Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie. Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca, a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą. 

Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości.

Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia.

Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Bicie kobiet to nasz sport narodowy

Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony. 

W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal temat tabu, a perspektywa kobiet się nie liczy.  

Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Wojna wciąż tkwi w ludziach? 

Z mężczyzn, którzy w niej uczestniczyli zrobiła psychiczne i fizyczne kaleki. Państwo się nimi nie zajmuje. Są agresywni, piją, wpadają w depresję. A kobiety to wszystko znoszą i pracują, aby utrzymać całe rodziny.

Chorwacja to jeden z ulubionych wakacyjnych kierunków Polaków. Ale pani oczami ogląda się ją inaczej.

My sami nie potrafimy zrozumieć tego, jak zmieniła nas wojna, a co dopiero wytłumaczyć to obcym. W jakimś symbolicznym sensie wojna wciąż trwa. Kościół katolicki i politycy cały czas podsycają w Chorwatach nienawiść do Serbów po to, aby odwrócić uwagę od prawdziwych problemów, które zżerają nasz naród, jak bieda i poczucie beznadziei. Ale cieszę się, że jeździcie do nas na wakacje, bo Polska jest moją wielką miłością. Ja od 12 lat przyjeżdżam do was co najmniej raz w roku. Zresztą wszyscy Chorwaci was lubią. I potrzebują. A szczególnie Chorwatki. 

Dlaczego? 

Odkąd zostałam znaną pisarką zwiedziłam całą Europę, poznałam kobiety z całego świata, ale wydaje mi się, że to właśnie wy, Polki, potraficie żyć naprawdę pięknie. Jesteście jedynymi kobietami, jakie znam, dla których mężczyzna nie jest jedynym tematem. I najmniej w życiu gracie. Fascynuje mnie to, jakie jesteście naturalne i szczere. Pani chyba w ogóle nie jest umalowana?

Nie.

W Chorwacji to nie do pomyślenia. Kobieta nie wyjdzie na ulicę nieumalowana, bo u nas podstawową relacją między kobietami jest rywalizacja o mężczyzn. Zawsze i wszędzie. A jak już go zdobędziesz to uważaj, bo może ci zostać odebrany.

Powiedziała pani kiedyś, że nie ma złych kobiet, są tylko nieszczęśliwe. 

To prawda. Jesteśmy ofiarami w świecie, którym rządzą mężczyźni i musimy się nawzajem wyniszczać, żeby przetrwać. Sytuacja kobiet w Chorwacji jest rzeczywiście katastrofalna. Za mojego życia nigdy nie była jeszcze tak zła, jak dziś. Bicie i zabijanie kobiet jest najbardziej popularnym sportem w naszym kraju.

Wylałam ojcu wrzącą zupę na głowę

Jesteśmy Talibanem Europy. Statystyki są coraz gorsze – kobieta pada u nas ofiarą przemocy średnio raz na piętnaście minut. System sprawiedliwości, policja są przeciwko kobietom, kryją sprawców przemocy. Mężczyzna jest osobą, a kobieta przedmiotem. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że Chorwatki pozostają bierne. Wy jesteście inne. Walczycie o swoje prawa. Czytałam o waszym Czarnym Poniedziałku. To było coś imponującego. Teraz znowu wychodzicie na ulice. To fantastyczne. A my w Chorwacji siedzimy w domach. 

Z pani opowieści Chorwacja jawi się jako skrajnie patriarchalny i konserwatywny kraj. Tymczasem 4 lata temu po raz pierwszy w historii wybraliście na prezydent kobietę, Kolindę Grabar-Kitarović.

