Szczepan Twardoch: „Mam serce z kamienia, więc…”
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Mam serce z kamienia, więc…”

Autor „Króla” i „Królestwa”, pisarz, Szczepan Twardoch o pisaniu, pasjach i Zagładzie. „Literatura jest od tego, żeby ruszać to, czego nie powinno się ruszać, dźgać tam, gdzie boli”.
Wika Kwiatkowska
18.06.2020

Dla siebie samego przyjąłem, że ważną kategorią w życiu człowieka jest przyzwoitość. Nie jestem księdzem, nikogo nie nauczam. Ale nie żyję w jakiejś nihilistycznej fantazji”, mówi Szczepan Twardoch. Jego dwie bestsellerowe książki „Król” i „Królestwo” przenoszą nas do Warszawy z czasów Zagłady – i nie pozostawiają obojętnymi.

Wika Kwiatkowska: Po pracy nad książką masz potrzebę resetu, podróżujesz? 

Szczepan Twardoch: Nie mam czasu na resetowanie się po książkach. (śmiech) Przechodzę prosto z jednego projektu – choć to obrzydliwe słowo – do kolejnego. Angażują mnie różne rzeczy, niekoniecznie książki. Ale nie potrzebuję odpoczywać od pracy – to jedna z głównych spraw, które nadają życiu sens. Odpocznę w grobie. 

Napisałeś trzy książki o Warszawie. Jaki masz stosunek do tego miasta?

Euforyczny. Uwielbiam Warszawę. Co nie znaczy, że chciałbym tu mieszkać. Chociaż nie chcę mówić: „nie będę” i „nigdy”, bo życie jest skomplikowane i Bóg jeden raczy wiedzieć, co się wydarzy. Gdybym z tajemniczego powodu musiał przestać mieszkać tam, gdzie mieszkam, to znaczy w Pilchowicach – a chcę mieszkać w  Pilchowicach – to wybrałbym Warszawę albo Berlin. Raczej Berlin. Ale to są dwa miasta, które lubię najbardziej. 

Co takiego lubisz w Warszawie?

To jest naprawdę miasto. Otwarte.

Z energią? 

Nie wiem, co ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że miasta mają energię, atmosferę. Atmosferę, to, kurwa, mają, raczej zatrutą. (śmiech) Lubię Warszawę za to, że po prostu dobrze się w niej czuję. Mam tu bardzo wielu znajomych, co najmniej tylu, co na Śląsku, jeśli nie więcej. Mam swoje miejsca, oswojone. Najbardziej lubię południowe Śródmieście.

Ciekawe, że teraz o Warszawie piszą dwaj pisarze, którzy warszawiakami nie są – ty i Jakub Żulczyk. Oglądałeś „Ślepnąc od świateł”?

No Kuba to raczej jest, to znaczy nie wiem, co on na ten temat myśli, ale przecież mieszka w Warszawie od lat, ja zaś nie. Co do „Ślepnąc…” – oczywiście, że oglądałem. Wspaniały serial. Uwielbiam tę powieść, a serial oddaje jej charakter – jest godny powieści, a powieść jest godna serialu. Natomiast moim zdaniem „Ślepnąc od świateł” to nie jest serial ani książka o Warszawie, tylko o mieście. 

Nie mogłabyś w sposób przekonujący przenieść akcji do innego miasta w  Polsce, a to dlatego, że w Polsce jest tylko jedno miasto, Warszawa właśnie. To zresztą teza Jacka Dukaja, nie moja. Bardzo fajna. Ale historia jest uniwersalna. Bo miasto to miasto. 

Szczepan Twardoch: „Historie mnie wybierają”

Lubisz seriale?

Uwielbiam. 

Opisują teraz świat podobnie jak powieści?

Jasne, przecież to jest część kultury. Tak samo uprawniona do opisywania świata, jak każda inna. 

Niektórzy wciąż uważają, że to niższa kultura.

Ale ile mają lat – 97? Mój dziadek może tak uważać, ale on ma 98 i to jest zrozumiałe. (śmiech) Daj spokój, to idiotyczne. Są niższą formą, bo co? Filmowe ekranizacje zawsze mają w sobie coś z bryka, ze streszczenia. A w serialu można wspaniale oddać powieść, dać widzowi poczucie długotrwałego zanurzenia w jakimś świecie. Powieść może ci towarzyszyć przez trzy dni albo dwa tygodnie. Serial tak samo – przez miesiące, nawet lata. 

