Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska. Fot. Archiwum Filmu/Forum, Roman Sumik/Archiwum Filmu/Forum

Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u

Oboje w latach 50. szturmem zdobyli kino. Ona alkoholiczka, on cyklofrenik. Ta miłość musiała się bardzo źle skończyć.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

„Pojawiła się w moim życiu niczym płonący meteor” – pisał o niej reżyser Kazimierz Kutz i to jest bardzo dobre porównanie, bo Teresa Tuszyńska była płonącym meteorem. Urodziła się na początku wojny, a po powstaniu warszawskim wraz z matką i starszym bratem odbyła dramatyczną podróż do Oświęcimia – w ostatniej chwili, tuż przed stacją końcową, udało im się uciec z pociągu. Po wojnie wrócili do dawnego mieszkania na Woli, a po kilku latach odnalazł się także ojciec Teresy Tuszyńskiej, zesłany do obozu pracy w Niemczech. Ojciec wraz z bratem otworzyli zakład masarski i dobrze im szło. Tuszyńska nie potrafiła się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Była na tyle trudnym dzieckiem, że rodzice zdecydowali się wysłać ją do szkoły z internatem prowadzonej przez siostry zakonne. Ale one też z nią długo nie wytrzymały i odesłały z powrotem do domu. Już zawsze będzie sprawiała wszystkim trudności.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Dziewczyna z ekranu

W szkole miała opinię zdolnej, ale krnąbrnej uczennicy. Zresztą, dużo bardziej od nauki interesowała ją moda, muzyka i imprezowanie. Już jako czternastolatka w towarzystwie dużych starszych kolegów chodziła na potańcówki do modnego wśród artystów klubu Stodoła. Bywali tam Roman Polański, Janusz Morgenstern, Krzysztof Komeda, Agnieszka Osiecka, a także fotografowie łowiący dziewczyny na okładki kolorowych magazynów. Tym sposobem wylądowała na okładce „Kobiety i Życia”. A była tak piękna, że raz ją widząc, nie sposób już było o niej zapomnieć. 

Kiedy magazyn „Film” ogłosił konkurs „Piękne dziewczyny na ekrany” Teresa Tuszyńska miała 16 lat i właśnie ostatecznie wyrzucono ją ze szkoły. Nie spełniała więc dwóch podstawowych kryteriów konkursu: nie miała ukończonych 17 lat i średniego wykształcenia. A jednak wygrała ten konkurs. Nagrodą była epizodyczna rola w filmie i tak zadebiutowała w „Ostatnim strzale” (1959) Jana Rybkowskiego. Jej rola została ograniczona do minimum, bo z nieznanych powodów uciekła z planu filmowego. Mogło to oznaczać szybki koniec jej kariery, ale zaledwie kilka tygodni później dostała kolejną propozycję – głównej roli żeńskiej w „Białym niedźwiedziu” Jerzego Zarzyckiego. Obok Gustawa Holoubka, Stanisława Mikulskiego i Adama Pawlikowskiego.

Tetetka

Mówili o niej polska Audrey Hepburn, szczególnie po filmie „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Morgensterna, gdzie u boku Zbyszka Cebulskiego grała Francuzkę w najmodniejszych zachodnich ciuchach nawiązujących do kreacji Audrey z „Rzymskich wakacji”. Ale z perspektywy czasu wiemy już, że Tuszyńskiej bliżej było do Avy Gardner, wielkiej aktorki i symbolu seksu lat 50., której karierę i życie zniszczył alkohol i destruktywny styl życia. 

„Poznałem ją w wytwórni we Wrocławiu. Piekielnie atrakcyjna – nie tylko fizycznie, towarzysko też” – pisał o niej Kazimierz Kutz. „Diablica, prowokatorka i chichotka, ze wszystkiego umiała się śmiać. Bezczelna, wolna i niekonwencjonalna”. Wszyscy, którzy zetknęli się z nią na planie filmowym podkreślali, że wyróżniała się na tle innych aktorek nie tylko urodą i inteligencją. „Była w niej bezinteresowność. W ogóle nie czuło się, że chce zrobić karierę” – mówił aktor Jerzy Jogałła, który grał z nią w „Tarpanach” Kutza. „Odczuwałem w niej błyskotliwą drwinę do świata filmu. Ksywa, którą Kazimierz Kutz jej dał – Tetetka – to nie tylko skrót od imienia i nazwiska, ale też broń palna. Bo była wybuchowa”. I rzeczywiście na każdym kroku starała się podkreślić, że kariera nie ma dla niej znaczenia. Konsekwentnie odmawiała propozycji ról filmowych z zagranicy, chociaż inne aktorki gotowe były się za taką propozycję pozabijać. Na umówione spotkanie z Romanem Polańskim i francuską producentką, którą specjalnie na tę okazję zaprosił do Warszawy bez uprzedzenia nie przyszła. 

