Wywiad z Ksawerym Szlenkierem o serialu Netflixa „Kierunek: noc”
 
Fot. Andrzej Belina-Brzozowski

Wywiad z Ksawerym Szlenkierem o serialu Netflixa „Kierunek: noc”
 

W głośnym serialu „Kierunek: noc” zagrał jedną z głównych ról. W naszym wywiadzie Ksawery Szlenkier mówi o pracy, trójce dzieci i prawdziwie partnerskim związku.
Anna Zaleska
28.04.2020

Belgijski serial katastroficzny „Kierunek: noc” to pełna emocji historia grupy ludzi, którzy przetrwali globalną katastrofę dzięki temu, że znaleźli się na pokładzie samolotu. Inspiracją dla serialu stała się powieść Jacka Dukaja „Starość Aksolotla”. Ratując siebie, pasażerowie samolotu wiedzieli, że ich bliscy nie unikną śmierci. Dla Jakuba, Polaka granego przez Ksawerego Szlenkiera, oznaczało to osobisty dramat.

Pan widział „Kierunek: noc”, zanim serial miał premierę na Netfliksie?

Tak. I ucieszyłem się, bo potwierdziło się to, co cała ekipa czuła na planie – że wzięliśmy udział w czymś naprawdę ważnym.

W czasie zdjęć nie wiedzieliście, że temat zagrożenia ludzkości stanie się tak aktualny. O koronawirusie mało kto jeszcze słyszał.

Nikt się nie spodziewał, że tłem i kontekstem premiery naszego serialu stanie się światowa pandemia. Ale to powoduje, że oglądając „Kierunek: noc” tym bardziej przyglądamy się bohaterom – jak oni sobie poradzą, czy im się uda znaleźć wspólny język, czy przekroczą swoje ograniczenia i prywatne ambicje, czy będą w stanie współdziałać. Hollywood już nam opowiadało różne historie z gatunku postapo – było i zagrożenie zagładą, i „Dzień Niepodległości”, i kosmici, i zombiaki, i opustoszałe miasta, i tsunami, i efekty specjalne za grube miliony dolarów. A tutaj mamy ludzi. Jesteśmy blisko człowieka, jego przeżyć, jego traumy, żałoby, bólu, jego nadziei, jego walki i woli przeżycia.

Socjologowie mówią, że w czasach współczesnych społeczeństwo relacji zmieniło się w społeczeństwo transakcji. Tu widać, jak pod wpływem zagrożenia ten proces się odwraca.

Ludzie na pokładzie samolotu stają się jak współczesne plemię. Mimo różnic, mimo problemów, wytwarza się między nimi relacja, w której każdy za każdym stanie, obroni go, pomoże. Współpraca staje się warunkiem niezbędnym, by przetrwać. W serialu jest napięcie i tempo od początku do końca, trochę jak u Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi, potem jest już tylko gorzej. Ale są też momenty wzruszeń, czas na zajrzenie do sumień, do serc.

I na postawienie ważnych pytań. Na przykład: ile wart jest świat bez ludzi, których kochamy? Pana bohater chce zawrócić samolot, co oznacza dla niego śmierć, by nie zostawiać żony…

Ja prywatnie czuję tego gościa, bo sam jestem bardzo rodzinny. Mam nadzwyczajne dzieci, wspaniałą żonę i nie wyobrażam sobie, żeby w tak ostatecznej sytuacji nie być z najbliższymi.

Grany przez pana Jakub to postać, którego historia wielu osobom w Polsce może wydać się bliska.

