Szczepan Twardoch: „Mam serce z kamienia, więc…”
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Mam serce z kamienia, więc…”

Autor „Króla” i „Królestwa”, pisarz, Szczepan Twardoch o pisaniu, pasjach i Zagładzie. „Literatura jest od tego, żeby ruszać to, czego nie powinno się ruszać, dźgać tam, gdzie boli”.
Wika Kwiatkowska
18.06.2020

Dla siebie samego przyjąłem, że ważną kategorią w życiu człowieka jest przyzwoitość. Nie jestem księdzem, nikogo nie nauczam. Ale nie żyję w jakiejś nihilistycznej fantazji”, mówi Szczepan Twardoch. Jego dwie bestsellerowe książki „Król” i „Królestwo” przenoszą nas do Warszawy z czasów Zagłady – i nie pozostawiają obojętnymi.

Wika Kwiatkowska: Po pracy nad książką masz potrzebę resetu, podróżujesz? 

Szczepan Twardoch: Nie mam czasu na resetowanie się po książkach. (śmiech) Przechodzę prosto z jednego projektu – choć to obrzydliwe słowo – do kolejnego. Angażują mnie różne rzeczy, niekoniecznie książki. Ale nie potrzebuję odpoczywać od pracy – to jedna z głównych spraw, które nadają życiu sens. Odpocznę w grobie. 

Napisałeś trzy książki o Warszawie. Jaki masz stosunek do tego miasta?

Euforyczny. Uwielbiam Warszawę. Co nie znaczy, że chciałbym tu mieszkać. Chociaż nie chcę mówić: „nie będę” i „nigdy”, bo życie jest skomplikowane i Bóg jeden raczy wiedzieć, co się wydarzy. Gdybym z tajemniczego powodu musiał przestać mieszkać tam, gdzie mieszkam, to znaczy w Pilchowicach – a chcę mieszkać w  Pilchowicach – to wybrałbym Warszawę albo Berlin. Raczej Berlin. Ale to są dwa miasta, które lubię najbardziej. 

Co takiego lubisz w Warszawie?

To jest naprawdę miasto. Otwarte.

Z energią? 

Nie wiem, co ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że miasta mają energię, atmosferę. Atmosferę, to, kurwa, mają, raczej zatrutą. (śmiech) Lubię Warszawę za to, że po prostu dobrze się w niej czuję. Mam tu bardzo wielu znajomych, co najmniej tylu, co na Śląsku, jeśli nie więcej. Mam swoje miejsca, oswojone. Najbardziej lubię południowe Śródmieście.

Ciekawe, że teraz o Warszawie piszą dwaj pisarze, którzy warszawiakami nie są – ty i Jakub Żulczyk. Oglądałeś „Ślepnąc od świateł”?

No Kuba to raczej jest, to znaczy nie wiem, co on na ten temat myśli, ale przecież mieszka w Warszawie od lat, ja zaś nie. Co do „Ślepnąc…” – oczywiście, że oglądałem. Wspaniały serial. Uwielbiam tę powieść, a serial oddaje jej charakter – jest godny powieści, a powieść jest godna serialu. Natomiast moim zdaniem „Ślepnąc od świateł” to nie jest serial ani książka o Warszawie, tylko o mieście. 

Nie mogłabyś w sposób przekonujący przenieść akcji do innego miasta w  Polsce, a to dlatego, że w Polsce jest tylko jedno miasto, Warszawa właśnie. To zresztą teza Jacka Dukaja, nie moja. Bardzo fajna. Ale historia jest uniwersalna. Bo miasto to miasto. 

Szczepan Twardoch: „Historie mnie wybierają”

Lubisz seriale?

Uwielbiam. 

Opisują teraz świat podobnie jak powieści?

Jasne, przecież to jest część kultury. Tak samo uprawniona do opisywania świata, jak każda inna. 

Niektórzy wciąż uważają, że to niższa kultura.

