„Tyrmand atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Nieznana historia miłości pisarza i Barbary Hoff
Leopold Tyrmand i Barbara Hoff / Fot. Jerzy Duduś Matuszkiewicz, z archiwum Mary Ellen Tyrmand

„Tyrmand atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Nieznana historia miłości pisarza i Barbary Hoff

Leopold Tyrmand oświadcza się Barbarze Hoff wielokrotnie. Wreszcie za którymś razem mówi bez ogródek: „Wiesz, sporządziłem listę dobrych partii, na której zajęłaś pierwsze miejsce”.
Anna Zaleska
27.10.2020

Niezbyt wysoki, wcale nie tak bardzo przystojny, ale jednak – podobał się kobietom. I umiał z tego korzystać. Kiedyś przyjaciel powiedział do niego: „Poldek, ty idziesz na te dziewczyny jak czołg”. A on na to: „Z dziewczynami to jak z chodzeniem po bagnie. Skaczesz z kępy na kępę i próbujesz, jak daleko jeszcze możesz dojść. Jak dostaniesz w mordę, to wiesz, że trzeba się cofnąć. I idziesz do następnej”. Ludwik Jerzy Kern, obserwując z boku, mówił, że Tyrmand „atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Wszystkie kobiety Leopolda Tyrmanda

Ale wcześniej te dziewczyny staranie dobierał. Marcel Woźniak w nowo wydanej biografii „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” (wyd. Marginesy) zauważa, że „to nigdy nie były dziewczyny znikąd. Rysia była córką przedwojennego dyrektora Macierzy Szkolnej, jednego z sądzonych w moskiewskim procesie szesnastu. Po niej była Maria Iwaszkiewiczówna. Potem ożenił się z panną Rublówną, której ojciec był adiutantem Andersa. A gdy z nią się rozwiódł, wziął ślub z Barbarą Hoff, córką wybitnego adwokata i jednego z pierwszych kontestatorów”.

W tej wyliczance nie ma Bogny, którą pisarz poznał, gdy ona miała 16 lat, a on 34. Zaletą nastolatki, z którą związek zajmuje dużo miejsca w „Dzienniku 1954”, było to, że gdy szli na bal, nikt nie miał partnerki tak młodej, do tego pięknej, atrakcyjnej, wyższej od niego.

Młodość początkowo bardzo w kobietach cenił. Gdy w 1955 roku żenił się z Małgorzatą Rublówną – zwaną Kopiejką – przyjaciel zapytał go: Kto to?”. Tyrmand odrzekł na to: „Jak zwykle. Dziewczyna ma 19 lat i jest z ASP. Jak wszystkie.”

Dopiero z czasem coraz ważniejsze stawało się dla niego to, by kobieta była mądra. Tłumaczył, że gdy przerwy między jednym a drugim razem robią się coraz dłuższe, trzeba mieć o czym porozmawiać.

Leopold Tyrmand i Barbara Hoff – historia poznania

Barbarę Hoff poznaje dzięki Janinie Ipohorskiej, zastępczyni redaktora naczelnego „Przekroju”. Pyta jej: „To jest ta Hoff, o której słyszałem? Miała być ładna, a jest gruba”. Tyrmand zwykle mówi to, co myśli. Kiedyś na widok Agnieszki Osieckiej w zielonym kostiumie ze skaju zauważa: „Myślałem, że jesteś toporną samicą, a tymczasem jesteś Mussetem w fenomenalnych skórach”. 

Krakowski klub „Warszawianka” to modne miejsce, w którym wypada bywać. Właśnie tam Leopold Tyrmand  (rocznik 1920) i Barbara Hoff (rocznik 1932) spotykają się po raz pierwszy. Ona prowadzi w „Przekroju” rubrykę o modzie, opisuje światowe trendy, potem prezentuje też własne projekty (Polki pokochały ją za tzw. trumniaki, czyli tenisówki przerobione w domu na balerinki. To właśnie Hoff wymyśliła, by z białych tenisówek, które były dostępne wszędzie, wyciąć środkową część z dziurkami i sznurówkami, resztę obszyć czarną tasiemką i pomalować  na czarno tuszem do rysunków technicznych).

