Zakochani raz i na zawsze: Stanisław Lem i jego żona  Barbara
Stanisław Lem z żoną Barbarą, synem Tomaszem i psem Tupciem, 1992 rok. Fot. Archiwum Prywatne Stanisława Lema

Zakochani raz i na zawsze: Stanisław Lem i jego żona  Barbara

„Basiu , czemu mnie kopiesz pod stołem?" - pytał Stanisław Lem, który popełniał masę gaf i za nic miał konwenanse. Ale o jego miłości do żony Barbary mogłaby powstać piękna powieść. Byli małżeństwem ponad 50 lat.
Jakub Demiańczuk
12.01.2021

Właśnie rozpoczął się rok Stanisława Lema – jednego z największych na świecie autorów fantastyki naukowej, najczęściej tłumaczonego polskiego pisarza. Wszyscy, jeśli nie czytali, to chociaż słyszeli o jego powieściach: „Dziennikach gwiazdowych”, „Cyberiadzie”, „Solaris” – w 2002 roku powieść wyreżyserował słynny Steven Sodenbergh z Georgem Clooney’em w roli głównej. Ale o swoim  życiu prywatnym, Lem publicznie mówił niewiele.  

Słowo „oblężenie” nie kojarzy się ze zdobywaniem kobiety, ale właśnie tak Stanisław Lem nazywał swoje starania o rękę Barbary Leśniakówny. Dziś nie sposób ustalić, kiedy spotkali się po raz pierwszy – w 1949 czy w 1950 roku. Poznali się na studiach medycznych. Ona – niespełna 20-letnia, olśniewająco piękna, delikatna. On – dziewięć lat starszy, obdarzony nietypowym poczuciem humoru. Wcześniej studiował medycynę we Lwowie (naukę przerwała wojna), publikował wiersze i opowiadania (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”).

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Stanisław Lem: ofiara z cukru, lukru, ciasta i masy

Basia czuła się Stanisławem speszona, dlatego odrzucała jego zaloty. „W naszej rodzinie wszystko kończy się na ogół dobrze, ale po komplikacjach. „Obecna moja Żona dała mi kosza; konkury wznowione po 1,5 roku dały lepszy rezultat”, wspominał Lem w liście do swojego amerykańskiego tłumacza i przyjaciela Michaela Kandla. Być może kosza dostał po tym, jak na jednej z pierwszych randek zasnął na samym początku koncertu muzyki poważnej, a Barbara bała się go obudzić. A może wtedy, gdy zamiast kwiatów przysłał jej tort. Nie przyjęła podarunku.

Nie mogła wtedy wiedzieć, jak wielkim poświęceniem było dla Lema ofiarowanie czegoś słodkiego. Potem łakocie pałaszował w tajemnicy przed rodziną. Papierki po cukierkach skrzętnie ukrywał za szafą w garażu, a z marcepanu i chałwy nie zrezygnował nawet wtedy, kiedy lekarze zdiagnozowali u niego cukrzycę. Tort w prezencie był więc – jak wspominał syn Lemów, Tomasz – „swoistą ofiarą złożoną z lukru, cukru, ciasta i masy”. Po trzech latach „oblężenie” zakończyło się ślubem i szczęśliwym małżeństwem, które przetrwało ponad pół wieku.

Dzięki Basi Lem znów miał rodzinę. Co prawda Stanisław i jego rodzice niemal cudem uniknęli śmierci, ale ich krewni zginęli w Holokauście. Barbara również pochodziła z kresowej wielopokoleniowej familii, która szczęśliwie przeżyła wojnę. Być może dzięki nim, ich rodzinnym zjazdom i spotkaniom, Lem odzyskał poczucie bezpieczeństwa.