Ale ile mają lat – 97? Mój dziadek może tak uważać, ale on ma 98 i to jest zrozumiałe. (śmiech) Daj spokój, to idiotyczne. Są niższą formą, bo co? Filmowe ekranizacje zawsze mają w sobie coś z bryka, ze streszczenia. A w serialu można wspaniale oddać powieść, dać widzowi poczucie długotrwałego zanurzenia w jakimś świecie. Powieść może ci towarzyszyć przez trzy dni albo dwa tygodnie. Serial tak samo – przez miesiące, nawet lata. 

Dlaczego postanowiłeś napisać „Królestwo”, kontynuację „Króla”? 

To z jednej strony najzasadniejsze, a  z  drugiej najbardziej podstępne pytanie, jakie można zadać pisarzowi: „Dlaczego napisałeś tę książkę?”. I pisarz mógłby wzruszyć ramionami: „A dlaczego w  ogóle pisze się książki?”. I to byłby mój pierwszy odruch. Ale w  obliczu tego, jak wiele treści produkujemy jako ludzkość w ogóle, albo nawet zawężając – jak wiele książek wychodzi w Polsce – może faktycznie każdy pisarz powinien zadać sobie pytanie: „Czemu chcę napisać tę książkę?”. I pierwsza odpowiedź jest taka: bo to mój zawód, a  jakąś książkę musiałem napisać. Bo jeżeli tego nie zrobię, nie będę miał co jeść. A dlaczego napisałem akurat tę? Ano dlatego, że ten wojenny los Jakuba Szapiry, bohatera „Króla”, i spojrzenie na niego z  perspektywy innych bohaterów – kobiety i dziecka – jakoś nie dawały mi spokoju. Historie mnie wybierają – ta chodziła za mną i  chciała być napisana. 

Może pojawić się zarzut, że po ogromnym sukcesie „Króla”, który sprzedał się w  ponad 120 tysiącach egzemplarzy, postanowiłeś, używając korpojęzyka, zmonetyzować sukces?

A dlaczego miałby to być zarzut? To moja praca, a praca polega na tym, że robimy coś, za co nam płacą. Poza tym nie tłumaczę się i nie wyjaśniam z zasady.

Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Do „Króla” wykonałeś gigantyczny research, a jak było w tym wypadku?

Dużo więcej musiałem przeczytać. Getto to temat bardzo delikatny z oczywistych przyczyn. I  można się o wiele rzeczy potknąć. Tutaj niewiedza, ignorancja mogłyby być przyczyną potwornych, dyskwalifikujących błędów.

Literatura dotycząca tych kilkunastu miesięcy istnienia warszawskiego getta jest ogromna. Samo archiwum Ringelbluma to wiele, wiele dni lektury. Więc trzeba było się przez tę literaturę przebić – po pierwsze po to, żeby pokonać własną ignorancję. Po drugie, żeby mieć z czego budować świat. Świat bardzo dobrze buduje się ze wspomnień, a   diarystyczna literatura dotycząca  getta i  w  ogóle okupacji w Warszawie,  widzianej z  żydowskiej perspektywy, jest bardzo bogata. Są w niej dzieła o  wielkiej doniosłości literackiej, a nie tylko historycznej – jak zapiski Racheli Auerbach. Albo wspomnienia Calka Perechodnika, który nie był człowiekiem pióra, jednak jego wrażliwość połączona z tym, co  przeżył, zaowocowała czymś niezwykłym.

Dla mnie już przeczytanie paru stron pamiętników z getta jest emocjonalnie bardzo trudne.

Ale ja mam serce z kamienia, więc…

Akurat. 

…to nie było dla mnie problemem. A  mówiąc serio, nie krygując się, są to oczywiście potworne, straszne rzeczy, ale miałem już świadomość wagi i straszliwości Holokaustu. Więc czytałem bardzo sucho. I chyba tak trzeba, jeśli chce się nad tym pracować.

A nie miałeś obaw, biorąc się do tego, jak sam mówisz, bardzo delikatnego tematu? 

