Zakochani raz i na zawsze: Stanisław Lem i jego żona  Barbara
Stanisław Lem z żoną Barbarą, synem Tomaszem i psem Tupciem, 1992 rok. Fot. Archiwum Prywatne Stanisława Lema

Zakochani raz i na zawsze: Stanisław Lem i jego żona  Barbara

„Basiu , czemu mnie kopiesz pod stołem?" - pytał Stanisław Lem, który popełniał masę gaf i za nic miał konwenanse. Ale o jego miłości do żony Barbary mogłaby powstać piękna powieść. Byli małżeństwem ponad 50 lat.
Jakub Demiańczuk
12.01.2021

Właśnie rozpoczął się rok Stanisława Lema – jednego z największych na świecie autorów fantastyki naukowej, najczęściej tłumaczonego polskiego pisarza. Wszyscy, jeśli nie czytali, to chociaż słyszeli o jego powieściach: „Dziennikach gwiazdowych”, „Cyberiadzie”, „Solaris” – w 2002 roku powieść wyreżyserował słynny Steven Sodenbergh z Georgem Clooney’em w roli głównej. Ale o swoim  życiu prywatnym, Lem publicznie mówił niewiele.  

Słowo „oblężenie” nie kojarzy się ze zdobywaniem kobiety, ale właśnie tak Stanisław Lem nazywał swoje starania o rękę Barbary Leśniakówny. Dziś nie sposób ustalić, kiedy spotkali się po raz pierwszy – w 1949 czy w 1950 roku. Poznali się na studiach medycznych. Ona – niespełna 20-letnia, olśniewająco piękna, delikatna. On – dziewięć lat starszy, obdarzony nietypowym poczuciem humoru. Wcześniej studiował medycynę we Lwowie (naukę przerwała wojna), publikował wiersze i opowiadania (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”).

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Stanisław Lem: ofiara z cukru, lukru, ciasta i masy

Basia czuła się Stanisławem speszona, dlatego odrzucała jego zaloty. „W naszej rodzinie wszystko kończy się na ogół dobrze, ale po komplikacjach. „Obecna moja Żona dała mi kosza; konkury wznowione po 1,5 roku dały lepszy rezultat”, wspominał Lem w liście do swojego amerykańskiego tłumacza i przyjaciela Michaela Kandla. Być może kosza dostał po tym, jak na jednej z pierwszych randek zasnął na samym początku koncertu muzyki poważnej, a Barbara bała się go obudzić. A może wtedy, gdy zamiast kwiatów przysłał jej tort. Nie przyjęła podarunku.

Nie mogła wtedy wiedzieć, jak wielkim poświęceniem było dla Lema ofiarowanie czegoś słodkiego. Potem łakocie pałaszował w tajemnicy przed rodziną. Papierki po cukierkach skrzętnie ukrywał za szafą w garażu, a z marcepanu i chałwy nie zrezygnował nawet wtedy, kiedy lekarze zdiagnozowali u niego cukrzycę. Tort w prezencie był więc – jak wspominał syn Lemów, Tomasz – „swoistą ofiarą złożoną z lukru, cukru, ciasta i masy”. Po trzech latach „oblężenie” zakończyło się ślubem i szczęśliwym małżeństwem, które przetrwało ponad pół wieku.

Dzięki Basi Lem znów miał rodzinę. Co prawda Stanisław i jego rodzice niemal cudem uniknęli śmierci, ale ich krewni zginęli w Holokauście. Barbara również pochodziła z kresowej wielopokoleniowej familii, która szczęśliwie przeżyła wojnę. Być może dzięki nim, ich rodzinnym zjazdom i spotkaniom, Lem odzyskał poczucie bezpieczeństwa.

Stanisław Lem i dziewczyna o siwych oczach

Niewiele jest zapisanych, dostępnych dla wszystkich pamiątek po związku Lemów, ale można szukać śladów miłości do Barbary w prozie Stanisława. Na wczesnym etapie kariery bywał zaskakująco liryczny. Bohaterowie jego opowiadań marzyli o prawdziwej miłości, zakochiwali się. „Dziewczyno jasnooka, tak samotnie piękna / Że każdą zmarłą chwilę budujesz od nowa / Nie uśmiechaj się, obca, gdy czytasz te słowa / Jesteś milczeniem wiersza, ciszą mego tętna”, pisał w jednym z wierszy. Gdy jednak w jego życiu pojawiła się Basia, z tekstów zniknęła czułość. Jakby prawdziwa, głęboka miłość sprawiła, że ta literacka przestała pisarza interesować.