Dlaczego postanowiłeś napisać „Królestwo”, kontynuację „Króla”? 

To z jednej strony najzasadniejsze, a  z  drugiej najbardziej podstępne pytanie, jakie można zadać pisarzowi: „Dlaczego napisałeś tę książkę?”. I pisarz mógłby wzruszyć ramionami: „A dlaczego w  ogóle pisze się książki?”. I to byłby mój pierwszy odruch. Ale w  obliczu tego, jak wiele treści produkujemy jako ludzkość w ogóle, albo nawet zawężając – jak wiele książek wychodzi w Polsce – może faktycznie każdy pisarz powinien zadać sobie pytanie: „Czemu chcę napisać tę książkę?”. I pierwsza odpowiedź jest taka: bo to mój zawód, a  jakąś książkę musiałem napisać. Bo jeżeli tego nie zrobię, nie będę miał co jeść. A dlaczego napisałem akurat tę? Ano dlatego, że ten wojenny los Jakuba Szapiry, bohatera „Króla”, i spojrzenie na niego z  perspektywy innych bohaterów – kobiety i dziecka – jakoś nie dawały mi spokoju. Historie mnie wybierają – ta chodziła za mną i  chciała być napisana. 

Może pojawić się zarzut, że po ogromnym sukcesie „Króla”, który sprzedał się w  ponad 120 tysiącach egzemplarzy, postanowiłeś, używając korpojęzyka, zmonetyzować sukces?

A dlaczego miałby to być zarzut? To moja praca, a praca polega na tym, że robimy coś, za co nam płacą. Poza tym nie tłumaczę się i nie wyjaśniam z zasady.

Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Do „Króla” wykonałeś gigantyczny research, a jak było w tym wypadku?

Dużo więcej musiałem przeczytać. Getto to temat bardzo delikatny z oczywistych przyczyn. I  można się o wiele rzeczy potknąć. Tutaj niewiedza, ignorancja mogłyby być przyczyną potwornych, dyskwalifikujących błędów.

Literatura dotycząca tych kilkunastu miesięcy istnienia warszawskiego getta jest ogromna. Samo archiwum Ringelbluma to wiele, wiele dni lektury. Więc trzeba było się przez tę literaturę przebić – po pierwsze po to, żeby pokonać własną ignorancję. Po drugie, żeby mieć z czego budować świat. Świat bardzo dobrze buduje się ze wspomnień, a   diarystyczna literatura dotycząca  getta i  w  ogóle okupacji w Warszawie,  widzianej z  żydowskiej perspektywy, jest bardzo bogata. Są w niej dzieła o  wielkiej doniosłości literackiej, a nie tylko historycznej – jak zapiski Racheli Auerbach. Albo wspomnienia Calka Perechodnika, który nie był człowiekiem pióra, jednak jego wrażliwość połączona z tym, co  przeżył, zaowocowała czymś niezwykłym.

Dla mnie już przeczytanie paru stron pamiętników z getta jest emocjonalnie bardzo trudne.

Ale ja mam serce z kamienia, więc…

Akurat. 

…to nie było dla mnie problemem. A  mówiąc serio, nie krygując się, są to oczywiście potworne, straszne rzeczy, ale miałem już świadomość wagi i straszliwości Holokaustu. Więc czytałem bardzo sucho. I chyba tak trzeba, jeśli chce się nad tym pracować.

A nie miałeś obaw, biorąc się do tego, jak sam mówisz, bardzo delikatnego tematu? 

Oczywiście. Miałem obawę przed pisaniem prozy o Zagładzie. Dlatego w  „Królu” cień Holokaustu unosi się nad całą powieścią, ale są o nim powiedziane dwa zdania – dokładnie dwa, na samym końcu. A ta książka poniekąd wzięła się z tej obawy, bo zadałem sobie pytanie: „Dlaczego miałbym uciekać przed tematem, o którym nie należy pisać?”. Literatura jest od tego, żeby ruszać to, czego nie powinno się ruszać, dźgać tam, gdzie boli. 