Po ukazaniu się magazynu „Kobieta i życie” z nią na okładce, pracę modelki zaproponowała jej sama Jadwiga Grabowska, legendarna kierowniczka Mody Polskiej. Po prostu zakochała się w Tuszyńskiej. Szybko stała się najpopularniejszą modelką i ulubienicą Grabowskiej – to „na nią” szyła najpiękniejsze sukienki i to ona w pierwszej kolejności wyjeżdżała na zagraniczne pokazy. Inne modelki jej podobno nienawidziły. Kiedyś, aby ją skompromitować, podrzuciły jej do torebki kradzioną z pokazu szminkę. „A potem próbowały zorganizować rewizję” – wspomina projektantka Grażyna Hase. „Wszystkie miałyśmy pokazać nasze torebki, ale Teresa zabrała swoją, powiedziała, że nie interesują jej takie historie i wyszła”. Później jednak coraz częściej opuszczała przymiarki i pokazy, aż w końcu w 1962 roku Grabowska, z bólem serca, musiała ją zwolnić. W filmie było podobnie, po bardzo intensywnym 1959 roku, kiedy zagrała u boku Zbyszka Cybulskiego w „Do widzenia, do jutra”, z dnia na dzień stała się gwiazdą, ale coraz więcej piła, znikała z planu filmowego i życia towarzyskiego. Była nieszczęśliwie zakochana. Do granic szaleństwa. „Na ekranie Teresa i Zbyszek grali uroczą i beztroską parę, jednak w tym samym czasie toczył się jej osobisty dramat” – wspominał Kazimierz Kutz. „Jej związek z Pawlikowskim był toksyczny. Niby była jego dziewczyną, ale jakby nią nie była. Schodzili się i rozchodzili, choć w głębi duszy Teresa bardzo pragnęła, żeby on zaczął być o nią zazdrosny, żeby się w niej zakochał, jak ona w nim. W końcu tak się stało, ale wtedy było już za późno”. 

Książę

Adam Pawlikowski był chyba najbardziej zagadkową i tragiczną postacią środowiska filmowego lat 50. i 60. Miał piękną kartę wojenną – był członkiem AK, walczył w powstaniu warszawskim, był jeńcem wojennym, żołnierzem armii Andersa. Do legendy przeszła jego niezwykła wiedza i inteligencja. Był znawcą muzyki, malarstwa, literatury amerykańskiej i francuskiej, które czytał ponoć w oryginałach. Studiował muzykologię i grał świetnie na kilku instrumentach.

„Poznałem go przy „Kanale” Wajdy” – wspominał Kazimierz Kutz. „Jan Krenz, który odpowiadał w tym filmie za muzykę, chciał, by w kanałach ktoś grał na okarynie. Gdy się okazało, że Pawlikowski jest w tym świetny, Wajda dał mu do zagrania epizod. I tak Adaś wtopił się w nasze środowisko”.

Najbliżej zaprzyjaźnił się z Wajdą, ale role dostawał po równo od wszystkich. Zagrał epizodyczne role w ponad 50 filmach, w tym Wajdy, Munka i Hasa, m.in. „Popiele i diamencie” (to on wspólnie z Cybulskim podpala kieliszki w wódką w restauracyjnym barze), „Pożegnaniach”, „Lotnej”, „Rozstaniu”, czy „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Chyba nikt z przyjaciół ze środowiska filmowego nie wiedział o tym, że Pawlikowski jest biseksualny. To była jedna z jego wielu tajemnic. Lubił otaczać się kobietami, zależało mu na wizerunku „łamacza serc”. „Był pięknym mężczyzną. Ciemne, duże oczy lśniły diabolicznie pod jaśniepańskim czołem” – pisała o nim Agnieszka Osiecka w „Szpetnych czterdziestoletnich”. „Zapytałam go kiedyś: Dlaczego nie pracujesz? A on: Ja? Ja jestem Księciem. Czy widziałaś, żeby książę pracował? Był z pewnością jedynym mężczyzną do którego nikt nigdy nie ważył się „misiu”. Otaczały go stale roje panien i pań, a on sprzyjał im, że tak powiem, dla eksperymentu. Drwił z nich bez cienia litości”. 

