Sylwia Chutnik: „Ja jestem nobliwą panią!”
MARZENA BUGALA-AZARKO/POLSKA PRESS/Polska Press /East Newst

Sylwia Chutnik: „Ja jestem nobliwą panią!”

„Zaczynałam od opisu drzewa za oknem” – mówi o pisarskich początkach Sylwia Chutnik. Dziś jest jedną z najbardziej znanych współczesnych polskich pisarek.
Jakub Janiszewski
01.06.2020

Sylwia Chutnik to jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich pisarek, nie tylko dlatego że od lat nosi różową grzywkę. Jej powieści „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Dzidzia”, „W krainie czarów” – feministyczne, osadzone w warszawskim obyczaju i kolorycie mają własny styl i klimat. „Cwaniary”, nazywane babską wersją „Złego” Leopolda Tyrmanda albo warszawską wersją „Kill Billa” przenosi właśnie na scenę Teatru Polonia Agnieszka Glińska. Ale Sylwia Chutnik jest nie tylko pisarką, angażuje się w wiele społecznych kampanii, m.in. na rzecz mniejszości, bierze udział w protestach i manifestacjach kobiet, organizuje warsztaty twórcze.  Przypominamy rozmowę, opublikowaną w „Urodzie Życia” 1/2016.

Jakub Janiszewski: Po Warszawie krążą ploty, że Sylwia Chutnik założyła zespół. Pewnie dlatego, że na twoim profilowym zdjęciu na Facebooku byłaś z gitarą.

Sylwia Chutnik: I to basową! Człowiek wygląda z nią godnie. Może też robić miny, co w przypadku takiej, weźmy, trąbki nie byłoby już możliwe. A wszystko wzięło się z tego, że niedawno wróciłam z czterodniowego obozu rockowego Lucciola Rock Camp dla tak zwanych starszych dziewczynek, czyli pań po późnej dwudziestce, które bardzo chciały zostać gwiazdami rocka, ale jakoś tak się im życie potoczyło, że nigdy wcześniej nie wzięły nawet instrumentu do ręki. Chwilę się wahałam, czy może lepiej zostać wokalistką, poszeptywać do mikrofonu i przymykać oczy, ale uznałam, że czego innego mi w życiu trzeba. Zakwalifikowałam się, pojechałam, spędziłam parę dni, a potem dałyśmy koncert w krakowskiej Kawiarni Naukowej.

No i jak poszło?

Ty mnie nie pytaj, jak mi poszło, ty mnie lepiej pytaj, jak się czułam. Oczywiście świetnie, bo włączyła się moja osobista fundacja „Mam marzenie” – właśnie odfajkowałam kolejny punkt z listy fantastycznych pomysłów, które w dzieciństwie chciałam zrealizować. Muzyka zawsze bardzo mnie interesowała, ale w domu to był rewir ojca, który grał na perkusji. Ja byłam ta od pisania. Dopiero teraz wdarłam się na jego poletko i mogę sobie śnić, że będę się uczyć, będę grać i wreszcie kupię sobie własną gitarę basową.

Znowu robisz performance. To jakby twoja druga zawodowa linia obok pisania.

To się zawsze zaczyna od wygłupów. Tak było podczas tego warsztatu i nauki grania na basie, tak było wiele lat temu w Fundacji „Mama”, gdy ją zakładałyśmy, tak jest, kiedy z dziewczynami trenujemy boks. Tak było, gdy założyłam grupę Radykalne Cheerleaderki i gdy w imię szeroko pojętego feminizmu śmigałam po ulicy w złotym staniku. To jest ta druga odsłona mnie, w której nie chcę być dorosła, chcę się dalej bawić, przynajmniej swoim wizerunkiem. Bo w tej pierwszej odsłonie jestem poważna, odpowiedzialna, poukładana. I to bardzo. Ale lepiej widać tę kolorową, bo jest głośniejsza.

