Urszula Dudziak przeżyła rozwód, samobójczą śmierć kochanka i nowotwór złośliwy, ale nigdy się nie poddała!
Bartosz KRUPA/East News

Urszula Dudziak przeżyła rozwód, samobójczą śmierć kochanka i nowotwór złośliwy, ale nigdy się nie poddała!

Utalentowana, spełniona, ciekawa świata i pełna energii – taka jest Urszula Dudziak. Nie ukrywa swojego wieku i chce garściami czerpać z życia. Życie to niejednokrotnie rzucało jej jednak kłody pod nogi.
Kamila Geodecka
22.03.2021

Urodziła się 22 października 1943 roku w Straconce. Była chłopczycą, strzelała z łuku, bawiła się z bratem nieopodal pól minowych. Gdy miała cztery lata, znalazła pod choinką akordeon i od razu zaczęła przygrywać kolędy, które wcześniej wystukiwała sobie na pianinie. „Gołąbeczku, chyba mamy zdolną córkę” – powiedział ojciec utalentowanej 4-latki do jej matki. Święta się skończyły, ale akordeon pozostał w rękach dziewczynki. Występowała na akademiach szkolnych, jasełkach, przedstawieniach.

Wychodziła na  scenę ubrana w prześliczną sukieneczkę, w blond loki miała wpięte kokardy, a na akordeonie zaczynała nagle grać „Siekiera, motyka, bimber, szklanka...”. Jej brat w tym samym czasie opowiadał historie. Wspólnie tworzyli wspaniały duet nie do pokonania. Prawdziwe gwiazdy szkolnych występów. Gdy Urszula Dudziak chodziła do liceum, mieszkała z rodziną w Zielonej Górze. Uwielbiała śpiewać i każdego dnia słuchała audycji amerykańskiego producenta jazzowego Willisa Conovera.

Marzyła o tym, by być jak Ella Fitzgerald. Nie znała angielskiego, ale teksty piosenek zapisywała sobie fonetycznie. Wyćwiczone w domu utwory potem śpiewa na szkolnych potańcówkach. Starała się śpiewać nisko, chciała mieć głos jak Ewa Demarczyk. Wtedy jeszcze tego nie wiedziała, ale w przyszłości będzie grała z największymi i najwspanialszymi muzykami, nagra parędziesiąt płyt, odniesie międzynarodowy sukces i stanie się inspiracją dla wielu kobiet. 

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Przesłuchanie u Krzysztofa Komedy

Był 1958 rok. Pewnego dnia w Zielonej Górze pojawił się Krzysztof Komeda razem z żoną – Zofią Komedową. Słyszą, że w mieście jest dziewczyna, która podobno świetnie śpiewa jazz. Muzyk nie chce przesłuchiwać kolejnej nastolatki, której wydaje się, może być piosenkarką, ale Zofia Komedowa nie była z tych kobiet, które tak łatwo by rezygnowały.

Jeszcze tego samego dnia do brata Urszuli Dudziak zadzwonił telefon. „My tu jesteśmy w restauracji Piastowskiej i słyszeliśmy, że w Zielonej Górze jest dziewczyna, co dobrze śpiewa” – usłyszał w słuchawce głos Krzysztofa Komedy. Nazajutrz dziewczyna, co dobrze śpiewa, symulowała ból zęba, zerwała się ze szkoły i w mundurku poszła na przesłuchanie.

Zaproponowała, że zaśpiewa „Stompin’ at the Savoy” albo „A Foggy Day”. W jakiej tonacji? Było to dla niej bez znaczenia. „Byłam stremowana, trzęsłam się. Zaśpiewałam jak ktoś inny, nie Ula. Kiedy skończyłam, Komeda mnie zapytał: „Co robisz w wakacje?”. Zorientowałam się, że coś się szykuje” – mówiła w rozmowie z Magdaleną Grzebałkowską, autorką książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”.

