Pamiętacie Jennifer Connelly? Po 20 latach wróciła  w genialnym serialu sci-fi
East News

Pamiętacie Jennifer Connelly? Po 20 latach wróciła  w genialnym serialu sci-fi

„Snowpiercer” z Jennifer Connelly w roli głównej to serial na podstawie kultowego filmu reżysera Bong Joon Ho, zdobywcy Oscara za „Parasite”. W Polsce to dziś drugi najchętniej oglądany serial na Netfliksie!
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Rzadko pokazuje się na ekranie. Najmocniejszą rolę stworzyła 20 lat temu w filmie Darrena Aronofsky'ego „Requiem dla snu”, gdzie wcieliła się w postać uzależnionej od heroiny Marion, którą narkotyki spychają na samo dno człowieczeństwa. Dwa lata później odebrała Oscara i Złoty Glob za drugoplanową rolę w filmie „Piękny umysł” Rona Howarda. I chociaż od tamtego czasu pojawiła się jeszcze w kilku produkcjach, to żadna z nich nie miała już tej siły, co jej wczesne filmy. Może dlatego, że zmieniły się jej życiowe priorytety. W 2003 roku poślubiła szkockiego aktora Paula Bettany, z którym wychowuje trójkę dzieci prowadząc spokojne życie na nowojorskim Brooklynie. 

Ale właśnie wraca do gry. Ma 49 lat, wygląda lepiej niż kiedykolwiek, po raz pierwszy od 20 lat pojawiła się na małym ekranie w serialu „Snowpiercer” i zagrała w dwóch głośnych produkcjach tego roku – „Alita: Battle Angel” w reżyserii Roberta Rodrigueza i kontynuacji kultowego przeboju „Top Gun: Maverick”, gdzie na planie spotkała się z Tomem Criusem i Jonem Hammem. O ile daty premier „Ality” i „Top Gun” nie są jeszcze znane, to serial „Snowpiercer” jest już dostępny na platformie Netflix i, nie tylko w Polsce, cieszy się olbrzymią popularnością.

Była Tilda Swinton, jest Jennifer Connelly 

Ci, którzy oglądali film „Snowpiercer” Bong Joon Ho z 2013 roku wiedzą, że historia ta ma dziś nowy, smutno-aktualny wydźwięk. Oto ludzie, na skutek własnej głupoty i barbarzyńskiej eksploatacji Ziemi, stają na skraju zagłady. W wyniku próby sztucznego ochłodzenia klimatu, Ziemia zamarza, a życie na niej zamiera. Przeżyła jedynie garstka ludzi, którzy skazani są na niekończącą się podróż pociągiem gigantem stworzonym przez tajemniczego wynalazcę, pana Wilforda. Pociąg krąży wokół Ziemi bez chwili przystanku. Jeśli stanie – zamarznie, a wraz z nim wszyscy pasażerowie. 

film Snowpiercer
Chris Evans, Tilda Swinton i Octavia Spencer w filmie „Snowpiercer” z 2013 roku. Mat. prasowe

Kiedy Bong Joon Ho pisał scenariusz swojego filmu, rok 2021, w którym dzieje się akcja, wydawał mu się odległą przyszłością. Dla nas to już w zasadzie teraźniejszość, a niektóre pomysły reżysera okazały się wyprzedzać swój czas. Dystopia, którą stworzył pokazuje świat, w którym brakuje nie tylko zasobów naturalnych, ale także sprawiedliwości i równości. Podziały klasowe panujące w pociągu w krzywym zwierciadle ukazują naszą dzisiejszą rzeczywistość. Ponad 70 procent pasażerów podróżuje w wagonach trzeciej klasy i tzw. Ogonie, gdzie ludzie żywieni są resztkami odpadów, nie mają dostępu do bieżącej wody, gnieżdżą się na małej przestrzeni, czasem zjadają siebie na wzajem i marzą o tym, żeby w wyniku rewolucji przejąć władzę. W pierwszej klasie podróżuje zaledwie garstka osób, ale to dla nich zarezerwowane są wszystkie przywileje i luksusy – warzywa, mięso hodowanych w pociągu zwierząt, kluby, restauracje, basen, dostęp do leków. Od początku wiadomo, że to musi się źle skończyć.