Sylwia Chutnik: Mieszczka nieodkryta

Zabawa zabawą, ale jak się już mieszka na squacie, to chyba bardzo poważnie podchodzi się do sprawy tak zwanej kultury alternatywnej. A ty mieszkałaś.

Mieszkałam przez jakiś czas pod Warszawą, w wynajmowanej przez grupę osób punk-willi. To nie był squat. Wielki dom z dużym ogrodem, w którym żyliśmy tłumnie, na kupie. Ciągle ktoś u nas bywał, nocował, a w dużym pokoju organizowaliśmy koncerty. Coś pośredniego między studenckim mieszkaniem a czymś, co jest jakąś działalnością twórczą. To było dla mnie bardzo ważne, to był mój cały wolny czas, wielka miłość do kultury alternatywnej pochłonęła mnie do tego stopnia, że mam w życiorysie epizod licealnego niezdalucha, który w porę nie naumiał się na sprawdzian z matmy, bo organizował trzydniowy festiwal. Ale korzyści z tego też miałam, bo nauczyłam się przebywać z ludźmi, co dla jedynaczki nie było wcale taką oczywistą sprawą. Uspołeczniłam się i nauczyłam się działać, walczyć o wielkie cele, poważne ideały.

A jak się do tego ma pisanie felietonów do kobiecych miesięczników i obecność w prasie kolorowej? Z alternatywnej działaczki wyrosłaś na mieszczucha.

Bo ja jestem zupełnie nieodkrytą przez prawicowo-konserwatywne środowiska mieszczką, to wszystko prawda. Partner od lat ten sam, dziecko ubrane, obiad ugotowany, a mieszkanie wysprzątane. Nie jestem wczesną Agnieszką Chylińską i nie udaję takowej. A w mediach głównego nurtu znalazłam się, bo najwyraźniej jest wakat na człowieka z różową grzywką. Osobę, którą widzisz, a potem dopiero słyszysz i przeżywasz lekki dysonans, bo właściwie powinna mówić innym językiem, bardziej nieskładnie. Baba-dziwo. Ale zdradzę państwu sekret: po rozwinięciu papierka nie ma większych niespodzianek. Toteż ludzie czasem czują się rozczarowani. Na spotkaniu autorskim po moich godzinnych intelektualnych wywodach jakaś pani stwierdza, że ją zawiodłam. Tłumaczę coś spokojnym głosem, jak pani przedszkolanka, a miałam być zbuntowaną dziewczyną, która krzyknie, huku narobi. Ludzie chcą mieć wachlarz postaci, które ich jakoś zabawią. „Niezależny ekspert”, „Stary dziad – autorytet”, „Młody gniewny” – to są role do obsadzenia.

A tobie przypadła jaka? „Sformatowanej alternatywy” czy jak?

Cały pic polega na tym, że gdyby mnie formatowali, to bym słyszała, że: pani Sylwio, poprosimy lekki, zabawny tekścik na pięć tysięcy znaków. Albo że powinnam napisać coś mniej ostrego, bo to ostatnie to za mocne. A ja nie słyszę takich rzeczy.

I dobrze ci w tej odsłonie „Nobliwa pani pisarka”?

Ale ja jestem nobliwą panią! Ja cię rozgryzłam, panie redaktor, ty mnie tu chcesz przyszpilić, że taka, patrzcie tu, się buntuje, truje, z basem pozuje, a w garsonce wystąpiła! Otóż ja mam mentalną garsonkę, bardzo zwyczajną. Moja oryginalność zasadza się bardziej na poglądach politycznych, które, jak wykazały to wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych, są mocno mniejszościowe. A już naprawdę odmieńcem w dzisiejszej Polsce czyni mnie to, że się nie kłócę, nie lubię przerywać, nie czerpię przyjemności z żadnej medialnej szamotaniny.

Jakby literatura nie była polemiką z rzeczywistością.

