Szczepan Twardoch: „Bywam wyszczekany, mam skłonność do neuroz…”
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Bywam wyszczekany, mam skłonność do neuroz…”

„Podoba mi się stwierdzenie, że życie to nie jest najwyższa z wartości. Że są sprawy, dla których warto je zaryzykować albo nawet stracić”, mówi Szczepan Twardoch, autor „Króla” o bokserze Jakubie Szapiro i drugiej części: „Królestwo”. 
Marta Strzelecka
18.03.2020

Powieścią „Morfina” zdobył wszystko, co najważniejsze w świecie literackim – uznanie krytyki, cenione nagrody, pieniądze, popularność wśród czytelników. Kolejne dwie książki – „Drach” oraz „Wieloryby i ćmy. Dzienniki” – były wyczekiwanymi wydarzeniami. Bo Szczepan Twardoch błyskawicznie przestał być uznawany za dobrze zapowiadającego się pisarza, został uznany za tego z pierwszej ligi. Dodatkowo budził zainteresowanie złożonym wizerunkiem medialnym. 

Z jednej strony dżentelmen, doskonale ubrany, przywiązany do kindersztuby, z drugiej budził kontrowersje wypowiedziami na tematy polityczne i społeczne.  Urodził się na Śląsku i tożsamość narodowa – niemiecka, polska, śląska – to jego ulubiony temat. W „Morfinie” pisał o synu niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki w Warszawie 1939 roku. „Król” dzieje się w tym samym mieście dwa lata wcześniej, jest historią o żydowskim gangsterze, bokserach klubu Makabi, etnicznym tyglu, w którym trudno zdefiniować samego siebie, a siła okazuje się często najwyższą z wartości. Twardoch mieszka w Pilchowicach z żoną i dwoma synami. Spotykamy się w Katowicach, po jego bokserskim treningu.

Marta Strzelecka: Jak boksujesz?

Szczepan Twardoch: Amatorsko, oczywiście. Tak, jak może boksować człowiek, który boksować zaczął grubo po trzydziestce. Trenuję kilka razy w tygodniu, czasem robimy sparingi, trzy rundy po dwie minuty. Więcej nie dałbym rady kondycyjnie, tym się różnię od prawdziwego boksera. Tak czy inaczej, mierzę się z facetem, który – wygram z nim albo przegram – stara się zrobić mi krzywdę. Organizm chodzi wtedy na najwyższych obrotach, mózg działa tak szybko, że czas zwalnia. Wiesz, że wydarzy się coś niebezpiecznego i rozciągają się sekundy, w których możesz podejmować decyzje. A czasem włącza się w człowieku zwierzęca agresja.

Jest skuteczna?

Raczej przeszkadza. Kiedy nacierasz z agresją na kogoś, kto jest na twoim poziomie albo lepszy, to przegrałaś, bo on pozwoli ci się zmęczyć, a jak się zmęczysz, to po tobie. Raz wszedłem do ringu z chłopem, który miał ponad dwa metry i ważył chyba ze 110 kilo. Jest taki zwyczaj, że zanim zacznie się właściwa walka, zbijasz się z przeciwnikiem rękawicami. On nawet tego nie zrobił, po prostu ruszył na mnie z rykiem. Dobry bokser pozwoliłby mu się zmęczyć, ale ja po jednej rundzie zacząłem się go po prostu bać. Był bardzo silny, 15 kilogramów cięższy ode mnie i bił mocno. Wyszedłem z tego strasznie poobijany, z podbitymi oczami, trochę zakrwawiony, dwa razy leżałem, ale wstałem. Kawał frajdy, bardzo pouczające. Ciekawa była ta sytuacja strachu, naprawdę zwierzęcego, przed kimś, kto zachowuje się, jakby chciał mnie zabić. I zmuszenia siebie samego do kontynuowania walki.

Zaskakujesz samego siebie w takiej walce?

Nie bardzo, to nie był przecież pierwszy raz w życiu, kiedy się biłem. 

