Sylwia Chutnik: „Ja jestem nobliwą panią!”
MARZENA BUGALA-AZARKO/POLSKA PRESS/Polska Press /East Newst

Sylwia Chutnik: „Ja jestem nobliwą panią!”

„Zaczynałam od opisu drzewa za oknem” – mówi o pisarskich początkach Sylwia Chutnik. Dziś jest jedną z najbardziej znanych współczesnych polskich pisarek.
Jakub Janiszewski
01.06.2020

Sylwia Chutnik to jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich pisarek, nie tylko dlatego że od lat nosi różową grzywkę. Jej powieści „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Dzidzia”, „W krainie czarów” – feministyczne, osadzone w warszawskim obyczaju i kolorycie mają własny styl i klimat. „Cwaniary”, nazywane babską wersją „Złego” Leopolda Tyrmanda albo warszawską wersją „Kill Billa” przenosi właśnie na scenę Teatru Polonia Agnieszka Glińska. Ale Sylwia Chutnik jest nie tylko pisarką, angażuje się w wiele społecznych kampanii, m.in. na rzecz mniejszości, bierze udział w protestach i manifestacjach kobiet, organizuje warsztaty twórcze.  Przypominamy rozmowę, opublikowaną w „Urodzie Życia” 1/2016.

Jakub Janiszewski: Po Warszawie krążą ploty, że Sylwia Chutnik założyła zespół. Pewnie dlatego, że na twoim profilowym zdjęciu na Facebooku byłaś z gitarą.

Sylwia Chutnik: I to basową! Człowiek wygląda z nią godnie. Może też robić miny, co w przypadku takiej, weźmy, trąbki nie byłoby już możliwe. A wszystko wzięło się z tego, że niedawno wróciłam z czterodniowego obozu rockowego Lucciola Rock Camp dla tak zwanych starszych dziewczynek, czyli pań po późnej dwudziestce, które bardzo chciały zostać gwiazdami rocka, ale jakoś tak się im życie potoczyło, że nigdy wcześniej nie wzięły nawet instrumentu do ręki. Chwilę się wahałam, czy może lepiej zostać wokalistką, poszeptywać do mikrofonu i przymykać oczy, ale uznałam, że czego innego mi w życiu trzeba. Zakwalifikowałam się, pojechałam, spędziłam parę dni, a potem dałyśmy koncert w krakowskiej Kawiarni Naukowej.

No i jak poszło?

Ty mnie nie pytaj, jak mi poszło, ty mnie lepiej pytaj, jak się czułam. Oczywiście świetnie, bo włączyła się moja osobista fundacja „Mam marzenie” – właśnie odfajkowałam kolejny punkt z listy fantastycznych pomysłów, które w dzieciństwie chciałam zrealizować. Muzyka zawsze bardzo mnie interesowała, ale w domu to był rewir ojca, który grał na perkusji. Ja byłam ta od pisania. Dopiero teraz wdarłam się na jego poletko i mogę sobie śnić, że będę się uczyć, będę grać i wreszcie kupię sobie własną gitarę basową.

Znowu robisz performance. To jakby twoja druga zawodowa linia obok pisania.

To się zawsze zaczyna od wygłupów. Tak było podczas tego warsztatu i nauki grania na basie, tak było wiele lat temu w Fundacji „Mama”, gdy ją zakładałyśmy, tak jest, kiedy z dziewczynami trenujemy boks. Tak było, gdy założyłam grupę Radykalne Cheerleaderki i gdy w imię szeroko pojętego feminizmu śmigałam po ulicy w złotym staniku. To jest ta druga odsłona mnie, w której nie chcę być dorosła, chcę się dalej bawić, przynajmniej swoim wizerunkiem. Bo w tej pierwszej odsłonie jestem poważna, odpowiedzialna, poukładana. I to bardzo. Ale lepiej widać tę kolorową, bo jest głośniejsza.

Sylwia Chutnik: Mieszczka nieodkryta

Zabawa zabawą, ale jak się już mieszka na squacie, to chyba bardzo poważnie podchodzi się do sprawy tak zwanej kultury alternatywnej. A ty mieszkałaś.