Jest, ale na innych warunkach. Ja mogę drążyć, zadawać pytania o to, jak my tu dzisiaj żyjemy, ale nie czerpię przyjemności z podgryzania. Nie mam pazura polemicznego. Mogę zaprezentować swoje zdanie i posłuchać zdania kogoś innego, ale na akcję w parterze nie pójdę, bo mnie to zwyczajnie nie interesuje. Kiedy czytam polemiki z moimi felietonami, to nie przychodzi mi do głowy, żeby na nie odpowiadać. Ja bym chciała mieć święty spokój.

Żeby niczym literacki stachanowiec trzaskać co roku książkę za książką.

Tak jest. Dużo pracuję. To, że mam taką a nie inną pozycję literacką, to, że w tych czasach, w tym kraju mogę żyć z pisania – ja tego oddawać nie zamierzam. Takich jak ja znajdzie się za chwilę parę nowych, przyjdzie ktoś następny, tym razem z zieloną grzywką. Nie dam się zepchnąć ze sceny, jak dostaję zlecenie na tekst, to biorę.

Bez obaw, że się zacznę powtarzać? Jak się tak pisze tekst za tekstem i co roku książkę albo i dwie, to można w tę pułapkę wpaść.

Ale ja się nie powtarzam. Dobrze piszę. Mogę pisać książkę rocznie, bo jestem pisarką zawodową. Zawodowy sportowiec musi trenować codziennie, ja codziennie piszę. Choćby po to, żeby być w formie. Poza tym literatura to jest moja domena, współprowadzę program literacki w TVP Kultura, redaguję rubrykę kulturalną. Piszę i czytam, robię w literach, z tego żyję.

„Cwaniary" mogły się zemścić

Zastanawiam się jednak, co się właściwie dzieje, kiedy tak się zdefiniuje swój zawód. Czym się wtedy staje ta literatura?

Wiem, że ludzie nienawidzą swojej pracy, ale to nie jest mój przypadek. Ja moją pracę lubię. Poza tym cały czas próbuję ci przemycić tezę, że to wszystko, co robię, nie jest rzeczą zastaną. To, że jestem dzisiaj jakaś, to nie znaczy od razu, że za 25 lat w Piwnicy pod Baranami odbędzie się mój benefis celebrujący ćwierćwiecze pisania do gazet. To jednak na pstrym koniu jeździ, te moje fascynacje.

Odnoszę raczej odwrotne wrażenie. Przed chwilą opowiadałaś, jak to konsekwentnie budujesz swoją pozycję.

Naiwaniam, bo nie chcę dać się wysadzić z siodła. To taka robota, że dziś jesteś, a kto wie, co będzie na tapecie jutro.

A można by spojrzeć na to tak: Sylwia Chutnik, mocno wspierana przez środowisko feministek, blisko kręgów akademii i literackiej warszawki, ma swoją wierną armię, która nie da jej zginąć.

No, siostrzeństwo jest, ale jedną z najgłupszych recenzji mojej książki, jakie przeczytałam w polskiej prasie, wydrukowało jednak feministyczne pismo „Zadra”. Że źle piszę, że wielowątkowo, że tak i owak. Nie mam poczucia, że funkcjonuję na szczególnych zasadach i jestem głaskana po głowie.

Ale książki krytycznej wobec własnego środowiska byś nie napisała.

Nie napisałabym, bo mnie to nie pociąga jako temat. Kiedyś usłyszałam, że co ja tak w koło o tych starych kamienicach, starych babach i bezrobotnych, a przecież mogłabym coś o jakiejś pani z apartamentowca na przykład. Może i bym mogła, ale jakoś nie czuję w tym wyzwania. W ogóle takie mówienie, czy bym coś napisała, czy nie, nie wydaje mi się zbyt trafione.

Chodzi mi raczej o to, żeby zrozumieć, co cię literacko uruchamia.