Stanisław Lem i dziewczyna o siwych oczach

Niewiele jest zapisanych, dostępnych dla wszystkich pamiątek po związku Lemów, ale można szukać śladów miłości do Barbary w prozie Stanisława. Na wczesnym etapie kariery bywał zaskakująco liryczny. Bohaterowie jego opowiadań marzyli o prawdziwej miłości, zakochiwali się. „Dziewczyno jasnooka, tak samotnie piękna / Że każdą zmarłą chwilę budujesz od nowa / Nie uśmiechaj się, obca, gdy czytasz te słowa / Jesteś milczeniem wiersza, ciszą mego tętna”, pisał w jednym z wierszy. Gdy jednak w jego życiu pojawiła się Basia, z tekstów zniknęła czułość. Jakby prawdziwa, głęboka miłość sprawiła, że ta literacka przestała pisarza interesować.

Jeszcze na początku lat 50. w opowiadaniu „Siostra Barbara” pojawia się wzorowana na narzeczonej postać: „miała jasną grzywkę włosów na czole, siwe surowe oczy, ruchliwy nos i energiczny podbródek”. Portretu żony można doszukiwać się też w późniejszych książkach, zwłaszcza w postaciach Harey („Solaris”) oraz Eri („Powrót z gwiazd”). I nie chodzi wyłącznie o odległe fizyczne podobieństwo, ale o zapis emocji związanych z ukochaną osobą.

Lem z żoną
Barbara i Stanisław Lemowie, lata 50. Fot. Archiwum Prywatne Stanisława Lema

Mąż tramwajowo dojeżdżający

Barbara Lem pracowała jako lekarka, a jednocześnie przez całe życie nie wychodziła z cienia męża. To był jej wybór: nie chciała być rozpoznawana, nie występowała w telewizji. Lem zawsze to szanował. Nigdy nie mówił o żonie w wywiadach, nie wspominał jej w tekstach publicystycznych, w wypowiedziach publicznych jakby nie istniała. A jednak działali razem – przez wiele lat Barbara była kimś w rodzaju sekretarza Stanisława, to ona odpowiadała za jego kalendarz. Jeśli ktoś chciał porozmawiać z Lemem, najpierw musiał dogadać się z jego żoną.

Ślub cywilny wzięli we wrześniu 1953 roku, kościelny (choć Lem zawsze deklarował, że jest agnostykiem) – w lutym 1954 roku. Pisarz zapamiętał przede wszystkim, że w krakowskim kościele pod wezwaniem Piotra i Pawła było okropnie zimno. „Wypowiadaliśmy słowa przysięgi, nieomal szczękając zębami”, wspominał.

Początkowo nie mogli zamieszkać razem – maleńkie mieszkania obojga nie pomieściłyby dodatkowego lokatora. „Przez pewien czas byłem mężem tramwajowo dojeżdżającym ze Śląskiej na Sarego, gdzie żona mieszkała wraz z siostrą”. Być może Lemowi taka sytuacja odpowiadała: wojenne doświadczenia sprawiły, że cierpiał na bezsenność. Wspólny kąt, choć dzielony z matką Stanisława, Lemowie zdobyli dopiero rok po ślubie, kilka lat później wybudowali wymarzony dom na zacisznych krakowskich Klinach.

Zresztą Lem pisał przede wszystkim, by zarabiać – zapewne najpierw na budowę domu, potem na jego utrzymanie i dbanie o rodzinę. Gdyby był sam, część pomysłów literackich prawdopodobnie by porzucił.

Basiu, dlaczego mnie kopiesz pod stołem?

Lemowie prowadzili ożywione życie towarzyskie. Gościli u nich: Sławomir Mrożek, Czesław Miłosz, Jan Błoński, Jan Józef Szczepański. Lem za nic miał konwenanse, słynął z ciętego języka i jeśli kogoś uważał za głupca lub poczuł się oszukany, nie wahał się mówić o tym głośno. Barbara wierzyła, że mąż nauczy się etykiety. Nauka szła jednak opornie: podczas uroczystego obiadu – wśród gości Lemów znalazły się wówczas m.in. Ewa Lipska i Wisława Szymborska – Stanisław nagle oznajmił, że do ciastek, kupionych w cieszącej się dobrą sławą cukierni hotelu Cracovia, powinny być dołączone karteczki z cenami, by „panie wiedziały, jak bardzo się dla was wykosztowaliśmy”. Dyskretną interwencję żony pisarz skwitował zaś pełnym zdziwienia pytaniem: „Basiu, dlaczego mnie kopiesz pod stołem?”.