To jest naturalne dla mężczyzny – zadziałać fizycznie w sytuacji zagrożenia?

Na ulicy najlepszym sposobem, jeśli masz taką możliwość, jest jednak uciekać. Z drugiej strony, myślę, że biję się lepiej, niż biegam.

Nawet coraz lepiej.

Trenuję regularnie i brakuje mi tego, kiedy mam przerwę, bo na przykład gdzieś wyjeżdżam. Jestem człowiekiem dość skłonnym do neuroz, a ten sport sprawia, że robię się spokojniejszy.

Jesteś neurotyczny?

Chyba można tak powiedzieć. Mam problemy ze snem. Zresztą cały czas słyszę ten jazgot pod czaszką, jakbym słyszał warkot czy szum obracających się trybów, bez przerwy. Mózg cały czas pracuje. A boks czy sport w ogóle działa lepiej niż tabletki. 

Bohater twojej książki ceni tylko tych, którzy wygrywają. A ty szanujesz pokonanych?

Zamienianie przegranej w moralne zwycięstwo wywołuje we mnie złość i odrazę. Mam skłonność do odmawiania wartości postawom, które kończą się klęską. Jednak staram się powściągać takie jednoznaczne opinie. Bo rzeczywiście gdybym miał oceniać działania polityków i bieg historii – byłbym w tej kwestii bezwzględny. Co innego między ludźmi – nie uważam, że należy zwyciężać za wszelką cenę, iść po trupach. Brzydzi mnie przedmiotowe traktowanie ludzi po to, żeby wygrać w sytuacjach zawodowych czy osobistych. No ale kiedy chce się być królem gangsterskiej Warszawy, jak mój bohater, to chyba trzeba.

Potrafisz przegrywać?

Nie bardzo. To znaczy w sporcie potrafię. Mogę wyjść z ringu przegrany i nie mam ani żalu do tego, kto mnie pokonał, ani nawet do samego siebie, bo też nie opieram poczucia własnej wartości na tym, czy to kolega mnie lepiej w gębę strzeli, czy ja jego. Zależy mi na samej walce. Częściej chyba zresztą sparuję z lepszymi ode mnie, więc siłą rzeczy obrywam. Ale w życiu prywatnym i zawodowym źle znoszę rolę pokonanego.

Zazdrościsz talentu?

Zdarza mi się. Ostatnio dużo czytam Jonathana Franzena i myślę: „Mógłbym może napisać taką powieść jak on, ale jednak nie napisałem”. Potwornie mu zazdroszczę. I bardzo nie lubię tego uczucia, że ktoś mnie przerasta o klasę. Nie znoszę tego. 

Zazdrościsz powierzchowności? W twojej książce jeden mężczyzna tak opisuje drugiego: „Przejrzał się w lustrze, pełen męskiej próżności, piękny i silny, będący wszystkim tym, czym ja nie byłem”.

Pamiętam, jak patrzyłem na koleżanki z klasy, kiedy miałem 16 lat. Dla mnie były już kobietami. Niby tylko fizycznymi, ale z tej fizyczności wynikało coś więcej. Kiedy jesteś nastolatkiem, nie wiesz przecież, że twoje rówieśniczki to jeszcze na jakimś poziomie dziewczynki. Zauważasz tylko, że dla nich jesteś dzieckiem, jakimś chłoptasiem, a one mogą rozmawiać z chłopakami, którzy mają 25 lat, są mężczyznami. Patrzysz na tych facetów z zazdrością – są od ciebie więksi, mają gęsty zarost. „To z takimi dziewczyny chodzą na randki, ze mną nie”, myślisz. Za to jakaś sprawiedliwość jest w tym, że mężczyźni późno nabywają kapitał erotyczny, ale też późno go tracą. 

A kiedy już stracą?

