Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska. Fot. Archiwum Filmu/Forum, Roman Sumik/Archiwum Filmu/Forum

Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u

Oboje w latach 50. szturmem zdobyli kino. Ona alkoholiczka, on cyklofrenik. Ta miłość musiała się bardzo źle skończyć.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

„Pojawiła się w moim życiu niczym płonący meteor” – pisał o niej reżyser Kazimierz Kutz i to jest bardzo dobre porównanie, bo Teresa Tuszyńska była płonącym meteorem. Urodziła się na początku wojny, a po powstaniu warszawskim wraz z matką i starszym bratem odbyła dramatyczną podróż do Oświęcimia – w ostatniej chwili, tuż przed stacją końcową, udało im się uciec z pociągu. Po wojnie wrócili do dawnego mieszkania na Woli, a po kilku latach odnalazł się także ojciec Teresy Tuszyńskiej, zesłany do obozu pracy w Niemczech. Ojciec wraz z bratem otworzyli zakład masarski i dobrze im szło. Tuszyńska nie potrafiła się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Była na tyle trudnym dzieckiem, że rodzice zdecydowali się wysłać ją do szkoły z internatem prowadzonej przez siostry zakonne. Ale one też z nią długo nie wytrzymały i odesłały z powrotem do domu. Już zawsze będzie sprawiała wszystkim trudności.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Dziewczyna z ekranu

W szkole miała opinię zdolnej, ale krnąbrnej uczennicy. Zresztą, dużo bardziej od nauki interesowała ją moda, muzyka i imprezowanie. Już jako czternastolatka w towarzystwie dużych starszych kolegów chodziła na potańcówki do modnego wśród artystów klubu Stodoła. Bywali tam Roman Polański, Janusz Morgenstern, Krzysztof Komeda, Agnieszka Osiecka, a także fotografowie łowiący dziewczyny na okładki kolorowych magazynów. Tym sposobem wylądowała na okładce „Kobiety i Życia”. A była tak piękna, że raz ją widząc, nie sposób już było o niej zapomnieć. 

Kiedy magazyn „Film” ogłosił konkurs „Piękne dziewczyny na ekrany” Teresa Tuszyńska miała 16 lat i właśnie ostatecznie wyrzucono ją ze szkoły. Nie spełniała więc dwóch podstawowych kryteriów konkursu: nie miała ukończonych 17 lat i średniego wykształcenia. A jednak wygrała ten konkurs. Nagrodą była epizodyczna rola w filmie i tak zadebiutowała w „Ostatnim strzale” (1959) Jana Rybkowskiego. Jej rola została ograniczona do minimum, bo z nieznanych powodów uciekła z planu filmowego. Mogło to oznaczać szybki koniec jej kariery, ale zaledwie kilka tygodni później dostała kolejną propozycję – głównej roli żeńskiej w „Białym niedźwiedziu” Jerzego Zarzyckiego. Obok Gustawa Holoubka, Stanisława Mikulskiego i Adama Pawlikowskiego.

Tetetka

Mówili o niej polska Audrey Hepburn, szczególnie po filmie „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Morgensterna, gdzie u boku Zbyszka Cebulskiego grała Francuzkę w najmodniejszych zachodnich ciuchach nawiązujących do kreacji Audrey z „Rzymskich wakacji”. Ale z perspektywy czasu wiemy już, że Tuszyńskiej bliżej było do Avy Gardner, wielkiej aktorki i symbolu seksu lat 50., której karierę i życie zniszczył alkohol i destruktywny styl życia. 

„Poznałem ją w wytwórni we Wrocławiu. Piekielnie atrakcyjna – nie tylko fizycznie, towarzysko też” – pisał o niej Kazimierz Kutz. „Diablica, prowokatorka i chichotka, ze wszystkiego umiała się śmiać. Bezczelna, wolna i niekonwencjonalna”. Wszyscy, którzy zetknęli się z nią na planie filmowym podkreślali, że wyróżniała się na tle innych aktorek nie tylko urodą i inteligencją. „Była w niej bezinteresowność. W ogóle nie czuło się, że chce zrobić karierę” – mówił aktor Jerzy Jogałła, który grał z nią w „Tarpanach” Kutza. „Odczuwałem w niej błyskotliwą drwinę do świata filmu. Ksywa, którą Kazimierz Kutz jej dał – Tetetka – to nie tylko skrót od imienia i nazwiska, ale też broń palna. Bo była wybuchowa”. I rzeczywiście na każdym kroku starała się podkreślić, że kariera nie ma dla niej znaczenia. Konsekwentnie odmawiała propozycji ról filmowych z zagranicy, chociaż inne aktorki gotowe były się za taką propozycję pozabijać. Na umówione spotkanie z Romanem Polańskim i francuską producentką, którą specjalnie na tę okazję zaprosił do Warszawy bez uprzedzenia nie przyszła. 