Dwoje na życiowej huśtawce

Chociaż Pawlikowskiego z Tuszyńską dzieliło wszystko – pochodzenie, wiek, orientacja seksualna – byli do siebie w pewnym sensie podobni. Oboje piękni, z wyboru trzymali środowisko filmowe na dystans, żyli z nonszalancją i z premedytacją trwonili wszystko, czym obdarzyła ich natura. „Adam jest jednym z ostatnich nie zaszeregowanych: jest zgryźliwy, utalentowany i nie wiadomo z czego żyje. Już to plus dobre nazwisko pasowałoby go na metaforę, a nawet symbol, ale on tego nie chce” – pisał o Pawlikowskim Leopold Tyrmand w swoim „Dzienniku 1954”. „Woli rodzaj drwiącego pieczeniarstwa, bo w naszych warunkach zdejmuje z niego piętno buntownika. Można by go określić mianem „bohemien”, ale na pewno by się nie zgodził, ma zbyt rozwinięte poczucie humoru i własnej niedokończoności, by reprezentować jakąś postawę”. 

W rzeczywistości to, co przyjaciele określali mianem „tajemniczości i demoniczności”, wynikało z tego, że Pawlikowski do końca życia ukrywał nie tylko, że jest biseksualny, ale też to, że jest chory psychicznie. Cierpiał na cyklofrenię, czyli chorobę afektywną dwubiegunową. Tuszyńska znikała z planów zdjęciowych i życia towarzyskiego, bo wpadała w ciąg alkoholowy, a Pawlikowski dlatego, że był w szpitalu, albo wiedział, że zbliża się faza maniakalna i nie chciał się w tym stanie pokazać na mieście. Być może także dlatego nigdy nie zdecydował się zamieszkać z żadną kobietą (lub mężczyzną) i nigdy nie poprosił Teresy Tuszyńskiej o rękę, chociaż była największą miłością jego życia.

Zagrali razem w czterech filmach. Poznali się na planie „Białego niedźwiedzia”. On miał 34 lata, ona zaledwie 17. Dla niej była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dla niego kolejny nic nieznaczący flirt z młodszą koleżanką z planu. Ale kiedy kończyli zdjęcia do filmu wiedział już, że się co do niej pomylił – była inna niż wszystkie kobiety, które do tej pory poznał. „Teresa wpadła w ten nasz świat niczym piękny motyl i od razu uzależniła się emocjonalnie od mężczyzny” – wspominał Kazimierz Kutz. „Zachwyciła się wyrafinowaniem i tajemniczością Adama, zobaczyła w nim ucieleśnienie artysty. On zachłysnął się jej urodą i wdziękiem, bo też była zjawiskiem niezwykłym”.

To właśnie Pawlikowski polecił Tuszyńską do filmu „Do widzenia, do jutra”, bo od czasu „Popiołu i diamentu” przyjaźnił się z Cybulskim, który wspólnie z Kobielą napisał scenariusz dla Janusza Morgensterna. I odmienił jej życie – sukces filmu był tak gigantyczny, że Tuszyńska z dnia na dzień stała się gwiazdą. Propozycje kolejnych zaczęły przychodzić nie tylko od największych polskich reżyserów, ale także z NRD i Czechosłowacji. Wszystkim odmawiała. Była zakochana, nie wyobrażała sobie kilku miesięcy z dala od Pawlikowskiego. „On też był bardzo zakochany w Teresie i bardzo zazdrosny. Non stop jej pilnował” – wspominała Maria Tusińska, bratowa aktorki. Z jednej strony kochał ją i chciał z nią być, ale jak tylko zbliżali się do siebie za bardzo, uciekał. Bał się, że Tuszyńska pozna prawdę o jego chorobie. A ona cierpiała. Po jednym z takich rozstań miała już dość. Przestała wierzyć, że kiedykolwiek się jej oświadczy. I na złość Pawlikowskiemu wyszła za mąż za jego najlepszego przyjaciela hrabiego Jana Zamoyskiego. Oświadczył się, a ona się zgodziła pod warunkiem, że wezmą ślub natychmiast. Świadkami byli przejeżdżający akurat na skuterze ulicą kolega pana młodego i taksówkarz, który zawiózł ich do urzędu.