Dorota Cedro i Urszula May

Decyzja zapadła kilka dni później. Nastoletnia Urszula Dudziak jedzie do Warszawy, by grać w Hybrydach – klubie muzycznym oraz prawdziwej kuźni talentów. Bała się jechać sama, więc wzięła ze sobą starszego brata. Zofii Komedowej to było na rękę – nie musiała tak bardzo zajmować się młodą wokalistką. Dbała jednak o jej wizerunek. Zabrała ją do fryzjera, któremu kazała ściąć gęste włosy nastolatki. „Teraz jest moda na Sagankę” – mówiła.

Miała zastrzeżenia także do jej imienia i nazwiska – imię jest szwabskie, nazwisko może być trudne do wymówienia dla osób spoza Polski. Teraz Urszula Dudziak ma być Dorotą Cedro. Szybko okazało się, że tak nazywa się znana pływaczka. Niech będzie więc Urszula, ale May. To też jest już zajęte. „Zostałam więc sobą” – mówiła Urszula Dudziak.

W Warszawie śpiewała całe wakacje. Platonicznie podkochiwała się w Krzysztofie Komedzie, widywała pijackie szaleństwa jazzowej Warszawy. Sama w libacjach nie brała udziału. W końcu musiała wrócić do Zielonej Góry, przed nią była jeszcze matura.

Czytaj także: Anna Jantar i Jarosław Kukulski byli jak ogień i woda. A jednak kochali się na przekór plotkom i kryzysom

Michał Urbaniak – partner życiowy i muzyczny

W 1964 roku nawiązała współpracę z Michałem Urbaniakiem, który szybko stał się nie tylko jej partnerem muzycznym, ale także życiowym. Byli w sobie szaleńczo zakochani. To z nim podbiła świat polskiego jazzu i nagrała pierwsze płyty. On namówił ją także na to, by zrezygnowała z konwencjonalnego śpiewu i zaczęła eksperymentować. Razem wyjechali do Szwecji, by wspólnie grać i śpiewać, głównie w knajpach. Niektórzy powiedzieliby, że muzycy grali do kotleta, ale sama Urszula Dudziak mówiła o „jazzie w pięknych restauracjach”.

W Szwecji muzycy grali, śpiewali, zarabiali na życie. Jak pisała Urszula Dudziak w swojej książce, Michał Urbaniak nie skąpił sobie alkoholu. Denerwowała się, gdy przychodził do domu na chwiejnych nogach. Do przeprosin dołączał biżuterię. Wszystkie te prezenty wkrótce się przydadzą.

American Dream

11 września 1973 roku Urszula Dudziak razem z Michałem Urbaniakiem wylądowali na lotnisku nieopodal Nowego Jorku. W paskach mieli zaszyte 2 tys. dolarów, między ubraniami pochowane pół kilo złota. W Stanach mieli zostać tylko kilka miesięcy – to miał być ich „american dream”. Początkowo zatrzymali się u znajomych w New Jersey. Później zamieszkali na Manhattanie i kupili sobie samochód. Do amerykańskiego snu było jednak daleko.

Ich auto skradziono, a mieszkanie na Manhattanie było brudne, miało zaplute okna, z każdego kąta wychodziły karaluchy. Sąsiadami byli bezdomni. Jedna z mieszkanek budynku co jakiś podpalała windę. Dodatkowo muzycy zostali obrabowani niemal ze wszystkiego – złodzieje zostawili jedynie instrumenty. 30-letnia Urszula Dudziak płakała, bała się złodziei, strzelanin, ciągłych syren radiowozów. Michał Urbaniak powtarzał jej tylko, że nie przyjechali do Stanów na wakacje.

Przetrwali. Na duchu podtrzymywała ich polska inteligencja mieszkająca w Nowym Jorku. Michał Urbaniak dawał lekcję gry na pianinie i tak udało im się przejść najtrudniejszy czas. W końcu zachwyciła się nimi także wytwórnia płytowa Columbia, ale jej reprezentanci bardzo długo zwlekali z propozycją współpracy. Pieniądze wciąż się kurczyły.