Moim zdaniem politycy nie mają płci, nie są nią, ani nim, są po prostu politykami, którzy walczą o władzę, pozycję, pieniądze i wpływy. A wyborcy, tak jak pewnie w większości krajów dotkniętych przez kryzys, nie głosują zbyt mądrze. Nasz poprzedni prezydent się skompromitował. Okazał się skorumpowanym kłamcą. Na jego tle każdy wyglądałby kompetentnie i uczciwie. Tymczasem przez 4 lata kadencji nasza nowa prezydent na tyle poprawiła sytuację kobiet w Chorwacji, na ile zrobiłaby to lalka Barbie. Zresztą jedyne, na co poświęcała czas to PR i wygląd – dbanie o peruki, stroje, diety. Jestem pewna, że jedyne co zmieni w kolejnej kadencji, to będzie fryzura.

Czy w swoim kraju ciągle jest pani tą „złą Chorwatką”?

Nigdy nie byłam złą Chorwatką w oczach zwykłych ludzi, tylko w oczach mediów, polityków i kościoła. W Serbii jestem może bardziej popularna. Chorwaci nie czytają niczego, więc nie czytają także moich książek. Serbowie z kolei czytają bardzo dużo, w tym moje książki.

Atakuje pani mężczyzn, rząd, kościół. Zawsze była pani taka odważna?

Odkąd pamiętam. Pierwszy raz pobiłam mężczyznę, który mnie molestował w wieku 12 lat. Chociaż był ode mnie wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowałam zabić ojca. Wychowałam się w typowej chorwackiej rodzinie. Ojciec, który był rybakiem, bił mnie na każdym kroku i z byle powodu. Właśnie wyszły z mody spódniczki mini i modne stały się midi. Ojciec zobaczył mnie w takiej i krzyknął: „Wczoraj wszystkie byłyście kurwami, a dziś jesteście zakonnicami?!”. Pchnął mnie. Poleciałam na szklaną szafkę i pokaleczyłam się rozbitym szkłem. Chwyciłam za garnek i wylałam mu na głowę wrzącą zupę. Wylądował w szpitalu, ale przeżył. Nie miałam szczęścia.

Te doświadczenia opisała pani w książce „Miłość od ostatniego wejrzenia”, którą w Teatrze Dramatycznym w Warszawie wystawiła Iwona Kempa. 

Kiedy myślę o tym wszystkim z perspektywy czasu, zastanawiam się skąd wzięłam siłę i odwagę, żeby to wszystko przeżyć. Studia skończyłam w zasadzie wbrew rodzicom. W każdym razie nikogo one nie interesowały.  

Matka była dla pani wsparciem? 

Nie. I to bolało bardziej niż bicie. Kiedy ojciec wpadał w furię, chowała się gdzieś. Udawała, że nie widzi. Bagatelizowała. Nigdy nie stanęła w mojej obronie. Ją też bił. Przez całe życie traktowana była jak szmata. Czy to ją usprawiedliwia? Nie wiem.

Napisała pani, że ojciec jednocześnie panią katował i bezgranicznie kochał. Mocne zdanie.

Myślę, że mnie bardzo kochał, ale równie mocno to ukrywał. Ten temat jest mi teraz bardzo bliski, bo z dualizmem ojca mierzę się właśnie pisząc. Nigdy nie wybaczę mu zła, które mi wyrządził, ale jednocześnie zrobił dla mnie dużo dobrego. Kiedy w Chorwacji zaczęła się wojna, oboje z mężem zostaliśmy bez pracy, a mieliśmy trójkę małych dzieci…

…ma pani na myśli pierwszego męża?

Nie, drugiego. Pierwszy, także mój oprawca, ale darujmy już sobie szczegóły, zabrał dom i nasze wspólne oszczędności, był dobrze przygotowany na wojnę. Tymczasem ja i mój drugi mąż, Serb, zostaliśmy ze względów politycznych pozostawieni bez środków do życia. Przeciętna pensja wynosiła w tym czasie 100 marek, a mój ojciec, nie proszony, podarował nam wtedy, w tym najtrudniejszym momencie, 10 tysięcy marek. Nie dość, że uratował nam życie, bo nie wiem, jak poradzilibyśmy sobie bez tych pieniędzy, to uratował też naszą godność, bo ze względu na dzieci byliśmy już gotowi do gestów dla nas samych hańbiących. I tego ojcu także nigdy nie zapomnę. 