„Chciała, by przed kolejnym obiadem z Adamem byli już małżeństwem” – pisał Kazimierz Kutz. „Pobrali się i przyszli na ten obiad razem. Adam już siedzi przy stoliku, a Teresa z miejsca przechodzi do rzeczy: „Pozwól, że przedstawię ci mojego męża…” Adam bez słowa wstał i poszedł do łazienki. Z emocji rzygał i rzygał. Dopięła swego: zakochał się w niej straszliwie”. Tuszyńska z kolei decydując się na ślub z jego przyjacielem chciała pewnie sprawić mu ból, ale też na zawsze skończyć relację, która nie miała przyszłości. Wyszła ze związku z Pawlikowskim z przekonaniem, że nie pokocha już tak żadnego mężczyzny. „Poczucie klęski zaczęła zagłuszać alkoholem. Coraz częściej nawalała w pracy, o ósmej czy dziesiątej, gdy zaczynało się kręcenie zdjęć, często dopiero trzeźwiała, a potem, zdarzało się, znikała z planu nagle i bez uprzedzenia” – Kutz. „Zaczęła się bawić mężczyznami i w ten sposób mścić na Adamie. Kiedy w otoczeniu pojawiał się jakiś ładny chłopak, z miejsca go sobie zdobywała. Nie było faceta, który potrafiłby się jej oprzeć”.

Początek końca

Wtedy z miłości zapomniał już o ukrywaniu choroby. Zaczął ją śledzić, przychodził niespodziewanie do niej do domu, pod okna, na plan filmowy. Małżeństwo Tuszyńskiej z Zamoyskim przetrwało zaledwie kilka miesięcy, ale rany były już zbyt głębokie i z Pawlikowskim nigdy nie wrócili już do siebie na stałe. O tym ślubie z zemsty Jerzy Stefan Stawiński nakręcił później film „Rozwodów nie będzie” – Tuszyńska zagrała w nim samą siebie i podobno kompletnie przepisała Stawińskiemu scenariusz, żeby było bliżej prawdy.  

„Potem Teresa wyszła za mąż po raz drugi – za mojego kolegę, Włodzimierza Kozłowskiego, który pisał teksty w dubbingu” – pisał Kutz. „Też był nieludzko zakochany, lecz z czasem coraz częściej mu się wymykała, musiał jej szukać po całej Warszawie”. 

W 1968 roku Pawlikowski zeznawał w charakterze świadka w procesie Janusza Szpotańskiego, autora satyrycznej opery „Cisi i gęgacze, czyli Bal u Prezydenta” (został skazany na 3 lata więzienia). W środowisku artystycznym poszła plotka, że współpracuje z SB, którą podchwyciło później radio Wolna Europa. „Pamiętam jego pobladłą twarz, kiedy w kawiarni PIW-u przy ulicy Foksal bił się w piersi, zaklinając, że to wszystko nieprawda” – pisał Andrzej Roman. Ale uwierzyła mu tylko Tuszyńska. Reżyserzy, aktorzy, do niedawna przyjaciele, odwrócili się od niego. Nie podawali mu nawet ręki. Z dnia na dzień stracił pracę w filmie i środki do życia. Tuszyńska pożyczała mu pieniądze, zapraszała do siebie na obiady, bo dosłownie nie miał co jeść. Miała pretensję do środowiska filmowego, że tak okrutnie potraktowało Pawlikowskiego i sama zaczęła ich bojkotować w rewanżu. Przestała ubiegać się o role, przychodzić na zdjęcia. Ale w tym czasie w kinie pojawiły się już inne młode gwiazdy i nikt nie walczył już ani o nią, ani o Pawlikowskiego. Jak wspominał Jerzy Gruza: „Przed śmiercią studiował reguły zakonu jezuitów i uczył się japońskiego, aby uciec z tego świata zawiści. To nie wystarczyło, trzeba było wykonać lot Ikara z szóstego piętra w komunistycznym, szarym i brutalnie obojętnym bloku na beton”. Adam Pawlikowski popełnił samobójstwo 17 stycznia 1976 roku. Po odtajnieniu teczek IPN okazało się, że nie był współpracownikiem SB, a jego zeznania w procesie Szpotańskiego nie miały wagi obciążającej. Był zmuszony do wzięcia udziału w procesie i doprowadzony tam prosto ze szpitala psychiatrycznego, bo SB szantażowało go upublicznieniem jego orientacji seksualnej.