Oczywiście. Miałem obawę przed pisaniem prozy o Zagładzie. Dlatego w  „Królu” cień Holokaustu unosi się nad całą powieścią, ale są o nim powiedziane dwa zdania – dokładnie dwa, na samym końcu. A ta książka poniekąd wzięła się z tej obawy, bo zadałem sobie pytanie: „Dlaczego miałbym uciekać przed tematem, o którym nie należy pisać?”. Literatura jest od tego, żeby ruszać to, czego nie powinno się ruszać, dźgać tam, gdzie boli. 

Chciałem się też zastanowić literacko nad bardzo dla mnie interesującą kwestią, którą najprościej można określić jako relacje Polaków i Żydów w  czasie okupacji. I całe spektrum postaw polskich, a szczególnie warszawskich, Żydów. Jeden uważał się za Żyda i  koniec, drugi za Polaka żydowskiego pochodzenia, inny nawet pochodzenia się wypierał. Do tego dochodziły jeszcze poglądy polityczne, stosunek do religii. Ta złożoność autoidentyfikacji polskich Żydów była ogromna i wielowymiarowa. Dla mnie kwestie identyfikacji to jedna z najciekawszych rzeczy w życiu, a co za tym idzie, w literaturze. Ten temat zawsze do mnie wraca. I pewnie jeszcze trochę będzie wracał. 

„Angażuję się, ale na swój własny sposób”

W „Królestwie” mamy perspektywę kobiety i dziecka. Jak ci się pisało z kobiecej perspektywy?

To jest bardzo trudne. Z perspektywy chłopca dużo łatwiej, bo sam byłem kiedyś chłopcem. 

I masz synów.

Mam, ale nie wejdę w głowę ani mojemu synowi, ani żadnej kobiecie, którą spotykam w życiu, ani nikomu innemu. Więc raczej odwołuję się do wspomnień z  mojego dzieciństwa niż do moich dzieci. 

Kiedy Grzegorz Ciechowski pisał teksty dla kobiety, podobno zakładał perukę.

Ja nie zakładałem ani peruki, ani szpilek, ani bielizny damskiej. Jakkolwiek kuszący mógłby być taki obraz – mnie siedzącego w damskiej bieliźnie przy komputerze – to jednak nie. (śmiech) 

Uznałem, że mam na tyle warsztatu, wyobraźni i wrażliwości, że mogę sobie na to pozwolić. Pierwsze próby takiej kobiecej perspektywy robiłem już przy „Królu”, kiedy starałem się pisać o męskich ciałach z  namiętnością. Co nie jest dla mnie naturalne, bo jestem heteroseksualny. Ale uznałem, że skoro o kobiecych ciałach potrafię pisać z namiętnością, to trzeba się nauczyć takiego spojrzenia również na męskie ciała. 

Jaką rolę odgrywa w twoim procesie pisania intuicja?

Jeżeli rozumiemy intuicję jako pracę mózgu, której nie jesteśmy świadomi – to ogromną. Bo dla mnie jednym z kluczowych kryteriów, jak piszę, jest to, że wydaje mi się, że tak będzie dobrze. Ale tego mojego wydawania się nie potrafię uzasadnić czy wyjaśnić.

Kiedy czytasz w recenzji twojej powieści, że tworzysz literaturę popkulturową…

Chcesz mnie pytać o recenzje? Najgłupszą rzeczą, jaką może zrobić pisarz, to w  jakikolwiek sposób komentować recenzje swojej prozy. Więc tego nie zrobię. Jedyną odpowiedzią jest: no comment.

To inaczej: gdyby ktoś porównał „Królestwo” do „Bękartów wojny” Tarantino, byłbyś zadowolony czy urażony?

Nic by się we mnie nie wydarzyło. To naprawdę nie jest moja sprawa, kto sobie do czego co porówna. Można porównać wszystko do wszystkiego. Gołębia do grzebienia, jeśli ktoś chce.

Mówiłeś kiedyś, że interesuje cię życie, a nie trupy. W „Królestwie” bohaterami są ofiary – strasznej ideologii, innych ludzi.