Podobne sytuacje kończyły się zazwyczaj podobnie: małżonkowie zamykali się na parę chwil w łazience, a po umoralniającej rozmowie Lem siadał przy stole nieco skruszony i trochę bardziej pokorny. Ale ten stan szybko mijał. Zresztą w pierwszych latach małżeństwa Lem próbował reprymendy żony rozbroić humorem: cierpliwie słuchał połajanek Basi, po czym kwitował je nic nie znaczącymi słowami „kapeluch” albo „drumla” i wybuchał śmiechem. Choć żart prawdopodobnie bawił tylko jego samego.

„Większość kontaktów z osobami trzecimi ojciec cedował na żonę – pisze we wspomnieniach Tomasz Lem. – Bywało to wygodne; Basia pełniła już obowiązki sekretarko-asystentki, przewodnika, aprowizatora, lekarza i doradcy, wobec czego przypisanie jej jeszcze jednej roli wydawało się naturalne. Rozmowy przez Basię odbywały się także w domu, na przykład przy obiedzie. Siedzieliśmy wszyscy przy stole – ojciec, matka, babcia i ja; ojciec przerywał pełną skupienia kulinarną ciszę i zwracał się do żony, najczęściej zaczynając od: »Basiu, powiedz Tomkowi...«”.

Lem z żoną
Na tarasie krakowskiego domu, 1998 rok. Fot. East News

Xięga bezlitosnych dopiekań

„Żyjemy, wieś cicha, czasem ktoś (…) się zesra albo kogo zarżną. Poza tym spokój. Psy oba tłuste bardzo i krnąbrne, przeszkadzają, każą się lizać, drapać, jedzą drogo i dużo, Basia zabrania bijać. Przykre”, pisał Lem do Sławomira Mrożka, relacjonując podkrakowską codzienność. Autor „Cyberiady” pozostawił po sobie bogatą korespondencję, jednak żona pojawia się w jego listach zazwyczaj jako oczywisty i stały element życia codziennego, ktoś porządkujący to życie i wprowadzający rozmaite zasady. „Barbara nie pozwala mi chodzić po podłodze, lecz NAD nią”, donosił.

Lem uwielbiał swój dom. Wstawał o czwartej nad ranem, rozpalał w piecu, zaczynał pracę. Bliscy i sąsiedzi wspominali, że od świtu słychać było w okolicy stukanie maszyny do pisania. Najchętniej nie ruszałby się z Klinów, musiał jednak wyjeżdżać, by promować nowe książki i spotykać się z czytelnikami. Wakacje, zwłaszcza zagraniczne, bo w polskie góry lubił jeździć, bywały dla niego utrapieniem. Zawsze decydował się za namową Basi, która podczas dalekich wojaży prowadziła dzienniki. Ich fragmenty Tomasz Lem opublikował we wspomnieniach. „W naszej kwaterze idzie wprawdzie woda, ale lodowata – pisała Basia w latach 60. podczas podróży do Jugosławii. – Mimo to dzielnie się tuszuję. Staszka namawiam, żeby się wcale nie mył, ponieważ wiem, że wtedy na pewno się umyje, a obejdzie się bez gadania...”.

Lem podobno był zapiskom żony dość niechętny – trudno powiedzieć, czy dlatego, że zbyt wiele odsłaniały z ich prywatnego życia, czy z innego powodu. Ale zabronić jej pisania nie mógł, za to postanowił prowadzić własny dziennik podróży pod wielce obiecującym tytułem „Khoszmarna Xięga Bezlitosnych Dopiekań i Peregrynacji na Poboczu Dalmatyńskiej Partii Adriatyku” (szkoda, że nigdy nie ujrzał światła dziennego). „Bardzo długo nie śmiałem zdecydować się na posiadanie dziecka i wraz z Żoną mieliśmy tu opory właściwe ludziom zarazem przywykłym do myślenia i takim, którzy przetrzymali okupację niemiecką, bo też świat wydaje się na ogół miejscem b. kiepsko urządzonym na przyjęcie ludzi. Ale cóż – jest czas umierania i jest czas życia”, pisał do Kandla.