Tak, to facet z Pabianic, który wyjechał do Belgii za chlebem. Pracuje w liniach lotniczych jako specjalista od obsługi naziemnej samolotów i właśnie ma lecieć do Moskwy szkolić ludzi, gdy zaczyna się apokalipsa. Ale też poznajemy jego wcześniejsze życie. Widzimy, że to człowiek rodzinny, czuły. Ja w nim rzeczywiście widzę takie polskie cechy: zagryzam zęby, pracuję, bo zależy mi, by mojej żonie i dziecku niczego nie brakowało. Taki „dobry facet”. Ale szybko wydarza się coś, co u Jakuba wywołuje wielki wewnętrzny konflikt i sprawia, że musi przemyśleć, kim naprawdę jest.

Jak pan trafił do tego serialu?

Potrzebny był Polak z dobrym francuskim, a że moja agentka Monika Janas ma wyrobioną pozycję wśród zagranicznych castingerów, zgłosili się do niej. Dokładnie rok temu 25 kwietnia miałem na Skype'ie spotkanie z Jasonem Georgem z Netfliksa. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Opowiedziałem mu między innymi, że kiedy miałem sześć lat, w 1987 roku, byłem świadkiem katastrofy lotniczej. Mieszkałem wtedy przy Lesie Kabackim, ten samolot przelatywał tuż nad moim domem, tył płonął. Mama wybiegła z domu nakrzyczeć na mnie i na moich braci, że rzucamy kamieniami w dach, a to nie były kamienie, to z luku bagażowego leciały różne przedmioty, jakieś dżemy, miody. Potem widziałem, że samolot spadł na las. Opowiedziałem o tym, bo wierzę, że jeśli z kimś dzielisz się swoim doświadczeniem, prosto z serca, to buduje relację. Kilka dni później dostałem informację, że Jasonowi bardzo się podobała nasza rozmowa i prosi, bym nagrał dwie sceny, po angielsku i po francusku. Wysłałem selftape'y, minęło kilka dni, i nagle przychodzi wiadomość: zapraszamy do współpracy. Tak się znalazłem na pokładzie tego samolotu.

Weronika Kosińska

W międzynarodowej ekipie, w której byli też aktorzy z Belgii, Francji, Niemiec, Włoch, Rosji i Turcji. To musi być ciekawe pracować w tak multikulturowym środowisku.

Jason zbudował w nas wszystkich poczucie, że nie jesteśmy tam przypadkiem. Podczas pierwszej próby czytanej w Brukseli, jeszcze na długo przed rozpoczęciem zdjęć, powiedział: „Słuchajcie, wy jesteście tutaj hand-picked, starannie dobrani do tych ról. Dołożono wszelkich starań, żeby ta konstelacja ludzi i charakterów była dobrze zbalansowana”. Od początku mieliśmy więc poczucie, że jesteśmy na swoim miejscu i mamy dać z siebie sto procent. Gaz do dechy. A że się nie znaliśmy, byliśmy z różnych krajów, ruszyliśmy do pracy z ogromną ciekawością drugiego człowieka. I tego, jak inni zinterpretują postaci, które jakoś sobie wyobrażaliśmy czytając scenariusz. A później przez kilka tygodni byliśmy całymi dniami zamknięci razem w samolocie.

Podobno bardzo się zaprzyjaźniliście?

To zamknięcie spowodowało, że byliśmy na sobie nawzajem bardzo skupieni. I już po paru dniach czuliśmy, że nasza energia się sumuje. A że mieszkaliśmy również w jednym hotelu, to dużo czasu spędzaliśmy też ze sobą poza planem. I wytworzyły się bardzo fajne relacje. Powstał taki tercet, nazywali nas trzema muszkieterami: Nabil Mallat, Belgijczyk marokańskiego pochodzenia, Mehmet Kurtulus, który jest aktorem tureckim mieszkającym w Niemczech i ja. Dużo czasu spędzaliśmy razem, dużo gadaliśmy, dużo było wygłupów. Okazało się, że aktorzy niezależnie od tego, z której części świata pochodzą i jak żyją, mają wspólny język, a jest nim wiarygodna emocja. Kiedy czuliśmy, że dajemy to sobie nawzajem, przełamaliśmy wszelkie lody. Staliśmy się zwartą ekipą dobrych znajomych. Te relacje trwają zresztą do dziś, mamy swoją grupę na jednym z komunikatorów i jesteśmy w kontakcie.