Jeszcze na początku lat 50. w opowiadaniu „Siostra Barbara” pojawia się wzorowana na narzeczonej postać: „miała jasną grzywkę włosów na czole, siwe surowe oczy, ruchliwy nos i energiczny podbródek”. Portretu żony można doszukiwać się też w późniejszych książkach, zwłaszcza w postaciach Harey („Solaris”) oraz Eri („Powrót z gwiazd”). I nie chodzi wyłącznie o odległe fizyczne podobieństwo, ale o zapis emocji związanych z ukochaną osobą.

Lem z żoną
Barbara i Stanisław Lemowie, lata 50. Fot. Archiwum Prywatne Stanisława Lema

Mąż tramwajowo dojeżdżający

Barbara Lem pracowała jako lekarka, a jednocześnie przez całe życie nie wychodziła z cienia męża. To był jej wybór: nie chciała być rozpoznawana, nie występowała w telewizji. Lem zawsze to szanował. Nigdy nie mówił o żonie w wywiadach, nie wspominał jej w tekstach publicystycznych, w wypowiedziach publicznych jakby nie istniała. A jednak działali razem – przez wiele lat Barbara była kimś w rodzaju sekretarza Stanisława, to ona odpowiadała za jego kalendarz. Jeśli ktoś chciał porozmawiać z Lemem, najpierw musiał dogadać się z jego żoną.

Ślub cywilny wzięli we wrześniu 1953 roku, kościelny (choć Lem zawsze deklarował, że jest agnostykiem) – w lutym 1954 roku. Pisarz zapamiętał przede wszystkim, że w krakowskim kościele pod wezwaniem Piotra i Pawła było okropnie zimno. „Wypowiadaliśmy słowa przysięgi, nieomal szczękając zębami”, wspominał.

Początkowo nie mogli zamieszkać razem – maleńkie mieszkania obojga nie pomieściłyby dodatkowego lokatora. „Przez pewien czas byłem mężem tramwajowo dojeżdżającym ze Śląskiej na Sarego, gdzie żona mieszkała wraz z siostrą”. Być może Lemowi taka sytuacja odpowiadała: wojenne doświadczenia sprawiły, że cierpiał na bezsenność. Wspólny kąt, choć dzielony z matką Stanisława, Lemowie zdobyli dopiero rok po ślubie, kilka lat później wybudowali wymarzony dom na zacisznych krakowskich Klinach.

Zresztą Lem pisał przede wszystkim, by zarabiać – zapewne najpierw na budowę domu, potem na jego utrzymanie i dbanie o rodzinę. Gdyby był sam, część pomysłów literackich prawdopodobnie by porzucił.

Basiu, dlaczego mnie kopiesz pod stołem?

Lemowie prowadzili ożywione życie towarzyskie. Gościli u nich: Sławomir Mrożek, Czesław Miłosz, Jan Błoński, Jan Józef Szczepański. Lem za nic miał konwenanse, słynął z ciętego języka i jeśli kogoś uważał za głupca lub poczuł się oszukany, nie wahał się mówić o tym głośno. Barbara wierzyła, że mąż nauczy się etykiety. Nauka szła jednak opornie: podczas uroczystego obiadu – wśród gości Lemów znalazły się wówczas m.in. Ewa Lipska i Wisława Szymborska – Stanisław nagle oznajmił, że do ciastek, kupionych w cieszącej się dobrą sławą cukierni hotelu Cracovia, powinny być dołączone karteczki z cenami, by „panie wiedziały, jak bardzo się dla was wykosztowaliśmy”. Dyskretną interwencję żony pisarz skwitował zaś pełnym zdziwienia pytaniem: „Basiu, dlaczego mnie kopiesz pod stołem?”.

Podobne sytuacje kończyły się zazwyczaj podobnie: małżonkowie zamykali się na parę chwil w łazience, a po umoralniającej rozmowie Lem siadał przy stole nieco skruszony i trochę bardziej pokorny. Ale ten stan szybko mijał. Zresztą w pierwszych latach małżeństwa Lem próbował reprymendy żony rozbroić humorem: cierpliwie słuchał połajanek Basi, po czym kwitował je nic nie znaczącymi słowami „kapeluch” albo „drumla” i wybuchał śmiechem. Choć żart prawdopodobnie bawił tylko jego samego.