Tomasz urodził się w 1968 roku, zaś do listów pisanych przez Lema wkradło się wtedy dużo ciepła, miłości, poczucia szczęścia. Z czasem pojawiło się jeszcze więcej troski o najbliższych. „Żona moja nie pracuje w RTG i dostała »rentę inwalidzką«, nie, żeby specjalnie była na coś chora, ale jest b. wątła i jeszcze zeszczuplała, co złe mi wystawia świadectwo, gdy zważyć na przysłowie ruskie: u dobroho muża żona jak róża”, pisał. Owa troska czasami prowadziła do skrajnych sytuacji: któregoś roku Lem wysłał żonę i syna na wakacje do Ustki z pełną świadomością, że gdy oni będą odpoczywać, on podda się operacji prostaty. „Jej ta nieobecność oszczędziła nie lada przykrych wzruszeń”, wspominał w liście do przyjaciela.

Nie do końca było to prawdą: po zabiegu wystąpiły komplikacje, pisarz był bliski śmierci, a Barbara i Tomasz wracali znad Bałtyku do Krakowa taksówką.

Dom jak cały świat

Gdy w Polsce wprowadzony został stan wojenny, Lem podjął decyzję o emigracji. W zasadzie nie konsultował tego z rodziną. Nie chciał już mieszkać w kraju, w którym nie widział przyszłości, ani skazywać syna na dalsze dorastanie za żelazną kurtyną. Wyjechali do Berlina Zachodniego, później osiedlili się w Wiedniu. „Stanisław Lem w tym okresie albo umierał, albo pracował, często zresztą równocześnie – zdradza w biografii pisarza Wojciech Orliński. – Ogromny ciężar siłą rzeczy spadł więc na Barbarę Lem. Była de facto głową rodziny, a także, co wspominała szczególnie źle, rodzinnym kierowcą. Ze względu na stan zdrowia pisarza ów zaszczytny obowiązek spadł na jego żonę, która wcale nie była tym zachwycona”.

Dla Lemów to był trudny czas. Co prawda nie czuli się na Zachodzie niczym przybysze z innego świata, bo podczas podróży zagranicznych zdążyli zobaczyć, jak żyje się poza Polską Ludową. Tęsknili jednak za bliskimi i przyjaciółmi, zderzali się z niezrozumieniem i obojętnością. „Pewnego dnia, zawiózłszy męża do lekarza, zapomniała zaciągnąć ręczny hamulec w mercedesie – pisze Orliński. – Gdy wrócili, zastali samochód niezupełnie tam, gdzie go zostawili przedtem – oparty o lekko wgiętą barierkę. Czekało tam na nich dwóch policjantów, którzy Lemów ani nie przywitali, ani nie ukarali, ani nie pouczyli – nie wiadomo było, o co im chodzi. Barbara Lem postanowiła przejąć inicjatywę, zanim przemówi jej mąż. »Proszę, to na naprawę tej barierki«, powiedziała, wręczając im kilka banknotów. Schowali je do kieszeni i bez pożegnania odeszli. Barierki nie naprawiono do końca pobytu Lemów w Wiedniu”.

Wrócili pod koniec lat 80., oczywiście na Kliny, choć do nowego domu oddalonego od poprzedniego o zaledwie kilkadziesiąt metrów. To już na zawsze było ich miejsce. Wielbiciele Lema doskonale znają je ze zdjęć: pisarz chętnie pozował na tle swojej biblioteki z drewnianymi schodami i globusem Księżyca stojącym gdzieś w kącie. Jak pisze Orliński, na fotografiach z ostatnich lat życia pisarza „widzimy parę starszych już ludzi, którzy dobrze się czują w swoim domu. W pielęgnowanym od lat przez Barbarę Lem ogrodzie zdążyły już wyrosnąć spore drzewa – Lemom ten ogród wystarczał za cały świat”. Na starość największą pasją Stanisława było dokarmianie ptaków przylatujących do tego ogrodu.

