Stephen King i Tabitha: historia ich miłości to materiał na niezły thriller
getty images

Stephen King i Tabitha: historia ich miłości to materiał na niezły thriller

Kiedy Stephen King odebrał nagrodę National Book Awards za całokształt twórczości, całe przemówienie poświęcił żonie.
Jakub Demiańczuk
25.10.2020

Ludziom wydaje się, że miłość, z tymi wszystkimi motylami w brzuchu, to coś dla smarkaczy. Że wraz ze ślubem wszystko się kończy. Ale to wraca” – mówi Stephen King. Gdyby nie jego żona, Tabitha, dziś być może nie byłoby go wcale.

Steve i Tabby – rzadko mówią o sobie inaczej. Razem od blisko pół wieku: gdy się poznali, zaczynali studia. Dzisiaj wydają się stateczną parą, mieszkają w ogromnym domostwie otoczonym parkanem rzeźbionym w pajęczyny i nietoperze. 

Są bajecznie bogaci, rozpoznawani na całym świecie, ale nie zależy im na statusie niedostępnych celebrytów. Uczestniczą w życiu lokalnej społeczności, chodzą na mecze baseballowe, wspierają organizacje charytatywne. Mają trójkę dzieci i czwórkę wnucząt. 

Dziś nic nie wskazuje na to, że wzorowy związek Stephena i Tabithy Kingów wystawiany był na ciężkie próby, że historia ich miłości mogłaby być tematem trzymającej w napięciu powieści. O tym, że życie bywa thrillerem, Kingowie przekonali się na własnej skórze. A Stephen po drodze niemal umarł. I to trzy razy.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Stephen King: „Miała najpiękniejsze nogi na świecie i przeklinała jak robotnik”

Poznali się w 1969 roku, w gorącym czasie antywojennych protestów, studenckich rewolt, walki o prawa człowieka. 22-letni Stephen pracował latem w bibliotece Uniwersytetu Maine. Tam właśnie ujrzał kogoś niezwykłego i tak to pamięta:

„Na trawie obok księgarni uniwersyteckiej siedziała szczupła dziewczyna o ochrypłym śmiechu, włosach z rudym połyskiem i najpiękniejszych nogach, jakie kiedykolwiek widziałem. Nie wierzyłem, że studentka może śmiać się w tak cudowny, pozbawiony lęku sposób. I przeklinała nie jak uczennica, lecz jak ktoś z klasy robotniczej (co mogłem docenić, bo sam taki byłem). Nazywała się Tabitha Spruce”. 

Sporo ich różniło, ale Steven od początku wolał się trzymać tego, co łączy. „Wyrośliśmy w rodzinach różnych wyznań, lecz jako feministka Tabby nigdy nie była fanatyczką katolicyzmu, w którym mężczyźni ustalają zasady, a kobiety piorą bieliznę. Ja zaś, choć wierzę w Boga, nie uznaję instytucji religijnych. Pochodzimy z podobnych robotniczych środowisk. Oboje jemy mięso, jesteśmy demokratami. Dobraliśmy się seksualnie. Lecz tym, co łączy nas najbardziej, są słowa, język, literatura jako praca i pasja”, tłumaczył King.

W autobiografii „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” pisarz informuje, że Tabitha od zawsze jest pierwszą czytelniczką jego książek. Poprawiała błędy rzeczowe w jego najbardziej cenionych powieściach, pomagała w ich redakcji.

Kiedy się spotkali, Tabby, podobnie jak Stephen, chciała pisać. On próbował swoich sił w fantastyce grozy, ona tworzyła przede wszystkim poezję. „Częściowo zakochałem się w niej, bo rozumiałem, dokąd chce zmierzać jako autorka; częściowo, ponieważ rozumiała, co robię jako pisarz”. 

Tabitha po latach oceniała intencje Steve’a raczej przyziemnie:

„Myślę, że schlebiała mu moja opinia. Poza tym uwielbiał moje cycki”. 

Po sukcesie „Carrie” King kupił żonie… suszarkę do włosów

Już po niespełna roku urodziła się ich córka, po kolejnych dwóch – pierwszy syn. A ślub odbył się w międzyczasie, 2 stycznia 1971 roku. King wspominał, że za obrączki zapłacił zaledwie 15 dolarów i 95 centów. Na lepsze nie było ich stać. Bo pisanie Steve’a nie przynosiło wtedy pieniędzy: wydawnictwa odrzucały jego powieści, rzadko udawało mu się opublikować jakieś opowiadanie w którymś z podrzędnych czasopism fantastycznych lub erotycznych. Pracował jako nauczyciel, ale po godzinach musiał też dorabiać w miejskiej pralni. Tabby zaś pracowała w Dunkin’ Donuts. Mniej ważne było dla niej spełnianie własnych ambicji od zapewnienia Stephenowi czasu na pisanie. Wierzyła w jego talent nawet wtedy, gdy on rozważał porzucenie literatury. 