Po ukazaniu się magazynu „Kobieta i życie” z nią na okładce, pracę modelki zaproponowała jej sama Jadwiga Grabowska, legendarna kierowniczka Mody Polskiej. Po prostu zakochała się w Tuszyńskiej. Szybko stała się najpopularniejszą modelką i ulubienicą Grabowskiej – to „na nią” szyła najpiękniejsze sukienki i to ona w pierwszej kolejności wyjeżdżała na zagraniczne pokazy. Inne modelki jej podobno nienawidziły. Kiedyś, aby ją skompromitować, podrzuciły jej do torebki kradzioną z pokazu szminkę. „A potem próbowały zorganizować rewizję” – wspomina projektantka Grażyna Hase. „Wszystkie miałyśmy pokazać nasze torebki, ale Teresa zabrała swoją, powiedziała, że nie interesują jej takie historie i wyszła”. Później jednak coraz częściej opuszczała przymiarki i pokazy, aż w końcu w 1962 roku Grabowska, z bólem serca, musiała ją zwolnić. W filmie było podobnie, po bardzo intensywnym 1959 roku, kiedy zagrała u boku Zbyszka Cybulskiego w „Do widzenia, do jutra”, z dnia na dzień stała się gwiazdą, ale coraz więcej piła, znikała z planu filmowego i życia towarzyskiego. Była nieszczęśliwie zakochana. Do granic szaleństwa. „Na ekranie Teresa i Zbyszek grali uroczą i beztroską parę, jednak w tym samym czasie toczył się jej osobisty dramat” – wspominał Kazimierz Kutz. „Jej związek z Pawlikowskim był toksyczny. Niby była jego dziewczyną, ale jakby nią nie była. Schodzili się i rozchodzili, choć w głębi duszy Teresa bardzo pragnęła, żeby on zaczął być o nią zazdrosny, żeby się w niej zakochał, jak ona w nim. W końcu tak się stało, ale wtedy było już za późno”. 

Książę

Adam Pawlikowski był chyba najbardziej zagadkową i tragiczną postacią środowiska filmowego lat 50. i 60. Miał piękną kartę wojenną – był członkiem AK, walczył w powstaniu warszawskim, był jeńcem wojennym, żołnierzem armii Andersa. Do legendy przeszła jego niezwykła wiedza i inteligencja. Był znawcą muzyki, malarstwa, literatury amerykańskiej i francuskiej, które czytał ponoć w oryginałach. Studiował muzykologię i grał świetnie na kilku instrumentach.

„Poznałem go przy „Kanale” Wajdy” – wspominał Kazimierz Kutz. „Jan Krenz, który odpowiadał w tym filmie za muzykę, chciał, by w kanałach ktoś grał na okarynie. Gdy się okazało, że Pawlikowski jest w tym świetny, Wajda dał mu do zagrania epizod. I tak Adaś wtopił się w nasze środowisko”.

Najbliżej zaprzyjaźnił się z Wajdą, ale role dostawał po równo od wszystkich. Zagrał epizodyczne role w ponad 50 filmach, w tym Wajdy, Munka i Hasa, m.in. „Popiele i diamencie” (to on wspólnie z Cybulskim podpala kieliszki w wódką w restauracyjnym barze), „Pożegnaniach”, „Lotnej”, „Rozstaniu”, czy „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Chyba nikt z przyjaciół ze środowiska filmowego nie wiedział o tym, że Pawlikowski jest biseksualny. To była jedna z jego wielu tajemnic. Lubił otaczać się kobietami, zależało mu na wizerunku „łamacza serc”. „Był pięknym mężczyzną. Ciemne, duże oczy lśniły diabolicznie pod jaśniepańskim czołem” – pisała o nim Agnieszka Osiecka w „Szpetnych czterdziestoletnich”. „Zapytałam go kiedyś: Dlaczego nie pracujesz? A on: Ja? Ja jestem Księciem. Czy widziałaś, żeby książę pracował? Był z pewnością jedynym mężczyzną do którego nikt nigdy nie ważył się „misiu”. Otaczały go stale roje panien i pań, a on sprzyjał im, że tak powiem, dla eksperymentu. Drwił z nich bez cienia litości”. 