Napisała pani, że trudne, traumatyczne relacje z rodzicami można naprawić dopiero po ich śmierci. Pani oboje rodzice już nie żyją.

Naprawdę tak napisałam? Dziś, po śmierci obojga, myślę, że to nieprawda. Bo rodzice nie umierają nigdy. Wczoraj, kiedy wylądowałam w Warszawie, miałam taki odruch, żeby zadzwonić do mamy i dać jej znać, że bezpiecznie dotarłam na miejsce. Do dziś nie skasowałam jej numeru. A umarła 10 lat temu. 

Jestem jak Kim Kardashian, tylko z mniejszą pupą

Myślę, że śmierć nie istnieje, jeśli chodzi o bliskich. Śmierć rodziców traktuję jak podróż w odległe miejsce, gdzie telefon nie ma zasięgu. Z ojcem mam ciągle, także po jego śmierci, silną relację. I jestem do niego niestety bardzo podobna – fizycznie i psychicznie. Był człowiekiem, który nienawidził autorytetów. Ja jestem identyczna.

Ale dopiero po śmierci matki zdecydowała się pani napisać książkę o waszej relacji, „Oby cię matka urodziła”. To była terapia?

Dla mnie każda książka jest terapią. A jednocześnie pisanie przynosi mi radość. Nie potrafię bez tego żyć. Nawet teraz, podczas naszej rozmowy, nie mogę się doczekać, kiedy znów usiądę za swoim biurkiem.

Dlaczego nowa książka będzie pani ostatnią?

Mam 70 lat i nie mam już czasu, który mogłabym stracić na pisanie książek. Mam męża, którego kocham. Mam dzieci, które kocham. Wnuczkę, którą kocham. I kota, którego kocham. Oraz psa mojej córki. I chcę z nimi wszystkimi cieszyć się resztą życia, która mi została. 

Ale przed chwilą pani powiedziała, że nie może pani żyć bez pisania.

Dlatego nadal zamierzam pisać bloga. To krótka forma, a jednocześnie jako blogerka mam dużo większy zasięg niż jako pisarka. To fantastyczne uczucie, kiedy w ciągu kilku godzin twój tekst czyta 300 tysięcy ludzi w 4,5 milionowym kraju. Cieszę się jak mała dziewczynka. Zdarza mi się, że na ulicy zaczepia mnie piętnastolatek z prośbą o wspólne selfie, bo czyta mnie w internecie. Moja wnuczka w takich chwilach uważa, że jestem globalną gwiazdą.

Jak Kim Kardashian!

Tylko z mniejszą pupą. 

A co z nabożnym stosunkiem do drukowanej książki, do papieru?

Tych emocji nie posiadam. Dla mnie internet to cud. Jestem człowiekiem sieci.

Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

O czym będzie pani ostatnia drukowana książka?

Temat wymyślił mój syn. Powiedział: masz 70 lat, pora na autobiografię. Kobiety rzadko piszą autobiografie, a jeśli już, to jako czyjeś żony, jak Michelle Obama. Kobiety same siebie traktują jako nieistotne. Ja też. Dlatego odpowiedziałam synowi: Dlaczego miałabym napisać autobiografię?! Nie jestem przecież Mickiem Jaggerem. A on na to: Owszem, jesteś chorwackim Mickiem Jaggerem. Chwilę później córka zapytała mnie dlaczego kocham jej brata bardziej niż ją. Ona nigdy nie powiedziałaby mi, że jestem chorwackim Mickiem Jaggerem, bo tak jak ja została wychowana w przekonaniu, że jest mniej ważna niż mężczyźni. To mnie ostatecznie przekonało do tego pomysłu.

Bardzo długo kochała pani bardziej syna. Przynajmniej tak pani napisała.