Mieszkałam przez jakiś czas pod Warszawą, w wynajmowanej przez grupę osób punk-willi. To nie był squat. Wielki dom z dużym ogrodem, w którym żyliśmy tłumnie, na kupie. Ciągle ktoś u nas bywał, nocował, a w dużym pokoju organizowaliśmy koncerty. Coś pośredniego między studenckim mieszkaniem a czymś, co jest jakąś działalnością twórczą. To było dla mnie bardzo ważne, to był mój cały wolny czas, wielka miłość do kultury alternatywnej pochłonęła mnie do tego stopnia, że mam w życiorysie epizod licealnego niezdalucha, który w porę nie naumiał się na sprawdzian z matmy, bo organizował trzydniowy festiwal. Ale korzyści z tego też miałam, bo nauczyłam się przebywać z ludźmi, co dla jedynaczki nie było wcale taką oczywistą sprawą. Uspołeczniłam się i nauczyłam się działać, walczyć o wielkie cele, poważne ideały.

A jak się do tego ma pisanie felietonów do kobiecych miesięczników i obecność w prasie kolorowej? Z alternatywnej działaczki wyrosłaś na mieszczucha.

Bo ja jestem zupełnie nieodkrytą przez prawicowo-konserwatywne środowiska mieszczką, to wszystko prawda. Partner od lat ten sam, dziecko ubrane, obiad ugotowany, a mieszkanie wysprzątane. Nie jestem wczesną Agnieszką Chylińską i nie udaję takowej. A w mediach głównego nurtu znalazłam się, bo najwyraźniej jest wakat na człowieka z różową grzywką. Osobę, którą widzisz, a potem dopiero słyszysz i przeżywasz lekki dysonans, bo właściwie powinna mówić innym językiem, bardziej nieskładnie. Baba-dziwo. Ale zdradzę państwu sekret: po rozwinięciu papierka nie ma większych niespodzianek. Toteż ludzie czasem czują się rozczarowani. Na spotkaniu autorskim po moich godzinnych intelektualnych wywodach jakaś pani stwierdza, że ją zawiodłam. Tłumaczę coś spokojnym głosem, jak pani przedszkolanka, a miałam być zbuntowaną dziewczyną, która krzyknie, huku narobi. Ludzie chcą mieć wachlarz postaci, które ich jakoś zabawią. „Niezależny ekspert”, „Stary dziad – autorytet”, „Młody gniewny” – to są role do obsadzenia.

A tobie przypadła jaka? „Sformatowanej alternatywy” czy jak?

Cały pic polega na tym, że gdyby mnie formatowali, to bym słyszała, że: pani Sylwio, poprosimy lekki, zabawny tekścik na pięć tysięcy znaków. Albo że powinnam napisać coś mniej ostrego, bo to ostatnie to za mocne. A ja nie słyszę takich rzeczy.

I dobrze ci w tej odsłonie „Nobliwa pani pisarka”?

Ale ja jestem nobliwą panią! Ja cię rozgryzłam, panie redaktor, ty mnie tu chcesz przyszpilić, że taka, patrzcie tu, się buntuje, truje, z basem pozuje, a w garsonce wystąpiła! Otóż ja mam mentalną garsonkę, bardzo zwyczajną. Moja oryginalność zasadza się bardziej na poglądach politycznych, które, jak wykazały to wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych, są mocno mniejszościowe. A już naprawdę odmieńcem w dzisiejszej Polsce czyni mnie to, że się nie kłócę, nie lubię przerywać, nie czerpię przyjemności z żadnej medialnej szamotaniny.

Jakby literatura nie była polemiką z rzeczywistością.

Jest, ale na innych warunkach. Ja mogę drążyć, zadawać pytania o to, jak my tu dzisiaj żyjemy, ale nie czerpię przyjemności z podgryzania. Nie mam pazura polemicznego. Mogę zaprezentować swoje zdanie i posłuchać zdania kogoś innego, ale na akcję w parterze nie pójdę, bo mnie to zwyczajnie nie interesuje. Kiedy czytam polemiki z moimi felietonami, to nie przychodzi mi do głowy, żeby na nie odpowiadać. Ja bym chciała mieć święty spokój.

Żeby niczym literacki stachanowiec trzaskać co roku książkę za książką.

Tak jest. Dużo pracuję. To, że mam taką a nie inną pozycję literacką, to, że w tych czasach, w tym kraju mogę żyć z pisania – ja tego oddawać nie zamierzam. Takich jak ja znajdzie się za chwilę parę nowych, przyjdzie ktoś następny, tym razem z zieloną grzywką. Nie dam się zepchnąć ze sceny, jak dostaję zlecenie na tekst, to biorę.