Chciałem się też zastanowić literacko nad bardzo dla mnie interesującą kwestią, którą najprościej można określić jako relacje Polaków i Żydów w  czasie okupacji. I całe spektrum postaw polskich, a szczególnie warszawskich, Żydów. Jeden uważał się za Żyda i  koniec, drugi za Polaka żydowskiego pochodzenia, inny nawet pochodzenia się wypierał. Do tego dochodziły jeszcze poglądy polityczne, stosunek do religii. Ta złożoność autoidentyfikacji polskich Żydów była ogromna i wielowymiarowa. Dla mnie kwestie identyfikacji to jedna z najciekawszych rzeczy w życiu, a co za tym idzie, w literaturze. Ten temat zawsze do mnie wraca. I pewnie jeszcze trochę będzie wracał. 

„Angażuję się, ale na swój własny sposób”

W „Królestwie” mamy perspektywę kobiety i dziecka. Jak ci się pisało z kobiecej perspektywy?

To jest bardzo trudne. Z perspektywy chłopca dużo łatwiej, bo sam byłem kiedyś chłopcem. 

I masz synów.

Mam, ale nie wejdę w głowę ani mojemu synowi, ani żadnej kobiecie, którą spotykam w życiu, ani nikomu innemu. Więc raczej odwołuję się do wspomnień z  mojego dzieciństwa niż do moich dzieci. 

Kiedy Grzegorz Ciechowski pisał teksty dla kobiety, podobno zakładał perukę.

Ja nie zakładałem ani peruki, ani szpilek, ani bielizny damskiej. Jakkolwiek kuszący mógłby być taki obraz – mnie siedzącego w damskiej bieliźnie przy komputerze – to jednak nie. (śmiech) 

Uznałem, że mam na tyle warsztatu, wyobraźni i wrażliwości, że mogę sobie na to pozwolić. Pierwsze próby takiej kobiecej perspektywy robiłem już przy „Królu”, kiedy starałem się pisać o męskich ciałach z  namiętnością. Co nie jest dla mnie naturalne, bo jestem heteroseksualny. Ale uznałem, że skoro o kobiecych ciałach potrafię pisać z namiętnością, to trzeba się nauczyć takiego spojrzenia również na męskie ciała. 

Jaką rolę odgrywa w twoim procesie pisania intuicja?

Jeżeli rozumiemy intuicję jako pracę mózgu, której nie jesteśmy świadomi – to ogromną. Bo dla mnie jednym z kluczowych kryteriów, jak piszę, jest to, że wydaje mi się, że tak będzie dobrze. Ale tego mojego wydawania się nie potrafię uzasadnić czy wyjaśnić.

Kiedy czytasz w recenzji twojej powieści, że tworzysz literaturę popkulturową…

Chcesz mnie pytać o recenzje? Najgłupszą rzeczą, jaką może zrobić pisarz, to w  jakikolwiek sposób komentować recenzje swojej prozy. Więc tego nie zrobię. Jedyną odpowiedzią jest: no comment.

To inaczej: gdyby ktoś porównał „Królestwo” do „Bękartów wojny” Tarantino, byłbyś zadowolony czy urażony?

Nic by się we mnie nie wydarzyło. To naprawdę nie jest moja sprawa, kto sobie do czego co porówna. Można porównać wszystko do wszystkiego. Gołębia do grzebienia, jeśli ktoś chce.

Mówiłeś kiedyś, że interesuje cię życie, a nie trupy. W „Królestwie” bohaterami są ofiary – strasznej ideologii, innych ludzi.

Dla mnie bardzo ciekawa jest kategoria ofiary i oprawcy. Mam wrażenie, że w całej naszej kulturze jest nieme założenie, które wszyscy bezrefleksyjnie przyjmujemy, że ofiary i oprawcy to są dwa zupełnie rozłączne zbiory ludzi. 

Źli Niemcy i dobrzy Polacy?

Na przykład. A na styku ofiary i oprawcy, oprócz całej przemocy, często dochodzi też do przenikania. Historia jest czymś tak skomplikowanym i złożonym, że bardzo często oprawcy stają się ofiarami, ofiary oprawcami. Nie próbuję w tym znaleźć sprawiedliwości, karmy itd., bo  nie wierzę w takie kategorie w odniesieniu do historii i jednostek. 

