiewicz po latach.

Czytaj też: „Góry nas uczłowieczają” – mówi Beata Sabała-Zielińska, góralka, autorka książki „Pięć Stawów. Dom bez adresu”

Do wspinaczki zachęcił ją Bogdan Jankowski, pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej, taternik i alpinista. W 1961 razem wyjechali w Sokoliki, a już rok później Wanda ukończyła kurs taternicki na Hali Gąsienicowej. Wtedy zaczęło się na dobre. Kiedy przeszła z zespołem tzw. Wariant R (słynną drogę przecinającą urwiska wschodniej ściany Mnicha), była na ustach całego środowiska wspinaczkowego w Polsce.

Najważniejsza ekspedycja jej życia wisiała na włosku

W Alpach towarzyszyła jej Halina Krüger-Syrokomska, doświadczona aplinistka. Wspólnie dokonały pierwszego kobiecego przejścia wschodniej ściany Aiguille du Grépon w Masywie Mont Blanc. Rok później obie pokonały słynny Filar Trolli w Norwegii. Były pierwszym zespołem kobiecym, a ósmym w ogóle, któremu udało się tego dokonać. Rutkiewicz osiągała sukces za sukcesem. W 1970 roku wzięła udział w kierowanej przez Andrzeja Zawadę wyprawie w Pamir, zdobywając Pik Lenina, a rok później ruszyła w Hindukusz, ekspedycję Janusza Kurczaba. Jako pierwsza Polka i jedna z pierwszych kobiet na świecie zdobyła Noszak. W 1975 roku stanęła na Gaszerbrumie III, a trzy lata później wróciła w Alpy. Jej zespół jako pierwszy przeszedł zimą północną ścianę góry Matterhorn.

Największy sukces był dopiero przed nią. 16 października 1978 roku, jako pierwsza osoba z Polski, pierwsza Europejka (i trzecia kobieta w ogóle), Rutkiewicz stanęła na najwyższym szczycie Ziemi, Mount Evereście. Ten dzień zapisał się w historii jeszcze z innego powodu. Kiedy Rutkiewicz zdobywała Mount Everest, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Rok późnej podczas pielgrzymki do Polski spotkał himalaistkę i stwierdził: „Dobry Bóg tak chciał, że tego samego dnia weszliśmy tak wysoko”.

„Wanda była nie tylko największą himalaistką swoich czasów. Zdołała w pełni zaistnieć obok słynnych polskich mężczyzn – wybitnych wspinaczy, którzy przez dziesięciolecia wyznaczali szlak zdobywania ośmiotysięczników. I to jako kobieta. Wandzie należy się także wielki szacunek za jej idee, jej dalekowzroczność oraz za odwagę, aby iść swoją własną drogą” – mówił o niej Reinhold Messner, pierwszy zdobywca Korony Himalajów i Karakorum.

Mało kto wie, że ekspedycja wisiała na włosku. Kiedy Rutkiewicz wyruszała zdobyć najwyższy szczyt Ziemi, cierpiała na anemię. Zamiast rezygnować z planów, zabrała ze sobą zestaw zastrzyków z żelazem, które miały podwyższać poziom hemoglobiny. K2 (drugi co do wysokości szczyt Ziemi) zdobyła za trzecim podejściem. Podczas pierwszej próby przeszła sto kilometrów o kulach.

Nie było dla niej rzeczy niemożliwych

Nigdy się nie poddawała. „Kiedyś wieczorem wypiliśmy w skałkach alkohol w schronisku i rano poszliśmy w góry. Zakręciło mi się tam w głowie i chciałem wracać. To było dla mnie naturalne, że rezygnuję, bo się źle czuję. Wanda na to: »Nie wolno się wycofywać. Nie wolno, bo ktoś nas zobaczy i pomyśli, co z nas za wspinacze«. Obawiała się złej opinii, tego, że ktoś coś o niej źle napisze, albo że następnym razem się nie zmobilizuje i będzie chciała w trudnych momentach się wycofać. Ja miałem na ten temat inne zdanie, i to było źródłem nieporozumień między nami. Bardzo często się kłóciliśmy o zasady chodzenia po górach” – wspominał jej były mąż, Wojciech Rutkiewicz.