Bez obaw, że się zacznę powtarzać? Jak się tak pisze tekst za tekstem i co roku książkę albo i dwie, to można w tę pułapkę wpaść.

Ale ja się nie powtarzam. Dobrze piszę. Mogę pisać książkę rocznie, bo jestem pisarką zawodową. Zawodowy sportowiec musi trenować codziennie, ja codziennie piszę. Choćby po to, żeby być w formie. Poza tym literatura to jest moja domena, współprowadzę program literacki w TVP Kultura, redaguję rubrykę kulturalną. Piszę i czytam, robię w literach, z tego żyję.

„Cwaniary" mogły się zemścić

Zastanawiam się jednak, co się właściwie dzieje, kiedy tak się zdefiniuje swój zawód. Czym się wtedy staje ta literatura?

Wiem, że ludzie nienawidzą swojej pracy, ale to nie jest mój przypadek. Ja moją pracę lubię. Poza tym cały czas próbuję ci przemycić tezę, że to wszystko, co robię, nie jest rzeczą zastaną. To, że jestem dzisiaj jakaś, to nie znaczy od razu, że za 25 lat w Piwnicy pod Baranami odbędzie się mój benefis celebrujący ćwierćwiecze pisania do gazet. To jednak na pstrym koniu jeździ, te moje fascynacje.

Odnoszę raczej odwrotne wrażenie. Przed chwilą opowiadałaś, jak to konsekwentnie budujesz swoją pozycję.

Naiwaniam, bo nie chcę dać się wysadzić z siodła. To taka robota, że dziś jesteś, a kto wie, co będzie na tapecie jutro.

A można by spojrzeć na to tak: Sylwia Chutnik, mocno wspierana przez środowisko feministek, blisko kręgów akademii i literackiej warszawki, ma swoją wierną armię, która nie da jej zginąć.

No, siostrzeństwo jest, ale jedną z najgłupszych recenzji mojej książki, jakie przeczytałam w polskiej prasie, wydrukowało jednak feministyczne pismo „Zadra”. Że źle piszę, że wielowątkowo, że tak i owak. Nie mam poczucia, że funkcjonuję na szczególnych zasadach i jestem głaskana po głowie.

Ale książki krytycznej wobec własnego środowiska byś nie napisała.

Nie napisałabym, bo mnie to nie pociąga jako temat. Kiedyś usłyszałam, że co ja tak w koło o tych starych kamienicach, starych babach i bezrobotnych, a przecież mogłabym coś o jakiejś pani z apartamentowca na przykład. Może i bym mogła, ale jakoś nie czuję w tym wyzwania. W ogóle takie mówienie, czy bym coś napisała, czy nie, nie wydaje mi się zbyt trafione.

Chodzi mi raczej o to, żeby zrozumieć, co cię literacko uruchamia.

Przykro mi mówić, ale wychodzi na to, że moja inspiracja zawiera się w jakimś współodczuwaniu i wzruszeniu. Nie chodzi mi o pozycję klasy średniej, która z przerażeniem patrzy na człowieka bez rąk i nóg, w szmatach i zasikanego, chodzi mi o rodzaj współodczuwania czyjegoś cierpienia. Co nie znaczy, że ta empatia nie prowadzi do paradoksalnych wniosków, że nie sprawia, że się własnego bohatera chwilami nie lubi, nie rozumie i ma się ochotę nim potrząsnąć, żeby się ogarnął. Tak miałam, pisząc „Jolantę”.

To cię pchało do napisania historii tej kobiety?

To był dla mnie rewers „Cwaniar”. W tamtej książce portretowałam dziewczyny, którym, najoględniej mówiąc, źle się w życiu wiodło, a ode mnie dostały specyficzny prezent, który rzadko się nam przytrafia – możliwość zemsty. Chciałam zobaczyć, co się stanie, gdy ktoś, kto czuje się zmiażdżony, będzie miał możliwość odparowania ciosu. „Cwaniary” brały sprawy we własne ręce, Jolanta ani nie wie, że ma sprawy, ani gdzie są jej własne ręce. Sama nie wie, co się dzieje. To było dla mnie wyzwanie, bo ona była przez to nieoczywista, niedookreślona, tkwiła w stuporze. Sądzę, że wszyscy takimi Jolantami czasem bywamy.