Dwoje na życiowej huśtawce

Chociaż Pawlikowskiego z Tuszyńską dzieliło wszystko – pochodzenie, wiek, orientacja seksualna – byli do siebie w pewnym sensie podobni. Oboje piękni, z wyboru trzymali środowisko filmowe na dystans, żyli z nonszalancją i z premedytacją trwonili wszystko, czym obdarzyła ich natura. „Adam jest jednym z ostatnich nie zaszeregowanych: jest zgryźliwy, utalentowany i nie wiadomo z czego żyje. Już to plus dobre nazwisko pasowałoby go na metaforę, a nawet symbol, ale on tego nie chce” – pisał o Pawlikowskim Leopold Tyrmand w swoim „Dzienniku 1954”. „Woli rodzaj drwiącego pieczeniarstwa, bo w naszych warunkach zdejmuje z niego piętno buntownika. Można by go określić mianem „bohemien”, ale na pewno by się nie zgodził, ma zbyt rozwinięte poczucie humoru i własnej niedokończoności, by reprezentować jakąś postawę”. 

W rzeczywistości to, co przyjaciele określali mianem „tajemniczości i demoniczności”, wynikało z tego, że Pawlikowski do końca życia ukrywał nie tylko, że jest biseksualny, ale też to, że jest chory psychicznie. Cierpiał na cyklofrenię, czyli chorobę afektywną dwubiegunową. Tuszyńska znikała z planów zdjęciowych i życia towarzyskiego, bo wpadała w ciąg alkoholowy, a Pawlikowski dlatego, że był w szpitalu, albo wiedział, że zbliża się faza maniakalna i nie chciał się w tym stanie pokazać na mieście. Być może także dlatego nigdy nie zdecydował się zamieszkać z żadną kobietą (lub mężczyzną) i nigdy nie poprosił Teresy Tuszyńskiej o rękę, chociaż była największą miłością jego życia.

Zagrali razem w czterech filmach. Poznali się na planie „Białego niedźwiedzia”. On miał 34 lata, ona zaledwie 17. Dla niej była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dla niego kolejny nic nieznaczący flirt z młodszą koleżanką z planu. Ale kiedy kończyli zdjęcia do filmu wiedział już, że się co do niej pomylił – była inna niż wszystkie kobiety, które do tej pory poznał. „Teresa wpadła w ten nasz świat niczym piękny motyl i od razu uzależniła się emocjonalnie od mężczyzny” – wspominał Kazimierz Kutz. „Zachwyciła się wyrafinowaniem i tajemniczością Adama, zobaczyła w nim ucieleśnienie artysty. On zachłysnął się jej urodą i wdziękiem, bo też była zjawiskiem niezwykłym”.

To właśnie Pawlikowski polecił Tuszyńską do filmu „Do widzenia, do jutra”, bo od czasu „Popiołu i diamentu” przyjaźnił się z Cybulskim, który wspólnie z Kobielą napisał scenariusz dla Janusza Morgensterna. I odmienił jej życie – sukces filmu był tak gigantyczny, że Tuszyńska z dnia na dzień stała się gwiazdą. Propozycje kolejnych zaczęły przychodzić nie tylko od największych polskich reżyserów, ale także z NRD i Czechosłowacji. Wszystkim odmawiała. Była zakochana, nie wyobrażała sobie kilku miesięcy z dala od Pawlikowskiego. „On też był bardzo zakochany w Teresie i bardzo zazdrosny. Non stop jej pilnował” – wspominała Maria Tusińska, bratowa aktorki. Z jednej strony kochał ją i chciał z nią być, ale jak tylko zbliżali się do siebie za bardzo, uciekał. Bał się, że Tuszyńska pozna prawdę o jego chorobie. A ona cierpiała. Po jednym z takich rozstań miała już dość. Przestała wierzyć, że kiedykolwiek się jej oświadczy. I na złość Pawlikowskiemu wyszła za mąż za jego najlepszego przyjaciela hrabiego Jana Zamoyskiego. Oświadczył się, a ona się zgodziła pod warunkiem, że wezmą ślub natychmiast. Świadkami byli przejeżdżający akurat na skuterze ulicą kolega pana młodego i taksówkarz, który zawiózł ich do urzędu.