Przykro mi mówić, ale wychodzi na to, że moja inspiracja zawiera się w jakimś współodczuwaniu i wzruszeniu. Nie chodzi mi o pozycję klasy średniej, która z przerażeniem patrzy na człowieka bez rąk i nóg, w szmatach i zasikanego, chodzi mi o rodzaj współodczuwania czyjegoś cierpienia. Co nie znaczy, że ta empatia nie prowadzi do paradoksalnych wniosków, że nie sprawia, że się własnego bohatera chwilami nie lubi, nie rozumie i ma się ochotę nim potrząsnąć, żeby się ogarnął. Tak miałam, pisząc „Jolantę”.

To cię pchało do napisania historii tej kobiety?

To był dla mnie rewers „Cwaniar”. W tamtej książce portretowałam dziewczyny, którym, najoględniej mówiąc, źle się w życiu wiodło, a ode mnie dostały specyficzny prezent, który rzadko się nam przytrafia – możliwość zemsty. Chciałam zobaczyć, co się stanie, gdy ktoś, kto czuje się zmiażdżony, będzie miał możliwość odparowania ciosu. „Cwaniary” brały sprawy we własne ręce, Jolanta ani nie wie, że ma sprawy, ani gdzie są jej własne ręce. Sama nie wie, co się dzieje. To było dla mnie wyzwanie, bo ona była przez to nieoczywista, niedookreślona, tkwiła w stuporze. Sądzę, że wszyscy takimi Jolantami czasem bywamy.

Patrząc na twoje literackie tematy, można odnieść wrażenie, że stoi się przed biblioteczką akademicką z dziedziny nauk społecznych: wykluczenie kobiet, spychanie mniejszościowych wersji historii na margines, obwinianie ofiar, wtórna wiktymizacja. Zupełnie jakbyś te tematy ilustrowała, a nie próbowała odkryć coś nowego.

Spokojnie, panie redaktorze, jeszcze będzie pan zadowolony. Ja się do tego zbliżam, ale to przecież jest work in progress. Nigdy też nie ukrywałam, że studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Warszawskim i antropologia codzienności, którą odkryłam za sprawą prof. Rocha Sulimy, to było coś, co ustawiło moje myślenie o świecie. Moim tropem są przygody człowieka zwyczajnego, ja opisuję Polskę z perspektywy kawalerki z meblościanką. Wielkie narracje, gdzie naród, historia i ojczyzna piszą się z dużej litery, w ogóle mnie nie interesują.

Zagadka Sylwii Chutnik

Jak to się w ogóle stało, że zaczęłaś pisać? Dlaczego?

Zaczynałam od prób opisu drzewa za oknem, tak jak próbują robić dzieci, potem mi to przeszło w ekspresję własnego buntu, a w którymś momencie już bardzo chciałam napisać książkę…

To mnie nie interesuje. Ja chcę zrozumieć, dlaczego literatura, co w niej jest dla ciebie takiego ważnego?

A ty myślisz, że ja ci się tutaj z nagła tak otworzę? To jakby zapytać: dlaczego lubisz kolor różowy? Mogę odpowiedzieć z przypisami: subwersywny róż, kampowe granie stereotypem lalki Barbie i Cheerleaderek. Róż, który dla feministek był synonimem opresji, ja teraz przekształcam w coś swojego, no cholera!

Oczywiście możesz tak odpowiedzieć, ale to jest zwykłe zbywanie. Pytanie o to, dlaczego ktoś wybiera literaturę, nie jest głupie i można na nie odpowiedzieć, jeśli tylko się chce.