Patrząc na twoje literackie tematy, można odnieść wrażenie, że stoi się przed biblioteczką akademicką z dziedziny nauk społecznych: wykluczenie kobiet, spychanie mniejszościowych wersji historii na margines, obwinianie ofiar, wtórna wiktymizacja. Zupełnie jakbyś te tematy ilustrowała, a nie próbowała odkryć coś nowego.

Spokojnie, panie redaktorze, jeszcze będzie pan zadowolony. Ja się do tego zbliżam, ale to przecież jest work in progress. Nigdy też nie ukrywałam, że studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Warszawskim i antropologia codzienności, którą odkryłam za sprawą prof. Rocha Sulimy, to było coś, co ustawiło moje myślenie o świecie. Moim tropem są przygody człowieka zwyczajnego, ja opisuję Polskę z perspektywy kawalerki z meblościanką. Wielkie narracje, gdzie naród, historia i ojczyzna piszą się z dużej litery, w ogóle mnie nie interesują.

Zagadka Sylwii Chutnik

Jak to się w ogóle stało, że zaczęłaś pisać? Dlaczego?

Zaczynałam od prób opisu drzewa za oknem, tak jak próbują robić dzieci, potem mi to przeszło w ekspresję własnego buntu, a w którymś momencie już bardzo chciałam napisać książkę…

To mnie nie interesuje. Ja chcę zrozumieć, dlaczego literatura, co w niej jest dla ciebie takiego ważnego?

A ty myślisz, że ja ci się tutaj z nagła tak otworzę? To jakby zapytać: dlaczego lubisz kolor różowy? Mogę odpowiedzieć z przypisami: subwersywny róż, kampowe granie stereotypem lalki Barbie i Cheerleaderek. Róż, który dla feministek był synonimem opresji, ja teraz przekształcam w coś swojego, no cholera!

Oczywiście możesz tak odpowiedzieć, ale to jest zwykłe zbywanie. Pytanie o to, dlaczego ktoś wybiera literaturę, nie jest głupie i można na nie odpowiedzieć, jeśli tylko się chce.

Najwyraźniej nie chcę. To zbyt osobiste, nie będę o sobie mówiła do jakiegoś pisma kolorowego. Gdyby to nie było pismo kolorowe, też bym miała opory. Ze wszystkich form autoekspresji, jakie znałam, pisanie wychodziło mi najlepiej, było naturalną drogą. To odpowiedź A. Odpowiedź B: wydawało mi się, że w ten sposób można światu różne rzeczy powiedzieć. Odpowiedź C: bo to jest zawód, który pozwala mi mało z ludźmi rozmawiać. To zawód dla osób introwertycznych. Siedzisz w domu, po kryjomu, w kapciach. Nie uczestniczysz w grze zespołowej, nie dochodzi do zderzenia rozmaitych osobowości, jak to na przykład jest w teatrze, możesz sobie po prostu być.

Brzmi to tak, jakbyś zabudowała się tym kolorowym i barwnym wizerunkiem, tak, żeby cię nikt nie znalazł.

No tak, pojawiają się takie analizy kontrkulturowców. Zwykle wynika z nich, że ci, którzy mają po 40 kolczyków, tak naprawdę mają dobre serce.

Wszystko musisz skontrować przypisem?

Powiedzmy, że lubię takie strategie. Po prostu nie chciałabym, żeby ta rozmowa kończyła się pozornym rozwikłaniem zagadki Sylwii Chutnik. Że teraz, proszę państwa, już wiemy, jaka ona naprawdę jest. W takich rozmowach można opisać mój wizerunek, moją twórczość, ale nie mnie. To się nigdy nie stanie.

***

Rozmowa z Sylwią Chutnik ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej
Aleksandra Konieczna
fot. Olga Majrowska – sesja z „Vivy!”

Aleksandra Konieczna: „Gdybym się odmłodniła, to bym straciła robotę!”