Roboczo dla siebie samego przyjąłem, że ważną kategorią w życiu człowieka jest przyzwoitość. Którą sobie w określony sposób, wyłącznie dla siebie, definiuję. Nie jestem księdzem, nikogo nie nauczam. Ale mam swój kodeks, nie żyję w   jakiejś nihilistycznej fantazji, jednak zupełnie nie interesuje mnie, czy ktoś jeszcze ten kodeks podziela. Wiem, że na pewnych fundamentalnych poziomach podzielają go moi przyjaciele – to czyni ich moimi przyjaciółmi i to mi wystarcza. 

Zgodnie z tym kodeksem rozważam znaczenie wyborów moich bohaterów, osądzam ich motywacje i nadaję ich czynom pewne moralne znaczenie. Ludzie zachowują się różnie. Nie mam potwornie mrocznej wizji natury ludzkiej. 

Nie?

Nie uważam, że zawsze zachowują się źle, chociaż zło, które rozumiem jako pewną dzikość, stan natury oczywiście jest jakiegoś rodzaju fundamentem człowieczeństwa, na którym wyrasta to, co naprawdę ludzkie. Natura ludzka jest jednak złożona, gdyby nie była, to ludzie nie byliby zdolni do aktów bezinteresownej szlachetności, a są. Gdyby nie była, nie warto byłoby pisać o   ludziach. A warto.

Niedawno w pociągu słyszałam, jak jeden z pasażerów, typ menedżera z korporacji, mówił do kolegów: „Wiecie, że w Warszawie przed wojną mieszkało 400 tysięcy Żydów?! Czytałem »Króla« Twardocha, a teraz »Królestwo«”. Jakkolwiek by to brzmiało, twoje powieści mają walor dydaktyczny. 

Cieszy mnie to, chociaż na słowo „dydaktyczny” w pierwszym odruchu chcę uciekać. Na pewno ten menedżer zna się na tysiącu rzeczy, o których ja nie mam zielonego pojęcia. Więc jeżeli on może skorzystać z jakiejś mojej kompetencji – po pierwsze historycznej, a po drugie, umiejętności opowiadania historii – to super. Jeżeli ktoś na przykład dowie się z „Królestwa”, jak Żydzi widzieli Polaków w czasie okupacji – a nie widzieli ich tak, jak Polacy chcą sobie to  wyobrażać – to też fajnie. 

Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Po raz kolejny burzysz stereotypy i polskie mity.

I tak, i nie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z istnienia tej całej potwornej polskiej fałszywej świadomości, na której w dużej mierze zbudowane są polski charakter narodowy i polska tożsamość. Rozumiem też, jak strasznie trudne dla zbiorowego polskiego umysłu musiałoby być całkowite przeorganizowanie tej autoświadomości. Jeśli budujesz na fałszywym fundamencie, to nie wymienisz tego fundamentu, podnosząc tylko budowlę. Musisz ją zburzyć i zbudować na nowo. Coś takiego zrobili Niemcy po II wojnie, a raczej zrobiono z  Niemcami, a oni robią to ze sobą do dziś. 

Taka ogólnonarodowa terapia. Wierzysz, że Polacy to zrobią? 

Nie. Chociaż bardzo by mnie to cieszyło, bo wtedy Polska byłaby po prostu lepszym krajem, a Polacy byliby szczęśliwsi. Brakuje bodźca, który wypchnąłby Polaków z tego samozachwytu. 

Jak ktoś ci powie, że masz zepsuty ząb, to trochę za mało, żeby pójść do dentysty, bo wiesz, że rwanie będzie bolało. By dać sobie wyrwać ząb, musi najpierw zacząć boleć. A  ząb, o którym mówimy, Polaków jeszcze nie boli. Ale nie mam żadnych wątpliwości, że jest zgniły. 

Zobaczymy „Króla” w Canal Plus?

Produkcja ruszyła z kopyta, zdjęcia zaczynają się już za chwilę, na początku roku. Jestem jednym z trzech scenarzystów. Head writerem był Łukasz M.  Maciejewski – ja nie chciałem, bo nie mam dystansu do tekstu – i wraz ze mną pisała Dana Łukasińska. W pracach scenariuszowych aktywnie uczestniczyli też, nie pisząc, producent Leszek Bodzak i reżyser Janek Matuszyński. Miałem poczucie, że w końcu trafiłem na ludzi, którzy się naprawdę znają na swojej robocie. Bardzo dużo się nauczyłem. 

Jesteś sybarytą?

Nie wiem. A dlaczego?  