Najwyraźniej nie chcę. To zbyt osobiste, nie będę o sobie mówiła do jakiegoś pisma kolorowego. Gdyby to nie było pismo kolorowe, też bym miała opory. Ze wszystkich form autoekspresji, jakie znałam, pisanie wychodziło mi najlepiej, było naturalną drogą. To odpowiedź A. Odpowiedź B: wydawało mi się, że w ten sposób można światu różne rzeczy powiedzieć. Odpowiedź C: bo to jest zawód, który pozwala mi mało z ludźmi rozmawiać. To zawód dla osób introwertycznych. Siedzisz w domu, po kryjomu, w kapciach. Nie uczestniczysz w grze zespołowej, nie dochodzi do zderzenia rozmaitych osobowości, jak to na przykład jest w teatrze, możesz sobie po prostu być.

Brzmi to tak, jakbyś zabudowała się tym kolorowym i barwnym wizerunkiem, tak, żeby cię nikt nie znalazł.

No tak, pojawiają się takie analizy kontrkulturowców. Zwykle wynika z nich, że ci, którzy mają po 40 kolczyków, tak naprawdę mają dobre serce.

Wszystko musisz skontrować przypisem?

Powiedzmy, że lubię takie strategie. Po prostu nie chciałabym, żeby ta rozmowa kończyła się pozornym rozwikłaniem zagadki Sylwii Chutnik. Że teraz, proszę państwa, już wiemy, jaka ona naprawdę jest. W takich rozmowach można opisać mój wizerunek, moją twórczość, ale nie mnie. To się nigdy nie stanie.

***

Rozmowa z Sylwią Chutnik ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda - jak się zostaje królową kryminału?

Kryminał to ulubiony gatunek Polek, a ona jest jego mistrzynią. Podium zdobyła w ekspresowym tempie, ale historia jej zwycięstwa, jak to często bywa, jest słodko-gorzka.
Aleksandra Szajewska
29.05.2020

Wysoka, posągowa blondynka. Nie wygląda jak pisarka. Wygląda jak gwiazda. I choć jej gwiazda rozbłysła nagle, nie spadła z nieba. Katarzyna Bonda urodziła się w Białymstoku, ale wychowała w Hajnówce . Jej rodzina ma białoruskie korzenie. Skończyła Dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i scenopisarstwo w Łódzkiej Filmówce , uczestniczyła w wielu kursach kreatywnego pisania w Polsce i za granicą. Przez kilkanaście lat była związana z prasą. Pracowała dla wielu tytułów i jak każdy początkujący dziennikarz zaczynała od pisania o wszystkim. Pewnego dnia w zastępstwie za kolegę z redakcji „Expressu Wieczornego”, trafiła do sądu na swoją pierwszą rozprawę. Jej skrupulatność, dociekliwość i pogłębione podejście psychologicznie do spraw sprawiło, że wsiąkła w tematykę kryminalną, a dziennikarstwo śledcze stało się jej domeną. Poznała prokuratorów, policjantów, sekretarki sądowe i przestępców. Jednak najważniejsze spotkanie w jej życiu zawodowy miało się dopiero odbyć.  Sprawa Niny Frank  Zawsze chciała pisać książki, ale jak sama mówi, do pisania trzeba dojrzeć, trzeba mieć coś do przekazania, przeżyć coś. Ją życie doświadczyło wyjątkowo boleśnie. Jej tata zachorował na raka i zmarł. 11 dni po jego śmierci Katarzyna Bonda potrąciła na pasach pieszego. Ze skutkiem śmiertelnym. Pisarka dostała wyrok w zawieszeniu, ale po tym wydarzeniu już nic nie było w jej życiu takie samo. Potrzebowała pomocy psychologicznej, przez rok chodziła na terapię. W tym czasie napisała „Sprawę Niny Frank”, pierwszą część serii „Hubert Meyer – psycholog śledczy”. To właśnie spotkanie z pierwowzorem Meyera, szefem sekcji psychologów z Komendy Głównej w Katowicach, Bogdanem Lachem , miało największy wpływ na jej pisarstwo. Zawód profilera –...

