To będzie największy festiwal filmowy świata: Cannes, Sundance, Berlin razem!
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

To będzie największy festiwal filmowy świata: Cannes, Sundance, Berlin razem!

Przez koronawirusa cierpimy wszyscy – mniej lub bardziej. Zubożał również świat kultury. Już wiemy, że festiwale filmowe w Cannes i Wenecji w tym roku się nie odbędą. Na kinomanów czeka jednak wielka uczta – i to niedługo!
Sylwia Arlak
29.04.2020

Koniecznie zapiszcie sobie te daty w kalendarzu: 29 maja – 7 czerwca. W tych dniach odbędzie się prawdopodobnie największy festiwal filmowy na świecie WeAre One: A Global Film Festival.

Powstanie z połączenia ponad 20 najważniejszych festiwali filmowych na świecie, które co roku odbywają się m.in. w Cannes, Wenecji, Berlinie, Tribece, Sundance, Karlovych Warach, Londynie czy Toronto. Czegoś takiego jeszcze nie było. 

We Are One: A Global Film Festival będzie pierwszym festiwalem filmowym o globalnym zasięgu. Połączy wszystkie największe wydarzenia filmowe i ludzi, którzy mają w tym biznesie najwięcej do powiedzenia. Na ten niecodzienny pomysł wpadła należąca do Roberta De Niro firma Tribeca Enterprises, ta sama, która organizuje nowojorski Tribeca Film Festival.

 

WeAre One: A Global Film Festival będzie dostępny dla wszystkich, bo będziemy mogli wziąć nim udział poprzez  oficjalny kanał Youtube.  Podczas dziesięciu festiwalowych dni  na przełomie maja i czerwca będziemy mogli online i zupełnie za darmo zobaczyć te produkcje, które miały mieć swoje premiery podczas wspomnianych wyżej festiwali. Zobaczymy filmy pełnometrażowe, krótkometrażowe, dokumenty. Odbędą się też panele dyskusyjne.

Ale WeAre One: A Global Film Festival to nie tylko kino. W trakcie wydarzenia widzowie będą mogli wspomóc Światową Organizację Zdrowia, a także lokalne organizacje w poszczególnych częściach świata, które walczą z pandemią COVID-19.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat. prasowe Netfliks

Joanna Kulig znów śpiewa i kocha – i znów zachwyca! „The Eddy” już w maju na Netfliksie

Jej głos tak poruszył reżysera Damiena Chazelle'a, że specjalnie dla niej zmienił scenariusz swojego najnowszego dzieła. Joanna Kulig w nowym miniserialu Netfliksa „The Eddy” zachwyca tak samo jak w „Zimnej wojnie”.
Sylwia Niemczyk
28.04.2020

Po  sukcesie filmu „Whiplash” i „La La Land”, reżyser Damien Chazelle powraca – ale tym razem współtworzone przez niego dzieło trafia na mały ekran. Miniserial „The Eddy” już w maju pojawi się na Netfliksie. W jednej z głównych ról zobaczymy Joannę Kulig.  Akcja „The Eddy” rozgrywa się we współczesnym, wielokulturowym Paryżu.  Eliot Udo (André Holland), kiedyś uznany pianista, dziś jest właścicielem klubu jazzowego The Eddy i menadżerem zespołu prowadzonego przez Polkę, Maję (właśnie w jej roli zobaczymy Joannę Kulig). Reżyser specjalnie dla polskiej aktorki zmienił rolę Mai: pierwotnie bohaterka miała być Amerykanką.  Maja stworzona przez Joannę Kulig może czasami przypominać Zulę z „Zimnej wojny”. Tak samo jest piękna i utalentowana, ale jednocześnie wybuchowa i trudna we współpracy. Mimo talentu zmaga się z depresją i nie widzi sensu życia.  Oprócz pracy Eliota i Maję łączy dawna wielka miłość, dziś jednak ich relacja jest przepełniona głównie złością i żalem. Rozstają się i na nowo schodzą, jak dźwięki w jam session. Najpiękniejsze chwile przeżywają podczas wspólnego tworzenia: muzyka jest ich całym światem i kojącą ucieczką od problemów. A te ostatnie są niemałe – klub jest na skraju bankructwa, poza tym  Eliot odkrywa, że jego wspólnik może być zamieszany w gangsterskie interesy w klubie. Jakby tego było mało, z niespodziewaną wizytą przyjeżdża jego nastoletnia córka, Julie, która także zmaga się ze swoimi tajemnicami, emocjami i problemami. Aby ochronić najbliższych i ocalić klub, Eliot będzie musiał skonfrontować się ze swoją przeszłością. Gwiazdorski zestaw twórców: Chazelle,...

Czytaj dalej
mat. prasowe

Dla serialu „Hollywood” warto zarwać noc!