Po jednym z twoich ostatnich wywiadów rozpętała się burza – Agnieszka Holland była oburzona, że wolisz pić wino i odnosisz się z pogardą do ludzi, którzy chodzą na manifestacje.

Nie odnoszę się z pogardą. Ale nie chcę się odnosić do słów Agnieszki Holland, nie wydaje mi się to interesujące. 

Dlaczego nie chcesz się wypowiadać na temat tego, co dzieje się w polityce?

Przecież bardzo często się wypowiadam, mam wrażenie, że nawet za często. Cały czas piszę na FB, co mnie bawi, śmieszy, irytuje w polskiej polityce. Jestem aktywny publicznie.

Tylko po prostu nie masz potrzeby chodzenia na manifestacje?

No. A to jest ekscentryczne? W Polsce jest 38 milionów ludzi i tylko ułamek na demonstracje chadza. Jestem publicznie zaangażowany w różne sprawy, jako publicysta czy komentator, a więc w  sposób, jaki mi odpowiada. 

Czasem mam ochotę powściągnąć mój publicystyczny zapał, co mi się zwykle udaje na jakieś dwa tygodnie, aż mnie ktoś znowu nie zirytuje. A   że nie opowiadam się po żadnej z  dwóch stron tego sporu? To nie powinno dziwić w  kraju, w którym większość ludzi nie opowiada się po żadnej ze stron.

Uważasz, że artysta powinien stać z boku?

Nie uważam, co powinien artysta, tylko co ja powinienem. Nie jestem księdzem, ani profesorem, ani Agnieszką Holland, żeby z obłoków poczucia moralnej wyższości mówić ludziom, co mają robić. 

Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Drążysz w twórczości sprawy związane z tożsamością, sam czujesz się przede wszystkim Ślązakiem?

Tak, czuję się Ślązakiem, ale mam poczucie pewnego znużenia tym tematem. I wrażenie pewnej komiczności figury: Szczepan Twardoch mówiący o tym, że jest Ślązakiem. 

Pamiętasz serial „Allo, allo!” i faceta, który przebierał się za członka ruchu oporu i mówił: „Je suis LeClerc”? Komiczność tej postaci polega na tym, że ona cały czas wraca i  w  każdym odcinku robi to samo. Jestem Ślązakiem, ale ile można?

Nie chciałbym być figurą takiego nieznośnego wujcia, który na imieninach każdego przekonuje, że najważniejsze na świecie jest wędkarstwo, tenis albo jazda na nartach. Są ludzie, którzy mają jedną pasję. I są potworni. Ponieważ pozwalają się tej pasji pożreć. Całe ich życie jest poświęcone wędkarstwu, tenisowi, piłce nożnej, polityce albo czemuś jeszcze innemu.

A ty jakie masz pasje poza pisaniem?

Pisanie to mój zawód. Nie ma większego fałszu niż w powiedzonku: „Uczyń pracę ze swojej pasji, wtedy nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu”. Bo jak człowiek robi pracę z pasji, to po prostu traci pasję. 

Samo słowo jest mocne – pasja, namiętność. Jest w tym coś chorego. Więc ja nie mam pasji, mam różne hobby, zainteresowania, niektóre przemijają, niektóre są ze mną na dłużej. Lubię podróże, lubię gotować, lubię samochody, dobre wino, ubrania. Jeszcze lubię żeglować, strzelać, lubię Spitsbergen, ptaki. Długo by wymieniać. 

Ptaki są twoim nowym hobby?

Nie, od dziecka, tata mnie zaraził. Jest taki wspaniały album Jana Sokołowskiego, nie znam lepszego atlasu ornitologicznego, z pięknymi rycinami. I to była jedna z moich ukochanych lektur w dzieciństwie. Jak oglądasz przez 20 lat atlas ornitologiczny, to w końcu zaczynasz te ptaki rozpoznawać. 

Mieszkam w miejscu, które bardzo sprzyja obserwacjom ornitologicznym, w takim korytarzu przelotowym. Nie chciałoby mi się jeździć na bagna, ale skoro mogę obserwować ptaki ze swojego salonu…

I robisz to?