Czytaj dalej
East News

Margaret Atwood: czarownica na miarę XXI wieku

Margaret Atwood to dzisiaj jedna z najpoczytniejszych pisarek na świecie. Jej najsłynniejsza powieść „Opowieść podręcznej” znana jest milionom czytelników, a serial zrealizowany na jej podstawie to współczesny antyrządkowy manifest, pod którym podpisują się tysiące kobiet.
Sylwia Arlak
04.06.2020

Kiedy Margaret Atwood miała sześć lat, w drodze ze szkoły do domu ułożyła w myślach swój pierwszy wiersz. Gdy tylko znalazła się w swoim pokoju, zapisała go – i jak sama opowiadała w wielu wywiadach, to właśnie ten moment stał się początkiem długiej i pięknej przygody z literaturą. Mówią o niej, że jest feministką, ale ona sama podkreśla, że współcześnie źle interpretujemy to pojęcie. Podziwiają, że przewiduje przyszłość, ale ona tłumaczy, że jedynie uczy się na błędach przeszłości. Jedno jest pewne — warto słuchać Margaret Atwood, bo możemy się od niej wiele nauczyć o świecie i o sobie samych. Margaret Atwood: wnuczka czarownicy Po koniec XVII wieku niejaka Mary Webster z miasteczka Hadley w okolicy Salem, została przez sąsiadów posądzana o czary. Rozpoczął się proces, ale sąd nie znalazł żadnych dowodów na „winę” kobiety, więc ją uniewinnił. Sąsiedzi jedna nie pogodzili się z wyrokiem i sami próbowali powiesić kobietę. Cudem ocalała: wisiała całą noc, a kiedy sąsiedzy rano przyszli odciąć ją ze sznura, okazało się, że ciągle oddycha. Cieszyła się jeszcze dobrym zdrowiem przez kilkanaście lat, do końca życia nazywano ją Wpół-Powieszoną Mary.  Kiedy Margaret Atwood miała ponad 20 lat, dowiedziała się, że Wpół-Powieszona Mary była jej przodkinią. Przez kolejne lata niosła to dziedzictwo z dumą. To właśnie Mary kanadyjska pisarka zadedykowała „Opowieść podręcznej”. Sama Margaret Atwood może przypominać swoją pra, pra, prababkę. Burza siwych loków, ironiczny uśmiech – i takież riposty, przenikliwość obserwacji, wreszcie – książki, o których czytelnicy mówią: prorocze – to wszystko pozwala ujrzeć w autorce „Opowieści podręcznej”  współczesną czarownicę...

Czytaj dalej
27 śmierci Toby'ego Obeda, Joanna Gierak-Onoszko
mat. prasowe

Były torturowane, głodzone, molestowane. Kanada przeprasza skrzywdzone dzieci – rozmowa z autorką „27 śmierci Toby’ego Obeda”

Joanna Gierak-Onoszko w nominowanej do Nike książce „27 śmierci Toby’ego Obeda” opisała, jak państwo kanadyjskie przy udziale Kościoła prowadziło akcję wynarodowienia dzieci Indian i Inuitów.
Dominika Buczak
24.08.2020

