Szczepan Twardoch: „Bywam wyszczekany, mam skłonność do neuroz…”
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Bywam wyszczekany, mam skłonność do neuroz…”

„Podoba mi się stwierdzenie, że życie to nie jest najwyższa z wartości. Że są sprawy, dla których warto je zaryzykować albo nawet stracić”, mówi Szczepan Twardoch, autor „Króla” o bokserze Jakubie Szapiro i drugiej części: „Królestwo”. 
Marta Strzelecka
18.03.2020

Powieścią „Morfina” zdobył wszystko, co najważniejsze w świecie literackim – uznanie krytyki, cenione nagrody, pieniądze, popularność wśród czytelników. Kolejne dwie książki – „Drach” oraz „Wieloryby i ćmy. Dzienniki” – były wyczekiwanymi wydarzeniami. Bo Szczepan Twardoch błyskawicznie przestał być uznawany za dobrze zapowiadającego się pisarza, został uznany za tego z pierwszej ligi. Dodatkowo budził zainteresowanie złożonym wizerunkiem medialnym. 

Z jednej strony dżentelmen, doskonale ubrany, przywiązany do kindersztuby, z drugiej budził kontrowersje wypowiedziami na tematy polityczne i społeczne.  Urodził się na Śląsku i tożsamość narodowa – niemiecka, polska, śląska – to jego ulubiony temat. W „Morfinie” pisał o synu niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki w Warszawie 1939 roku. „Król” dzieje się w tym samym mieście dwa lata wcześniej, jest historią o żydowskim gangsterze, bokserach klubu Makabi, etnicznym tyglu, w którym trudno zdefiniować samego siebie, a siła okazuje się często najwyższą z wartości. Twardoch mieszka w Pilchowicach z żoną i dwoma synami. Spotykamy się w Katowicach, po jego bokserskim treningu.

Marta Strzelecka: Jak boksujesz?

Szczepan Twardoch: Amatorsko, oczywiście. Tak, jak może boksować człowiek, który boksować zaczął grubo po trzydziestce. Trenuję kilka razy w tygodniu, czasem robimy sparingi, trzy rundy po dwie minuty. Więcej nie dałbym rady kondycyjnie, tym się różnię od prawdziwego boksera. Tak czy inaczej, mierzę się z facetem, który – wygram z nim albo przegram – stara się zrobić mi krzywdę. Organizm chodzi wtedy na najwyższych obrotach, mózg działa tak szybko, że czas zwalnia. Wiesz, że wydarzy się coś niebezpiecznego i rozciągają się sekundy, w których możesz podejmować decyzje. A czasem włącza się w człowieku zwierzęca agresja.

Jest skuteczna?

Raczej przeszkadza. Kiedy nacierasz z agresją na kogoś, kto jest na twoim poziomie albo lepszy, to przegrałaś, bo on pozwoli ci się zmęczyć, a jak się zmęczysz, to po tobie. Raz wszedłem do ringu z chłopem, który miał ponad dwa metry i ważył chyba ze 110 kilo. Jest taki zwyczaj, że zanim zacznie się właściwa walka, zbijasz się z przeciwnikiem rękawicami. On nawet tego nie zrobił, po prostu ruszył na mnie z rykiem. Dobry bokser pozwoliłby mu się zmęczyć, ale ja po jednej rundzie zacząłem się go po prostu bać. Był bardzo silny, 15 kilogramów cięższy ode mnie i bił mocno. Wyszedłem z tego strasznie poobijany, z podbitymi oczami, trochę zakrwawiony, dwa razy leżałem, ale wstałem. Kawał frajdy, bardzo pouczające. Ciekawa była ta sytuacja strachu, naprawdę zwierzęcego, przed kimś, kto zachowuje się, jakby chciał mnie zabić. I zmuszenia siebie samego do kontynuowania walki.

Zaskakujesz samego siebie w takiej walce?

Nie bardzo, to nie był przecież pierwszy raz w życiu, kiedy się biłem. 

To jest naturalne dla mężczyzny – zadziałać fizycznie w sytuacji zagrożenia?

Na ulicy najlepszym sposobem, jeśli masz taką możliwość, jest jednak uciekać. Z drugiej strony, myślę, że biję się lepiej, niż biegam.

Nawet coraz lepiej.