Paru starszych ode mnie powiedziało mi: „Jaki to jest wspaniały moment w życiu mężczyzny, kiedy sfera erotyczna przestaje być ważna”. Jaka to ulga, jakie życie staje się piękne. Jakiś rodzaj pogoni znika. Oczywiście można być człowiekiem erotycznie spełnionym, ale myślę, że jest łatwiej, kiedy jeden „drive” znika. W dziennikach Sándora Máraiego można o tym przeczytać. Opisuje z pewnym zdziwieniem: „Żadnych myśli na ten temat, nic”. Pisze, jak mu z tym dobrze, jaki jest spokojny.

Nie lepiej, żeby pisarz zachował „drive”?

Na jakimś poziomie tak. Nie chcę tu wygłaszać bon mocików o tym, że kiedy pierwszy jaskiniowiec namalował mamuta, zrobił to po to, żeby podobać się dziewczynom ze swojego plemienia. Bo prawdopodobnie jednak po to, żeby tego mamuta magicznie przyzwać, nie chodziło wtedy chyba o budowanie ego artysty. Ale dziś dlaczego mamy nagrody literackie, dlaczego ludzi interesuje, czy coś jest bestsellerem? Można by powiedzieć: przecież to sztuka, a nie zawody. Jakie ma znaczenie, ile egzemplarzy książki się sprzedało? Chodzić powinno o to, żeby przeczytać coś, co ci się spodoba. Jednak z jakiegoś powodu interesuje nas wygrywanie w tej dziedzinie.

Żeby się podobać?

Żeby cię lubili, szanowali, cenili. Ale myślę, że gdyby to była jedyna motywacja, literatura byłaby zbędna. Wierzę, że jest w niej większy sens, coś bardziej wartościowego niż budowanie samemu sobie pomniczków. Że nie chodzi o to, żeby było mi przyjemnie, kiedy dostaje się nagrodę, książka się rewelacyjnie sprzedaje albo kiedy ładna dziewczyna poprosi o autograf. Albo przynajmniej nie tylko o to.

Fanki chwalą twoją rozwagę, wyważenie, czasem nawet mówią, że jesteś wstydliwy. Bardzo starasz się być grzeczny podczas spotkań autorskich?

Wstydliwy chyba nie. Jestem uprzejmy wobec czytelników na spotkaniach i nie przychodzi mi to z trudem, bo jestem autentycznie wdzięczny, że komuś chciało się przyjść słuchać mojego gadania, a potem jeszcze wystać pół godziny w kolejce po autograf. To dla mnie przejaw szacunku, więc odwdzięczam się również szacunkiem i wdzięcznością za to, że ktoś zadał sobie ten trud. Więc pewnie stąd zdziwienie, że zamiast aroganckim pyszałkiem okazuję się sympatyczny i grzeczny. 

Wygląda na to, że masz dwa publiczne wizerunki: podczas wywiadów trudny, a na spotkaniach z czytelnikami grzeczny.

Słyszałem, że dziennikarze się mnie boją. Bywam rzeczywiście dość porywczy, wyszczekany. Źle reaguję na nieprzygotowanie do rozmowy, hucpę. Zdarzyło mi się przerwać, skończyć w połowie rozmowy, podziękować. 

Ale trudno być popularnym pisarzem bez wywiadów. Potrafisz na zimno ocenić, z czego wynika twój sukces?

Miałem szczęście w którymś momencie. Nie chcę kokietować, że wszystko przez przypadek, wiem, że potrafię opowiadać historie, które ludzie chcą czytać. Jednak zanim zaczęli, zostałem pisarzem przez eliminację tego, co mi nie wychodziło. Robiłem różne rzeczy, nie udawały się tak, jakbym chciał, więc pomyślałem: może pisanie? 

Ta myśl pojawiła się nie tak zupełnie znikąd, pisałem wcześniej, ale traktowałem to jak zabawę. Potem przyszła ciężka praca nad tekstami. Chociaż zawsze mi trochę wstyd, jak to mówię, bo od razu myślę, że ciężką pracę to miał mój dziadek w kopalni. Ale jednak coś mnie to kosztuje. Pierwszą książkę opublikowałem ponad 10 lat temu, była bardzo zła swoją drogą. Powoli budowałem ten sukces. Przełomem była „Morfina”. 