„Snowpiercer” na nowo

Producenci serialowej wersji filmu od razu zdecydowali się stworzyć dwa sezony „Snowpiercera”, dlatego dołożyli wątek kryminalny i przepisali historię na genderowo bardziej „poprawną”. Nie będzie to zbyt duży spoiler, jeśli zdradzimy, że pan Wilford jest tu panią Wilford. I chociaż głównym bohaterem, podobnie jak w filmowym pierwowzorze, pozostaje podróżujący w Ogonie przywódca rewolucji (znany z „Zaślepionych” Daveed Diggs), to jego antagonistka, szefowa obsługi pociągu (Jennifer Connelly) jest co najmniej równie ważną postacią historii. Reżyserem serialu został James Hawes, twórca takich kultowych seriali, jak „Black Mirror”, „Dom grozy” czy „Doktor Who”, a producentem sam autor pierwowzoru, zdobywca Oscara za „Parasite”, Bong Joon Ho.

serial Snowpiercer
Daveed Diggs i Jennifer Connelly w serialu „Snowpiercer”. Mat. prasowe

„Chociaż nasz serial jest dystopią mocno osadzoną w gatunku sci-fi, to jest to jednocześnie poruszająca, ponadczasowa, bardzo ludzka historia o miłości i stracie, bólu i odrodzeniu” – mówiła Jennifer Connelly w rozmowie z „The New York Times”. „A jednocześnie ta katastroficzna wizja końca świata jest dziś niepokojąco obecna w naszym życiu. Pasażerowie pociągu żyją ze świadomością, że to oni sami i ich działania przyczyniły się do zagłady Ziemi. Dziś dręczą nas podobne wyrzuty, choć – mam nadzieję – na ratowanie świata nie jest jeszcze za późno”.

Jennifer Connelly w ratowaniu świata ma zresztą sporą wprawę. Od 2005 roku jest ambasadorką organizacji Amnesty International, z którą przemierzyła cały świat, od 2012 roku także działaczką organizacji Save the Children, gdzie koncentruje się na ochronie praw dziecka w Stanach Zjednoczonych. Ale całe jej życie skoncentrowane jest wokół Nowego Jorku. Twierdzi, że to jej miejsce na ziemi, a wakacje nie są jej do niczego potrzebne. Rzadko opuszcza to miasto, nigdy nie daje prasie bulwarowej pretekstów do skandalizujących materiałów, jest na tyle nieznaną ze znanych aktorek, że swobodnie podróżuje metrem i cieszy się względną prywatnością. Czy „Snowpiercer” i „Top Gun: Maverick” to zmienią? Czy przyniosą jej hollywoodzką sławę? Chyba by sobie tego nie życzyła… 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Olivia Colman, The Crown
BEW

Jak to jest być Elżbietą II? Odpowiada Olivia Colman

„Nie mogę myśleć o tym, jak zostanę oceniona przez królową. Po prostu gram najlepiej, jak potrafię.” – mówi aktorka, która w brytyjską monarchinię wciela się w trzecim sezonie serialu „The Crown”.
Jakub Demiańczuk
03.06.2020

W graniu królowych Olivia Colman ma już doświadczenie. W filmie „Weekend z królem” wcieliła się w królową Elżbietę, matkę obecnie panującej królowej Anglii. Za rolę królowej Anny Stuart w „Faworycie” została wyróżniona Oscarem i Złotym Globem. W nowym sezonie „The Crown” (wszystkie trzy serie dostępne są na platformie Netflix) jako Elżbieta II jest stanowcza, chłodna, wręcz surowa. Sama wydaje się zdystansowana wobec swojej popularności, wrażliwa i krucha.  Jakub Damieńczuk: Trudno stać się na ekranie Elżbietą II? Olivia Coleman: Wymagało to ode mnie opanowania wielu nowych rzeczy: specyficznego sposobu mówienia, gestów, ruchu. Na przykład królowa, idąc, nigdy nie odwraca głowy na boki. Patrzy zawsze prosto przed siebie, absolutnie pewna tego, dokąd zmierza. To trudne i na dodatek musi wyglądać na ekranie naturalnie, a ciało ma swoje przyzwyczajenia. Musiałam też nauczyć się dworskiej etykiety. To było fascynujące! Podczas posiłku, zamiast powiedzieć: „Czy możesz podać mi sól?”, królowa mówi: „Czy chcesz soli?”. To rodzaj pasywno-agresywnej prośby: osoba, która z nią siedzi przy stole, wie, że to właśnie ona ma podać monarchini solniczkę. Podobno w czasie realizacji wymagających scen słuchała pani wiadomości pogodowych, żeby łatwiej zapanować nad emocjami. To prawda. Kręciliśmy scenę, w której grająca księżniczkę Małgorzatę Helena Bonham Carter miała przekazać mi jakąś smutną wiadomość. Ja – jak to mam w zwyczaju – od razu zaczynałam płakać. A to jest coś, czego królowa nigdy by nie zrobiła, bo musi zawsze trzymać nerwy na wodzy. Wtedy dźwiękowiec założył mi słuchawkę, którą nastawił na kanał BBC emitujący prognozę pogody dla...