Młodziutka Basia robi rewolucję w modzie, przekonując, że modelka nie powinna być anonimowa. Nawiązuje współpracę z Grażyną Hase, w jej nowatorskich sesjach obok modelki pozują znane postaci, między innymi jazzmani Wojciech Karolak i Andrzej Kurylewicz. Niektóre zdjęcia będą powstawać w mieszkaniu Tyrmanda i Hoff na Mariensztacie. Ale to dopiero po ślubie. Na razie Barbara nie chce się z nim nawet umówić. Zgodzi się na randkę dopiero wtedy, gdy Tyrmand w końcu rozwiedzie się z Małgorzatą Rublówną.

Piękne małżeństwo

To, że Barbara Hoff zajmowała się modą, mogło się bardzo Tyrmandowi podobać. Sam bardzo dużą wagę przykładał do strojów. Mówiono o nim, że ocenia ludzi po klapach marynarki. Sam zawsze ubrany był jak spod igły, w trudnych czasach zdarzało mu się nie dojadać, byle wyglądać nienagannie. Nowej ukochanej oświadcza się wielokrotnie, wreszcie za którymś razem mówi bez ogródek: „Wiesz, sporządziłem listę dobrych partii, na której zajęłaś pierwsze miejsce”.

Ślub biorą 30 lipca 1959 roku w Katowicach, skąd pochodzi Basia.  Ich świadkami są Maryna Kobzdejowa i Jacek Woźniakowski z „Tygodnika Powszechnego”. Młoda para wprowadza się do mieszkania przy ulicy Dobrej na Mariensztacie. Przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych to czas, kiedy w Warszawie dużo się imprezuje, a imprezy często odbywają się o Tyrmandów.

Leopold jest dobrym kucharzem, słynie zwłaszcza z doskonałego pieczonego schabu, Barbarze nie pozwala wchodzić do kuchni. – Bo był kelnerem podczas wojny, co opisuje w powieści „Filip” – mówi kiedyś Basia. 

Są pięknym, bardzo dobranym małżeństwem. I niezwykle dyskretnym. Niechętnie o sobie nawzajem mówią i piszą. Ani wtedy, gdy są bardzo szczęśliwi, ani gdy dla obojga nadchodzą trudne czasy.

Książkę „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” Marcela Woźniaka wydały Marginesy.

Życie na podsłuchu i TW „Adam”

Od sukcesu „Złego” minęło już kilka lat. Po wydaną w 1955 roku książkę ustawiały się kolejki długie jak do mięsnego. Na wydaniach zagranicznych Tyrmand zarobił tyle pieniędzy, że mógł pozwolić sobie na zakup luksusowego zachodniego samochodu, a jego przejażdżki po Warszawie budziły sensację i zazdrość. Teraz cenzura zaczęła mu zatrzymywać kolejne powieści, odmawiano też wznowień „Złego”, uzasadniając to… brakiem papieru. W ramach szykan za niepokorną postawę i jawne krytykowanie socjalistycznego ustroju pisarz latami nie dostaje paszportu. Jak się potem okaże, jego telefon i mieszkanie są na podsłuchu.

Regularne raporty na niego i na Barbarę pisze TW „Adam”, który potem zostanie zidentyfikowany jako ich przyjaciel, dziennikarz muzyczny i popularyzator jazzu w Polsce Roman Waschko. Tyrmand jest tym wszystkim coraz bardziej rozgoryczony i przygnębiony. Cierpi na bezsenność. Wali pięścią w łóżko i powtarza, że nie wytrzyma w tym kraju.

Wiele lat później do Sławomira Mrożka będzie pisał: „Jak wiesz, życie jest gówno na kole – raz jest w górze, raz jest w dole – i to jest właśnie ze mną”. Teraz jest na dole, a ten stan wydaje się nie mieć końca.