Ale to nieprawda, że bardziej kocham syna niż córkę. Każdy, kto ma dwoje dzieci wie, że to jest niemożliwe. To po prostu inna miłość. Dla córki byłam bardziej oschła, bo chciałam, żeby była silna, wiedziałam, że jej życie będzie znacznie trudniejsze niż życie brata. A mój syn jest mężczyzną i nie potrzebuje takiego wzmocnienia. Myślę, że relacja matki z córką jest dużo bardziej skomplikowana niż relacja z synem. Kobieta jako ofiara silniejszego mężczyzny trafia wreszcie na kogoś słabszego, na córkę. Córka staje się dla matki sposobem na rozładowanie emocji, frustracji. A kiedy w końcu córka stawia matce opór, pojawia się nienawiść. Z drugiej strony matka zawsze próbuje zrobić wszystko, żeby córka nie popełniła jej własnych błędów. A z kolei każda córka chce być kobietą, która nie przypomina własnej matki.

Pani przypomina swoją matkę?

Niestety tak. Myślę, że z czasem każda kobieta przypomina swoją matkę. Moja córka, która sama ma córkę i traktuje ją równie oschle, jak kiedyś ja ją, zarzuca mi, że byłam wobec niej zbyt łagodna i pobłażliwa. Chwilowo trwamy z córką w wielkiej miłości, ale nie wiem, jak długo to potrwa.

John Lennon miał rację

Dzieci są bezwarunkową miłością i dożywotnim zniewoleniem. Z przewagą zniewolenia – tego nie wolno mówić głośno. W autobiografii, którą właśnie kończę napisałam takie zdanie: Gdybym wiedziała, jak bardzo będzie mnie bolała miłość do moich dzieci, nigdy bym się na nie nie zdecydowała. 

Wnuki to bezwarunkowa miłość bez tego zniewolenia?

Pewnie tak, chociaż ja bardziej kocham moje dzieci niż wnuczkę. Ponieważ wnuczka należy do swoich rodziców, a moje dzieci należą do mnie. I to się nigdy nie zmieni. Powiedziałam to mojej wnuczce wprost: Bardziej od ciebie kocham twoją mamę, a mama bardziej ciebie.

Kto jest teraz na szczycie piramidy miłości Vedrany Rudan?

Pierwsze miejsce od 30 lat okupuje nieprzerwanie mój mąż. Jest absolutnym bohaterem mojego świata. Nie mogę bez niego żyć, a on nie może żyć beze mnie. Nie mogę też żyć bez moich dzieci, ale one beze mnie mogą. 

Czy taka miłość, jak pani i męża, może się zdarzyć każdemu?

Niestety nie. Gdyby tak było to nie byłoby tyle nieszczęśliwych kobiet. Mieć takiego męża, jak ja, to równoznaczne z wygraniem głównej nagrody w loterii. 

Ale pomogła pani szczęściu. Rozstała się pani z pierwszym mężem, zawalczyła o siebie.

Chciałabym tak powiedzieć, ale prawda jest taka, że nigdy bym się na to nie zdobyła, gdybym nie spotkała drugiego męża. To nie jest tylko kwestia odwagi. Ja zwyczajnie nie wyobrażałam sobie, że inni mężczyźni istnieją. Byłam przekonana, że wszyscy są takimi samymi katami jak mój ojciec i pierwszy mąż. Tak byłam wychowana, tacy byli mężczyźni w moim otoczeniu. Mój drugi mąż jest dużo lepszym człowiekiem, dużo mądrzejszym i dużo ode mnie młodszym. Może to jest recepta dla kobiet na szczęśliwy związek: zostawić pierwszego męża dla młodszego, lepszego, mądrzejszego i bogatszego. 

Czy jest pani hedonistką?

Jeśli chodzi o mężczyzn, nigdy nie szalałam, bo traktuję ich jako istoty niższego rzędu. Poza moim synem i mężem. Jeśli chodzi o inne przyjemności – bardzo wielu rzeczy nie jem, nie piję alkoholu. Ale chyba tak, jestem hedonistką. 

Żadnych hedonistycznych niezdrowych przyjemności?