Stanisław zmarł w 2006 roku. Miał wtedy 85 lat, jego żona – 74, ich syn Tomasz – 38.

Barbara do końca dbała o jego literacką spuściznę i pamięć o nim. Jednak o swoim życiu u boku pisarza wciąż nie chciała opowiadać. Pozostają fragmenty jej dziennika, cytowane we wspomnieniach Tomasza. Można tam znaleźć zdanie: „Staszek przy oknie żegna w myśli marcepany”, zanotowane w czasie wycieczki do Czechosłowacji. Albo zapiski, które mają urok komedii romantycznej: „Piszę. Staszek co pół minuty chce wiedzieć o czym. W końcu każę mu siedzieć cicho. Obraża się i idzie spać”.

Barbara Lem zmarła w 2016 roku roku. Krótko przed śmiercią oprowadzała dziennikarzy po domowej bibliotece męża, opowiadała o jego życiu. Pokazując ulubiony fotel pisarza, mówiła: „Za każdym razem, gdy tu wchodzę, jestem zaskoczona, że go nie ma”.

 

Korzystałem m.in. z książek Wojciecha Orlińskiego „Lem. Życie nie z tej ziemi” (Wydawnictwo Czarne, Agora, 2017) i Tomasza Lema „Awantury na tle powszechnego ciążenia” (Wydawnictwo Literackie, 2009).

Materiał ukazał się w miesięczniku „Uroda życia” 9/2017.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Andrzej Zaucha
East News

Andrzej Zaucha zginął z ręki zazdrosnego męża kochanki. To zabójstwo wstrząsnęło cała Polską!

Andrzej Zaucha po śmierci żony ukojenie znalazł w ramionach Zuzanny Leśniak. Ta miłosna historia zakończyła się tragedią.
Kamila Geodecka
12.01.2021

Andrzej Zaucha chciał żyć pełnią życia – pokazywał to na scenie i poza nią. Jego przeboje znała, uwielbiała i śpiewała cała Polska. Artysta występował w Opolu, grał z największymi gwiazdami estrady. Utwory takie jak „Byłaś serca biciem” czy „C’est la vie –  Paryż z pocztówki” znają wszyscy – młodsi i starsi. Jego kariera zakończyła się jednak zdecydowanie zbyt wcześnie. 10 października 1991 roku artysta został zastrzelony. W jego stronę oddano aż 9 strzałów. Za spust pociągał zazdrosny mąż kochanki artysty. Andrzej Zaucha i Elżbieta Andrzej Zaucha poznał swoją żonę Elżbietę na jednej z krakowskich dyskotek. Miał wtedy zaledwie 17 lat, ona była o rok młodsza. Byli młodzi, ale już wtedy zadecydowali, że będą ze sobą, dopóki śmierć ich nie rozłączy. I dotrzymali złożonej przysięgi. Współpracownicy Zauchy mówili, że kobieta była zaborcza, zawsze stała za kulisami i wiernie czekała na swojego męża, aż ten zejdzie ze sceny. Podobno uczestniczyła też w próbach, ingerowała w muzyczne i sceniczne aranżacje, chciała decydować o repertuarze, pozwalała sobie na komentarze. To, co denerwowało innych muzyków, zupełnie nie przeszkadzało zakochanemu artyście. Tłumaczył, że zdanie żony  jest dla niego ważne – w końcu ukochana Elżbieta była jego najbliższą przyjaciółką, której radził się we wszystkich sprawach. Wkrótce Elżbieta urodziła córkę – Agnieszkę. Nikt nie przypuszczał, że cokolwiek jest w stanie zniszczyć rodzinę związaną taką więzią. Do czasu, gdy u żony artysty zdiagnozowano guza pnia mózgu. Możliwa była operacja. Szanse na przeżycie: 50 procent. Loteria. Elżbieta nie zdecydowała się na interwencję chirurga. Zmarła z powodu udaru mózgu w 1989 roku....