Dla mnie bardzo ciekawa jest kategoria ofiary i oprawcy. Mam wrażenie, że w całej naszej kulturze jest nieme założenie, które wszyscy bezrefleksyjnie przyjmujemy, że ofiary i oprawcy to są dwa zupełnie rozłączne zbiory ludzi. 

Źli Niemcy i dobrzy Polacy?

Na przykład. A na styku ofiary i oprawcy, oprócz całej przemocy, często dochodzi też do przenikania. Historia jest czymś tak skomplikowanym i złożonym, że bardzo często oprawcy stają się ofiarami, ofiary oprawcami. Nie próbuję w tym znaleźć sprawiedliwości, karmy itd., bo  nie wierzę w takie kategorie w odniesieniu do historii i jednostek. 

Roboczo dla siebie samego przyjąłem, że ważną kategorią w życiu człowieka jest przyzwoitość. Którą sobie w określony sposób, wyłącznie dla siebie, definiuję. Nie jestem księdzem, nikogo nie nauczam. Ale mam swój kodeks, nie żyję w   jakiejś nihilistycznej fantazji, jednak zupełnie nie interesuje mnie, czy ktoś jeszcze ten kodeks podziela. Wiem, że na pewnych fundamentalnych poziomach podzielają go moi przyjaciele – to czyni ich moimi przyjaciółmi i to mi wystarcza. 

Zgodnie z tym kodeksem rozważam znaczenie wyborów moich bohaterów, osądzam ich motywacje i nadaję ich czynom pewne moralne znaczenie. Ludzie zachowują się różnie. Nie mam potwornie mrocznej wizji natury ludzkiej. 

Nie?

Nie uważam, że zawsze zachowują się źle, chociaż zło, które rozumiem jako pewną dzikość, stan natury oczywiście jest jakiegoś rodzaju fundamentem człowieczeństwa, na którym wyrasta to, co naprawdę ludzkie. Natura ludzka jest jednak złożona, gdyby nie była, to ludzie nie byliby zdolni do aktów bezinteresownej szlachetności, a są. Gdyby nie była, nie warto byłoby pisać o   ludziach. A warto.

Niedawno w pociągu słyszałam, jak jeden z pasażerów, typ menedżera z korporacji, mówił do kolegów: „Wiecie, że w Warszawie przed wojną mieszkało 400 tysięcy Żydów?! Czytałem »Króla« Twardocha, a teraz »Królestwo«”. Jakkolwiek by to brzmiało, twoje powieści mają walor dydaktyczny. 

Cieszy mnie to, chociaż na słowo „dydaktyczny” w pierwszym odruchu chcę uciekać. Na pewno ten menedżer zna się na tysiącu rzeczy, o których ja nie mam zielonego pojęcia. Więc jeżeli on może skorzystać z jakiejś mojej kompetencji – po pierwsze historycznej, a po drugie, umiejętności opowiadania historii – to super. Jeżeli ktoś na przykład dowie się z „Królestwa”, jak Żydzi widzieli Polaków w czasie okupacji – a nie widzieli ich tak, jak Polacy chcą sobie to  wyobrażać – to też fajnie. 

Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Po raz kolejny burzysz stereotypy i polskie mity.

I tak, i nie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z istnienia tej całej potwornej polskiej fałszywej świadomości, na której w dużej mierze zbudowane są polski charakter narodowy i polska tożsamość. Rozumiem też, jak strasznie trudne dla zbiorowego polskiego umysłu musiałoby być całkowite przeorganizowanie tej autoświadomości. Jeśli budujesz na fałszywym fundamencie, to nie wymienisz tego fundamentu, podnosząc tylko budowlę. Musisz ją zburzyć i zbudować na nowo. Coś takiego zrobili Niemcy po II wojnie, a raczej zrobiono z  Niemcami, a oni robią to ze sobą do dziś. 

Taka ogólnonarodowa terapia. Wierzysz, że Polacy to zrobią? 