Romeo też by wykiwał Julię

Miłość Tuszyńskiej do Pawlikowskiego przetrwała nie tylko jego śmierć, ale też jej wszystkie małżeństwa. Po jego śmierci wyszła za mąż jeszcze raz, za robotnika budowlanego, kumpla od kieliszka. Razem stoczyli się na samo dno: libacje, burdy, interwencje policji, skrajna bieda. Nie wiadomo nawet jaka była przyczyna jej śmierci, bo mąż odebrał wyniki sekcji zwłok i akt zgonu, a potem zniknął zostawiając jej ciało w kostnicy niepochowane. 

„Całe życie męczyła się z chamstwem mężczyzn” – Kutz. „Jej uroda i styl bycia uświadamiały mężczyznom, z którymi była, że jest istotą nie do opanowania, że ceną oszołomienia nią jest zamknięcie w pułapce chorobliwej zazdrości. Jej uroda i temperament stały się jej klątwą”. Jak w klasycznych hollywoodzkim romansie, kochała naprawdę tylko tego jednego, którego nie mogła mieć. Ostatnie słowa w ostatnim filmie, w którym zagrała („Kto wierzy w bociany?”), można odczytać jako komentarz do tej wielkiej miłości: „Miałam 17 lat i myślałam, że mnie będzie kochał do końca życia. Zresztą Romeo też by wykiwał Julię, gdyby na czas się nie pozabijali”. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
materiały prasowe

10 świątecznych filmów, które rozgrzeją twoje serce tej zimy

Od romansów pod choinkę poprzez zwariowane komedie o nietypowych świętach po wzruszające filmy familijne. Oto dziesięć najlepszych filmów na Boże Narodzenie.
Anna Zaleska
01.12.2020

Są tu filmy, które rozgrzeją serce i wzruszą. Idealne wyciskacze łez. Są także komedie pozwalające nabrać dystansu do świątecznych przygotowań i pośmiać się z samej siebie, bo nie wszystko musi być przecież aż tak perfekcyjne i dopięte na ostatni guzik. Znajdziesz tu też filmy, które najlepiej oglądać całą rodziną, siedząc razem na kanapie, pod ciepłym kocem i z kubkiem kakao w ręku. Oto najlepsze świąteczne filmy do obejrzenia w grudniu. Hit świątecznych filmów o miłości – „Holiday” (2006) Dwie kobiety ze świeżo złamanym sercem, pragnąc uciec od swojego nieudanego życia i wiarołomnych narzeczonych, wymieniają się na domy. I tak na czas Bożego Narodzenia Iris (Kate Winslett) trafia do luksusowej willi w skąpanym słońcu Los Angles, Amanda (Cameron Diaz) przyjeżdża zaś na przysypaną śniegiem angielską wieś. Obie kobiety skrajnie się różnią. Amanda, dziewczyna z temperamentem, nie zawaha się strzelić w zęby faceta, który ją zdradził. Iris to typ romantyczki i wrażliwca. Nieoczekiwanie obie pod nowym adresem znajdą miłość. „Holiday” można oglądać po dziesięć razy, a bez paczki chusteczek nigdy się nie obejdzie. W tle piękna muzyka Hansa Zimmera, którą warto wykorzystać jako romantyczny soundtrack dla własnych świąt. Film jest dostępny na Amazon Prime Video. Klasyczna komedia świąteczna: „To właśnie miłość” (2003) Dziesięć historii miłosnych w jednym filmie, a wszystkie uczucia wyzwala magia świąt. Reżyser Richard Curtis, wcześniej scenarzysta „Dziennika Bridgert Jones” czy komedii „Cztery wesela i pogrzeb”, znalazł idealne proporcje między śmiechem a wzruszeniem. Jednym z wątków jest historia nieśmiałego premiera Wielkiej Brytanii (Hugh Grant), który podczas pierwszego dnia urzędowania na Downing Street zakochuje się...