Czytaj też: Filmy o sile ludzkiej psychiki, które pomogą ci się odnaleźć w życiu

Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Na oczach Wandy zginęło wielu jej towarzyscy. Na stokach Broad Peaku straciła również swojego partnera. Niemiec Kurt Lyncke-Kruger spadł z wysokości 400 metrów. Po tym, jak lata wcześniej niewypał rozszarpał ciało jej kilkuletniego brata, a później jak musiała identyfikować ciało zamordowanego ojca, dostała kolejny cios prosto w serce.

W końcu góry upomniały się także o nią. Podobno wiele lat wcześniej przewidziała, że podczas wyprawy w Himalaje może wydarzyć się coś złego. Wyprawa na Kanczendzongę, czyli najwyższy punkt Indii, trzeci szczyt Ziemi, była jej ostatnią. Ostatni widział ją Meksykanin Carlos Carsolio, kierownik wyprawy. Wspominał, że siedziała w śnieżnej dziurze na wysokości ponad 8200 metrów. Nie miała ze sobą wody ani żadnych zapasów, ale mówiła mu, że planuje odpocząć. Dopiero następnego dnia miała spróbować wejść na szczyt. 13 maja 2021 roku minie 29 lat od jej śmieci. Nigdy nie odnaleziono jej ciała. „Najbardziej drażni ludzi to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne. Ale może to jest potrzebne tym, którzy to robią! Może oni po prostu potrzebują tego, żeby żyć” – mówiła Rutkiewicz.

Czytaj też: Barbara Brylska była wielką gwiazdą, ale tragedia, jaką była śmierć córki, zmieniła jej życie

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Martyna Wojciechowska w akcji #DZIĘKUJĘ
Marta Wojtal

Martyna Wojciechowska dziękuje mamie, córce i kobietom, które ją dziś wspierają

„Gdyby nie wsparcie innych, nie byłoby mnie tu, gdzie dzisiaj jestem” – mówi. W akcji #DZIĘKUJĘ pytamy Martynę Wojciechowską o to, komu i za co jest wdzięczna w życiu. A ona długo wylicza.
Sylwia Niemczyk
03.04.2020

Chociaż Martyna Wojciechowska osiągnęła w życiu najwyższe szczyty – także popularności – to nigdy, nawet przez sekundę nie miała pokusy, aby przyznać z dumą, że wszystko osiągnęła sama. Przeciwnie, w rozmowie w ramach akcji #DZIĘKUJĘ wylicza kolejne i kolejne osoby, którym jest wdzięczna za wsparcie. Wśród nich – mama, córka, współpracowniczki w fundacji UNAWEZA, redaktorki programu „Kobieta na krańcu świata”. Sylwia Niemczyk: Umiesz wskazać jedną osobę, której zawdzięczasz najwięcej? Mama. Poświęciła mi mnóstwo czasu i  energii na etapie mojego dorastania, dojrzewania, potem też w dorosłym życiu, kiedy sama urodziłam córkę. Ale nawet nie za ten czas jestem jej najbardziej wdzięczna. Zarówno jej, jak i mojemu tacie zawdzięczam przede wszystkim to, że z bardzo nieśmiałej dziewczynki stałam się tą odważną kobietą, którą jestem dzisiaj. Patrząc dziś na ciebie, trudno uwierzyć w tę nieśmiałość. Byłam tak nieśmiałym dzieckiem, że nie chodziłam nawet do przedszkola! Po dwóch tygodniach zajęć mnie z niego wyrzucili, bo nie potrafiłam się zaadaptować. To była dla mnie trauma, do dziś pamiętam to bardzo dokładnie. Moja mama nigdy na mnie nie podnosiła głosu, więc kiedy w przedszkolu znalazłam się w zupełnie innym świecie: krzyku pań opiekunek, ale też wyrywania sobie zabawek przez dzieci, rozpychania się łokciami – od razu się wycofałam. I  moja mama mi na to pozwoliła.  Nigdy nie czułam się przez nią oceniana i  krytykowana. Nigdy nie usłyszałam od niej: „A nie mówiłam?!”. Mama po prostu nie potrzebuje podkreślać swojej wiedzy, doświadczenia i  mądrości, a  wręcz przeciwnie: zawsze pozwalała mi doświadczać, popełniać błędy. A przecież tylko poprzez...