Nie. Chociaż bardzo by mnie to cieszyło, bo wtedy Polska byłaby po prostu lepszym krajem, a Polacy byliby szczęśliwsi. Brakuje bodźca, który wypchnąłby Polaków z tego samozachwytu. 

Jak ktoś ci powie, że masz zepsuty ząb, to trochę za mało, żeby pójść do dentysty, bo wiesz, że rwanie będzie bolało. By dać sobie wyrwać ząb, musi najpierw zacząć boleć. A  ząb, o którym mówimy, Polaków jeszcze nie boli. Ale nie mam żadnych wątpliwości, że jest zgniły. 

Zobaczymy „Króla” w Canal Plus?

Produkcja ruszyła z kopyta, zdjęcia zaczynają się już za chwilę, na początku roku. Jestem jednym z trzech scenarzystów. Head writerem był Łukasz M.  Maciejewski – ja nie chciałem, bo nie mam dystansu do tekstu – i wraz ze mną pisała Dana Łukasińska. W pracach scenariuszowych aktywnie uczestniczyli też, nie pisząc, producent Leszek Bodzak i reżyser Janek Matuszyński. Miałem poczucie, że w końcu trafiłem na ludzi, którzy się naprawdę znają na swojej robocie. Bardzo dużo się nauczyłem. 

Jesteś sybarytą?

Nie wiem. A dlaczego?  

Po jednym z twoich ostatnich wywiadów rozpętała się burza – Agnieszka Holland była oburzona, że wolisz pić wino i odnosisz się z pogardą do ludzi, którzy chodzą na manifestacje.

Nie odnoszę się z pogardą. Ale nie chcę się odnosić do słów Agnieszki Holland, nie wydaje mi się to interesujące. 

Dlaczego nie chcesz się wypowiadać na temat tego, co dzieje się w polityce?

Przecież bardzo często się wypowiadam, mam wrażenie, że nawet za często. Cały czas piszę na FB, co mnie bawi, śmieszy, irytuje w polskiej polityce. Jestem aktywny publicznie.

Tylko po prostu nie masz potrzeby chodzenia na manifestacje?

No. A to jest ekscentryczne? W Polsce jest 38 milionów ludzi i tylko ułamek na demonstracje chadza. Jestem publicznie zaangażowany w różne sprawy, jako publicysta czy komentator, a więc w  sposób, jaki mi odpowiada. 

Czasem mam ochotę powściągnąć mój publicystyczny zapał, co mi się zwykle udaje na jakieś dwa tygodnie, aż mnie ktoś znowu nie zirytuje. A   że nie opowiadam się po żadnej z  dwóch stron tego sporu? To nie powinno dziwić w  kraju, w którym większość ludzi nie opowiada się po żadnej ze stron.

Uważasz, że artysta powinien stać z boku?

Nie uważam, co powinien artysta, tylko co ja powinienem. Nie jestem księdzem, ani profesorem, ani Agnieszką Holland, żeby z obłoków poczucia moralnej wyższości mówić ludziom, co mają robić. 

Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Drążysz w twórczości sprawy związane z tożsamością, sam czujesz się przede wszystkim Ślązakiem?

Tak, czuję się Ślązakiem, ale mam poczucie pewnego znużenia tym tematem. I wrażenie pewnej komiczności figury: Szczepan Twardoch mówiący o tym, że jest Ślązakiem. 

Pamiętasz serial „Allo, allo!” i faceta, który przebierał się za członka ruchu oporu i mówił: „Je suis LeClerc”? Komiczność tej postaci polega na tym, że ona cały czas wraca i  w  każdym odcinku robi to samo. Jestem Ślązakiem, ale ile można?

Nie chciałbym być figurą takiego nieznośnego wujcia, który na imieninach każdego przekonuje, że najważniejsze na świecie jest wędkarstwo, tenis albo jazda na nartach. Są ludzie, którzy mają jedną pasję. I są potworni. Ponieważ pozwalają się tej pasji pożreć. Całe ich życie jest poświęcone wędkarstwu, tenisowi, piłce nożnej, polityce albo czemuś jeszcze innemu.