Wtedy znajomy pary – dziennikarz Roman Ważko przebywający akurat w Nowym Jorku – powiedział, że może załatwić Urszuli Dudziak spotkanie z Hiltonami. „Może ty pójdziesz do Hiltonów, tam się zaczepisz, coś tam przypilnujesz, coś ugotujesz” – powiedział. Na spotkaniu okazało się jednak, że umiejętność gotowania rosołu i smażenia kotletów schabowych nie jest tak ceniona w ekskluzywnym hotelu. Muzykom zaproponowano jednak, by występowali przed hotelowymi gośćmi. Michał Urbaniak zarzekł się, że więcej do kotleta grać nie zamierza. 

Urszula idzie pierwsza

Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Małżeństwo poszło do siedziby wytwórni Columbia, by porozmawiać o ich muzycznej przyszłości. Michał Urbaniak w trakcie spotkania powiedział, że oprócz płyty „Fusin”, którą nagrali wspólnie jako małżeństwo, Urszula Dudziak może się także pochwalić swoimi solowymi utworami. Dyrektor programowy wytwórni wysłuchał piosenek wokalistki i się zachwycił. „Przepraszam Michał, płyta Urszuli wyjdzie pierwsza” – powiedział po kilku minutach. I to był przełom.

Urszula Dudziak dostała zaliczkę, a niedługo potem małżeństwo w końcu wyprowadziło się z obskurnego mieszkania. „Michał marudził, ale ja byłam przeszczęśliwa i skakałam z radości” – mówiła wokalistka w audycji Polskiego Radia. Wkrótce ukazała się jej płyta, która okazała się wielkim sukcesem i była chwalona w prestiżowych czasopismach muzycznych. Kolejna płyta, nagrana z zespołem, także była wychwalana, a wśród recenzji próżno było szukać nieprzychylnych głosów.

W końcu nowojorska elita jazzowa przyjęła młodych artystów z otwartymi ramionami i ogromną serdecznością. Małżeństwo zaczęło jeździć po całych Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie, dając koncerty. 460 stacji radiowych grało ich muzykę. Mogli kupować najnowsze i najnowocześniejsze sprzęty muzyczne. W 1976 roku Urszula Dudziak nagrała piosenkę „Papaya”, która stała się hitem. Była szczególnie lubiana w Meksyku, we Włoszech, na Hawajach. Sprzedało się pół miliona płyt zawierających ten utwór.

Czytaj także: Jane Fonda dorastała w toksycznym domu, przebaczyła rodzicom dopiero po latach

Rozłam osobisty

W Stanach Zjednoczonych małżeństwo odnosiło kolejne sukcesy muzyczne. W końcu zdecydowali się na założenie rodziny i Urszula Dudziak urodziła dwie córki: Katarzynę i Mikę. Po narodzinach dzieci pojawiły się jednak problemy. „Nastąpił taki rozłam osobisty między Michałem a mną” – mówiła w audycji Polskiego Radia.

W połowie lat 80. Michał Urbaniak zdradził Urszulę Dudziak z młodszą aktorką. „Czułam się sponiewierana, odrzucona, przegrana. [...] Nic dziwnego, że mąż mnie zostawił, myślałam, przecież ona taka piękna, zdolna, cały świat stoi przed nią otworem, a ja? Brzydka, niedouczona, stara, jazz to niszowa muzyka” – pisała Urszula Dudziak w swojej książce.

Została sama w sercu Manhattanu. Musiała zajmować się dwiema małymi córeczkami, a sama była kompletnie zagubiona. „Samotna matka dwojga dzieci w wieku 5 i 7 lat. Okaleczona inwalidka, bo przez te 15 lat Michał organizował koncerty i wiedział, jak szukać pracy. Teraz musiałam radzić sobie sama. Nie miałam nawet konta w banku. To była właściwie nauka życia” – wspominała w rozmowie z „Galą”.