Śmierć ojca i ciężka choroba Barbary

Razem przeżywają wielki dramat – w lutym 1962 roku w niejasnych okolicznościach ginie ojciec Barbary, Tadeusz Hoff. Ceniony adwokat, oskarżany o wrogi stosunek do PRL i szkalowanie ZSRR, zostaje zatrzymany przez milicję i aresztowany. Kilka dni później Barbara dostaje informację, że powiesił się w celi. Milicja i prokuratura podają w tej sprawie sprzeczne informacje, ale ostatecznie do akt zostaje wpisane samobójstwo. Tyrmand pisze listy do ministerstwa, domagając się wyjaśnienia śmierci teścia. W tajemnicy przed żoną prowadzi własne śledztwo. Któregoś wieczoru podchodzi do niego nieznajomy mężczyzna: „Lepiej się tym nie interesuj” – radzi Tyrmandowi.

Śmierć ojca odbija się na zdrowiu Barbary. Trafia do szpitala z podejrzeniem nowotworu mózgu. Tyrmand siedzi przy niej nieustannie i rozpacza. Następstwem ciężkiej operacji staje się niedowład części twarzy Basi. Pisarz wnioskuje o paszporty, by mogli zgodnie z zaleceniami lekarzy wyjechać do ośrodków rehabilitacyjnych w Szwajcarii. Paszportów nie otrzymują.

Ostatecznie pozwolenie na wyjazd dostaje sama Barbara. Jedzie do Maryli Tyrmand, mieszkającej w Izraelu teściowej, potem do Stanów. Zastanawia się, czy tam nie zostać. Wraca jednak, bo inaczej Tyrmand już na pewno nigdzie by nie wyjechał. Teraz wreszcie i on cudem – dzięki wstawiennictwu Romana Bratnego – dostaje upragniony dokument.

Barbara pomaga mu się spakować, nie wiedząc, że już nigdy się nie zobaczą. Jest rok 1965, mają za sobą siedem lat małżeństwa. Macha mężowi, gdy ten wsiada do opla i rusza do Jugosławii, potem do Izraela zobaczyć się z matką. Podczas pobytu u niej dostanie zaproszenie na stypendium do Stanów i transatlantykiem popłynie do Nowego Jorku.

Rozwód z winy Tyrmanda

Gdy się rozwodził z pierwszą żoną, mówił przyjacielowi: „Jest jedna rzecz, z której jestem naprawdę dumny. Nigdy żadnej kobiety nie rzuciłem pierwszy”. I teraz też tak się dzieje. To Barbara wnioskuje o rozwód. W lutym 1967 roku Tyrmand pisze o tym w liście do Kisielewskiego: „Basia zażądała rozwodu i uczyniła rozsądnie. (…) Jest ona bardzo świetnym człowiekiem i zasługuje na uznanie i pomoc. A że dwoje nie jest jednym „świetnym”, o tym wiemy już na ogół”.

Rozwodzą się korespondencyjnie. Tyrmand pisze w odpowiedzi na doręczony mu pozew: „komunikuję uprzejmie, że wyrażam zgodę na rozwód z mojej winy (…) jestem zdania, że związek nasz już od przeszło czterech lat jest jedynie związkiem formalnym i według mojej oceny nie ma szans na podjęcie przez nas współżycia”. W tym samym piśmie oświadcza, że nie zamierza powrócić do Polski.

Kilka lat później weźmie ślub z Mary Ellen Fox. Barbara zwiąże się z fotografem Robertem Kuleszą. O Tyrmandzie nie będzie chciała mówić w wywiadach. Dziś przyznaje, że przegania wszelkich tyrmadologów. Chyba że ktoś już pisze straszne bzdury.

***
Korzystałam m.in. z książek: Marcel Woźniak, „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” (wyd. Marginesy) i Mariusz Urbanek „Zły Tyrmand” (wyd. Słowo)

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej
dymna
Fot. Jan Zych/Archiwum Anny Dymnej

Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Gdy Dymny zmarł, myślała, że i ona za chwilę umrze, „bo życie bez niego nie jest po prostu możliwe”.
Marta Strzelecka
13.10.2020