„Gdyby uznała, że czas, jaki spędzam na pisaniu, jest zmarnowany, myślę, że straciłbym serce do tej roboty. Nigdy we mnie nie zwątpiła. Jej wsparcie było jedną z nielicznych pozytywnych rzeczy, na jakie na początku mojej drogi mogłem liczyć. I kiedy widzę czyjąś pierwszą powieść dedykowaną żonie (albo mężowi), uśmiecham się i myślę: ktoś poza mną rozumie, co to tak naprawdę znaczy”. 

Kiedy po wielu próbach King sprzedał jednemu z wydawnictw „Carrie”, za skromną zaliczkę byli w stanie kupić samochód i pozbyć się części długów. 

Spodziewał się, że za wydanie debiutanckiej powieści dostanie pięć, może dziesięć tysięcy dolarów. Na starcie zarobił dwieście tysięcy. Gdy dowiedział się o tym od wydawcy, z radości kupił żonie suszarkę do włosów. Wręczył prezent, przeczekał spodziewaną awanturę za marnowanie pieniędzy, dopiero potem wyjaśnił, że już nie muszą oszczędzać. Sukces „Carrie” zapewnił mu gigantyczną popularność. Kolejne książki trafiały na listy bestsellerów. Niedługo później urodził się ich drugi syn. I to powinno być szczęśliwe zakończenie opowieści, w której ona i on wychodzą z biedy dzięki talentowi, determinacji, wzajemnemu wsparciu. Ale nie było.

Stephen King
getty images

Na zdjęciu: Jedna z trzech posiadłości Kingów – dom, kort tenisowy, basen, prywatna plaża. Uciekają tu od mroźnych zim stanu Maine

Wielki temat tabu: alkohol i narkotyki

Stephen King pił, od kiedy był nastolatkiem. Z czasem coraz więcej: żeby zabić frustrację wywołaną niepowodzeniami literackimi, uciec od poczucia bezradności wobec biedy, schować się przed własnym wstydem. Wkrótce uzależnił się też od kokainy: pozwalała mu pisać więcej, szybciej, czasem nawet lepiej. 

A Tabitha przez wiele lat przymykała na to oko. Często nad ranem znajdowała Stephena w jego gabinecie nieprzytomnego po całonocnych sesjach pisania, picia i ćpania. Gdy w 1980 roku Kingów odwiedził reporter lifestyle’owego magazynu „People”, żartowała, że alkohol i narkotyki to w ich domu temat tabu. 

Z pomocą rodziny i przyjaciół organizowała spotkania, które przypominały sesje terapeutyczne w gronie najbliższych. Usuwała z domu butelki wódki, skrzętnie poukrywane torebki z kokainą, syropy i lekarstwa przeciwbólowe. Wreszcie zagroziła, że odejdzie razem z dziećmi. „Oświadczyła, że ona i dzieci kochają mnie i właśnie dlatego nie chcą być świadkami mojego samobójstwa”, wspominał King. I przyznawał, że był bliski śmierci. Po raz pierwszy. 

Wychodzenie z nałogów trwało jeszcze dwa lata. Wbrew obawom Stephena trzeźwość nie zabrała mu literackiej weny. Przeciwnie – uzależnienie od używek zastąpił nałogiem pisania. A Tabby zajmowanie się pragnieniami męża zastąpiła spełnianiem własnych. On wciąż pisał bestsellery, zarabiał krocie na prawach do ekranizacji swoich powieści, książki Tabithy nie były aż tak popularne, ale zbierały pozytywne recenzje. „Jeden z powodów, dla których tak rzadko udzielam wywiadów, bierze się z tego, że często zarzuca mi się, jakobym podprowadziła mężowi jego hobby. Niektórym wydaje się, że powinnam grzecznie zapytać, czy Stephenowi nie będzie przeszkadzało, że i ja zacznę pisać. I co jeszcze?” 