Nowy serial Netfliksa opowiada nieznaną historię Fabryki Snów i pyta: a gdyby w Hollywood rządziły kobiety?
Anna Zaleska
28.04.2020

Nazwisko Ryan Murphy w świecie filmu stało się już prawdziwą marką. To on był twórcą fenomenu „Glee” (57 nagród, 144 nominacje), hitu „American Crime Story”, w którym opowiadał o najsłynniejszych morderstwach w historii Ameryki, i „American Horror Story” – genialnej mieszanki horroru, thrillera i dramatu. W nowym serialu „Hollywood”, wyprodukowanym dla Netfliksa, znów podróżuje w czasie, tym razem do złotej ery Hollywood. Zamysł Ryana Murphy'ego jest tym ciekawszy, że mający niezwykle silną pozycję w Hollywood twórca zamierza pokazać Fabrykę Snów w sposób prowokacyjny. I to w czasach, gdy Hollywood ma problemy, jakich nie doświadczał, odkąd w 1912 w Los Angeles powstały pierwsze wytwórnie. Ostrożne szacunki wskazują, że amerykański przemysł filmowy z powodu koronawirusa straci 20 miliardów dolarów. Niektórzy wieszczą, że po tym kryzysie już nie wróci do dawnej świetności. Może więc to dobry czas, by zaproponować alternatywę? Rock Hudson i inne niezwykłe historie Akcja serialu „Hollywood” rozgrywa się w latach 40. XX wieku. Do Tinseltown (tak w branżowym slangu nazywa się Hollywood) przybywa grupa młodych ambitnych aktorów i filmowców, zamierzających odnieść tu sukces bez względu na wszystko. Każda z postaci ma swoją historię i inne doświadczenia, które pozwalają zajrzeć za kulisy filmowego świata i pokazać, jak niesprawiedliwe reguły nim rządzą. O tym, skąd taki pomysł na film, Ryan Murphy opowiadał w wywiadzie dla magazynu „Vanity Fair”. Dorastając w Indianie, był wychowywany przez babcię, która cztery, pięć razy w tygodniu zabierała go do kina. W jej domu była też kolekcja albumów o gwiazdach filmowych, które chłopak uwielbiał oglądać. Był...

Czytaj dalej
Natalie Wood i Robert Wagner z córkami Natashą i Courtney/ HBO

Tajemnica śmierci Natalie Wood – w końcu wyjaśniona?

W filmie HBO mąż legendarnej aktorki Robert Wagner, podejrzewany o jej zamordowanie, po raz pierwszy opowiada o wydarzeniach tamtej tragicznej nocy.
Anna Zaleska
08.05.2020

Był niedzielny poranek po Święcie Dziękczynienia. Natasha Gregson Wagner miała jedenaście lat, nocowała u przyjaciółki. Gdy rano się obudziła, usłyszała włączone radio. W wiadomościach podawano informację, że niedaleko wybrzeża Cataliny znaleziono ciało jej mamy, Natalie Wood. Po powrocie do domu położyła się w jej łóżku. Wciąż wierzyła, że nic poważnego się nie stało. Może mama jest tylko ranna? Złamała nogę? Ale gdy wrócił jej ojczym Robert Wagner, kiedy zobaczyła jego wyraz twarzy, wszystko stało się jasne. Od takiej poruszającej opowieści 49-letniej dziś Natashy Gregson Wagner zaczyna się film dokumentalny „Historia Natalie Wood. Pociecha w tym, co było”, który właśnie miał premierę na HBO. Blisko czterdzieści lat po tamtych wydarzeniach córka legendarnej aktorki jeszcze raz do nich wraca. Przede wszystkim po to, by na zawsze zakończyć spekulacje na temat tragicznej śmierci jej matki. Pierwsze dochodzenie wykazało, że na Catalinie doszło do tragicznego wypadku. Sprawę zamknięto. Ale gdy w 2011 roku kapitan jachtu Dennis Davern wydał książkę, w której o śmierć Natalie Wood obwinił jej męża, Roberta Wagnera, temat powrócił. W filmie dziewięćdziesięcioletni dziś Wagner po raz pierwszy publicznie opowiada o wydarzeniach tamtej nocy. „Cieszę się, że mogę z tobą porozmawiać o mojej mamie, o wszystkich dobrych i złych chwilach”, zaczyna rozmowę Natasha. Złota para Hollywood Uchodzili za jedną z „królewskich par” Hollywood. Oboje grali w filmach od najmłodszych lat. Natalie Wood zadebiutowała jako pięciolatka. Na oczach milionów dorastała, z grzecznej dziewczynki z warkoczami zmieniając się w zbuntowaną nastolatkę („Buntownik bez powodu”), a potem w piękną kobietę. Roberta Wagnera po raz pierwszy zobaczyła, gdy miała dziesięć lat, on...

Czytaj dalej