„Większość kontaktów z osobami trzecimi ojciec cedował na żonę – pisze we wspomnieniach Tomasz Lem. – Bywało to wygodne; Basia pełniła już obowiązki sekretarko-asystentki, przewodnika, aprowizatora, lekarza i doradcy, wobec czego przypisanie jej jeszcze jednej roli wydawało się naturalne. Rozmowy przez Basię odbywały się także w domu, na przykład przy obiedzie. Siedzieliśmy wszyscy przy stole – ojciec, matka, babcia i ja; ojciec przerywał pełną skupienia kulinarną ciszę i zwracał się do żony, najczęściej zaczynając od: »Basiu, powiedz Tomkowi...«”.

Lem z żoną
Na tarasie krakowskiego domu, 1998 rok. Fot. East News

Xięga bezlitosnych dopiekań

„Żyjemy, wieś cicha, czasem ktoś (…) się zesra albo kogo zarżną. Poza tym spokój. Psy oba tłuste bardzo i krnąbrne, przeszkadzają, każą się lizać, drapać, jedzą drogo i dużo, Basia zabrania bijać. Przykre”, pisał Lem do Sławomira Mrożka, relacjonując podkrakowską codzienność. Autor „Cyberiady” pozostawił po sobie bogatą korespondencję, jednak żona pojawia się w jego listach zazwyczaj jako oczywisty i stały element życia codziennego, ktoś porządkujący to życie i wprowadzający rozmaite zasady. „Barbara nie pozwala mi chodzić po podłodze, lecz NAD nią”, donosił.

Lem uwielbiał swój dom. Wstawał o czwartej nad ranem, rozpalał w piecu, zaczynał pracę. Bliscy i sąsiedzi wspominali, że od świtu słychać było w okolicy stukanie maszyny do pisania. Najchętniej nie ruszałby się z Klinów, musiał jednak wyjeżdżać, by promować nowe książki i spotykać się z czytelnikami. Wakacje, zwłaszcza zagraniczne, bo w polskie góry lubił jeździć, bywały dla niego utrapieniem. Zawsze decydował się za namową Basi, która podczas dalekich wojaży prowadziła dzienniki. Ich fragmenty Tomasz Lem opublikował we wspomnieniach. „W naszej kwaterze idzie wprawdzie woda, ale lodowata – pisała Basia w latach 60. podczas podróży do Jugosławii. – Mimo to dzielnie się tuszuję. Staszka namawiam, żeby się wcale nie mył, ponieważ wiem, że wtedy na pewno się umyje, a obejdzie się bez gadania...”.

Lem podobno był zapiskom żony dość niechętny – trudno powiedzieć, czy dlatego, że zbyt wiele odsłaniały z ich prywatnego życia, czy z innego powodu. Ale zabronić jej pisania nie mógł, za to postanowił prowadzić własny dziennik podróży pod wielce obiecującym tytułem „Khoszmarna Xięga Bezlitosnych Dopiekań i Peregrynacji na Poboczu Dalmatyńskiej Partii Adriatyku” (szkoda, że nigdy nie ujrzał światła dziennego). „Bardzo długo nie śmiałem zdecydować się na posiadanie dziecka i wraz z Żoną mieliśmy tu opory właściwe ludziom zarazem przywykłym do myślenia i takim, którzy przetrzymali okupację niemiecką, bo też świat wydaje się na ogół miejscem b. kiepsko urządzonym na przyjęcie ludzi. Ale cóż – jest czas umierania i jest czas życia”, pisał do Kandla.

Tomasz urodził się w 1968 roku, zaś do listów pisanych przez Lema wkradło się wtedy dużo ciepła, miłości, poczucia szczęścia. Z czasem pojawiło się jeszcze więcej troski o najbliższych. „Żona moja nie pracuje w RTG i dostała »rentę inwalidzką«, nie, żeby specjalnie była na coś chora, ale jest b. wątła i jeszcze zeszczuplała, co złe mi wystawia świadectwo, gdy zważyć na przysłowie ruskie: u dobroho muża żona jak róża”, pisał. Owa troska czasami prowadziła do skrajnych sytuacji: któregoś roku Lem wysłał żonę i syna na wakacje do Ustki z pełną świadomością, że gdy oni będą odpoczywać, on podda się operacji prostaty. „Jej ta nieobecność oszczędziła nie lada przykrych wzruszeń”, wspominał w liście do przyjaciela.