Czytaj dalej
Marek Hłasko
East News

Marek Hłasko został gwiazdą. „U nas wszystkie gwiazdy spadają” – mówiła jego matka, Maria Hłasko

„Obustronna zaborczość” – tak została nazwana relacja Marka Hłaski z jego matką. Oboje mieli swoje powody, oboje byli zagubieni i oboje cierpieli.
Kamila Geodecka
12.01.2021

Był naszym polskim Jamesem Deanem. Chcieliśmy go widzieć jako rosłego mężczyznę, kochanka wielu kobiet i mężczyzn, buntownika z papierosem w ustach. Uwielbiał samochody i szybkość. Był piękny i dwudziestoletni – zawsze i na wieczność. W końcu odebraliśmy mu ludzki wymiar. Relacja Hłaski z matką pokazuje nam jednak, jak wielowymiarową był postacią. Jak w chwili bólu zęba pisał z płaczem do mamy. Jak bał się, że ją straci, gdy w jej życiu pojawił się nowy partner. Pokazuje także matkę dumną z sukcesu syna, ale także przerażoną tym, że właśnie przez jego sławę może go stracić. Czytaj także:  Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski: „To wąskie żelazne łóżko świetnie pamiętam” Marek Hłasko – wróg na horyzoncie Marek Hłasko od wczesnego dzieciństwa był bardzo zżyty z mamą. Jeszcze przed wojną jego ojciec był już w związku z inną kobietą, a zaraz po rozpoczęciu okupacji Warszawy mężczyzna zmarł. Maria Hłasko została sama z 9-letnim synem. Dookoła toczyła się wojna, a ona nie mogła liczyć na nikogo. W 1943 roku poznała Kazimierza Gryczkiewicza, starszego mężczyznę, który zaraz po wojnie został jej mężem. Mimo że Gryczkiewicz  bardzo pomagał rodzinie, dla Marka stał się wrogiem, który zabrał mu matkę. Prawdziwy konflikt rozpoczął się, gdy cała rodzina zamieszkała razem. Były awantury, kłótnie i sceny zazdrości. „Kocham Ciebie tak samo, jak kochałem, lecz mi przykro, że wolisz obcego człowieka niż mnie” – pisał Hłasko do matki. Z listów wynika jednak, że z czasem mężczyźni dogadali się ze sobą, a sam pisarz potrafił odnosić się do męża matki z szacunkiem: „Jednak znaleźliśmy wspólny język. Tak musiało być”. Kontakt z matką nigdy później już nie przypominał stabilnej relacji. Marek Hłasko...

Czytaj dalej
MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Maria Winiarska i Wiktor Zborowski: „My już nawet chorujemy na te same choroby, na bank będziemy zawsze razem”

Jeśli się kłócą, to po włosku – tak, że aż lecą talerze. Szybko jednak się godzą, bo szkoda im czasu na „ciche dni”.
Sylwia Arlak
11.01.2021