Popularności Stephena i tak nie dało się przebić – zdarzało się, że na teren ich posiadłości włamywali się obsesyjni fani, inni potrafili pójść za Kingiem do toalety w restauracji i pod drzwiami wsunąć mu książkę z prośbą o autograf. Jednak poza tymi niedogodnościami życie Steve’a i Tabby znowu przypominało sielankę. I właśnie wtedy Stephen King, gdyby nie Tabitha, umarłby po raz drugi. 

W czerwcu 1999 roku podczas spaceru został potrącony przez samochód. Wypadek był bardzo poważny, lekarze walczyli o jego życie. Tabitha była gotowa na najgorsze. W czasie trwającej kilkanaście miesięcy rehabilitacji King chciał na dobre rzucić pisanie, bo nie mógł siedzieć w jednej pozycji dłużej niż kilka minut. Tylko Tabby mogła go namówić, żeby się nie poddawał i robił notatki nie na komputerze czy maszynie do pisania, ale wiecznym piórem. W 2003 roku dostał National Book Award za całokształt dokonań – jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich w Stanach Zjednoczonych. Większą część swojej przemowy poświęcił żonie: jej wierze w niego i wsparciu. Kilka dni później po raz trzeci ratowała go od śmierci.

Prywatny wszechświat

Na odebranie nagrody poszedł chory. Po ceremonii trafił do szpitala z zapaleniem płuc, w stanie – jak sam twierdzi – dużo gorszym niż po wcześniejszym wypadku. Spędził miesiąc w klinice. I wyszedł dzięki wsparciu żony.

Własne małżeństwo zainspirowało Stephena do napisania jednej z najbardziej osobistych książek w jego dorobku. „Historia Lisey” to opowieść o kobiecie, która próbuje sobie poradzić z utratą męża. King przedstawia intymny świat, jaki tworzy wspólnie dwójka zakochanych ludzi. Rzeczywistość wypełnioną czytelnymi tylko dla nich gestami, powiedzeniami, marzeniami. „W długotrwałym małżeństwie pojawiają się pewne sformułowania, których nie powtarzacie publicznie. Dla kogoś niewtajemniczonego mogą nawet brzmieć głupawo i dziecinnie”. 

Zdaniem Kinga prawdziwa miłość nie polega na przeżywaniu spektakularnych uniesień i okresów zwątpienia. „Ludziom wydaje się, że miłość, z tymi wszystkimi motylami w brzuchu, to coś wyłącznie dla smarkaczy. Że wraz ze ślubem, albo wkrótce po nim, wszystko się kończy. Ale to czasem wraca. Wtedy człowiek przeżywa zauroczenie o wiele mocniej i szaleńczo cieszy się z jego powrotu”. 

Pytany o to, czy fanki nie wodziły go na pokuszenie, zawsze odpowiadał, że bez trudu znalazłby okazję do zdrady, ale nigdy nie miał na to ochoty. „Gdyby Tabby nagle zginęła, nie mógłbym żyć z kimś innym”, mówił w jednym z wywiadów. Tabitha na podobne pytanie odpowiedziała tak samo, dodając: „Nikt inny nie wytrzymałby przecież ze mną”. 

W swojej autobiografii w 1999 roku Stephen pisał: „Nasze małżeństwo przetrwało wszystkich światowych przywódców, z wyjątkiem Castro. I jeśli wciąż będziemy ze sobą rozmawiać, spierać się, kochać i tańczyć przy piosenkach The Ramones, wszystko zawsze się ułoży”. Teraz przetrwali nawet Fidela Castro. I ciągle tańczą.

 

***

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Stephen King
mat. prasowe

Najlepsze horrory wszech czasów: filmy na podstawie powieści Stephena Kinga

Trudno wyobrazić dziś sobie kinematografię bez „Lśnienia” czy „Skazanych na Shawshank”. Co jeszcze zawdzięczamy Stephenowi Kingowi?
Sylwia Arlak
14.08.2020