Co cię tak pociąga w przedwojennej rzeczywistości, że znów – po „Morfinie” – o niej piszesz?

Niespecjalnie mnie pociąga, to parszywe czasy były. Atrakcyjna wydaje mi się tylko możliwość opisania tego świata, przedstawienie czegoś przeciwnego do fałszywej polskiej mitologii przedwojnia. To był dość paskudny kraj, szczególnie w drugiej połowie lat 30. – państwo, w którym spory polityczne prowadzono za pomocą pistoletów. Każda licząca się partia polityczna miała zbrojną bojówkę. To akurat była mniej więcej środkowoeuropejska norma, ale dochodziła do tego potworna bieda, chociaż wolimy pamiętać, że piękni panowie i panie przesiadywali w Warszawie w Ziemiańskiej. Ja nie widzę niczego w II Rzeczypospolitej, do czego można by tęsknić, czego można by pragnąć. 

A przedwojenne stroje, przedmioty, wnętrza? Opisujesz je bardzo drobiazgowo, zmysłowo.

Jasne, bo sam bardzo lubię piękne przedmioty. Czynią życie lepszym. Jednak nie uważam, że byłoby pięknie, gdyby nie istniały sieciowe sklepy z ubraniami. Byłoby gorzej. W czasach, które opisuję w „Królu”, ludzie z niższych klas często mieli jeden zestaw ubrań przypisany do jednej pory roku, a posiadanie palta na zimę nie musiało być oczywiste. Mój dziadek, dopóki jeszcze zajmował się takimi sprawami, zamawiał sobie buty. Nie drogie trzewiki od Kielmana, ale miały mu służyć kilkanaście lat, zelowane co jakiś czas. Sam lubię ubrania szyte na miarę, na moim biurku stoi 140-letnia maszyna do pisania Wanderer, tylko że być może ciekawie jest tak opowiadać, a rzecz polega na tym, że moja perspektywa jest klasowa. Bo tak naprawdę lepiej mieć tandetną kurtkę na zimę, która jest ciepła, więc spełnia swoją funkcję, niż nie mieć żadnej. 

Jesteś trochę próżny, czy nie?

Pewnie. Spotkałaś kiedyś skromnego artystę? Ale wydaje mi się, że nie aż tak bardzo. 

Jak bardzo?

Trudno to zmierzyć. Nie mam wrażenia, żeby to były Himalaje próżności i egotyzmu. 

Twój tatuaż na przedramieniu dotyczy czegoś ważnego?

To zapisana po grecku druga część maksymy „Navigare necesse est, vivere non est necesse”. W relacji Plutarcha Pompejusz każe marynarzom płynąć po zboże do Egiptu, bo egipskie zboże jest konieczne dla przetrwania republiki, a życie marynarzy nie. 

To dla mnie ważne, jakoś. Zaprzeczenie samemu sobie. Nie tylko w sensie poświęcenia dla wspólnoty, bo chyba każdy himalaista mógłby powtórzyć tę sentencję. Wspinają się, mimo że tak naprawdę wiedzą, jeśli robią to na serio, że nie umrą śmiercią naturalną. 

Jest w tym coś, co mnie głęboko fascynuje. Ryzyko mnie pociąga, ale nie igram z nim, bo mam dwóch synów i jestem za nich odpowiedzialny. Nie mogę odstrzelić sobie łba, kiedy mi się życie znudzi. Ale podoba mi się stwierdzenie, że życie to nie jest najwyższa z wartości. Że są sprawy, dla których warto je zaryzykować albo nawet stracić. 

A co się nie zmienia? Co jest najważniejsze?

Kiedyś postanowiliśmy z moim przyjacielem Łukaszem Orbitowskim rozstrzygnąć raz na zawsze problem sensu życia. Pomyśleliśmy, że nie ma co na to tracić czasu wielokrotnie – trzeba raz rozstrzygnąć, ustalić i trzymać się tego. Zatem liczą się książki i dzieci. Kropka. 

A miłość?