Nie do końca było to prawdą: po zabiegu wystąpiły komplikacje, pisarz był bliski śmierci, a Barbara i Tomasz wracali znad Bałtyku do Krakowa taksówką.

Dom jak cały świat

Gdy w Polsce wprowadzony został stan wojenny, Lem podjął decyzję o emigracji. W zasadzie nie konsultował tego z rodziną. Nie chciał już mieszkać w kraju, w którym nie widział przyszłości, ani skazywać syna na dalsze dorastanie za żelazną kurtyną. Wyjechali do Berlina Zachodniego, później osiedlili się w Wiedniu. „Stanisław Lem w tym okresie albo umierał, albo pracował, często zresztą równocześnie – zdradza w biografii pisarza Wojciech Orliński. – Ogromny ciężar siłą rzeczy spadł więc na Barbarę Lem. Była de facto głową rodziny, a także, co wspominała szczególnie źle, rodzinnym kierowcą. Ze względu na stan zdrowia pisarza ów zaszczytny obowiązek spadł na jego żonę, która wcale nie była tym zachwycona”.

Dla Lemów to był trudny czas. Co prawda nie czuli się na Zachodzie niczym przybysze z innego świata, bo podczas podróży zagranicznych zdążyli zobaczyć, jak żyje się poza Polską Ludową. Tęsknili jednak za bliskimi i przyjaciółmi, zderzali się z niezrozumieniem i obojętnością. „Pewnego dnia, zawiózłszy męża do lekarza, zapomniała zaciągnąć ręczny hamulec w mercedesie – pisze Orliński. – Gdy wrócili, zastali samochód niezupełnie tam, gdzie go zostawili przedtem – oparty o lekko wgiętą barierkę. Czekało tam na nich dwóch policjantów, którzy Lemów ani nie przywitali, ani nie ukarali, ani nie pouczyli – nie wiadomo było, o co im chodzi. Barbara Lem postanowiła przejąć inicjatywę, zanim przemówi jej mąż. »Proszę, to na naprawę tej barierki«, powiedziała, wręczając im kilka banknotów. Schowali je do kieszeni i bez pożegnania odeszli. Barierki nie naprawiono do końca pobytu Lemów w Wiedniu”.

Wrócili pod koniec lat 80., oczywiście na Kliny, choć do nowego domu oddalonego od poprzedniego o zaledwie kilkadziesiąt metrów. To już na zawsze było ich miejsce. Wielbiciele Lema doskonale znają je ze zdjęć: pisarz chętnie pozował na tle swojej biblioteki z drewnianymi schodami i globusem Księżyca stojącym gdzieś w kącie. Jak pisze Orliński, na fotografiach z ostatnich lat życia pisarza „widzimy parę starszych już ludzi, którzy dobrze się czują w swoim domu. W pielęgnowanym od lat przez Barbarę Lem ogrodzie zdążyły już wyrosnąć spore drzewa – Lemom ten ogród wystarczał za cały świat”. Na starość największą pasją Stanisława było dokarmianie ptaków przylatujących do tego ogrodu.

Stanisław zmarł w 2006 roku. Miał wtedy 85 lat, jego żona – 74, ich syn Tomasz – 38.

Barbara do końca dbała o jego literacką spuściznę i pamięć o nim. Jednak o swoim życiu u boku pisarza wciąż nie chciała opowiadać. Pozostają fragmenty jej dziennika, cytowane we wspomnieniach Tomasza. Można tam znaleźć zdanie: „Staszek przy oknie żegna w myśli marcepany”, zanotowane w czasie wycieczki do Czechosłowacji. Albo zapiski, które mają urok komedii romantycznej: „Piszę. Staszek co pół minuty chce wiedzieć o czym. W końcu każę mu siedzieć cicho. Obraża się i idzie spać”.