Opowieść o pisarzu i jego psychopatycznej fance: „Misery” zdobyła Oscara. Przejmujące „Skazani na Shawshank” to do dzisiaj najpopularniejsza produkcja o życiu więziennym, a „Zielona mila” od czasu premiery zajmuje pierwsze miejsca w najważniejszych rankingach filmowych. Oto ekranizacje powieści Stephena Kinga, które przeszły do historii:   „Carrie” „Carrie” to ekranizacja pierwszej powieści Stephena Kinga. Produkcja Briana De Palma powstała w 1976 roku, w 2002 roku i 2013 roku premierę miały (dużo gorsze) remaki filmu. Poznajemy nastoletnią Carrie White (Sissy Spacek) i jej matkę, fanatyczkę religijną (Pieper Laurie; obie panie za swoje role otrzymały nominacje do Oscara). Pewnego dnia nieśmiała i prześladowana przez rówieśników nastolatka odkrywa w sobie paranormalne zdolności. Postanawia zemścić się na wszystkich, którzy zrobili jej krzywdę. Horror z elementami sensacji, fantastyki, ze wciągającym wątkiem psychologicznym nie zestarzał się do dziś – tak samo jak problem prześladowania w szkole.   „Misery” „Misery” to jedyny film na podstawie powieści Stephena Kinga, który zdobył Oscara (filmowa statuetka powędrowała też do „najlepszej aktorki” Kathy Bates). To historia psychofanki Annie Wilkes, która zajmuje się poszkodowanym w wypadku znanym pisarzem Paulem Sheldonem (James Caan). Annie nie zamierza wypuścić Paula, nawet kiedy ten zaczyna dochodzić do zdrowia. Zmusza go do kontynuowania opowiadań o losach Misery Chastain. Paul bezskutecznie próbuje uciec od niebezpiecznej bohaterki. Bates była w tej roli tak wiarygodna, że zajęła 5. miejsce w plebiscycie ogłoszonym na stronie only-movies.com na czarny charakter wszech czasów.   „Skazani na Shawshank”,...

Czytaj dalej
Meryl Streep
Screen Youtube

Meryl Streep w szlafroku i z drinkiem! Właśnie tego wideo potrzebowałyśmy na poprawę humoru!

Choć oglądamy ją na małym i wielkim ekranie od tylu lat, wciąż nie przestaje nas zaskakiwać. Meryl Streep także w czasach kwarantanny udowadnia, że nie brakuje jej poczucia humoru.
Sylwia Arlak
28.04.2020

Meryl Streep jest piękna, wybitnie utalentowana, mądra i z wielkim poczuciem humoru. I potwierdziła to po raz kolejny w swoim ostatnim występie: w domowym szlafroku i z  kieliszkiem martini w ręku!  Razem z Audrą McDonald i Christine Baranski wykonała słynny przebój musicalowy: „The Ladies Who Lunch” z musicalu Stephena Sondheima „Company”. W ten sposób gwiazdorskie trio uczciło nie tylko 90. urodziny tego wybitnego tekściarza i kompozytora, lecz także jego zasługi dla rozwoju musicalu.  Wideo błyskawicznie stało się hitem w sieci! Udostępniają je fani aktorek i celebryci – a fragment nagrania, w którym Meryl Streep dolewa martini do kieliszka, został przerobiony na setki GIF-ów.      Specjalny program na żywo z okazji 90. urodzin Stephena Sondheima wyemitowano na kanałach społecznościowych Broadwayu. Gwiazdy – wśród nich również Jake Gyllenhaal, Mandy Patinkin i Kristin Chenoweth – połączyły się z widzami za pośrednictwem internetu. Wydarzenie poprowadził broadwayowski reżyser Raul Esparza. „ Świat znajduje się teraz w trudnym momencie i wszyscy poszukujemy czegoś wielkiego. Stephen Sondheim to uosobienie wielkości. Zebraliśmy więc grupę ludzi, którzy kochają Steve’a, tych, którzy z nim pracowali i których zainspirował. Poprosiliśmy ich o to, aby zaśpiewali jego piosenki i podzielili się radością z tymi, którzy przechodzą teraz trudny czas. Być może jesteśmy daleko od Broadwayu, ale Broadway cały czas jest w nas ” – mówił Esparza. Musical „Company” miał w tym roku ponownie trafić na deski Broadwayu (tytuł obchodzi właśnie swoje 50-lecie). Premierę zaplanowano na 22 marca (w dzień 90. urodzin Sondheima), ale dziesięć dni wcześniej,...