Trenuję regularnie i brakuje mi tego, kiedy mam przerwę, bo na przykład gdzieś wyjeżdżam. Jestem człowiekiem dość skłonnym do neuroz, a ten sport sprawia, że robię się spokojniejszy.

Jesteś neurotyczny?

Chyba można tak powiedzieć. Mam problemy ze snem. Zresztą cały czas słyszę ten jazgot pod czaszką, jakbym słyszał warkot czy szum obracających się trybów, bez przerwy. Mózg cały czas pracuje. A boks czy sport w ogóle działa lepiej niż tabletki. 

Bohater twojej książki ceni tylko tych, którzy wygrywają. A ty szanujesz pokonanych?

Zamienianie przegranej w moralne zwycięstwo wywołuje we mnie złość i odrazę. Mam skłonność do odmawiania wartości postawom, które kończą się klęską. Jednak staram się powściągać takie jednoznaczne opinie. Bo rzeczywiście gdybym miał oceniać działania polityków i bieg historii – byłbym w tej kwestii bezwzględny. Co innego między ludźmi – nie uważam, że należy zwyciężać za wszelką cenę, iść po trupach. Brzydzi mnie przedmiotowe traktowanie ludzi po to, żeby wygrać w sytuacjach zawodowych czy osobistych. No ale kiedy chce się być królem gangsterskiej Warszawy, jak mój bohater, to chyba trzeba.

Potrafisz przegrywać?

Nie bardzo. To znaczy w sporcie potrafię. Mogę wyjść z ringu przegrany i nie mam ani żalu do tego, kto mnie pokonał, ani nawet do samego siebie, bo też nie opieram poczucia własnej wartości na tym, czy to kolega mnie lepiej w gębę strzeli, czy ja jego. Zależy mi na samej walce. Częściej chyba zresztą sparuję z lepszymi ode mnie, więc siłą rzeczy obrywam. Ale w życiu prywatnym i zawodowym źle znoszę rolę pokonanego.

Zazdrościsz talentu?

Zdarza mi się. Ostatnio dużo czytam Jonathana Franzena i myślę: „Mógłbym może napisać taką powieść jak on, ale jednak nie napisałem”. Potwornie mu zazdroszczę. I bardzo nie lubię tego uczucia, że ktoś mnie przerasta o klasę. Nie znoszę tego. 

Zazdrościsz powierzchowności? W twojej książce jeden mężczyzna tak opisuje drugiego: „Przejrzał się w lustrze, pełen męskiej próżności, piękny i silny, będący wszystkim tym, czym ja nie byłem”.

Pamiętam, jak patrzyłem na koleżanki z klasy, kiedy miałem 16 lat. Dla mnie były już kobietami. Niby tylko fizycznymi, ale z tej fizyczności wynikało coś więcej. Kiedy jesteś nastolatkiem, nie wiesz przecież, że twoje rówieśniczki to jeszcze na jakimś poziomie dziewczynki. Zauważasz tylko, że dla nich jesteś dzieckiem, jakimś chłoptasiem, a one mogą rozmawiać z chłopakami, którzy mają 25 lat, są mężczyznami. Patrzysz na tych facetów z zazdrością – są od ciebie więksi, mają gęsty zarost. „To z takimi dziewczyny chodzą na randki, ze mną nie”, myślisz. Za to jakaś sprawiedliwość jest w tym, że mężczyźni późno nabywają kapitał erotyczny, ale też późno go tracą. 

A kiedy już stracą?

Paru starszych ode mnie powiedziało mi: „Jaki to jest wspaniały moment w życiu mężczyzny, kiedy sfera erotyczna przestaje być ważna”. Jaka to ulga, jakie życie staje się piękne. Jakiś rodzaj pogoni znika. Oczywiście można być człowiekiem erotycznie spełnionym, ale myślę, że jest łatwiej, kiedy jeden „drive” znika. W dziennikach Sándora Máraiego można o tym przeczytać. Opisuje z pewnym zdziwieniem: „Żadnych myśli na ten temat, nic”. Pisze, jak mu z tym dobrze, jaki jest spokojny.

Nie lepiej, żeby pisarz zachował „drive”?