Czytaj dalej

Katarzyna Kobro  i Władysław Strzemiński: kochali i nienawidzili się do szaleństwa

Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński – byli wielkimi artystami, którzy poświęcili tak wiele sztuce, że dla siebie nawzajem nie starczyło im serca.
Magdalena Żakowska
17.10.2020

Kiedy w 2016 roku Andrzej Wajda zrealizował swój słynny ostatni film „Powidoki”, poświęcił go właśnie Władysławowi Strzemińskiemu – jednemu z najwybitniejszych malarzy XX wieku. Nikt nie spodziewał się, że odniesie taki sukces. Film, ze wspaniałą rolą Bogusława Lindy, opowiadał mało znaną historię wielkiego, prześladowanego artysty, który w czasach stalinowskich, nie godzi się, w imię sztuki na żadne polityczne ani artystyczne kompromisy. Wajda pominął w filmie prywatną stronę biografii Strzemińskiego – jego małżeństwo z Katarzyną Kobro. Związek tych dwóch wielkich awangardowych twórców miał w sobie całą gamę uczuć – od wielkiej miłości, do wielkiej nienawiści. Mówiono o nich para gwałtowników, oboje zmarli w latach 50. w osamotnieniu, a jedynym łącznikiem między nimi była córka Nika. Jak zaczęła się ta niezwykła historia, która choć całkiem prywatna miała ogromny wpływ na polską sztukę? Moskwa 1916 Szpitalna sala, dziesiątki łóżek. Duszący zapach środków dezynfekcyjnych, jęki rannych, nieprzytomnych, operowanych. Apogeum pierwszej wojny światowej. Całkiem nieromantyczna sceneria pierwszego spotkania Kobro i Strzemińskiego. Katarzyna, panienka z dobrego domu, pół Rosjanka, pół Niemka, wraz z koleżankami dogląda pacjentów. Podaje wodę, karmi, asystuje przy zmianie opatrunków, czyta i pisze za nich listy do rodzin. Jednym z jej podopiecznych jest Władysław. Wyróżnia się spośród setek rannych, i stopniem kalectwa, i… urodą. 23-letni oficer saperów, z pochodzenia Polak, trafia do szpitala już w maju 1915. W wybuchu granatu stracił dwie trzecie prawej nogi i ponad połowę lewego przedramienia. Odłamek uszkodził mu też prawe oko, dlatego ciągle je mruży i lekko zezuje. Ma bóle fantomowe i nie...

Czytaj dalej
Czesław Niemen

Małgorzata Niemen opowiada o miłości do Mistrza, Czesława Niemena

„Było mi trochę wstyd, czy może miałam wyrzuty sumienia, że to mnie wybrał.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Małgorzata Niemen była pierwszą polską modelką, której zdjęcie pojawiło się we włoskiej edycji magazynu „Vogue”. Do dziś jest ikoną mody. Posągowo piękna, Czesław Niemen mówił o niej, że jest jego muzą. Poznali się w 1973 r. w Warszawskiej Wytwórni Filmowej. Szybko zostali razem na kolejne 30 lat, aż do śmierci Niemena, w wieku 64 lat.  Magdalena Żakowska: Jaki był? Małgorzata Niemen: Czesław uwielbiał remontować, odnawiać starocie. Co chwila coś zwoził z Koła. Miał nadzieję, że starczy mu życia na komponowanie, pisanie, malowanie, a jednocześnie urządzenie naszego domu – wszystko chciał zrobić sam. Heblował, szlifował, przybijał, cyklinował. Ale nie zdążył zrobić wszystkiego, co sobie zaplanował… Uwielbiał wszystkie manualne zajęcia. Uważał, że praca – taka najprostsza, fizyczna – nas buduje. Był dumny z tego, że potrafi sam wszystko zrobić? To było dla niego oczywiste. Wychował się na polskiej, kresowej wsi, w Starych Wasiliszkach. Wszyscy zajmowali się tam ciesiołką. Ale powiedział też kiedyś, że gdyby nie został muzykiem, to byłby stolarzem. To jego zdanie dodało mi zresztą odwagi, kiedy przygotowywałam wystawę swoich zdjęć. Bardzo nie chciałam przekroczyć pewnej granicy – intymności, taktu – a jednocześnie chciałam pokazać artystę-cywila podczas prac fizycznych, które miały dla niego takie znaczenie. Mam wrażenie, że w ogóle z trudem przychodzi pani rozmawianie o waszej prywatności, o nim. Bo kiedy o tym mówię, to mam wrażenie, że wyzbywam się czegoś ważnego dla mnie. Kiedyś pani Barbara Hoff uświadomiła mi, na czym polega ten mechanizm. Powiedziała: „Jakaś gazeta zwróciła się do mnie, żebym opowiedziała o swoim strychu. O tym, jak mieszkam. Że przyjdą, sfotografują moje mieszkanie. Oczywiście...

Czytaj dalej