„Chciała, by przed kolejnym obiadem z Adamem byli już małżeństwem” – pisał Kazimierz Kutz. „Pobrali się i przyszli na ten obiad razem. Adam już siedzi przy stoliku, a Teresa z miejsca przechodzi do rzeczy: „Pozwól, że przedstawię ci mojego męża…” Adam bez słowa wstał i poszedł do łazienki. Z emocji rzygał i rzygał. Dopięła swego: zakochał się w niej straszliwie”. Tuszyńska z kolei decydując się na ślub z jego przyjacielem chciała pewnie sprawić mu ból, ale też na zawsze skończyć relację, która nie miała przyszłości. Wyszła ze związku z Pawlikowskim z przekonaniem, że nie pokocha już tak żadnego mężczyzny. „Poczucie klęski zaczęła zagłuszać alkoholem. Coraz częściej nawalała w pracy, o ósmej czy dziesiątej, gdy zaczynało się kręcenie zdjęć, często dopiero trzeźwiała, a potem, zdarzało się, znikała z planu nagle i bez uprzedzenia” – Kutz. „Zaczęła się bawić mężczyznami i w ten sposób mścić na Adamie. Kiedy w otoczeniu pojawiał się jakiś ładny chłopak, z miejsca go sobie zdobywała. Nie było faceta, który potrafiłby się jej oprzeć”.

Początek końca

Wtedy z miłości zapomniał już o ukrywaniu choroby. Zaczął ją śledzić, przychodził niespodziewanie do niej do domu, pod okna, na plan filmowy. Małżeństwo Tuszyńskiej z Zamoyskim przetrwało zaledwie kilka miesięcy, ale rany były już zbyt głębokie i z Pawlikowskim nigdy nie wrócili już do siebie na stałe. O tym ślubie z zemsty Jerzy Stefan Stawiński nakręcił później film „Rozwodów nie będzie” – Tuszyńska zagrała w nim samą siebie i podobno kompletnie przepisała Stawińskiemu scenariusz, żeby było bliżej prawdy.  

„Potem Teresa wyszła za mąż po raz drugi – za mojego kolegę, Włodzimierza Kozłowskiego, który pisał teksty w dubbingu” – pisał Kutz. „Też był nieludzko zakochany, lecz z czasem coraz częściej mu się wymykała, musiał jej szukać po całej Warszawie”. 

W 1968 roku Pawlikowski zeznawał w charakterze świadka w procesie Janusza Szpotańskiego, autora satyrycznej opery „Cisi i gęgacze, czyli Bal u Prezydenta” (został skazany na 3 lata więzienia). W środowisku artystycznym poszła plotka, że współpracuje z SB, którą podchwyciło później radio Wolna Europa. „Pamiętam jego pobladłą twarz, kiedy w kawiarni PIW-u przy ulicy Foksal bił się w piersi, zaklinając, że to wszystko nieprawda” – pisał Andrzej Roman. Ale uwierzyła mu tylko Tuszyńska. Reżyserzy, aktorzy, do niedawna przyjaciele, odwrócili się od niego. Nie podawali mu nawet ręki. Z dnia na dzień stracił pracę w filmie i środki do życia. Tuszyńska pożyczała mu pieniądze, zapraszała do siebie na obiady, bo dosłownie nie miał co jeść. Miała pretensję do środowiska filmowego, że tak okrutnie potraktowało Pawlikowskiego i sama zaczęła ich bojkotować w rewanżu. Przestała ubiegać się o role, przychodzić na zdjęcia. Ale w tym czasie w kinie pojawiły się już inne młode gwiazdy i nikt nie walczył już ani o nią, ani o Pawlikowskiego. Jak wspominał Jerzy Gruza: „Przed śmiercią studiował reguły zakonu jezuitów i uczył się japońskiego, aby uciec z tego świata zawiści. To nie wystarczyło, trzeba było wykonać lot Ikara z szóstego piętra w komunistycznym, szarym i brutalnie obojętnym bloku na beton”. Adam Pawlikowski popełnił samobójstwo 17 stycznia 1976 roku. Po odtajnieniu teczek IPN okazało się, że nie był współpracownikiem SB, a jego zeznania w procesie Szpotańskiego nie miały wagi obciążającej. Był zmuszony do wzięcia udziału w procesie i doprowadzony tam prosto ze szpitala psychiatrycznego, bo SB szantażowało go upublicznieniem jego orientacji seksualnej.

Romeo też by wykiwał Julię

Miłość Tuszyńskiej do Pawlikowskiego przetrwała nie tylko jego śmierć, ale też jej wszystkie małżeństwa. Po jego śmierci wyszła za mąż jeszcze raz, za robotnika budowlanego, kumpla od kieliszka. Razem stoczyli się na samo dno: libacje, burdy, interwencje policji, skrajna bieda. Nie wiadomo nawet jaka była przyczyna jej śmierci, bo mąż odebrał wyniki sekcji zwłok i akt zgonu, a potem zniknął zostawiając jej ciało w kostnicy niepochowane. 