Na jakimś poziomie tak. Nie chcę tu wygłaszać bon mocików o tym, że kiedy pierwszy jaskiniowiec namalował mamuta, zrobił to po to, żeby podobać się dziewczynom ze swojego plemienia. Bo prawdopodobnie jednak po to, żeby tego mamuta magicznie przyzwać, nie chodziło wtedy chyba o budowanie ego artysty. Ale dziś dlaczego mamy nagrody literackie, dlaczego ludzi interesuje, czy coś jest bestsellerem? Można by powiedzieć: przecież to sztuka, a nie zawody. Jakie ma znaczenie, ile egzemplarzy książki się sprzedało? Chodzić powinno o to, żeby przeczytać coś, co ci się spodoba. Jednak z jakiegoś powodu interesuje nas wygrywanie w tej dziedzinie.

Żeby się podobać?

Żeby cię lubili, szanowali, cenili. Ale myślę, że gdyby to była jedyna motywacja, literatura byłaby zbędna. Wierzę, że jest w niej większy sens, coś bardziej wartościowego niż budowanie samemu sobie pomniczków. Że nie chodzi o to, żeby było mi przyjemnie, kiedy dostaje się nagrodę, książka się rewelacyjnie sprzedaje albo kiedy ładna dziewczyna poprosi o autograf. Albo przynajmniej nie tylko o to.

Fanki chwalą twoją rozwagę, wyważenie, czasem nawet mówią, że jesteś wstydliwy. Bardzo starasz się być grzeczny podczas spotkań autorskich?

Wstydliwy chyba nie. Jestem uprzejmy wobec czytelników na spotkaniach i nie przychodzi mi to z trudem, bo jestem autentycznie wdzięczny, że komuś chciało się przyjść słuchać mojego gadania, a potem jeszcze wystać pół godziny w kolejce po autograf. To dla mnie przejaw szacunku, więc odwdzięczam się również szacunkiem i wdzięcznością za to, że ktoś zadał sobie ten trud. Więc pewnie stąd zdziwienie, że zamiast aroganckim pyszałkiem okazuję się sympatyczny i grzeczny. 

Wygląda na to, że masz dwa publiczne wizerunki: podczas wywiadów trudny, a na spotkaniach z czytelnikami grzeczny.

Słyszałem, że dziennikarze się mnie boją. Bywam rzeczywiście dość porywczy, wyszczekany. Źle reaguję na nieprzygotowanie do rozmowy, hucpę. Zdarzyło mi się przerwać, skończyć w połowie rozmowy, podziękować. 

Ale trudno być popularnym pisarzem bez wywiadów. Potrafisz na zimno ocenić, z czego wynika twój sukces?

Miałem szczęście w którymś momencie. Nie chcę kokietować, że wszystko przez przypadek, wiem, że potrafię opowiadać historie, które ludzie chcą czytać. Jednak zanim zaczęli, zostałem pisarzem przez eliminację tego, co mi nie wychodziło. Robiłem różne rzeczy, nie udawały się tak, jakbym chciał, więc pomyślałem: może pisanie? 

Ta myśl pojawiła się nie tak zupełnie znikąd, pisałem wcześniej, ale traktowałem to jak zabawę. Potem przyszła ciężka praca nad tekstami. Chociaż zawsze mi trochę wstyd, jak to mówię, bo od razu myślę, że ciężką pracę to miał mój dziadek w kopalni. Ale jednak coś mnie to kosztuje. Pierwszą książkę opublikowałem ponad 10 lat temu, była bardzo zła swoją drogą. Powoli budowałem ten sukces. Przełomem była „Morfina”. 

Co cię tak pociąga w przedwojennej rzeczywistości, że znów – po „Morfinie” – o niej piszesz?

Niespecjalnie mnie pociąga, to parszywe czasy były. Atrakcyjna wydaje mi się tylko możliwość opisania tego świata, przedstawienie czegoś przeciwnego do fałszywej polskiej mitologii przedwojnia. To był dość paskudny kraj, szczególnie w drugiej połowie lat 30. – państwo, w którym spory polityczne prowadzono za pomocą pistoletów. Każda licząca się partia polityczna miała zbrojną bojówkę. To akurat była mniej więcej środkowoeuropejska norma, ale dochodziła do tego potworna bieda, chociaż wolimy pamiętać, że piękni panowie i panie przesiadywali w Warszawie w Ziemiańskiej. Ja nie widzę niczego w II Rzeczypospolitej, do czego można by tęsknić, czego można by pragnąć. 

A przedwojenne stroje, przedmioty, wnętrza? Opisujesz je bardzo drobiazgowo, zmysłowo.