Czytaj dalej
Alfred Hitchook/East News
East News

Kultowe dzieła Hitchcocka na Netfliksie! I to jeszcze nie koniec niespodzianek

Miłośnicy wielkich kinowych produkcji zasiądą w tym tygodniu… na kanapie. Na platformie Netfliks obejrzymy m.in. kultowe dzieła Hitchcocka, głośny obraz Alfonso Cuaróna „Ludzie dzieci” i wielki, kasowy hit Petera Jacksona — „King Kong”. Dla każdego coś miłego.  
Sylwia Arlak
18.05.2020

W ubiegłym tygodniu Netflix wypuścił całą serię filmów o Harrym Potterze i nowy hiszpański serial „White Lines”, ale i w tym nie zwalnia tempa. W piątek, 22 maja pojawią się kolejne wielkie hity. Wielbiciele horrorów już dziś mogą zacierać ręce: po raz pierwszy wśród nowości na Netfliksie pojawią się dwa dzieła Alfreda Hitchcocka: jego najsłynniejsza produkcja — „Psychoza”, a także odrobinę mniej znany „Zawrót głowy”. Nakręcona dokładnie 60 lat temu „Psychoza” to nie tylko jeden z najsłynniejszych thrillerów, ale jedno z największych dzieł kina światowego w ogóle. Niektóre sceny (słynna scena pod prysznicem) weszły do kanonu kina. Uciekająca ze skradzionymi pieniędzmi sekretarka  Marion Crane (w tej roli Janet Leigh) zatrzymuje się w pensjonacie prowadzonym przez młodego Normana Batesa (Anthony Perkins) – i to on okazuje się właściwym bohaterem filmu. Reżyser zaskakuje właściwie każdą sceną, dlatego nawet piąte czy szóste obejrzenie „Psychozy” nadal sprawia dużą przyjemność.   Druga netfliksowa premiera filmu Alfreda Hitchcocka, „Zawrót głowy” to wspaniały popis nie tylko  umiejętności reżysera, lecz także pary głównych aktorów, Jamesa Stewarta i Kim Novak. Mimo tego, film nie zyskał uznania Amerykańskiej Akademii Filmowej, a rozczarowany opiniami krytyków Hitchcock zamknął film na półce i nie pokazywał go więcej za życia.  Dopiero 25 lat po premierze, w 1983 roku znowu trafił do dystrybucji i wtedy zyskał ogromne uznanie – dzisiaj „Zawrót głowy” jest uznawany za jeden z najwybitniejszych filmów w dorobku mistrza suspensu.  Nowości na Netfliksie od 22 maja Dzieła Hitchcocka to nie...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„The Outsider” to najlepsza serialowa adaptacja powieści Stephena Kinga od lat! 

Serialowe adaptacje książek Stephena Kinga – w przeciwieństwie do filmów – nie były udane. „The Outsider” przerwał tę złą passę!
Sylwia Arlak
05.08.2020

Atmosfera w „Outsiderze”, serialu, który powstał na podstawie książki Stephena Kinga z 2018 roku pod tym samym tytułem, jest gęsta i mroczna – i bardzo nam się to podoba! Fabuła dzieje się w miasteczku w stanie Georgia w USA, gdzie odnaleziono właśnie zmasakrowane ciało 11-letniego chłopca. Na oczach całego miasteczka, w tym także własnej żony, Glorii i dwójki małych dzieci, zostaje aresztowany miejscowy nauczyciel i lubiany trener drużyny baseballowej, Terry Maitland (Jason Bateman). Wszystko wskazuje, że to właśnie on odpowiada za zbrodnię, która wstrząsnęła całą społecznością. Na miejscu zbrodni znaleziono jego odciski palców, jest wielu naocznych świadków i wiele dowodów wideo. Życie Terry’ego staje na głowie. „The Outsider” – kryminał, horror i dramat obyczajowy Okazuje się jednak, że w trakcie, kiedy dokonywano zbrodni, mężczyzna przebywał jakieś 100 kilometrów od miejsca zdarzenia. Jest wideo, na którym przemawia publicznie. Kto więc zabił chłopca (skoro na pewno był to Terry)? W tym serialu nic nie jest takie, jakie się wydaje. Sprawę bada detektyw Ralph Anderson (świetny Ben Mendelsohn!). Zmęczony życiem policjant sam niedawno stracił swojego nastoletniego syna. Pierwszy raz nie potrafi rozwiązać zagadki, dowody zbrodni wzajemnie sobie przeczą. Kiedy śledztwo nie posuwa się ani o milimetr, do akcji wkracza prywatna detektyw Holly Gibney (Cynthia Erivo). Ralph do końca będzie starał się wytłumaczyć racjonalnie to, co się stało. Holly  z własnych doświadczeń wie, że nie wszystko można objąć ludzkim rozumem. Początkowo mamy wrażenie, że 10-odcinkowy serial HBO „The Outsider” to mroczny kryminał. Elementy paranormalne dodawane są stopniowo. Taki zabieg pozwala widzowi poczuć, że wszystko, co widzi na ekranie, mogłoby...

Czytaj dalej