A ty jakie masz pasje poza pisaniem?

Pisanie to mój zawód. Nie ma większego fałszu niż w powiedzonku: „Uczyń pracę ze swojej pasji, wtedy nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu”. Bo jak człowiek robi pracę z pasji, to po prostu traci pasję. 

Samo słowo jest mocne – pasja, namiętność. Jest w tym coś chorego. Więc ja nie mam pasji, mam różne hobby, zainteresowania, niektóre przemijają, niektóre są ze mną na dłużej. Lubię podróże, lubię gotować, lubię samochody, dobre wino, ubrania. Jeszcze lubię żeglować, strzelać, lubię Spitsbergen, ptaki. Długo by wymieniać. 

Ptaki są twoim nowym hobby?

Nie, od dziecka, tata mnie zaraził. Jest taki wspaniały album Jana Sokołowskiego, nie znam lepszego atlasu ornitologicznego, z pięknymi rycinami. I to była jedna z moich ukochanych lektur w dzieciństwie. Jak oglądasz przez 20 lat atlas ornitologiczny, to w końcu zaczynasz te ptaki rozpoznawać. 

Mieszkam w miejscu, które bardzo sprzyja obserwacjom ornitologicznym, w takim korytarzu przelotowym. Nie chciałoby mi się jeździć na bagna, ale skoro mogę obserwować ptaki ze swojego salonu…

I robisz to?

Mamy taką zabawę z synem: na kredensie leży Sokołowski i do rycin ptaków, które widzieliśmy, nie wychodząc z  domu, wklejamy kolorowe zakładki. Z  rzadszych gatunków mamy już zaobserwowaną samicę bielika, żurawie, dwa gatunki czapli, wilgę, gile, na stałe mam kruki, dzierzby, błotniaki, myszołowy i  wiele innych. 

Szybko żegnasz się z książką? Jak aktor, kiedy schodzi ze sceny?

Nie wiem, czy jak aktor, ale szybko. Gdy już skończę pisać, to etap, kiedy muszę ją redagować, jest dla mnie mordęgą. A  jak już szczęśliwie klepnięty jest ostatni skończony plik, to o niej zapominam.

***
Rozmowa ze Szczepanen Twardochem ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Szczepan Twardoch, Król
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Bywam wyszczekany, mam skłonność do neuroz…”

„Podoba mi się stwierdzenie, że życie to nie jest najwyższa z wartości. Że są sprawy, dla których warto je zaryzykować albo nawet stracić”, mówi Szczepan Twardoch, autor „Króla” o bokserze Jakubie Szapiro i drugiej części: „Królestwo”. 
Marta Strzelecka
18.03.2020

Powieścią „Morfina” zdobył wszystko, co najważniejsze w świecie literackim – uznanie krytyki, cenione nagrody, pieniądze, popularność wśród czytelników. Kolejne dwie książki – „Drach” oraz „Wieloryby i ćmy. Dzienniki” – były wyczekiwanymi wydarzeniami. Bo Szczepan Twardoch błyskawicznie przestał być uznawany za dobrze zapowiadającego się pisarza, został uznany za tego z pierwszej ligi. Dodatkowo budził zainteresowanie złożonym wizerunkiem medialnym.  Z jednej strony dżentelmen, doskonale ubrany, przywiązany do kindersztuby, z drugiej budził kontrowersje wypowiedziami na tematy polityczne i społeczne.  Urodził się na Śląsku i tożsamość narodowa – niemiecka, polska, śląska – to jego ulubiony temat. W „Morfinie” pisał o synu niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki w Warszawie 1939 roku. „Król” dzieje się w tym samym mieście dwa lata wcześniej, jest historią o żydowskim gangsterze, bokserach klubu Makabi, etnicznym tyglu, w którym trudno zdefiniować samego siebie, a siła okazuje się często najwyższą z wartości. Twardoch mieszka w Pilchowicach z żoną i dwoma synami. Spotykamy się w Katowicach, po jego bokserskim treningu. Marta Strzelecka: Jak boksujesz? Szczepan Twardoch: Amatorsko, oczywiście. Tak, jak może boksować człowiek, który boksować zaczął grubo po trzydziestce. Trenuję kilka razy w tygodniu, czasem robimy sparingi, trzy rundy po dwie minuty. Więcej nie dałbym rady kondycyjnie, tym się różnię od prawdziwego boksera. Tak czy inaczej, mierzę się z facetem, który – wygram z nim albo przegram – stara się zrobić mi krzywdę. Organizm chodzi wtedy na najwyższych obrotach, mózg działa tak szybko, że czas zwalnia. Wiesz, że wydarzy się coś niebezpiecznego i rozciągają się sekundy, w...