Problemy w życiu prywatnym odbiły się także na ich życiu zawodowym. W świecie jazzu małżeństwo funkcjonowało jako duet muzyczny, a gdy ten się rozpadł, nagle propozycji koncertów było coraz mniej.  Urszula Dudziak była załamana. „Miałam do wyboru: żyć albo nie żyć. Wybrałam życie” – mówiła dla „Vivy!”.

Wielka miłość i genialny seks

Pod koniec lat 80. Urszula Dudziak poznała pisarza Jerzego Kosińskiego. Adorował ją, prawił jej komplementy. „Musiałam czekać 42 lata, żeby się znowu poczuć jak Shirley Temple” – napisała w swojej biografii. Ten związek był dla wokalistki prawdziwym snem na jawie. Kochała go do obłędu, przepadła w nim, była jak zaczarowana.

„Seks był niesamowicie ważną częścią naszego związku. A nie ma nic piękniejszego od kombinacji: wielka miłość i genialny seks. On był miłością mojego życia, potrząsnął mną, zmienił mnie kompletnie. Byliśmy dla siebie stworzeni. Byłam w nim bardzo zakochana i dzięki niemu czuję się atrakcyjną, dającą sobie świetnie radę w życiu kobietą” – powiedziała w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Czteroletni związek z Jerzym Kosińskim zakończył się jednak tragedią. 3 maja 1991 roku pisarz popełnił samobójstwo. To był kolejny ogromny cios dla Urszuli Dudziak. Wtedy wiedziała jednak, że jest kobietą, która może poradzić sobie sama w życiu. „Kosiński jest ze mną w takim metafizycznym wymiarze. Bardzo często z nim rozmawiam, proszę go o pomoc, szczególnie kiedy muszę coś napisać” – powiedziała w rozmowie z Jerzym Doroszkiewiczem.

Czytaj także: Judi Dench ma 85 lat i właśnie pierwszy raz w swoim życiu znalazła się na okładce „Vogue'a"

Choroba

Po raz kolejny się nie poddała. Wróciła do Polski i rozwijała swoją karierę. Gdy nagrywała, koncertowała i zdobywała kolejne nagrody muzyczne, myślała, że wszystko powoli zaczyna się układać. Koleżanka poradziła jej, by zajęła się swoim zdrowiem i zrobiła badania. W 2008 roku zdiagnozowano u niej złośliwy nowotwór piersi. Guz usunięto, ale wciąż istniała szansa na nawrót choroby. Wtedy Urszula Dudziak zdecydowała się na usunięcie lewej piersi.

„Wszystko działo się szybko, podjęłam decyzję błyskawicznie, prowadzona przez instynkt i palącą potrzebę pozbycia się przeszkody i zagrożenia... Każdy rak jest inny. Kombinacja mojego raka, mojej decyzji i postawy okazała się słuszna, uratowała mnie, ale nie musi tak być w przypadku innej osoby” – pisała w swoje książce. Dla wokalistki choroba była dzwonkiem alarmowym. Wiedziała, że musi zmienić swoje życie. Postawiła na dietę makrobiotyczną opierającą się na zasadach starożytnej medycyny chińskiej.

Czytaj też: Paulina Młynarska poddała się podwójnej mastektomii. „Efekt Angeliny uratował tysiące kobiet”

Pozytywne nastawienie

„Trzeba wypielęgnować swój optymizm na przekór wszelkim trudnym doświadczeniom” – pisze gwiazda w swojej książce. We wszystkich wywiadach podkreśla, że wiek nie ma dla niej żadnego znaczenia. Jest jedną z najbardziej pozytywnych postaci polskiego show-biznesu. Kilka razy w tygodniu gra w tenisa i wciąż bierze udział w turniejach sportowych. Nie zwalnia ani na chwilę, wciąż nagrywa płyty, a koncerty, które daje, są przepełnione piękną muzyką i energią.