Mamy taką zabawę z synem: na kredensie leży Sokołowski i do rycin ptaków, które widzieliśmy, nie wychodząc z  domu, wklejamy kolorowe zakładki. Z  rzadszych gatunków mamy już zaobserwowaną samicę bielika, żurawie, dwa gatunki czapli, wilgę, gile, na stałe mam kruki, dzierzby, błotniaki, myszołowy i  wiele innych. 

Szybko żegnasz się z książką? Jak aktor, kiedy schodzi ze sceny?

Nie wiem, czy jak aktor, ale szybko. Gdy już skończę pisać, to etap, kiedy muszę ją redagować, jest dla mnie mordęgą. A  jak już szczęśliwie klepnięty jest ostatni skończony plik, to o niej zapominam.

***
Rozmowa ze Szczepanen Twardochem ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Wojciech Mecwaldowski
Aleksandra Mecwaldwoska

Wojciech Mecwaldowski: „Pilnuję się, żeby nie wyszedł ze mnie dres”

Nie ma mediów społecznościowych ani internetu w komórce, bo jak mówi, ceni kontakt z drugim człowiekiem, a nie z telefonem. Kiedy chce być sam, ucieka do swojego zamku. Na razie tego z klocków Lego, ale w przyszłości wybuduje prawdziwy.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

W zeszłym roku premierę miały trzy filmy z jego udziałem dramat obyczajowy „1800 gramów”, „Pan T.”, inspirowany życiem Leopolda Tyrmanda obraz Marcina Krzyształowicza oraz „Ukryta gra”, w której polski aktor występuje u boku Billa Pullmana. Poza tym Wojciech   Mecwaldowski cały czas gra w serialu „39 i pół tygodnia”, a na premierę czeka kolejny świetnie zapowiadający się projekt z jego udziałem – serial kryminalny „Klangor”.  Przed spotkaniem znajomi i współpracownicy Wojtka Mecwaldowskiego ostrzegali mnie, że rozmowa z nim nie musi należeć do najprzyjemniejszych. Nie lubi dziennikarzy, ma z nimi złe doświadczenia, z zasady stara się powiedzieć o sobie jak najmniej. I rzeczywiście, z początku łatwo nie było. Ale Wojtek Mecwaldowski, nawet jeśli bardzo się stara, żeby było inaczej, jest po prostu przesympatycznym typem.  Wojciech Mecwaldowski:  Nie znoszę o sobie mówić. Udzieliłem w życiu dosłownie kilku większych wywiadów.  Magdalena Żakowska: Ale jak już udzielisz, to okazuje się, że nagrywasz płytę z Bobem Marleyem! Tak! Bardzo za nim tęsknię, ale dzwonimy do siebie. A serio, to właśnie jeden z powodów. Opowiedziałem kiedyś w wywiadzie, że na Jamajce produkowałem dokument o powstawaniu płyty reggae moich przyjaciół [Rastasize „Day by day” – red.], którą nagrywali w studiu Boba Marleya. A potem przeczytałem, że nagrywałem płytę z Bobem Marleyem albo że kupiłem dom na Jamajce. Jaki dom?! Przez kolejne lata znajomi mnie pytali, czy mogą skorzystać z tego mojego domu w czasie wakacji. Czasem w kontaktach z mediami pilnuję się też, żeby nie wyszedł ze mnie dres.  Byłeś dresem? Mniej więcej od 14. do 19. roku życia. Cały mój...

Czytaj dalej

„Netflix. To się nigdy nie uda”. Dlaczego się udało – zdradza Marc Randolph

„Co za bzdura!”, „To się nie uda”, słyszał Marc Randolph, gdy w 1997 roku wpadł na pomysł stworzenia internetowej wypożyczalni DVD. Jego autobiografia to połączenie success story, z elementami powieści przygodowej i… komedii.
Anna Zaleska
15.06.2020