Barbara Lem zmarła w 2016 roku roku. Krótko przed śmiercią oprowadzała dziennikarzy po domowej bibliotece męża, opowiadała o jego życiu. Pokazując ulubiony fotel pisarza, mówiła: „Za każdym razem, gdy tu wchodzę, jestem zaskoczona, że go nie ma”.

 

Korzystałem m.in. z książek Wojciecha Orlińskiego „Lem. Życie nie z tej ziemi” (Wydawnictwo Czarne, Agora, 2017) i Tomasza Lema „Awantury na tle powszechnego ciążenia” (Wydawnictwo Literackie, 2009).

Materiał ukazał się w miesięczniku „Uroda życia” 9/2017.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Leopold Tyrmand i Barbara Hoff / Fot. Jerzy Duduś Matuszkiewicz, z archiwum Mary Ellen Tyrmand

„Tyrmand atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Nieznana historia miłości pisarza i Barbary Hoff

Leopold Tyrmand oświadcza się Barbarze Hoff wielokrotnie. Wreszcie za którymś razem mówi bez ogródek: „Wiesz, sporządziłem listę dobrych partii, na której zajęłaś pierwsze miejsce”.
Anna Zaleska
27.10.2020

Niezbyt wysoki, wcale nie tak bardzo przystojny, ale jednak – podobał się kobietom. I umiał z tego korzystać. Kiedyś przyjaciel powiedział do niego: „Poldek, ty idziesz na te dziewczyny jak czołg”. A on na to: „Z dziewczynami to jak z chodzeniem po bagnie. Skaczesz z kępy na kępę i próbujesz, jak daleko jeszcze możesz dojść. Jak dostaniesz w mordę, to wiesz, że trzeba się cofnąć. I idziesz do następnej”. Ludwik Jerzy Kern, obserwując z boku, mówił, że Tyrmand „atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Wszystkie kobiety Leopolda Tyrmanda Ale wcześniej te dziewczyny staranie dobierał. Marcel Woźniak w nowo wydanej biografii „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” (wyd. Marginesy) zauważa, że „to nigdy nie były dziewczyny znikąd. Rysia była córką przedwojennego dyrektora Macierzy Szkolnej, jednego z sądzonych w moskiewskim procesie szesnastu. Po niej była Maria Iwaszkiewiczówna. Potem ożenił się z panną Rublówną, której ojciec był adiutantem Andersa. A gdy z nią się rozwiódł, wziął ślub z Barbarą Hoff, córką wybitnego adwokata i jednego z pierwszych kontestatorów”. W tej wyliczance nie ma Bogny, którą pisarz poznał, gdy ona miała 16 lat, a on 34. Zaletą nastolatki, z którą związek zajmuje dużo miejsca w „Dzienniku 1954”, było to, że gdy szli na bal, nikt nie miał partnerki tak młodej, do tego pięknej, atrakcyjnej, wyższej od niego. Młodość początkowo bardzo w kobietach cenił. Gdy w 1955 roku żenił się z Małgorzatą Rublówną – zwaną Kopiejką – przyjaciel zapytał go: Kto to?”. Tyrmand odrzekł na to: „Jak zwykle. Dziewczyna ma 19 lat i jest z ASP. Jak wszystkie.” Dopiero z czasem coraz ważniejsze stawało się dla niego to, by kobieta była mądra. Tłumaczył, że gdy przerwy...

Czytaj dalej
pilch
Mieszko Stanisławski/REPORTER

Jerzy Pilch: „Wszystko dalej potoczy się bez nas”. Pisarz zmarł w wieku 67 lat

Jeden z najważniejszych polskich pisarzy, Jerzy Pilch nie żyje. Gdy z nim rozmawialiśmy, był jeszcze pełen nadziei, choć już bardzo ciężko chory.
Marta Strzelecka
29.05.2020