Mam 70 lat, jestem po operacji serca, muszę o siebie dbać, ale owszem, mam taką jedną, tyle że nie nadaje się do druku.

Czego pani nie je?

Łatwiej będzie mi powiedzieć co jem: ciastka, czekoladę, spaghetti z sosem pomidorowym i sałatę, na którą przepis przywiozłam z Polski, a dopiero później dowiedziałam się, że pochodzi on z Francji: buraki, roszponka, prażone ziarna słonecznika i polane oliwą z oliwek. To jedyna potrawa, którą sama potrafię przygotować. Dla naszych gości gotuje mój mąż. Jeśli chodzi o picie, to kontroluję się od dawna, ponieważ oboje moi rodzice byli alkoholikami. Nie chcę, żeby wyszło ze mnie to, co najgorsze.

Ale kocham życie, i czym jestem starsza tym bardziej potrafię się nim cieszyć. Nauczyłam się już odróżniać istotne od nieistotnego. Kilkoro moich znajomych niedawno odeszło. Wszyscy mieli wielkie plany na trzy dni przed śmiercią. Moim jedynym życiowym planem jest to, żeby dzień, który właśnie trwa wykorzystać jak najlepiej. Nie rozmieniam się na drobne, nie przyjmuję zaproszeń, które będą wyłącznie obowiązkiem i nie sprawią mi przyjemności.

Dlaczego?

Żeby żyć dłużej – stres zabija. A nie chcę, żeby mój mąż został wdowcem i znalazł sobie jakąś młodszą i ładniejszą ode mnie. Nie wierzę w Boga, ale jeśli się okaże, że po śmierci wyląduję w raju, to chyba zwariuję z tęsknoty za nim. 

Czy te 30 la życia ze wspaniałym, mądrym i dobrym mężem oraz bliskie relacje z synem nie sprawiły, że zrewidowała pani swój stosunek do mężczyzn?

Na pewno. Oni obaj są najlepszymi ambasadorami swojego gatunku, jakich tylko można sobie wyobrazić. Dzięki nim rzeczywiście uwierzyłam, że mężczyźni nie są tacy straszni. Dziś, kiedy mówię, że wszyscy mężczyźni to świnie, to przeważnie żartuję. Mój mąż jest mężczyzną pomimo mnie, a swojego syna sama sobie stworzyłam. Jest moim niezwykle udanym projektem – największym bojownikiem o prawa kobiet na świecie.

A pani jest feministką?

Myślę, że John Lennon miał rację, kiedy powiedział, że kobiety są murzynami tego świata. Z całą pewnością tak jest. 

Czy przyjaźń jest ważna w życiu?

Nigdy mnie o to nikt nie zapytał. Dlatego nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Poza mężem nie mam nikogo, kogo mogła bym nazwać przyjacielem. Mam swój intymny świat, którym się nie dzielę z nikim. A to co piszę i mówię, ta druga ja, nie specjalnie przypomina mnie. Chcę ukryć przed światem to, kim naprawdę jestem. A najlepszą do tego drogą jest nieposiadanie przyjaciół.

Dlaczego chce to pani ukryć?

Piszę czerpiąc ze swojego życia. Wydałam kilka niezbyt grubych książek, a moim czytelnikom wydaje się już, że wszystko o mnie wiedzą. Że mnie znają. Ale to nieprawda. Jestem kimś innym.

A jak się ma do tego pani autobiografia?

Tutaj po raz pierwszy ja, właśnie Ja, będę w roli głównej. Ale cały czas jeszcze zastanawiam się, czy umieścić w tej książce motto, które usłyszałam od mojej nieżyjącej teściowej: Ludzie najbardziej ci wierzą, kiedy kłamiesz.

Czy ta prawdziwa Ja, będzie bardziej radosna od tej Ja, którą znamy z pani książek?

Na pewno. Tak naprawdę jestem bardzo wesołą osobą. Myślę, że szczęście jest doświadczeniem bardzo intymnym i trzeba je dzielić przede wszystkim z tymi ludźmi, których kochamy. A inni są w naszym życiu tylko przechodniami. 