Czytaj dalej
Książki o rasizmie
Mat. prasowe

10 książek na temat rasizmu, które trzeba przeczytać

Zabójstwo 46-letniego czarnoskórego George'a Floyda przez policjanta z Mineapolis udowodniło, że rasizm wciąż ma się dobrze. Protestuje już cały świat. Wygrajmy wspólnie z rasizmem - wiedzą, uważnością, empatią!
Magdalena Żakowska
03.06.2020

Książek zmarłej w zeszłym roku Toni Morrison, amerykańskiej pisarki, feministki, eseistki polecać nikomu nie trzeba. Jej „Najbardziej niebieskie oko” i „Umiłowana” należą dziś do kanonu literatury XX wieku. W uzasadnieniu decyzji o przyznaniu Toni Morrison Nagrody Nobla Akademia Szwedzka napisała: „W powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej i poetyckich wartości Morrison przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości”. Problemy jej czarnoskórych mieszkańców. Ale książek, które pozwolą nam lepiej zrozumieć to, co dzieje się dziś w Ameryce i dadzą nam narzędzia do tego, abyśmy potrafili o tym mądrze rozmawiać, jest znacznie więcej. Oto 10 książek, które wszyscy powinniśmy dziś znać: 1. Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę Hampton Sides (Czarne, 2017)  „W kwietniu 1968 roku James Earl Ray przyjechał do Memphis. Wynajął obskurny pokój ze świetnym widokiem na motel Lorraine, kupił karabin snajperski i wziął na cel historię. Po oddaniu śmiertelnego strzału do Martina Luthera Kinga porzucił broń, wsiadł do białego mustanga i spokojnie odjechał. Policja, która już parę minut po zabójstwie pojawiła się na miejscu zdarzenia, minęła się z nim o kilka chwil. Śledztwo wkrótce przejęło FBI, rozpoczynając największy pościg w historii Ameryki, w którym udział wzięło ponad trzy i pół tysiąca agentów, który kosztował prawie dwa miliony dolarów i który zakończył się daleko poza granicami USA”.  Hampton Sides stworzył pasjonujący thriller non-fiction, konstruując równoległe portrety dwóch bardzo różnych mężczyzn, ofiary i zabójcy: charyzmatycznego...

Czytaj dalej
Arthur Miller Marilyn Monroe
26 czerwca 1959 r. Nowy Jork. Marilyn Monroe i Arthur Miller w drodze ze szpitala po poronieniu ciąży. Fot. East News

Tak pięknie niedobrani! Marilyn Monroe i mężczyzna jej życia

Marilyn Monroe całe życie próbowała pokazać, że jest kimś więcej niż tylko blondynką. Ale nawet wtedy, kiedy poślubiła nagrodzonego Pulitzerem Arthura Millera, świat nie chciał brać jej poważnie.
Magdalena Żakowska
03.06.2020

Pisali o nich: „tytan intelektu i bogini seksu”, „mistrz i afrodyta”, „moralny guru i naiwna blondynka”. Ale żadna z tych etykietek nie oddawała tego, jacy byli naprawdę. Dziś, kiedy wszystkie tajemnice Marilyn Monroe zostały już odkryte i sprzedane na aukcjach za miliony dolarów, wiemy, że jej życie niemal od początku naznaczone było traumą , że przez wiele lat odważnie z nią walczyła, a tragedia, która ją spotkała była nierozłącznie związana z jej kobiecością.  Molestowanie, 13 aborcji i „Ulisses” Marilyn Monroe cierpiała na endometriozę, niezwykle bolesną chorobę kobiecą, na którą do dziś nie ma skutecznego lekarstwa. To właśnie choroba była pierwszym powodem dla którego zaczęła przyjmować środki przeciwbólowe, które ostatecznie ją zabiły. Kobiecość nie kojarzyła jej się z niczym przyjemnym – ból związany z endometriozą nasila się podczas miesiączki i stosunku seksualnego.  A jakie cechy uczyniły z niej „tę” Marilyn Monroe? Po pierwsze łatwość skracania dystansu w relacjach z mężczyznami – na zdjęciach bez żenady uwieszała się na szyjach kolejnych mężczyzn, często zupełnie przypadkowych. Po drugie karykaturalny wręcz seksapil, który wiązał się z nieustanną potrzebą podkreślania atrybutów kobiecości – jej sukienki zawsze były o numer za małe. Po trzecie dziecinny głosik, naiwność i towarzysząca jej przez całe życie potrzeba posiadania starszego mężczyzny, który się nią zaopiekuje i obroni przed światem. Takim obrońcą miał być silny i wysportowany bejsbolista Joe DiMaggio, a potem największy erudyta i moralny rugu epoki, Arthur Miller. Wszystkie te cechy Marilyn Monroe to podręcznikowe symptomy wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie. To, co stało się jej znakiem rozpoznawczym, wynikało tak...

Czytaj dalej