Kariera, zabezpieczenie finansowe, zdrowe ciało i ciekawy umysł. W tym zestawie brakowało tylko jednego. W 2013 roku w telefonie swojej koleżanki zobaczyła zdjęcie Bogdana Tłomińskiego, emerytowanego kapitana żeglugi. Spodobał się jej (a szczególnie jego pośladki, jak wspominała na łamach „Vivy!”) i niebawem postanowiła się z nim spotkać. Zachowywali się jak nastolatkowie, którzy właśnie wkraczają w swój pierwszy związek. Nieśmiało, ale z pełną energią, wzajemną fascynacją, oddaniem, zaciekawienim. „Ujął mnie swymi SMS-ami. A kilka tygodni później zaprosił mnie na wyjazd do Lizbony. Powiedział: »W podróży wszystko się okaże«. Wspólna wyprawa to dobry test dla nowo poznanych par. My zdaliśmy go śpiewająco” – mówiła w rozmowie z „Vivą!”. Dwa lata później przyjęła jego zaręczyny.

Wspólnie chcą walczyć ze stereotypami i pokazywać wszystkim, że miłość nie jest zarezerwowana dla młodych, bo serce nie ma zmarszczek i nie siwieje. Bez owijania w bawełnę mówią o swojej namiętności: „Kochamy seks i jest on nieodłączną częścią naszego szczęśliwego związku. Jest dużo takich par, tylko ludzie wstydzą się o tym mówić. Bo jak to? Ma 75 lat i uprawia seks? Nie wypada. Ale ja cały czas mówię, że nie wypada mówić słów »nie wypada«. Przecież to jest piękne mieć seks z osobą, którą się kocha i szanuje” – mówiła.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG

10 najpiękniejszych płyt i playlist na święta Bożego Narodzenia. Idealne na prezent!

Muzyka, która uprzyjemni pieczenie pierników i ubieranie choinki, a kolacji wigilijnej nada wyjątkowy nastrój.
Anna Zaleska
08.12.2020

Na pierwszym miejscu wśród wyzwalaczy świątecznych wspomnień są zapachy (choinka, pierniki, pierogi z kapustą i grzybami…), na drugim – muzyka. Warto zadbać o to, by święta miały wyjątkową muzyczną oprawę. Inna muzyka pasuje do świątecznych przygotowań, inna do kolacji wigilijnej, jeszcze inna do spotkań z przyjaciółmi. Oto nasz wybór dziesięciu płyt i playlist w różnym, ale zawsze bardzo świątecznym kilmacie. Grażyna Auguścik, „Lulajże: The Lullaby For Jesus” Przepiękna płyta z kolędami, zaśpiewana z wielką z czułością i wrażliwością. Wśród trzynastu utworów są najpiękniejsze polskie kolędy: „Lulajże Jezuniu”, „Cicha noc”, „Oj Maluśki, Maluśki”, „Gdy Śliczna Panna…”. Ale też wyjątkowej urody wenezuelska pieśń ludowa „Niño Lindo” i „Ave Maria”. Niektóre utwory Grażyna Auguścik zaśpiewała a capella, innym towarzyszy subtelny akompaniament – gitara, flet, klarnet, marakasy… Nagrane w Chicago, z amerykańskimi muzykami kolędy złożyły się na jedną z najpiękniejszych płyt na Boże Narodzenie. Nagrana w 2011 roku, nie jest dziś łatwa do zdobycia, na szczęście można jej słuchać na Spotify. Michael Buble, „Christmas” Wydana w 2011 roku płyta kanadyjskiego piosenkarza z największymi świątecznymi przebojami natychmiast dołączyła do bożonarodzeniowych klasyków, a w Polsce zyskała status podwójnej platyny. Śpiewane w dawnym stylu „It's Beginning to Look a Lot Like Christmas”, „White Christmas” czy „Santa Baby” przywodzą na myśl utwory Franka Sinatry. „Feliz Navidad” zaśpiewane w duecie z Thalią nieodmiennia wprawia w dobry nastrój i sprawia, że ma się ochotę natychmiast zatańczyć. Płyta...