Czytaj dalej
Nowa książka Szczepana Twardocha
East News

Szczepan Twardoch napisał kolejną powieść. Czy „Pokora” będzie trzecią częścią „Króla”?

Autor „Morfiny”, „Dracha” i dyptyku „Król” i „Królestwo” zapowiedział na Facebooku, że już we wrześniu będziemy mogli przeczytać jego kolejną książkę.
Sylwia Niemczyk
18.06.2020

Szczepan Twardoch zapowiedział, że napisał taką książkę, jaką sam przeczytałby z przyjemnością: rozległe, wielogłosowe i wielotematyczne. Dla zaostrzenia naszych czytelniczych apetytów pokazał jej zdjęcie: „Święta Madonno, ile to ma stron?!” – pytali fani w komentarzach. Licząca ponad 500 stron „Pokora” będzie chyba najobszerniejszą z dotychczasowych powieści pisarza. Pisarz w facebookowym poście opisuje, że „Pokora” opowiada o władzy i uległości, a także o cenie, jaką płaci się, walcząc o własną godność. Po raz kolejny Twardoch umiejscawia akcję w przeszłości, jednak z opisu pisarza można wnioskować, że nie będzie miała nic wspólnego z bestsellerami: „Królem” i „Królestwem”.  „Opowiada o wojnie i o następującej po niej rewolucji na ulicach Berlina i Górnego Śląska, o klasowych niepokojach i o erotycznym napięciu w czasach płynnej, rozedrganej rzeczywistości. Akcja „Pokory” dzieje się sto lat temu, zacząłem ją pisać w kwietniu 2019 roku, a jednak wydaje mi się, że jest to powieść właśnie na takie czasy, w jakich przyszło nam żyć” – pisze  Szczepan Twardoch.   „Pokora” ukaże się już 16 września nakładem Wydawnictwa Literackiego. Fani Szczepana Twardocha mogą jednak już od dziś wziąć udział w przedsprzedaży na stronie empik.com.

Czytaj dalej
justynakopinska
Zuza Krajewska/Swiat książki 2

Reporterka Justyna Kopińska bada, jak rodzi się w nas zło

Autorka książki „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” mówi, dlaczego łatwiej rozmawia się jej z oprawcami, mordercami i gwałcicielami niż ich ofiarami
Magdalena Żakowska
24.02.2020