Zmarł Jerzy Pilch. Jeden z największych współczesnych polskich pisarzy, autor takich książek, jak ‚Spis cudzołożnic”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Moje pierwsze samobójstwo”, „Marsz Polonia”. W końcu 1999 roku, na przełomie  wieku w „Tygodniku Powszechnym" opublikował listę 10 słów „mojego życia, a raczej moich słów". Te najważniejsze słowa dla Jerzego Pilcha to: dom, nałóg, dotyk, pismo, dzwon, trawa, światło, matka, skrzydła, koniec.   Kilkanaście lat później w rozmowie z „Urodą Życia” mówił o relacjach i uczuciach: „Przekonanie, że dla miłości zrobiłoby się absolutnie wszystko, może być złudne, jednak warto dostać szansę, żeby to sprawdzić. Warto zaryzykować”. W ostatnich latach niechętnie udzielał wywiadów. Niechętnie nazywał swoją chorobę. Ale mówił i pisał o przebytej operacji mózgu, o tym, że pod obojczykiem ma wszczepioną baterię, że utracił na jakiś czas mowę, miał problemy z pisaniem i typowe objawy choroby Parkinsona. Podkreślał, że ta nazwa medyczna brzmi dla niego zbyt złowrogo. Bohater jego książki „Zuza albo czas oddalenia” (Wydawnictwo Literackie, 2015) choruje na Parkinsona, żyje sam i tęskni za miłością. Zakochuje się w młodej prostytutce, wspomina swoje poprzednie związki, ale dopiero ten wydaje mu się największą szansą na spełnienie i szczęście. Marta Strzelecka: Dlaczego w pana opowieści o zakochaniu jest tak dużo tęsknoty? Jerzy Pilch: Wydaje mi się, że za mało. Gdyby dopisywały mi siły i zdrowie, napisałbym nie sto, lecz kilkaset stron lodowatego monologu miłosnego pełnego tęsknoty. Niewystarczająco dużo jest tych emocji w zachwycie dojrzałego, chorego mężczyzny nad młodą, wolną, piękną kobietą? Aż nadto. Zastanawiam...

Czytaj dalej
Fot. East News, Reporter

Murem za kobietami  – mężczyźni, którzy wspierają Strajk Kobiet

W przeciwieństwie do tych, którzy pod pretekstem „obrony kobiet i rodziny” atakują uczestniczki demonstracji, ci mężczyźni naprawdę stoją murem za kobietami, wspierając Strajk Kobiet. Ich wystąpienia są pełne emocji.
Anna Zaleska
03.11.2020

Protesty Strajku Kobiet mają poparcie ponad 60 procent Polaków – tak wynika z badań przeprowadzonych przez IBRiS dla Wirtualnej Polski. Na pytanie: „Czy w obecnej sytuacji epidemicznej protesty powinny dalej trwać?” pozytywnie odpowiedziało 58 proc. kobiet i aż 63 proc. mężczyzn! Mężczyźni są obecni na protestach, ale też w mediach społecznościowych udzielają strajkującym kobietom silnego poparcia. Często nie przebierając w słowach. Przemysław Kossakowski Dziennikarz i podróżnik prowadzący program „Down the Road. Zespół w trasie” 28 października napisał na swoim profilu na Instagramie: „Kobiety powinny mieć prawo do wyboru. Strajk kobiet. Popieram”. Jego wpis dostał ogromne poparcie, ale niektórzy komentatorzy zarzucili mu hipokryzję, twierdząc, że osoba, która robi program z osobami z Zespołem Downa, nie powinna propagować takich poglądów. Kossakowski odpowiedział na to: „ Uważam, że każdy porządny człowiek powinien wspierać ludzi niepełnosprawnych i ich rodziny. Ale to nie oznacza, że mamy prawo zmuszać kobiety do rodzenia trwale i nieodwracalnie uszkodzonych płodów. Kobiety powinny mieć prawo wyboru. Mam nadzieję, że ci, którzy mają inne zdanie, zamiast trwonić energię kanalizowaną w internetowych komentarzach, zainwestują ją, angażując się w wolontariat lub inną pomoc ludziom niepełnosprawnym. Jestem wolontariuszem od ponad roku. To doświadczenie ostatecznie nauczyło mnie, że nie mamy prawa nakazywać kobietom, aby poświęcały swoje życie dla jakiejkolwiek wizji świata ”. A na koniec dodał: „Domy dziennej pomocy, warsztaty terapii zajęciowej, stowarzyszenia i fundacje czekają. Może, zamiast klepać w klawiatury, zróbcie dla odmiany coś, co zmieni świat na lepsze”. Wojciech Chmielarz „Miałem kilka pomysłów, w jaki...

Czytaj dalej
Kalina Jędrusik
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru. Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny.  Leżeli, leżeli, gadali, gadali O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże.  „Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy.  „Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich...

Czytaj dalej