Poznali się na studiach w Akademii Teatralnej w 1969 roku, w trakcie robotniczych praktyk w Ogrodzie Saskim. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale szybko zrozumieli, że coś ich do siebie ciągnie. „Wiktor mi się podobał, był spokojny, przy tym podobny do swojego wuja Jana Kobuszewskiego – wysoki, szczupły, inteligentny” – wspominała Maria Winiarska. Ujął ją poczuciem humoru. Imponował tym, jak bardzo się stara. „Ciągle za mną łaził. Dałam mu buziaka, a on zadzwonił i zapytał, co chciałam przez to powiedzieć” – opowiadała, dodając, że w środku zimy specjalnie dla niej zdobył gałązki bzu. Nie spieszyli się ze ślubem Mamie Marii się nie spodobał. „Babcia ostrzegała mamę przed ojcem. Podobno mówiła: »Zostaw tego dryblasa, on jest dla ciebie za duży!«” – opowiadała w jednym z wywiadów córka pary, Zofia Zborowska-Wrona. Wiedziała jednak, że córka tak łatwo nie odpuści. W końcu sama namawiała ją do ślubu – powtarzała, że nie powinna żyć w grzechu. Podobnego zdania był ojciec aktorki. „Mój ojciec, lekarz, w końcu powiedział: »Jak Wiktor przychodzi z tobą do mnie do szpitala, to ja nie wiem, jak mam go przedstawić. Dochodzący?«. A babcia Wiktora powtarzała, że w grzechu żyjemy i w końcu zdecydowaliśmy się na ślub” – wspominała Winiarska. Po siedmiu latach znajomości, trzy lata po studiach, Maria Winiarska powiedziała „tak” Wiktorowi Zborowskiemu. Urodziła córkę Hannę, a później Zofię. Rodzinną sielankę przerwała nagła śmierć siostry Marii, Barbary. „Nie wyobrażam sobie, jakbym zniosła tę tragedię, gdyby nie mój mąż i dzieci. Oni dali mi siłę i wiarę w lepsze jutro. Bardzo wspierała mnie mama Wiktora. Nieustannie mi powtarzała, że po złym musi przyjść dobre. I, chwała Bogu,...

Czytaj dalej
Mayte Garcia Prince
Mayte Garcia i Prince świeżo po ślubie w 1995 roku. Fot. East News

Prince i Mayte Garcia przeszli razem największe tragedie. „Byliśmy sobie przeznaczeni” – mówili

Przeszli razem wiele. Śmierć dziecka, poronienie, depresję. I chociaż ich związek trwał zaledwie kilka lat, nigdy nie znaleźli już później takiej miłości.
Magdalena Żakowska
11.01.2021

Nie ma chyba na świecie nikogo, kto nie potrafiłby zanucić chociaż jednej piosenki Prince'a. I nie ma na świecie drugiego mężczyzny, który nosiłby buty na obcasach, kobiece koronki, używał eyelinera, a jednocześnie był tak męski i seksowny jak Prince.  Twórca „When Doves Cry” był genialnym samoukiem. Jako dziecko sam opanował grę na fortepianie, gitarze i perkusji. Jego największym idolem, a jednocześnie źródłem kompleksów i braku pewności siebie był ojciec, muzyk jazzowy, autor tekstów piosenek i pianista. Ojciec porzucił rodzinę, kiedy Prince miał zaledwie 7 lat. Swoje trudne dzieciństwo, trudne relacje z matką, ojcem i ojczymem, a także wyboistą drogę do sławy Prince opisał później w książce „The Beautiful Ones. Niedokończona autobiografia” (wyd. Osnova), która ukazała się właśnie w Polsce. To wydana z imponującym rozmachem książka album, na którą składają się wspomnienia, zdjęcia, notatki, zapiski, teksty piosenek. Prince opisuje w niej dzieciństwo, dojrzewanie i czasy, kiedy stworzył swoje największe przeboje – stał się światową gwiazdą numer jeden i symbolem seksu. To wtedy zaczął otaczać się tłumem kobiet, zarówno w teledyskach, jak i w życiu osobistym. Jego partnerkami w tym czasie były m.in. Kristin Scott Thomas, Kim Basinger i Carmen Electra, ale do legendy przeszły trasy koncertowe, podczas których bus wiozący Prince'a z koncertu na koncert zatrzymywał się co kilka godzin na poboczu, aby wypuścić tłum towarzyszących mu tancerek i… wymienić je na kolejne. Niestety autobiografia muzyka kończy się, zanim poznał największą miłość swojego życia, Mayte Garcię. A ponieważ Prince należał do najbardziej tajemniczych gwiazd show-biznesu i w ciągu całej kariery udzielił zaledwie kilku wywiadów, ten najważniejszy w jego...

Czytaj dalej