Był cudownym artystą, ale też pił, urządzał bójki, znikał. Ona  mówiła, że jak się kocha, to nic nie jest ważne, że z nim wszystko wytrzyma. Anna i Wiesław Dymni przeżyli razem 7 lat, przez 6 lat byli małżeństwem. Poznali się na planie filmu w 1969 roku, choć przelotnie widzieli się już wcześniej. Ona pamięta go jako pijanego mężczyznę, o którym ktoś powiedział: „A to jest taki Dymny z Piwnicy pod Baranami”. On zachwycał się jej urodą w kinie. W 1969 roku spędzali razem dużo czasu, pracując przy filmie „Pięć i pół bladego Józka” Henryka Kluby, do którego Dymny napisał scenariusz. Cenzurze nie podoba się ta fabuła – pełna buntu i wolności historia o gangu motocyklowym dowodzonym przez dziewczynę. Ania gra główną rolę. Ekipa mieszka w pałacyku niedaleko Płocka. Jest sroga zima, więc rzadko wracają do domów, do Krakowa. Anna Dymna: „Wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek” Ich pierwszy długi kontakt w tej pracy wydaje się intymny i ważny, ale ani on, ani ona nie opowiadali o tym publicznie: Dymny na potrzeby sceny filmowej maluje nagie ciało Ani w kwiaty. Za to drugie spotkanie przechodzi do legendy. Jest noc, Anna próbuje zasnąć, a pijany Wiesław na korytarzu gra w ping-ponga. Wtedy po raz pierwszy jej naiwność zderzyła się z jego brutalnością. „Wyszłam i zapytałam, czy mogą przestać grać – wspomina. – Przyszedł do mnie do pokoju z butelką i coś powiedział, wplatając słowo »kurwa«; ja teraz wiem, że to był przecinek i można to w dobrej wierze powiedzieć. Ale wtedy byłam tak przerażona, że go strzeliłam w łeb, bo myślałam, że to o mnie. I on mi oddał, podbił mi oko”. Przerażona – bardziej tym, że uderzyła, niż tym, że dostała cios – natychmiast wyjechała. Kiedy wracała, na...

Czytaj dalej
Jarosław Iwaszkiewicz
East News

„Moja Stara najmilsza”. O wyjątkowej miłości Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów

Kiedy się poznali, ona była najlepszą partią w Warszawie, on poetą o homoseksualnych skłonnościach, których nigdy nie krył. Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie bardzo się różnili, a jednak byli małżeństwem przez 58 lat i odeszli tuż po sobie, w odstępie dwóch miesięcy.
Anna Król
11.08.2020

W 1921 roku Anna Lilpop, 24-latka o artystycznych zainteresowaniach i wrażliwej naturze, poznała początkującego literata Jarosława Iwaszkiewicza – ubogiego 27-latka, przybysza z Ukrainy. Jedni uważali, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, a tę najtrudniej zrozumieć czy wytłumaczyć. Inni, że para zawarła wygodną dla siebie umowę. Faktem jest, że Jarosław żenił się najlepszą partią Warszawy – kobietą piękną, wykształconą, pochodzącą z dobrego i bogatego domu. Miała być podporą i budzącą zazdrość znajomych towarzyszką życia.  Anna zyskiwała wymarzonego męża artystę – poetę z muzycznymi zamiłowaniami. Partnera do rozmów o sztuce, bywania w towarzystwie i kogoś, kogo się podziwia. W zamian za związek oparty na zrozumieniu i poszanowaniu inności, godzili się na różnicę charakterów i temperamentów. Dodatkowo, od początku wiadomo było, że Jarosław interesuje się mężczyznami. Wiedziała o tym i Anna,  ale uznała, że nie będzie to przeszkoda dla związku.  W pierwszych listach, pisanych jeszcze w okresie narzeczeństwa, zapewniała Jarosława o szczerym zrozumieniu: „Mnie osobiście nic zrazić do Pana nie mogłoby (…). Źle mi jest bez Pana i tęskno strasznie, ale głupio jest mówić o tych kwestiach, o których zresztą nigdy nic odpowiadającego rzeczywistości powiedzieć nie można”. Ryzykowny związek, szybki ślub Młodzi postawili na swoim pomimo protestów rodziny Lilpopów. Kilka tygodni po poznaniu Jarosława Anna oddała słowo dotychczasowemu narzeczonemu – księciu Radziwiłłowi. W Wielkanoc 1922 roku zaręczyła się z Jarosławem, a pięć miesięcy później byli małżeństwem. Wśród znajomych zawarty pospiesznie ślub budził zdumienie. Jan Lechoń powtarzał kpiąco, że „to taki ślub na sześć...

Czytaj dalej