Pana żona Małgorzata Buczkowska też jest aktorką, mają państwo troje dzieci. Jak organizujecie życie w swojej rodzinie?

Nauczyliśmy się z żoną uzupełniać. Gdy jedno z nas musi się w całości poświecić pracy, drugie przejmuje całość. Ja świetnie gotuję, piorę, prasuję. Jak w tym dowcipie: ja wszystko mogę w moim domu, mogę śmieci wynieść… (śmiech) Dzisiaj, kiedy skończymy tę rozmowę, biegnę kupić baterię do prysznica. Obejrzałem w internecie tutorial, jak ją wymienić, i wymienię.

Bardziej by mnie pan zaskoczył, gdyby to żona zrobiła.

Żona znalazła tutorial (śmiech). Takie czasy. Normalnie by się ściągnęło hydraulika…

Skoro w serialu poradził pan sobie z wymianą okna w samolocie, nie wypada, żeby pan poległ przy baterii prysznicowej.

To prawda, rola zobowiązuje (śmiech).

Weronika Kosińska

Powiedział pan, że nauczyliście się partnerstwa w związku. Jak nad tym pracowaliście?

Gdy spotyka się dwoje aktorów, którzy są na początku drogi, to każde ma swoje wyobrażenia o tym, jak jego życie będzie wyglądać. My zaczynaliśmy naszą drogę aktorską i jednocześnie nasze małżeństwo, więc to się wykluwało w bólach. Partnerstwo wymaga, by w pewnych okolicznościach umieć zrezygnować z siebie. Gdy żona kręciła serial „Komisja morderstw”, a nasza córeczka miała dwa, trzy miesiące, to ja odłożyłem wszystko na bok i byłem z nią na planie po prostu jako opiekun do dziecka. Gdy ja miałem premierę w teatrze, Małgosia godziła się z tym, że mnie nie będzie od rana do nocy. Kiedy ona miała premierę, dla mnie było zrozumiałe, że teraz wszystko spoczywa na mnie. Ale to zawsze jest pewna gra ambicji. Komuś idzie, komuś nie idzie, bo nigdy nie idzie obojgu po równo. Czasem ambicje trzeba schować, uśmiechnąć się do tego, co jest. Ja dziś mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwym facetem. Rozmawiam teraz z panią przez telefon, a moja córeczka podkradła się i gmera przy komputerze, udając, że jej tu nie ma (śmiech). Patrząc na nią czuję, że jesteśmy dokładnie w tym miejscu, w którym mieliśmy być. Zawodowo były po drodze różne problemy, ale wszystko się podocierało. Jeżeli jest się skupionym wyłącznie na sobie i na swoim sukcesie, to nie da się innym prawdziwej uwagi. Natomiast jeśli ogniskową przesunie się na swoich bliskich, to ten osobisty sukces – czy ja siebie zrealizowałem – staje się mniej istotny. W perfekcyjnym świecie ma się i jedno, i drugie, ale świat rzadko bywa perfekcyjny.

Wielu aktorów nie potrafi jednak przesunąć tej ogniskowej.

Tutaj wchodzi takie słowo, bardzo niemodne dzisiaj, ale wciąż istniejące w naszym języku i kryjące w sobie wielką głębię – pokora. Bez niej nie da rady. Trzeba umieć coś przyjąć w pokorze.

Jak pan spędza czas z dziećmi?