„Całe życie męczyła się z chamstwem mężczyzn” – Kutz. „Jej uroda i styl bycia uświadamiały mężczyznom, z którymi była, że jest istotą nie do opanowania, że ceną oszołomienia nią jest zamknięcie w pułapce chorobliwej zazdrości. Jej uroda i temperament stały się jej klątwą”. Jak w klasycznych hollywoodzkim romansie, kochała naprawdę tylko tego jednego, którego nie mogła mieć. Ostatnie słowa w ostatnim filmie, w którym zagrała („Kto wierzy w bociany?”), można odczytać jako komentarz do tej wielkiej miłości: „Miałam 17 lat i myślałam, że mnie będzie kochał do końca życia. Zresztą Romeo też by wykiwał Julię, gdyby na czas się nie pozabijali”. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
krysia morgenstern
1960 rok. Krystyna Morgenstern na plaży Grand Hotelu w Sopocie. Fot. archiwum domowe

Krystyna i Janusz „Kuba” Morgenstern: Jak udomowić takiego kociaka?!

On był słynnym reżyserem Polskiej Szkoły Filmowej, a ona reżyserem życia. Krystyna i Janusz Morgersternowie uchodzili za małżeństwo idealne. I to w środowisku, w którym romanse były czymś zwyczajnym.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

Przeżyli razem ponad 50 szczęśliwych lat, aż do śmierci Janusza Morgensterna w 2011 roku. Byli jedną z najbardziej lubianych i uznawanych par w świecie filmu. Być zaproszonym do Morgensternów, oznaczało przyjęcie do warszawskiej elity.  Na przyjęciach  u Morgensternów bywali m.in. Adam Michnik, Roman Polański, Andrzej Wajda, Zuzanna Łapicka, Magda Umer. Poznali się jesienią 1959 roku. On miał 37 lat, ona dużo młodsza. Ale w tym pokoleniu wiek liczyło się inaczej. Wojna zabrała im młodość, więc odzyskiwali ją przez kolejne naście lat. Wieczne dzieciaki. Janusz – dla przyjaciół Kuba – był wesołym, pełnym życia mężczyzną, ale trzymał ludzi na dystans. Niewielu znało go dobrze. Wiadomo było, że w czasie wojny przeżył grozę. W getcie stracił całą rodzinę, został sam, kilkuletni chłopiec. Trochę opowiedział Tadeuszowi Konwickiemu, trochę Romanowi Polańskiemu, trochę Krysi, ale wszystkiego nigdy nikomu. Grunt, że kiedy powiedział jej, że nie chce mieć dzieci, zrozumiała dlaczego. Nie nalegała. Leśnik i lekarka Po wojnie Janusz Morgenstern zapisał się we Wrocławiu na studia rolnicze. Chciał zostać leśnikiem. Przyroda, las, ale przede wszystkim otwarte przestrzenie – chodziło o to, że już nigdy nie będzie zamknięty. Po roku studiów spotkał przypadkiem na ulicy kolegę z dawnych czasów, Kurta Webera (później znanego operatora, autora zdjęć do „Bazy ludzi umarłych” Petelskiego czy „Zaduszek” Konwickiego). Weber opowiedział mu o szkole filmowej w Łodzi. Na tyle zachęcająco, że Kuba z dnia na dzień rzucił studia rolnicze i pojechał na egzaminy do Łodzi. Dostał się bez problemu. W pokoju w akademiku miał Kutza, Bareję i jeszcze dwóch innych kolegów – spali na piętrowych łóżkach. W pokoju obok Andrzej Wajda. Nigdy mu o tym nie powiedzieli, ale...