Czytaj dalej
Ariana Grande, Lady Gaga, Harry Styles, Doja Cat, Beyonce
Mat. prasowe

Ariana Grande, Beyonce, Lady Gaga czy Dua Lipa? Typujemy przebój lata 2020!

To będzie dziwne lato. O słonecznej plaży, cieniu palmy i drinkach z parasolką większość z nas może w tym roku tylko pomarzyć. Ale letnie przeboje pomogą nam przenieść się tam mentalnie!
Magdalena Żakowska
17.06.2020

Każde lato ma swoją piosenkę. W 2010 roku był to przebój „California Gurls” Katy Perry, w 2014 „Get Lucky” Daft Punk, a rok temu „Old Town Road” Lil Nas X. Te piosenki już zawsze będą przywoływały w nas wspomnienia z wakacji. W tym roku z powodu pandemii przemysł muzyczny przeżył chyba największy wstrząs w swojej historii. Odroczono premiery płyt, odwołano festiwale muzyczne i trasy koncertowe. Co nie znaczy wcale, że przestaliśmy słuchać muzyki i nie czekamy na ten jeden, największy przebój lata. Nawet jeśli to lato będzie inne niż byśmy sobie tego życzyli. Oto dziesięć piosenek, które mają szansę na ten tytuł. A większość z nich należy do kobiet!   1. „Savage Remix” Megan Thee Stallion i Beyonce Obie pochodzą z Houston, więc ich współpraca była tylko kwestią czasu, chociaż Megan Thee Stallion była tak zaskoczona propozycją Beyonce, że polały się łzy. Ale najpierw jej „Savage” podbił TikToka i stał się viralowym fenomenem. Później remix piosenki wykonany wspólnie z Beyonce wzbił się na szczyt listy Hot 100 magazynu Billboard i posypały się nagrody: BET Hip Hop Award, MTV Video Music Award i Billboard Women in Music Award.  2. „Break My Heart” Dua Lipa Płyta „Future Nostalgia”, z której pochodzi ten przebój, w całości nawiązuje do muzyki i stylistyki lat 80. W „Break My Heart” Dua Lipa wykorzystuje sample z kultowego przeboju tamtych czasów – „Need You Tonight” INXS. Funk, dyskoteka i mało wymagające, ale wpadające w ucho bity – wszystko to składa się na idealny letni przebój.  3. „Rain on Me” Lady Gaga i Ariana Grande Moc tej piosenki to połączenie energii dwóch najpopularniejszych obecnie gwiazd muzyki pop – Lady...

Czytaj dalej
Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz
MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz: „Zdecydowaliśmy, że będziemy razem do końca życia, mając 21 lat”

Od ponad 50 lat uchodzą za małżeństwo doskonałe. Kiedy jedno z nich stawiało na karierę, drugie czekało wiernie w domu.
Sylwia Arlak
23.12.2020