Jej reportaże wstrząsają Polską. To ona opisała sierociniec siostry Bernadetty i zbrodnie ordynator w  szpitalu psychiatrycznym dla dzieci. Niedawno wydała swoją pierwszą powieść „Obłęd”. Swoim tematem numer jeden uczyniła zło. Jak sobie z tym radzi? Magdalena Żakowska: Spotykamy się u ciebie w domu. W salonie tylko kanapa, fotel i stolik, w sypialni tylko łóżko i nocna szafka, kuchnia ascetycznie biała. Ściany białe, ani jednego obrazu. Jesteś minimalistką? Justyna Kopińska: Chyba tak. Mam bardzo mało rzeczy, nie lubię zakupów, nie chodzę po sklepach. Uważam, że to strata czasu. I dużo lepiej mi się pracuje, kiedy nic mnie nie rozprasza. Puste wnętrze byłoby idealne, ale muszę na czymś spać i jeść… Zastanawiałam się ostatnio, kiedy czułam się w życiu najszczęśliwsza i wyszło, że wtedy, kiedy byłam z dala od ludzi, internetu, cywilizacji – wyjechałam na rok do Afryki. Wtedy czułam się najbardziej sobą. Masz telewizor? Tak, ale tylko dlatego, że lubię oglądać filmy. Zwłaszcza stare. Jak bardzo stare? Klasykę. „Łowca jeleni”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Milczenie owiec”. Znam je na pamięć, niektóre oglądałam kilkadziesiąt razy. Zwłaszcza ten ostatni. Czyli chodzi o emocje, nie o relaks. Relaksu szukam gdzie indziej, nie w kinie. Zresztą „Milczenie owiec” kochałam na długo, zanim zostałam reporterką. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Jodie Foster w roli agentki Starling, miałam niewiele ponad 10 lat. Chciałam być taka jak ona, postanowiłam, że też zostanę policjantką śledczą, będę ścigała przestępców i walczyła ze złem. Wszystkie moje dziecięce marzenia koncentrowały się wokół tego. Nigdy nie bawiłam się w księżniczkę i nie marzyłam o ślubie z  księciem. Co zmieniła siostra Bernardetta A...

Czytaj dalej
Serial Król
Łukasz Bąk/Canal+

To oni w latach 30. rządzili Warszawą. Oto prawdziwa historia postaci z książki i serialu „Król”

Gruba Rum-Helka, gangster Tata Tasiemka i doktor Józef Łokietek. To na nich Szczepan Twardoch wzorował swoich bohaterów, pisząc „Króla”. Przenieśmy się na chwilę w czasie i poczujmy klimat Warszawy z lat 30.
Kamila Geodecka
12.11.2020

Było głośno, gwarno i niebezpiecznie. W powietrzu wisiała rewolucja. W knajpach przesiadywali gangsterzy. Na ulicach można było słyszeć przeplatające się dwa języki – polski i jidysz. Polityka mieszała się z mafią, a mafia – z hazardem i prostytucją. Prasa była tak stronnicza, że nawet repertuary kin były przedstawiane w duchu propagandy. Mimo to w każdej z gazet można było przeczytać o Tacie Tasiemce – pierwowzorze Jana „Kuma” Kaplicy – oraz jego prawej ręce, Pantaleonie Karpińskim. Raz na jakiś czas dowiadywali się również o kolejnych przestępstwach doktora Józefa Łokietka, który był inspiracją dla postaci doktora Radziwiłka. Jeśli ktoś nie chciał czytać gazet, mógł posłuchać piosenek Grzesiuka. Śpiewano m.in. o Rum-Helce, osławionej burdelmamie, która być może ma coś wspólnego z Ryfką Kij Twardocha. Król był tylko jeden Chociaż tytułowym królem w książce Szczepana Twardocha jest bokser Szapiro, tak naprawdę w Warszawie z lat 30. rządził Łukasz Siemiątkowski, znany wszystkim jako Tata Tasiemka. Każdy mógł mu coś zawdzięczać, ale każdy mógł też przez niego wszystko stracić – łącznie z życiem. Skąd więc tak infantylny pseudonim dla wpływowego i groźnego gangstera? Przecież nawet sam Szczepan Twardoch w jednym z radiowych wywiadów wspominał, że brutalność „Kuma” Kaplicy nie odbiegała od realnej brutalności Taty Tasiemki. A kto czytał „Króla” lub widział serial, ten wie, że Kaplica lubił wyrafinowane metody ostrzegania tych, którzy nie chcieli mu się poddać. Jeśli te nie działały, bez skrupułów zlecał kolejne morderstwa i rozboje. Podlegali mu absolutnie wszyscy – łącznie z władzą, która z jednej strony się go bała, z drugiej sporo mu zawdzięczała....

Czytaj dalej