„Taniec wokół słońca. Autobiografia” Vedrany Rudan ukaże się wiosną 2021 roku nakładem Wydawnictwa Drzewo Babel.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

Danuta Wałęsa: „Zostałam sama z ośmiorgiem dzieci”

Rok temu skończyła 70 lat, niedawno razem z byłym prezydentem Polski obchodzili 50. rocznicę ślubu. – Ale małżeństwem z Wałęsą byliśmy tak naprawdę tylko 11 lat – mówi Danuta Wałęsa, Pierwsza Dama wolnej Polski. – Polityka okazała się naszym przekleństwem.
Magdalena Żakowska
31.08.2020

„Czasem zastanawiam się, jak dałam radę. Przecież ja co dwa lata rodziłam dziecko! Byłam wiecznie zmęczona. Długo walczyłam o małżeństwo. Prosiłam, tłumaczyłam, krzyczałam, płakałam. Ale nie udało się. Polityka wciągnęła mojego męża jak narkotyk. Dziś już tylko ze mną mieszka” – mówi I Prezydentowa II RP.  Magdalena Żakowska: Jak pani zapamiętała 1989 rok? Danuta Wałęsa: Nie chcę o nim pamiętać. Nigdy nie lubiłam polityki, chociaż byłam do niej na siłę wciągana. Z dzisiejszej perspektywy Czerwiec '89 to dla mnie gorzkie wspomnienie. Mąż poświęcił się wtedy polityce, moje dzieci nie miały ojca, ja nie miałam męża i mam poczucie, że ta ofiara była po nic. W książce pisała pani, że marzy pani o tym, żeby mąż i ojciec do was wrócił. Spełniło się? Nie. Teoretycznie 8 listopada będziemy obchodzili z mężem 50. rocznicę ślubu, ale tak naprawdę małżeństwem byliśmy tylko 11 lat. Bo od Sierpnia ’80 jego w zasadzie interesowała już tylko polityka. W jakimś sensie ojciec opuścił nasze dzieci i odszedł wtedy od rodziny. Trochę stał się w naszym domu gościem. A jak już był, to nie lubił słuchać o problemach.  Marzyłam o tym, żeby wrócił nie tylko dla siebie, także dla dzieci – żeby poczuły wreszcie, że mają ojca. Ale mąż nie potrafi odciąć się od polityki. Ma swój świat, który wciągnął go jak narkotyk. Moja książka nosi tytuł „Marzenia i tajemnice”. Marzenie się nie spełniło, a tajemnicą pozostaje dla mnie, dlaczego on nie chciał w jakiś sposób podzielić się z nami swoim czasem. Dziś już tylko ze mną mieszka. A przez te 11 lat, zanim polityka wkroczyła w wasze życie, byliście szczęśliwą rodziną? Choć męża co chwilę wyrzucali z pracy, a ja byłam albo w ciąży, albo właśnie urodziłam...

Czytaj dalej
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami. Magdalena Żakowska: Sushi? Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu… Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać? To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło. Poznałyście się w latach 70. W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat. A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?! Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni. Olbrychski był do Łapickiego podobny? Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica...

Czytaj dalej
Zadie Smith
East News

Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”

„Odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę?”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Jedna z najważniejszych pisarek XXI wieku - Zadie Smith, autorka wielokrotnie nagradzanych "Białych zębów". Mówią o niej, że jest głosem pokolenia, ale ona twierdzi, że nie chce poświęcać pisaniu całego życia. „Wolę być szczęśliwa niż najlepsza” – mówi.   Podstawę adresu Smith zna każdy fan – z tytułu jej powieści – „Londyn. NW”, średnio zamożna północno-zachodnia część miasta. Kiedy docieram na miejsce, nie zaskakują też szczegóły – opisywała i tutejsze mało wytworne kawiarnie, i szeregi bliźniaczych domów, i dzieciaki o różnych kolorach skóry przesiadujące na murkach i ławkach.     Na powitanie wybiega do mnie Maud, mops, dziewięcioletnia suczka Zadie, jej jedyna towarzyszka podczas codziennych świętych godzin ciszy i pracy. Nie ma wtedy w domu męża Zadie, irlandzkiego pisarza i poety Nicka Lairda, ani dwójki ich dzieci – czteroletniej Kit i dwuletniego Harveya.   Smith przygotowuje herbatę z mlekiem i zaprasza do swojej pracowni. W tym pokoju pełnym książek, z oknem wychodzącym na jeden z kilkuset podobnych w okolicy ogródek, mówi: – Wychowałam się nieopodal, mama mieszka za rogiem. Wczoraj miałam lekcję jazdy samochodem i kiedy jeżdżę tutejszymi uliczkami, zdaję sobie sprawę, że znam mniej więcej każdego, kogo widzę przez okno albo w lusterkach. To jak mieszkanie na wsi w XIX w. Wszyscy wiedzą, kim jesteś.   Tylko że pani jest dzisiaj kimś zupełnie innym niż dziewczyna, którą mogą pamiętać z podwórka – ambitna córka imigrantki z Jamajki. Z mojego punktu widzenia – myślę też, że z punktu widzenia moich sąsiadów – nie zmieniło się to, co najważniejsze w mojej osobowości. Przede wszystkim jestem molem...

Czytaj dalej
Beata Ścibakówna
Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum

Małżeństwo jest usłane różami z kolcami – mówi nam Beata Ścibakówna

Jak stworzyć dobre małżeństwo, co to znaczy być normalną żoną i jak przeżyć ze sobą „długo i szczęśliwie” 25 lat! – rozmawiamy z aktorką Beatą Ścibakówną.
Anna Zaleska
17.12.2020

Jesienią tego roku obchodziła 25-lecie małżeństwa z Janem Englertem, wybitnym aktorem i reżyserem, dyrektorem Teatru Narodowego w Warszawie. Poznali się, kiedy on był rektorem Akademii Teatralnej, a ona studentką. Od tamtego czasu są – jak mówi Beata Ścibskówna – właściwie cały czas razem. „I w teatrze i w domu i na wakacjach”. We wrześniu w „Och-Teatrze” zdążyła się jeszcze odbyć premiera sztuki „Oszuści”, która w lekkiej, zabawnej formie porusza poważny temat zdrady małżeńskiej. Reżyserował Jan Englert, a Beata Ścibakówna zagrała w niej z Gabrielą Muskałą , Zbigniewem Zamachowskim, Piotrem Grabowskim, i dwójką młodych aktorów: Michaliną Łabacz i i Filipem Pławiakiem. Sztuka ma wrócić na deski teatru, gdy tylko to będzie możliwe (zależy to oczywiście od obostrzeń związanych z pandemią). „Zdrada wydaje się dzisiaj czymś łatwym. Jakby nie była problemem, czymś niemoralnym, co spowoduje cierpienie drugiej osoby” – mówiła w rozmowie z nami Beata Ścibakówna. Anna Zaleska: Sztuka „Oszuści” w komediowej formie porusza ważny temat niewierności małżeńskiej. Według statystyk już 42 procent Polek i Polaków zdradziło współmałżonka… Beata Ścibakówna: Naszą uwagę podczas spektaklu zwróciły słowa mojej bohaterki do syna:„Ożenisz się z tą dziewczyną, a odetniesz się od wszystkich innych kobiet”. Na co jej mąż – w tej roli Zbigniew Zamachowski – odpowiada: „Nieprawda!”. I w tym miejscu na widowni jest zawsze wybuch śmiechu, a ostatnio były nawet gromkie oklaski. Rozmawialiśmy o tym za kulisami. Z tego dialogu jednoznacznie wynika, że dopiero po ślubie zaczyna się tak naprawdę życie erotyczne z wieloma kobietami. Skoro ludzie tak na to reagują, śmieją się...

Czytaj dalej