Czytaj dalej
East News

Michalina Wisłocka wyzwoliła kobiety z seksualnych tabu i kiepskiego seksu

Zrewolucjonizowała życie seksualne w niejednej sypialni, a sama przeżyła swój pierwszy orgazm dopiero przed czterdziestką. Dopóki Michalina Wisłocka nie poznała Jerzego, miłości swojego życia, seks mógł dla niej nie istnieć.
Sylwia Arlak
01.07.2020

Życie w trójkącie to był jej pomysł. Kochała męża, ale w łóżku nigdy im się nie układało. Nie dla niej były też te wszystkie obowiązki pani domu. Zamiast prania, prasowania koszul i codziennych obiadków, wolała siedzieć z nosem w książkach. Michalina Wisłocka przyszła na świat w 1921 roku w Łodzi, jako Michalina Anna Braun. Jej ojcem był kierownik szkoły powszechnej, Jan Braun, matką — gospodyni domowa, Anna Braun. W szkole mała Michalina miała garstkę przyjaciół. Cała reszta nie mogła pogodzić się z jej wycofaniem, a co gorsza bezpośredniością (która sugeruje dzisiejszym psychologom, że pierwsza polska seksuolożka mogła cierpieć na zespół Aspergera). Michalina, Stanisław i Wanda Przyszłego męża, Stanisława Wisłockiego poznała już, jako dwunastolatka. Poślubiła go zaledwie pięć lat później. Mężczyzna miał sprecyzowany plan na ich życie. Uważał, że po skończeniu szkoły żona zostanie jego asystentką, a przede wszystkim, że zajmie się domem. Tymczasem Michalina ma inne ambicje. Chciała się rozwijać. Ukończyła studia medyczne: dyplomem lekarza mogła pochwalić się w 1952 roku, a specjalizacją z ginekologii siedem lat później. Chciała zatrzymać przy sobie męża, ale nie wyobrażała już sobie życie bez medycyny. Poza tym ktoś musiał zaspokajać jego potrzeby seksualne, a ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Wszelkie łóżkowe próby kończyły się jedynie rozczarowaniem ich obojga. Michalina Wisłocka stworzyła więc trójkąt miłosny z przyjaciółką, Wandą, która sprawdzała się w roli pani domu i kochanki. Żyli w tym układzie przez wiele lat.   Było to jednak dla niej trudniejsze, niż przypuszczała. Niejednokrotnie w kłótniach – a tych nie brakowało – Stanisław groził, że odejdzie. Izolował...

Czytaj dalej
Joga w górach
Adobe Stock

W jodze, tak jak we wspinaczce górskiej, droga jest celem

We wstępie do „Drzewa jogi” B. K. S. Iyengar pisze: „W duchowym świecie, podobnie jak w świecie fizycznym, można wchodzić na wierzchołek góry z dowolnej strony. Jedna ścieżka jest dłuższa, inna krótsza, jedna kręta i trudna do przebycia, inna prosta i łatwa, ale każda prowadzi na sam szczyt”. Od 24 lat chodzę po górach, od 10 wspinam się, jogę ćwiczę od 21 lat. Obie te ścieżki – ścieżka jogi i ścieżka góry – splotły się w moim życiu. Obie są poszukiwaniem przestrzeni, wolności i bycia w kontakcie z Naturą – zewnętrzną poprzez góry i wewnętrzną poprzez jogę. 
Adam Bielewicz
24.06.2020