Jasne, bo sam bardzo lubię piękne przedmioty. Czynią życie lepszym. Jednak nie uważam, że byłoby pięknie, gdyby nie istniały sieciowe sklepy z ubraniami. Byłoby gorzej. W czasach, które opisuję w „Królu”, ludzie z niższych klas często mieli jeden zestaw ubrań przypisany do jednej pory roku, a posiadanie palta na zimę nie musiało być oczywiste. Mój dziadek, dopóki jeszcze zajmował się takimi sprawami, zamawiał sobie buty. Nie drogie trzewiki od Kielmana, ale miały mu służyć kilkanaście lat, zelowane co jakiś czas. Sam lubię ubrania szyte na miarę, na moim biurku stoi 140-letnia maszyna do pisania Wanderer, tylko że być może ciekawie jest tak opowiadać, a rzecz polega na tym, że moja perspektywa jest klasowa. Bo tak naprawdę lepiej mieć tandetną kurtkę na zimę, która jest ciepła, więc spełnia swoją funkcję, niż nie mieć żadnej. 

Jesteś trochę próżny, czy nie?

Pewnie. Spotkałaś kiedyś skromnego artystę? Ale wydaje mi się, że nie aż tak bardzo. 

Jak bardzo?

Trudno to zmierzyć. Nie mam wrażenia, żeby to były Himalaje próżności i egotyzmu. 

Twój tatuaż na przedramieniu dotyczy czegoś ważnego?

To zapisana po grecku druga część maksymy „Navigare necesse est, vivere non est necesse”. W relacji Plutarcha Pompejusz każe marynarzom płynąć po zboże do Egiptu, bo egipskie zboże jest konieczne dla przetrwania republiki, a życie marynarzy nie. 

To dla mnie ważne, jakoś. Zaprzeczenie samemu sobie. Nie tylko w sensie poświęcenia dla wspólnoty, bo chyba każdy himalaista mógłby powtórzyć tę sentencję. Wspinają się, mimo że tak naprawdę wiedzą, jeśli robią to na serio, że nie umrą śmiercią naturalną. 

Jest w tym coś, co mnie głęboko fascynuje. Ryzyko mnie pociąga, ale nie igram z nim, bo mam dwóch synów i jestem za nich odpowiedzialny. Nie mogę odstrzelić sobie łba, kiedy mi się życie znudzi. Ale podoba mi się stwierdzenie, że życie to nie jest najwyższa z wartości. Że są sprawy, dla których warto je zaryzykować albo nawet stracić. 

A co się nie zmienia? Co jest najważniejsze?

Kiedyś postanowiliśmy z moim przyjacielem Łukaszem Orbitowskim rozstrzygnąć raz na zawsze problem sensu życia. Pomyśleliśmy, że nie ma co na to tracić czasu wielokrotnie – trzeba raz rozstrzygnąć, ustalić i trzymać się tego. Zatem liczą się książki i dzieci. Kropka. 

A miłość?

W tej kwestii nie mam do wygłoszenia żadnych mądrości. Za to z całą pewnością mogę powiedzieć, że przyjaźń to jest ważna rzecz – w pewnym sensie najczystszy rodzaj miłości. Nie jest zazdrosna, zaborcza, a jednocześnie wymaga starania, kultywowania. 

Mam niewielu przyjaciół, ale ich życzliwości i serdeczności wobec mnie jestem pewien. Nie musimy się widywać zbyt często, wystarczy spotkać się raz na dwa miesiące, jeść, pić, rozmawiać i to jedna z najlepszych rzeczy na świecie. 

Lepsza niż boks?

Na pewno.

***

Rozmowa ze Szczepanem Twardochem ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Andrzej Kruszewicz, Zoo
mat. prasowe

Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego Zoo i Ptasiego Azylu namawia nas wszystkich, abyśmy przyglądali się zwierzętom i brali z nich przykład.
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz, no, chyba że w okresie tokowania. Za to są: radość, zachwyt, szczere uczucia. Obserwacja zwierząt dała mi bardzo dużo”, mówi dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Sylwia Niemczyk: Czy to prawda, że pana pierwszą miłością były wróble? Andrzej Kruszewicz: O wróblach napisałem doktorat, ale tak naprawdę moją pierwszą ptasią miłością był kanarek rodziców. Kiedy chcieli mieć mnie z głowy, to stawiali jego klatkę przed moim łóżeczkiem – podobno wlepiałem się w nią jak zahipnotyzowany. Poza kanarkiem pamiętam jeszcze z dzieciństwa makatkę nad łóżkiem: las z ptakami, też mogłem na nią patrzeć godzinami. Jak podrosłem, podglądałem wrony, szpaki, kawki, oczywiście wróble jak najbardziej też, szczególnie że one są bardzo przyjemne do obserwacji: zawsze dużo się u nich dzieje, jest mnóstwo zamieszania, trudno się nudzić. Człowiek nie rozumie, co te wróble właściwie robią, czemu np. samiczki biją samców, ale nawet jak nie rozumiemy, to i tak nie możemy od nich oderwać oczu.  Pamiętam też fascynację pszczołami, trzmielami. Albo wyprawy na obrzeża Białegostoku, gdzie mieszkałem, w poszukiwaniu glinianek z żabami. Jednak ptaki interesowały mnie zawsze najbardziej. W piątej czy szóstej klasie dostałem pierwszą lornetkę – wojskową, używaną, ale wciąż dobrą – i już wtedy wiedziałem, że obserwowanie zwierząt to jest to, co chcę robić w życiu. Poza kanarkiem były jeszcze jakieś inne zwierzaki w domu? Pies, kot? Rybki. Psa i kota nie było, mieszkaliśmy w bardzo małym mieszkanku, rodzice i trójka dzieci. Za to rybki były aż w dwóch akwariach, bo już w drugiej klasie podstawówki wywalczyłem u ojca, że będę miał swoje własne....

Czytaj dalej
chutnik
MARZENA BUGALA-AZARKO/POLSKA PRESS/Polska Press /East Newst

Sylwia Chutnik: „Ja jestem nobliwą panią!”

„Zaczynałam od opisu drzewa za oknem” – mówi o pisarskich początkach Sylwia Chutnik. Dziś jest jedną z najbardziej znanych współczesnych polskich pisarek.
Jakub Janiszewski
01.06.2020

Sylwia Chutnik to jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich pisarek, nie tylko dlatego że od lat nosi różową grzywkę. Jej powieści „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Dzidzia”, „W krainie czarów” – feministyczne, osadzone w warszawskim obyczaju i kolorycie mają własny styl i klimat. „Cwaniary”, nazywane babską wersją „Złego” Leopolda Tyrmanda albo warszawską wersją „Kill Billa” przenosi właśnie na scenę Teatru Polonia Agnieszka Glińska. Ale Sylwia Chutnik jest nie tylko pisarką, angażuje się w wiele społecznych kampanii, m.in. na rzecz mniejszości, bierze udział w protestach i manifestacjach kobiet, organizuje warsztaty twórcze.  Przypominamy rozmowę, opublikowaną w „Urodzie Życia” 1/2016. Jakub Janiszewski: Po Warszawie krążą ploty, że Sylwia Chutnik założyła zespół. Pewnie dlatego, że na twoim profilowym zdjęciu na Facebooku byłaś z gitarą. Sylwia Chutnik : I to basową! Człowiek wygląda z nią godnie. Może też robić miny, co w przypadku takiej, weźmy, trąbki nie byłoby już możliwe. A wszystko wzięło się z tego, że niedawno wróciłam z czterodniowego obozu rockowego Lucciola Rock Camp dla tak zwanych starszych dziewczynek, czyli pań po późnej dwudziestce, które bardzo chciały zostać gwiazdami rocka, ale jakoś tak się im życie potoczyło, że nigdy wcześniej nie wzięły nawet instrumentu do ręki. Chwilę się wahałam, czy może lepiej zostać wokalistką, poszeptywać do mikrofonu i przymykać oczy, ale uznałam, że czego innego mi w życiu trzeba. Zakwalifikowałam się, pojechałam, spędziłam parę dni, a potem dałyśmy koncert w krakowskiej Kawiarni Naukowej. No i jak poszło? Ty mnie nie pytaj, jak mi poszło, ty mnie lepiej pytaj, jak się czułam. Oczywiście świetnie, bo włączyła się moja osobista fundacja...