W tej kwestii nie mam do wygłoszenia żadnych mądrości. Za to z całą pewnością mogę powiedzieć, że przyjaźń to jest ważna rzecz – w pewnym sensie najczystszy rodzaj miłości. Nie jest zazdrosna, zaborcza, a jednocześnie wymaga starania, kultywowania. 

Mam niewielu przyjaciół, ale ich życzliwości i serdeczności wobec mnie jestem pewien. Nie musimy się widywać zbyt często, wystarczy spotkać się raz na dwa miesiące, jeść, pić, rozmawiać i to jedna z najlepszych rzeczy na świecie. 

Lepsza niż boks?

Na pewno.

***

Rozmowa ze Szczepanem Twardochem ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Mam serce z kamienia, więc…”

Autor „Króla” i „Królestwa”, pisarz, Szczepan Twardoch o pisaniu, pasjach i Zagładzie. „Literatura jest od tego, żeby ruszać to, czego nie powinno się ruszać, dźgać tam, gdzie boli”.
Wika Kwiatkowska
18.06.2020

Dla siebie samego przyjąłem, że ważną kategorią w życiu człowieka jest przyzwoitość. Nie jestem księdzem, nikogo nie nauczam. Ale nie żyję w jakiejś nihilistycznej fantazji”, mówi Szczepan Twardoch. Jego dwie bestsellerowe książki „Król” i „Królestwo” przenoszą nas do Warszawy z czasów Zagłady – i nie pozostawiają obojętnymi. Wika Kwiatkowska: Po pracy nad książką masz potrzebę resetu, podróżujesz?  Szczepan Twardoch: Nie mam czasu na resetowanie się po książkach. (śmiech) Przechodzę prosto z jednego projektu – choć to obrzydliwe słowo – do kolejnego. Angażują mnie różne rzeczy, niekoniecznie książki. Ale nie potrzebuję odpoczywać od pracy – to jedna z głównych spraw, które nadają życiu sens. Odpocznę w grobie.  Napisałeś trzy książki o Warszawie. Jaki masz stosunek do tego miasta? Euforyczny. Uwielbiam Warszawę. Co nie znaczy, że chciałbym tu mieszkać. Chociaż nie chcę mówić: „nie będę” i „nigdy”, bo życie jest skomplikowane i Bóg jeden raczy wiedzieć, co się wydarzy. Gdybym z tajemniczego powodu musiał przestać mieszkać tam, gdzie mieszkam, to znaczy w Pilchowicach – a chcę mieszkać w  Pilchowicach – to wybrałbym Warszawę albo Berlin. Raczej Berlin. Ale to są dwa miasta, które lubię najbardziej.  Co takiego lubisz w Warszawie? To jest naprawdę miasto. Otwarte. Z energią?  Nie wiem, co ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że miasta mają energię, atmosferę. Atmosferę, to, kurwa, mają, raczej zatrutą. (śmiech) Lubię Warszawę za to, że po prostu dobrze się w niej czuję. Mam tu bardzo wielu znajomych, co najmniej tylu, co na Śląsku, jeśli nie więcej. Mam swoje miejsca, oswojone. Najbardziej lubię południowe...

Czytaj dalej

„Netflix. To się nigdy nie uda”. Dlaczego się udało – zdradza Marc Randolph

„Co za bzdura!”, „To się nie uda”, słyszał Marc Randolph, gdy w 1997 roku wpadł na pomysł stworzenia internetowej wypożyczalni DVD. Jego autobiografia to połączenie success story, z elementami powieści przygodowej i… komedii.
Anna Zaleska
15.06.2020