Mit założycielski Netflixa, krążący po świecie jako anegdota, brzmi tak: Reed Hastings, na początku główny inwestor firmy, obecnie jej dyrektor generalny, wpadł na pomysł stworzenia pierwszej na świecie internetowej wypożyczalni filmów, gdy za przetrzymanie kasety z „Apollo 13” kazano mu zapłacić karę 40 dolarów. Marc Randolph twierdzi, że jest w tej historii trochę prawdy – była taka kaseta i była taka kara, ale nie było „pstryk”, powstaje Netflix. Założyciel firmy, jej pierwszy dyrektor generalny, opowiada to nieco inaczej. Barwniej. Będą w tej historii plażowe leżaki zamiast biurowych krzeseł, padające serwery, kacze jaja z Kambodży, ojciec zarabiający na życie chodzeniem po drabinie i żebranie o pieniądze na jedzenie. Personalizowany szampon i inne pomysły „W 1997 roku wiedziałem tylko tyle, że chcę założyć własną firmę i że chcę, by obejmowała sprzedaż w internecie. Tyle”, wyznaje Marc Randolph w wydanej właśnie autobiografii „Netflix. To się nigdy nie uda” (Wydawnictwo SQN). Zbliżający się do czterdziestki Marc wcześniej pracował w marketingu najróżniejszych firm – od dużych korporacji po start-upy – ale chciał założyć własną. Szukał pomysłów, wiedząc, że na tysiąc zwykle jeden jest dobry. Wszystko, co przyszło mu do głowy, zapisywał w małym notatniku, który zawsze nosił w kieszeni. Myślał między innymi o personalizowanych szamponach, personalizowanych deskach surfingowych, indywidualnie bilansowanej karmie dla psa. Do wszystkich tych idei próbował przekonać Reeda Hastingsa, przyjaciela i inwestora – bezskutecznie. Aż pewnego dnia… Była wiosna 1997 roku. We dwóch prowadzili może setną dyskusję, szukając pomysłu na biznes. Z grubsza ideał zdefiniowali tak: raz się coś wyprodukuje, a będzie to można sprzedawać...

Czytaj dalej
ołowica na Śląsku
Adobe Stock

„Dym zasnuwał wszystko. Nic tam nie rosło, dzieci bawiły się w błocie. Gdy mdlały, myślałam, że z głodu”

„Fakt, że dużo dzieci miało anemię, ale, wie pani, to były bardzo biedne dzieci, zaniedbane, myślałam, że z biedy są niedożywione. Mdlały, były słabe, miały bóle brzucha, biegunki, sczerniałe zęby. Ołowica daje takie objawy jak niedokrwistość. Działa też na centralny system nerwowy, skutkując obniżeniem intelektu – ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Przepisywałam im witaminy.”
Maria Zawała
13.06.2020

Była połowa lat 70-tych, kiedy w małej przychodni na obrzeżach Katowic zaczęła się dziwna choroba dzieci. Mdlały, bolał ich brzuch, miały biegunki. Wyniki krwi – fatalne. Młoda lekarka na początku podejrzewała anemię, niedożywienie. Okazało się, że to o wiele groźniejsza, nawet śmiertelna choroba: ołowica. Zaczęła się walka z czasem – i komunistycznym rządem.  „Ratowanie dzieci to był mój obowiązek. Zupełnie nie wyobrażam sobie, by lekarz mógł się zachować inaczej. Dzieci były chore, więc trzeba było działać”, mówi dziś  dr Jolanta Wadowska-Król.  Z wykształcenia i powołania jest pediatrą, w latach 70-tych uratowała kilka tysięcy katowickich dzieci z ołowicą. I chociaż nie trafiła do więzienia, to za ujawnienie choroby i przeciwstawienie się państwowym władzom zapłaciła wysoką cenę. Jej historia to właściwie gotowy materiał na film o kobiecie, która przeciwstawia się władzy  i lokalnym układom w imię zdrowia dzieci. Choć ona sama uważa, że nic wielkiego nie zrobiła. Maria Zawała: Uratowała pani przed zachorowaniem na ołowicę albo kalectwem czy nawet śmiercią z jej powodu tysiące dzieci z Katowic. Mówili wtedy o pani: „Matka Boska Szopienicka”. Dr Jolanta Wadowska-Król: Ale to było negatywne określenie mojej osoby! W komunie nie wszystkim się podobało, gdy głośno mówiłam, że mieszkańców Szopienic może ocalić tylko zamknięcie 150-letniej wówczas huty i przeoranie gruntu wokół niej. Ktoś mi opowiedział, że ówczesna dyrektorka sanepidu na jednym ze spotkań prychnęła: „Matka Boska Szopienicka się znalazła i miesza ludziom w głowach”. I tak to określenie do mnie przylgnęło. Pani dyrektor była członkiem Plenum KW PZPR, a w PRL-u nagłaśnianie tego, że dzieci masowo chorują na ołowicę, nie...

Czytaj dalej