Poznali się na studiach. Uczyli się w jednym budynku łódzkiej filmówki. Ona chodziła na zajęcia na parterze, na wydziale aktorskim, on — do konserwatorium na pierwszym piętrze. Na trzecim roku studiów Włodzimierz Korcz wziął udział w przesłuchaniu. Szukali pianisty do kabaretu. To tam pierwszy raz zobaczył Elżbietę Starostecką. „Poszedłem na próbę, popatrzyłem na Elżbietę i pomyślałem, że rzeczywiście ładna. Nie było rażenia piorunem” — wspominał po latach Korcz. „Miłość od pierwszego wejrzenia? Chyba nie. To, że jesteśmy dla siebie stworzeni, stało się oczywiste dopiero po paru dniach” — mówiła ona. Czytaj też:   Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń” Czekał godzinę pod jej drzwiami Później znajomy Korcza założył kabaret piosenki przedwojennej. Elżbieta w nim śpiewała, Włodzimierz grał. Razem chodzili na próby, po których on po dżentelmeńsku odprowadzał ją do domu i nosił jej siatkę wypchaną ciężkimi książkami. „Potem przyznał się, że nylonowe żyłki wpijały mu się w palce do krwi, ale nie przekładał siatek do drugiej ręki, bo bał się, że nie wezmę go już pod ramię” — mówiła Starostecka w rozmowie z magazynem „Pani”. Nie potrafili się ze sobą rozstać. „Staliśmy w małym korytarzyku pod schodami i o czwartej rano dziwiliśmy się, że coś tak jasno na dworze. A przecież dotarliśmy do domu koło północy. I te rozmowy spowodowały, że wiedzieliśmy, że będziemy ze sobą do końca życia” — wspominał Korcz w magazynie „Viva!” , dodając: „Rozmawialiśmy o wszystkim — o życiu, o sztuce, teatrze, muzyce, o naszych rodzinach, o sobie. Co kochamy, czego nienawidzimy. Wszystko chcieliśmy...

Czytaj dalej
INPLUS/East News

Barbara Krafftówna: pochowała dwóch mężów i jedynego syna, ale nie dała się złamać

Kiedy zmarł jej drugi mąż, Barbara Krafftówna obiecała sobie, że już nigdy nie zwiąże się z innym mężczyzną. Za wszelką cenę próbowała się chronić. Ale los miał dla niej inną tragiczną niespodziankę.
Sylwia Arlak
30.12.2020

Po zakończeniu II wojny światowej zamieszkała w Gdyni, gdzie Iwo Gall zakładał teatr. Wokół energicznej i wiecznie uśmiechniętej Krafftówny kręciło się wielu mężczyzn. Starał się o nią utalentowany pianista, lekarz, działacz kulturalny i zdolny muzyk. Z jednym umawiała się na domowe schadzki, z drugim chodziła na spotkania do cukierni, trzeci był jej oficjalnym adoratorem, a czwarty towarzyszył jej podczas wczasów w sanatorium. Gdy podczas wizyty we Wrocławiu poznała dyrygenta z tamtejszego teatru, rzuciła wszystkich adoratorów. Myślała, że to ten jedyny. „Ale nagle jakbym dostała obuchem w łeb. Powiedział coś, co było ciężkim chamstwem. Od tej pory przestał dla mnie istnieć” — wspominała Barbara Krafftówna w wywiadach. Przez długi czas była na środkach uspokajających Aktora Michała Gazdę poznała w teatrze, w którym razem pracowali. W 1953 roku na marszu z okazji 1 maja w Warszawie już wiedziała, że jest zakochana. Tak naprawdę, po raz pierwszy w życiu. „1 maja nieśliśmy razem szturmówkę z napisem »Niech żyje 1 maja«, 17 maja Michał oświadczył mi się, a już 1 czerwca odbył się ślub” — opowiadała. „Czy ja byłam kochliwa? Na pewno nie byłam obojętna. Moje niektóre koleżanki nagle znajdowały się w amoku miłości, choć na co dzień były szalenie racjonalne. Ale i ja bywałam w amoku zakochania, bez niego nie byłoby decyzji o małżeństwie. Potem amok przechodził, było spokojniej. Można było się cieszyć, planować. I marzyć. W ogóle u mnie wciąż jest gęsto od marzeń, stare zamieniają się w nowe, zmienia się ich kolejność. Cały czas” — opowiadała w wywiadzie dla weekend.gazeta.pl. Czytaj też:  Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści Dwa lata później doczekali...

Czytaj dalej