Ponieważ jest duża różnica wieku między dzieciakami, to z każdym inaczej. Moim modus operandi jest – towarzyszyć. Staram się każdemu z dzieci towarzyszyć w jego klimatach. Tońcia ma 11 lat, kocha jazdę konną, więc ja też się trochę uczę. Tańczy – jeździmy na pokazy, by ją oklaskiwać. Gramy też w gry planszowe, są świetnym spoiwem dla rodziny. Franek wkrótce skończy 14 lat, chce być raperem, więc słucham muzyki, której on słucha. Wiem, kim jest Bedoes i znam od początku do końca najnowszą płytę Quebonafide. A jak chłopak mówi: tato, chcę swoje rymy robić, to ja na to: wiesz, ja może teraz też będę musiał więcej pracować głosem, poszukajmy razem fajnego mikrofonu i kupmy sobie na spółkę. Różyczka natomiast… Towarzyszenie takiemu pięcioletniemu pędraczkowi polega na tym, żeby czasem się z nim pogilgotać., pozwolić sobie wejść na głowę, powygłupiać się razem. Ale też staram się otwierać dzieciakom różne okienka. Mam swoje pasje, uczę je żeglarstwa. Potem jednak nie można się irytować, że dziecko akurat przez to okienko nie poszło, tylko wybrało inne. Trzeba dawać mu wybór, a potem wspierać, pokazywać, że można coś zrobić tak czy inaczej. Generalnie jestem wyznawcą teorii, że tata jest towarzyszem z prawem głosu decydującego.

Ale można się zbuntować przeciwko głosowi decydującemu?

Pewnie, że tak. Bardzo się z żoną wsłuchujemy w opinie dzieci, ale tak jak w serialu „Kierunek: noc”…

…pilot musi być jeden?

(śmiech) U nas jest para pilotów, ja i Małgosia.

Premiera serialu „Kierunek: noc” 1 maja na Netflix

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
mat. prasowe

Dla serialu „Hollywood” warto zarwać noc!

Nowy serial Netfliksa opowiada nieznaną historię Fabryki Snów i pyta: a gdyby w Hollywood rządziły kobiety?
Anna Zaleska
28.04.2020

Nazwisko Ryan Murphy w świecie filmu stało się już prawdziwą marką. To on był twórcą fenomenu „Glee” (57 nagród, 144 nominacje), hitu „American Crime Story”, w którym opowiadał o najsłynniejszych morderstwach w historii Ameryki, i „American Horror Story” – genialnej mieszanki horroru, thrillera i dramatu. W nowym serialu „Hollywood”, wyprodukowanym dla Netfliksa, znów podróżuje w czasie, tym razem do złotej ery Hollywood. Zamysł Ryana Murphy'ego jest tym ciekawszy, że mający niezwykle silną pozycję w Hollywood twórca zamierza pokazać Fabrykę Snów w sposób prowokacyjny. I to w czasach, gdy Hollywood ma problemy, jakich nie doświadczał, odkąd w 1912 w Los Angeles powstały pierwsze wytwórnie. Ostrożne szacunki wskazują, że amerykański przemysł filmowy z powodu koronawirusa straci 20 miliardów dolarów. Niektórzy wieszczą, że po tym kryzysie już nie wróci do dawnej świetności. Może więc to dobry czas, by zaproponować alternatywę? Rock Hudson i inne niezwykłe historie Akcja serialu „Hollywood” rozgrywa się w latach 40. XX wieku. Do Tinseltown (tak w branżowym slangu nazywa się Hollywood) przybywa grupa młodych ambitnych aktorów i filmowców, zamierzających odnieść tu sukces bez względu na wszystko. Każda z postaci ma swoją historię i inne doświadczenia, które pozwalają zajrzeć za kulisy filmowego świata i pokazać, jak niesprawiedliwe reguły nim rządzą. O tym, skąd taki pomysł na film, Ryan Murphy opowiadał w wywiadzie dla magazynu „Vanity Fair”. Dorastając w Indianie, był wychowywany przez babcię, która cztery, pięć razy w tygodniu zabierała go do kina. W jej domu była też kolekcja albumów o gwiazdach filmowych, które chłopak uwielbiał oglądać. Był...

Czytaj dalej