Czytaj dalej
Magda Popławska
Piotr Porebsky/Metaluna

Magda Popławska: „W moim rodzinnym Zabrzu byłabym już pewnie starą panną”

„Samotna, po trzydziestce, kocha zwierzęta… Straszne.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

  Trochę mnie zmylił trailer „Hiszpanki”. Wyobrażałam sobie, że grasz tam jedną z głównych ról… Po obejrzeniu trailera też tak myślałam! Nie ma znaczenia, gram drugi plan, niemniej to była niezwykła przygoda. Szyte kostiumy, przepiękna scenografia. Wszystko po to, żeby na chwilę przenieść się w czasie. „Hiszpanka” to przewrotna, alternatywna wersja powstania wielkopolskiego. Opowiedziana ze smakiem i odrobiną okultyzmu.   Pomyślałam: Łukasz Barczyk – wrażliwiec, artysta osobny, kto, jeśli nie on, dostrzeże wyjątkowość Magdy Popławskiej. Bo mam wrażenie, że doceniają cię wszyscy z wyjątkiem reżyserów filmowych… Gdyby mnie nie doceniał, chyba by mnie nie brał do swojego filmu. Wiem, do czego zmierzasz. Nie narzekam. Mam mnóstwo pracy. Rzeczywiście, nie gram głównych ról, ale też umówmy się – dobrych głównych ról dla kobiet nie ma. No dobra, zdarzają się, ale na razie dla ciut starszych ode mnie i gra je Agata Kulesza. Może jest w tym trochę zazdrości, ale więcej uwielbienia.   Za młoda jeszcze jesteś. Może tak, ale w kinie i tak gram z reguły kobiety starsze ode mnie.   To prawda. Sprawiłaś mi osobistą przykrość swoją rolą w „Obietnicy” Ani Kazejak. Jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, a zagrałaś tam matkę… nastolatki. Gram matki regularnie, od kiedy skończyłam studia. Ciekawe, czemu mnie tak obsadzają, do niedawna nie wykazywałam jakichkolwiek instynktów macierzyńskich.   Do niedawna… Powolutku coś się zmienia. Na razie przechodzę pierwszy, jeszcze niegroźny etap – wzruszają mnie cudze dzieci. Uwielbiam moją siostrzenicę… gdy ma dobry humor. I uwielbiam spędzać z dziećmi czas, jak wiem, że potem mogę oddać je rodzicom i zająć się...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
arek markowicz/pap

Maciej Stuhr: „Nie chcę się nikomu podobać”

„Ojciec nauczył mnie odporności na to, co nazywamy sukcesem.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

„Przestałem być chłopcem, który stara się wszystkim przypodobać. A nawet zacząłem się uśmiechać do myśli, że… nie chcę się podobać nikomu” – mówi Maciej Stuhr w rozmowie z Magdaleną Żakowską. Oglądając film „Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” Janusza Majewskiego, myślałam sobie: Stuhr senior będzie z juniora zadowolony. Też tak myślę. Chociaż najbardziej zadowolony byłby nieżyjący już dziadek Tadeusz, ojciec taty. Ten, który nie lubił wyjeżdżać z Krakowa, był strasznie uparty, a krew miał pierwszy raz pobieraną po osiemdziesiątce? Ten właśnie. Akcja „Ekscentryków...” rozgrywa się pod koniec lat 50. – to był jego czas. Miał wtedy tyle lat, co ja teraz. Dużo o nim myślałem, pracując nad tym filmem. Takie spodnie z kantem, które tam mam, mój dziadek nosił do końca życia. Kiedy rozmawialiśmy z Januszem Majewskim o mojej roli, zapytał, czy wiem, co w tamtych czasach znaczyło, że ktoś był chętny. Nie wiedziałem. To był ktoś, kto lubił zabłysnąć, kogo było za dużo, kto chciał za dobrze, potrafił być nachalny, nietaktowny, nadgorliwy. I zakładał, że wszędzie go chcą. „Nasz bohater nie może być chętny” – powiedział mi wtedy Majewski i to też było bardzo a propos dziadka. On był dokładnie na drugim biegunie słowa chętny. Zamknięty w sobie, skierowany do wewnątrz. Nigdy w życiu nie był za granicą, ale potrafiłby narysować plan niejednego europejskiego miasta, bo znał je z literatury. Cały jego świat był w środku. Janusz Majewski jest zresztą podobny… Ty też. Twoja siostra Marianna mówi w „Stuhrmówce”, że „Maciek jest niezwykle zamknięty w sobie. Wielu ludziom wydaje się, że go zna, a nie ma nic bardziej mylnego”. Mam problemy z komunikacją, to pewne. Nauczyłem...

Czytaj dalej