Chodząc po górach, mamy okazję delektować się każdą chwilą w nich spędzoną. (…) Wspinanie i uważna koncentracja na każdym, nawet najdrobniejszym ruchu jest esencją bycia, intensywnym przeżywaniem chwili obecnej. (…) Bliski kontakt z naturą połączony niejednokrotnie z pełnym zaangażowaniem wynikającym z uprawiania wspinaczki umożliwia nam takie pełne doświadczenie obecności. (...) Jesteśmy całkowicie uwolnieni i pochłonięci tym, co dzieje się teraz”, pisze Zbigniew Skierski („Siekiera”). Czy ten opis nie przypomina doświadczenia osoby ćwiczącej jogę? Obie dziedziny mogą dawać podobne przeżycia – to jest ich punkt wspólny i jednocześnie esencja. I w jodze, i we wspinaczce ostatecznie chodzi o odczucie pełni, szczęścia, obecności, totalnego bycia tu i teraz.  Osoby wspinające się skupiają się na co dzień na zewnętrznych aspektach – na kondycji, treningu, sprzęcie, opisach dróg, stopniu ich trudności, noclegach, wyżywieniu, pogodzie, dobieraniu osób do zespołu… Potem podsumowuje się przejście drogi prostymi słowami, że była „świetna”, „cudowna” lub „kiepska”, i opowiada się o tym, gdzie było najtrudniej, jakie były warunki, gdzie, jakie przechwyty itd. O wewnętrznych doświadczeniach mówi się raczej rzadko, bo nie bardzo wiadomo, jak przekazać to, co się przeżyło. Zresztą ludzie gór to wiedzą, każdy pamięta swoje momenty ekstazy, zarówno płynięcia, jak i załamania, bycia na krawędzi swoich możliwości, sekundy tak intensywne, że będzie się je pamiętało do końca życia.  Zjednoczenie z przedmiotem medytacji To, co we wspinaczce pojawia się jako pewien efekt uboczny, coś, o czym się zbytnio nie mówi, w jodze jest tematem regularnych studiów i eksperymentów. Joga jasno stawia sprawę, jej celem jest...

Czytaj dalej
East News

Jacqueline Kennedy miała urodę, inteligencję i wdzięk. Zabrakło jej tylko szczęścia

Życie Jacqueline Kennedy toczyło się w cieniu najpotężniejszego mężczyzny na świecie – nawet po jego śmierci.
Sylwia Arlak
12.08.2020

Przedostatni tydzień listopada 1963 roku, godzina 12:29. W Teksasie zebrał się już tłum mieszkańców, wszyscy chcieli zobaczyć ukochaną parę Ameryki. Jadąca na przednim siedzeniu odkrytej limuzyny Nellie Connally, żona gubernatora Teksasu, odwraca się do siedzącego z tyłu Johna Fitzgeralda Kennedy'ego i mówi: „Panie prezydencie, nie zaprzeczy pan, że Dallas pana kocha!”. Minutę później pada pierwszy strzał. Prezydent chwyta się za gardło, a oszołomiona żona Jacqueline Kennedy obejmuje go. Zamachowiec oddaje kolejny strzał. Prezydent traci przytomność i osuwa się na siedzenie. Nie żyje. Jacqueline nie zdejmuje zakrwawionej chanelki aż do powrotu do Białego Domu, następnego dnia rano. „Niech wszyscy widzą, co zrobili Johnowi” – mówi. Jacqueline Kennedy Jacqueline Bouvier Kennedy Onassis urodziła się 28 lipca 1929 roku w Southampton w stanie Nowy Jork. Jej matka miała irlandzkie korzenie, a ojciec John Vernon Bouvier III pochodził z wpływowego, starego roku francuskiego. Jej rodzice rozwiedli się w 1936, po tym, jak Bouvier, nałogowy hazardzista, roztrwonił cały majątek. Ale matka Jackie umiała zadbać o siebie i córki (Jackie miała jeszcze o cztery lata młodszą siostrę, Lee, późniejszą żonę polskiego księcia Stanislava Radziwiłła). Już sześć lat później wyszła za mąż za Hugha Auchinclossa, który zapewnił paniom jeszcze większe luksusy. Jackie była bystrym, ciekawskim i psotnym dzieckiem. „Kochane dziecko, najładniejsza dziewczynka, bardzo mądra, dusza artystyczna, dusza diabła” — opisywał ją lata później jeden z nauczycieli. Chodziła na balet i lekcje francuskiego. Podobnie jak jej matka, uwielbiała jeździć konno, w wieku 11 lat wygrała nawet ogólnokrajowe zawody jeździeckie juniorów. Miała dostęp do najlepszych...

Czytaj dalej