Zaczęła karierę po pięćdziesiątce, od tego czasu zdobyła trzy Orły, a film z jej udziałem został nominowany do Oscara. Chciałoby się więcej takich jak ona!
Magdalena Żakowska
19.05.2020

Aleksandrę Konieczną zatrzymała dopiero pandemia koronawirusa. Odkąd otrzymała Orła za rolę w „Ostatniej rodzinie”, nie schodziła z planu filmowego. Zagrała w autobiograficznym filmie Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem” żonę Andrzeja Kondratiuka, Igę Cembrzyńską, a także wystąpiła u Jana Komasy w „Bożym Ciele”. Wkrótce zobaczymy ją w serialach „Król”, na podstawie powieści Szczepana Twardocha, i „Osiecka”, biograficznej opowieści o jednej z naszych największych poetek. I właśnie napisała „Anyżowe dropsy”, pierwszą książkę! Magdalena Żakowska: Książkę zaczyna pani tak: „7 marca 2019 roku zaczynam pisać. Nie martwię się o nic. Zaś 7 marca 2020 roku kończę. Zapis roku. Kobiety, którą jestem”. A przy okazji zapis roku, świata, który się w jakimś sensie wraz z epidemią skończył.   Aleksandra Konieczna:  Na pewno po tej epidemii nie będzie już taki sam. Wczoraj wieczorem wprowadzałam jeszcze ostatnie zmiany i czytając, myślałam sobie: tu się ściskałam, tu się przytulałam, tu się całuję, tu przyjęcie na sto osób, tu festiwal, a dziś… Czyli zapis ostatniego beztroskiego roku w historii ludzkości? Pracowałam nad tą książką bardzo intensywnie, szczególnie przez ostatnie dwa miesiące. Odizolowałam się od świata, bo do pisania potrzebuję ciszy i spokoju, i liczyłam na to, że jak już skończę pisać, to wyjdę wreszcie na powierzchnię, wrócę do świata. Tymczasem świat się zamknął. Czuje pani lęk przed tym, co nas czeka? Oczywiście. Myślę, że wszystkim nam będzie teraz ciężko. Aktorzy, politycy, sportowcy i zwykli ludzie – wszyscy są zagrożeni, bo to bardzo „demokratyczny” wirus. Boję się o bliskich, o rodziców, którzy mieszkają na drugim...

Czytaj dalej
Mariusz Szczygieł
Adam Lach/FORUM

Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”

Pisarz przekonuje, że jest słodziakiem z wyboru.
Jakub Janiszewski
04.01.2019

Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem jestem z wyboru – mówi Mariusz Szczygieł w rozmowie z Jakubem Janiszewskim   Na twojej stronie internetowej jest taki wpis: „W związku z tym, że w ostatnim miesiącu dostaję dziesiątki maili z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy w dziennikarstwie albo chociaż umieszczenie tekstu w jakimś tytule, odpowiadam, że nawet jako Dziennikarz Roku nie mam takich możliwości”. Wyobrażałeś sobie kiedyś siebie na miejscu tych młodych ludzi, którzy do ciebie piszą? Zawsze, kiedy dostaję takiego maila. To są kiepskie czasy dla dziennikarstwa. Etatów nie ma, pracy nie ma. Chcesz pisać rzeczy wartościowe, to nie spłacisz kredytu, nie utrzymasz rodziny. Są przyparci do muru. Ale po nagrodzie Woyciechowskiego i tytule Dziennikarza Roku zacząłem dostawać masę listów. Mogłem już tylko przeklejać te same odpowiedzi albo zrobić to hurtem. Wyraźnie powiedzieć, że nie mogę i nie chcę pośredniczyć. Mogę poradzić – i zrobiłem to – jak tej pracy lepiej szukać.   Bo ty w ogóle lubisz radzić. Mnie parę lat temu powiedziałeś, że jeśli chcę coś osiągnąć, to mam zawsze planować pięć lat do przodu. Potem nigdy nie miałem okazji cię zapytać, jak tobie to planowanie wychodziło i czy rzeczywiście działało. Długi czas myślałem, że zrobiłem w życiu mnóstwo błędów, a największym z nich było prowadzenie „Na każdy temat” w Polsacie. Nie mogę patrzeć na tego faceta. Czasem, jak mi przysyłają jakieś kawałki, które krążą po sieci, to mnie mdli. Czuję się, jakbym oglądał siebie sfotografowanego nago, przez SB, w jakiejś dwuznacznej sytuacji.   To dlaczego w ogóle w to...

Czytaj dalej