Mit założycielski Netflixa, krążący po świecie jako anegdota, brzmi tak: Reed Hastings, na początku główny inwestor firmy, obecnie jej dyrektor generalny, wpadł na pomysł stworzenia pierwszej na świecie internetowej wypożyczalni filmów, gdy za przetrzymanie kasety z „Apollo 13” kazano mu zapłacić karę 40 dolarów. Marc Randolph twierdzi, że jest w tej historii trochę prawdy – była taka kaseta i była taka kara, ale nie było „pstryk”, powstaje Netflix. Założyciel firmy, jej pierwszy dyrektor generalny, opowiada to nieco inaczej. Barwniej. Będą w tej historii plażowe leżaki zamiast biurowych krzeseł, padające serwery, kacze jaja z Kambodży, ojciec zarabiający na życie chodzeniem po drabinie i żebranie o pieniądze na jedzenie. Personalizowany szampon i inne pomysły „W 1997 roku wiedziałem tylko tyle, że chcę założyć własną firmę i że chcę, by obejmowała sprzedaż w internecie. Tyle”, wyznaje Marc Randolph w wydanej właśnie autobiografii „Netflix. To się nigdy nie uda” (Wydawnictwo SQN). Zbliżający się do czterdziestki Marc wcześniej pracował w marketingu najróżniejszych firm – od dużych korporacji po start-upy – ale chciał założyć własną. Szukał pomysłów, wiedząc, że na tysiąc zwykle jeden jest dobry. Wszystko, co przyszło mu do głowy, zapisywał w małym notatniku, który zawsze nosił w kieszeni. Myślał między innymi o personalizowanych szamponach, personalizowanych deskach surfingowych, indywidualnie bilansowanej karmie dla psa. Do wszystkich tych idei próbował przekonać Reeda Hastingsa, przyjaciela i inwestora – bezskutecznie. Aż pewnego dnia… Była wiosna 1997 roku. We dwóch prowadzili może setną dyskusję, szukając pomysłu na biznes. Z grubsza ideał zdefiniowali tak: raz się coś wyprodukuje, a będzie to można sprzedawać...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej
Stanisław Łubieński
Adam Lach/NAPOImages

Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”

Obserwowanie przyrody jest jak aktywna medytacja. Uczy patrzeć, słyszeć więcej. „Taka zięba, mała, niedostrzegana w codzienności, pokazana palcem staje się gwiazdą” – mówi pisarz Stanisław Łubieński.
Emil Marat
12.06.2020

Stanisław Łubieński: z wykształcenia humanista, z urodzenia warszawiak, syn pisarza Tomasza, brat Macieja, współtwórcy kabaretu „Pożar w Burdelu”. Z pasji obserwator ptaków. Połączenie tych cech i talentów przyniosło sukces. Jego książka „Dwanaście srok za ogon” stała się wydarzeniem i przyniosła mu sympatię i uznanie czytelników (nagrodzona została m.in. nagrodą Nike Czytelników za 2017 rok). W tym roku Stanisław Łubieński wydał równie głośną „Książkę o śmieciach”, w której pisze o „ciemnej stronie księżyca, równoległym, nieznanym nam świecie” cywilizacyjnych odpadków. Mówiąc wprost o śmieciach, które zasypują nasz świat. Widzimy je na dzikich plażach, w lasach, w miastach, zatruwają oceany. Łubieński zastanawia się, co te śmieci mówią o nas i naszej cywilizacji, jak możemy wyzwolić ziemię spod ich dyktatury, jaki krajobraz zostawimy naszym dzieciom. „Śmieci są trochę tak jak ptaki. Mają swoje ulubione habitaty, te leśne często różnią się od nadrzecznych, plażowych czy łąkowych. Pomyślałem, że może warto się temu przyjrzeć. Przyjrzeć się sobie. Swoim śmieciom. Przedmiotom, które kupuję i które wyrzucam. Chciałem się dowiedzieć czegoś o materiałach, z których powstały, i tym, jaki może być ich dalszy los", pisze . Stanisław Łubieński jest też współautorem bloga „Dzika ochota”. Mówi że przyroda i obserwacja ptaków uczą uważności, skupienia, cierpliwości, patrzenia, dzięki temu widzi się nieco więcej od ludzi, którzy „dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.” Emil Marat: Na każde spotkanie stawiasz się z aparatem i lornetką? Stanisław Łubieński: Nie, nie… Dzisiaj uznałem, że między wstaniem z...

Czytaj dalej