Kanada to kraj jak z pocztówki: otwarty, tolerancyjny, kolorowy. W rządzie proporcjonalne przedstawicielstwa płci i mniejszości. Ale na barwnych obrazkach z Kanady brakuje jednego: jej rdzennych mieszkańców. Dlaczego? Okazuje się, że ci, którzy witali białych Europejczyków, zostali potem przez nich zepchnięci na margines społeczeństwa. Ich dzieci trafiały do szkół z internatem, siłą odbierane rodzinom. Gdy wracały po kilkunastu latach, cierpienie, którego doświadczyły, nie pozwalało im dalej żyć.  Joanna Gierak-Onoszko w Toronto spędziła dwa lata. W książce „27 śmierci Toby’ego Obeda” odkrywa mroczne tajemnice Kanady. Opisuje też, w jaki sposób kraj sobie radzi z trudną historią. Dominika Buczak: Czy jadąc do Kanady, miałaś pojęcie o trudnych relacjach między jej mieszkańcami? Czy raczej jechałaś do kraju rządzonego przez Justina Trudeau, otwartego i niedyskryminującego nikogo? Joanna Gierak-Onoszko: Znałam, oczywiście, treści, które powiela polska prasa rozkochana w premierze Trudeau. Na miejscu zajęłam się urządzaniem mieszkania w Toronto, adaptowaniem dzieci do nowych warunków, języka, szkoły, przedszkola, systemu. Nie szukałam trudnych tematów. Chciałam doświadczyć Kanady z obrazka, zacząć nowe życie w Nowym Świecie, bez obciążeń i balastu. Oczywiście tak się nie da.  Jeszcze przed wyjazdem mój wujek wspomniał o tym, że dzieci rdzennych mieszkańców były w Kanadzie odbierane rodzicom i zamykane w szkołach z internatem, ale schowałam tę opowieść na samo dno bagażu. Wróciła do mnie po roku, kiedy przez Kanadę przetaczała się narodowa debata o winie i pojednaniu.  Czy pojednanie jest tematem numer jeden w Kanadzie? Mówi się o nim wszędzie – w mediach lokalnych, mediach głównego nurtu, a także w mediach,...

Czytaj dalej
Magdalena Parys, Książę
Anna Powałowska-Górska

Achtung, mamy lata 20.! – Magdalena Parys w „Księciu” ostrzega przed powrotem historii

„Książę” Magdaleny Parys to książka-ostrzeżenie. Pisarka, która będzie gościć w Polsce na Big Book Festivalu, obnaża mechanizmy mediów i wielkiej polityki.
Sylwia Niemczyk
27.08.2020

Magdalena Parys mieszka w Niemczech, a jej bestsellerowe książki: „Tunel”, „Magik” czy „Biała Rika” dotyczą tematyki niemieckiej lub stosunków polsko-niemieckich. I powinny być dla nas wszystkich lekturą obowiązkową, bo możemy w nich wyczytać to, co może już niedługo być naszą rzeczywistością. Tak jest na pewno w „Księciu”, nowej książce Parys, opowiadającej o odradzaniu się nazistowskich i antyimigranckich nastrojów w Niemczech.  Sylwia Niemczyk: Myślisz, że naprawdę gdzieś w centralnej Europie może w XXI w. powstawać tajne nazistowskie wojsko? Magdalena Parys: Ja nie myślę, ja to wiem. Dzieje się tak na przykład w specjalnych jednostkach wojskowych w Niemczech. Powstają na ten temat reportaże, ukazują się pierwsze nieśmiałe artykuły, tylko Polska tak bardzo zajęta jest sobą, że tego nie dostrzega. W ogóle Niemcy mają w tym względzie niechlubną tradycję. To kraj, w którym często dochodziło do puczu. W latach czterdziestych, kiedy los państwa niemieckiego był niepewny i za najmniejsze przewinienie groził stryczek, w Niemczech powstawała tzw. armia cieni. Organizowali ją byli hitlerowscy oficerowie. Wyobrażasz to sobie? Dopiero co wywołali największą katastrofę ludzkości i znów szykują się do wojny! Kiedy o tym czytałam po raz pierwszy, myślałam, że to żart, ale artykuł ukazał się w „Spieglu”, więc o żarcie nie mogło być mowy. Z kolei całkiem niedawno, w roku 2011 Niemcami wstrząsnęły morderstwa wykonane przez komórkę NSU, podziemną neonazistowską organizację, której głównym motywem działania była nienawiść do obcokrajowców. Początkowo nikt w to nie wierzył, podejrzewano, że chodzi o jakieś porachunki między gangami. Ogólnie liczbę osób zaangażowanych szacuje się na 200 osób, a skazano tylko jedną. Ze...

Czytaj dalej