Czytaj dalej
Kalina Jędrusik
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru. Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny.  Leżeli, leżeli, gadali, gadali O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże.  „Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy.  „Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz
Ewa Lipska/Fotonova

Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

„Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” – pisała Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Byli ze sobą 23 lata. I była to wyjątkowa miłość, choć nie mieli ślubu i nie mieszkali ze sobą.
Magdalena Żakowska
01.07.2020

Ich znajomi mówili, że związek poetki Wisławy Szymborskiej i pisarza Kornela Filipowicza był „organiczny”, że tworzyli jedność. A przecież nie byli typową parą, nawet ze sobą nie mieszkali. Za to codziennie pisali do siebie listy. Czułe, intymne, zabawne. „Kocham Cię bezustannie, tylko z przerwą obiadową” –pisze Szymborska, choć wszyscy wiedzą, że kocha go nieustająco. W innym wyznaje: „Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie”. Kiedy w połowie lat 60. zbliżyli się do siebie oboje mieli już za sobą inne małżeństwa, nie byli też młodzi. Wisława Szymborska była po 40, Filipowicz starszy od niej o dziesięć lat po 50. Na czym polegał fenomen tej miłości? Kilka spraw ustalili od razu: będą mieszkać oddzielnie, telefon co najmniej dwa razy dziennie (rano na dzień dobry, wieczorem na dobranoc), spotkania częste. Wszyscy, którzy ich znali i mieli okazję obserwować narodziny tego uczucia, podkreślają, że bardzo do siebie pasowali. Oboje dość staroświeccy, powściągliwi i niezwykle życzliwi. Sprawiali wrażenie melancholijnych samotników. Niełatwo było poznać, że są razem. „Nie manifestowali publicznie swoich uczuć. Wisława nie poprawiała Kornelowi krawata, on nie otulał jej czule płaszczem. Byli niezwykle powściągliwi – wspomina przyjaciółka Szymborskiej, Teresa Walas. – To było obce ich naturze. Nie mieszkali ze sobą, bo nie czuli potrzeby chodzenia w jednym zaprzęgu. Poza tym, jak mówiła sama Wisława, nie wyobrażali sobie pracy w jednym domu. Dwie stukające maszyny do pisania? To by było dla nich nie do zniesienia”. Wisława Szymborska: „Boże, jaki piękny mężczyzna” Na „ty” przeszli gdzieś między grudniem 1966 roku a kwietniem 1967, chociaż poznali się 20 lat wcześniej. Ale wtedy oboje byli jeszcze w innych związkach....

Czytaj dalej
East News

Marilyn Monroe: „Cóż z tego, że człowiek ma cały świat, kiedy straci duszę?”

Marilyn Monroe była spełnieniem mitu o amerykańskim śnie. Filmy z jej udziałem zarobiły ponad 200 milionów dolarów. Uwiodła cały świat, ale nigdy nie polubiła samej siebie.
Sylwia Arlak
29.09.2020

Około godz. 20:00 Marilyn weszła do sypialni, gdzie zaczęła rozmawiać przez telefon ze swoim znajomym, aktorem Peterem Lawfordem, prywatnie szwagrem prezydenta Johna F. Kennedy'ego. Ten zeznał później, że prawdopodobnie była pod wpływem jakichś środków odurzających. Do gwiazdy zajrzała też gosposia Eunice Murray, ale według niej, nie działo się nic niepokojącego. Około godz. 3.00 w nocy Murray zorientowała się, że w sypialni Monroe wciąż świeci się światło, a ona nie odpowiada. Zaniepokojona wezwała dr Greensona, który rozbił szybę i dostał się do środka. Znalazł ją nagą na łóżku ze słuchawką w ręku. Nie żyła. Jako przyczynę śmierci wskazano przedawkowanie środków nasennych. „Prawdopodobnie samobójstwo”. Ślub, który miał być ucieczką Marilyn Monroe, a właściwie Norma Jeane nigdy nie poznała swojego ojca. W wieku dziewięciu lat, jej matka, Gladys, z problemami psychicznymi trafiła do szpitala, a ona do sierocińca. „Rodzice wszystkich dzieci umarli. Ja miałam co najmniej jednego rodzica — matkę. Ale ona mnie nie chciała. Zbyt się wstydziłam, aby próbować wyjaśnić to innym dzieciom. Szczęśliwa byłam tylko wtedy, gdy zabierano nas do kina” — wspominała. Przez całe swoje dzieciństwo miała w sumie 11 różnych rodzin zastępczych. Mieszkała też u cioci i wujka. Po latach przyznała, że wujek wykorzystywał ją seksualnie. Nikt nie chciał powiedzieć Normie, co się właściwie stało z jej mamą. W końcu zaczęła wierzyć, że umarła i nigdy więcej jej nie zobaczy. Razem zamieszkały dopiero 13 lat później, ale też nie na długo. Matka zachorowała na schizofrenię paranoidalną i resztę życia spędziła w szpitalu. Wrażliwa nastolatka miała dość tułaczek od jednego do drugiego domu. Poszukując odrobiny „normalności”, poślubiła...

Czytaj dalej