Powieść „Normalni ludzie” przyniosła Sally Rooney sławę i miliony wyznawców
Fot. Materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.

Powieść „Normalni ludzie” przyniosła Sally Rooney sławę i miliony wyznawców

Ale pisarka okrzyknięta Salingerem pokolenia Snapchata nie lubi być gwiazdą. „Fajnie jest myśleć o sobie: moje relacje są normalne, moje myśli są normalne, moje uczucia są normalne”, mówi.
Anna Zaleska
07.05.2020

Objawiła się w 2017 roku jako literacka sensacja. Pisano o niej: głos swojej generacji, pierwsza wielka pisarka milenialna, Salinger pokolenia Snapchata, Jane Austen prekariatu. Jej dwie powieści: „Rozmowy z przyjaciółmi” i „Normalni ludzie” zdobyły wiele nominacji i nagród, miały entuzjastyczne recenzje w najbardziej prestiżowych magazynach literackich, zachwalane były przez wszystkich – od Baracka Obamy, przez Zadie Smith, po Sarah Jessicę Parker, a i na instagramie niejednej influencerce zagwarantowały lawinę lajków. Teraz, gdy na BBC i Hulu można oglądać świetny serial na podstawie „Normalnych ludzi” (w Polsce wciąż czekamy na jego premierę), sława 29-letniej irlandzkiej pisarki jeszcze bardziej wzrasta. Tymczasem Sally Rooney robi co może, by zdystansować się do zamieszania wokół jej osoby. Zapewnia, że nigdy nie chciała mówić w imieniu nikogo oprócz siebie i że nawet z mówieniem w swoim własnym imieniu ma spory problem.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Życie raczej normalne

Dwie powieści, które przyniosły jej tak wielką popularność, napisała zanim skończyła 25 lat. Wtedy mieszkała już w Dublinie, ale urodziła się i dorastała w małym miasteczku Castlebar w zachodniej Irlandii. Jej ojciec pracował w firmie telekomunikacyjnej, matka prowadziła miejscowe centrum sztuki. Dom był pełen książek, rodzice, dwie córki i syn – wszyscy mnóstwo czytali. Jako dziecko Sally Rooney nie odnosiła jakichś szczególnych sukcesów, z całą pewnością nie była młodocianym geniuszem. Szkołę wspomina jako miejsce, gdzie trzeba było się uczyć wszystkiego na pamięć i do pewnego stopnia to robiła, choć na ile mogła, unikała odrabiania prac domowych. „Nauczyciele raczej nie dawali mi szansy, bym podążała za tym, co mnie naprawdę interesuje”, wspomina. W przeciwieństwie do bohaterów swoich powieści, jako nastolatka nie nawiązała przyjaźni. Nie czuła się dobrze w towarzystwie rówieśników.

Jako piętnastolatka dołączyła do miejscowego klubu literackiego, który spotykał się raz w tygodniu. „Miałam szczęście, że w Castlebar istniała taka pisząca społeczność, że wokół mnie było wielu ludzi poważnie pracujących nad naprawdę ciekawymi rzeczami. I takich, którzy zachęcili mnie do pisania. Byłam podekscytowana, przynosząc tam moje małe, nic niewarte opowiadanka.”

Gdy dziennikarz „Guardiana” odwiedził ją w Dublinie, by wypytać o biograficzne fakty, zasugerowała: „Po prostu napisz, że jej życie było raczej nudne i normalne”.

Kościół Sally Rooney

Nie była prymuską, dostała się jednak na dobrą uczelnię – Trinity College w Dublinie, gdzie przed laty studiowali Oscar Wilde i Samuel Beckett. Myślała o socjologii, wylądowała na wydziale literatury angielskiej. Z perspektywy czasu stwierdza, że dopisało jej szczęście. Tu wreszcie nawiązała przyjaźnie, co do których jest pewna, że na całe życie. Z rozmów z nowymi znajomymi dużo wynosiła. Przekonała się, jak wnikliwie można myśleć o literaturze, wiele lektur stało się dla niej intelektualnym wyzwaniem. Zmagała się z modernistami i powieściami XIX-wiecznymi, zyskując – jak mówi – umiejętność inteligentnego czytania, którą do dziś w sobie rozwija.

Inna zdolność, którą rozwinęła na studiach: dyskutowanie, argumentowanie, debatowanie. Była w tym świetna, w 2013 roku wygrała mistrzostwa Europy w debatach uniwersyteckich. Zależnie od potrzeby potrafiła każdą tezę obronić i każdą tezę obalić. Ale poglądy miała sprecyzowane i wyraziste, zdecydowanie lewicowe.

Będąc na drugim roku, poznała młodych pisarzy, którzy publikowali pierwsze opowiadania. To ją ośmieliło, by zacząć poważnie myśleć o pisaniu. Dzięki stypendium mogła opłacić czesne, czynsz i jeszcze wystarczało na jedzenie. Bez tego – choć rodzice ją wspierali – nie byłoby jej stać na kontynuowanie nauki na studiach magisterskich. Jako początkująca studentka amerykanistyki w ciągu trzech miesięcy napisała debiutanckie „Rozmowy z przyjaciółmi”. Gdy w 2017 roku powieść ukazała się drukiem, odnosząc ogromny sukces, Sally Rooney miała już gotową drugą, jeszcze lepszą – „Normalni ludzie”.

Głównymi bohaterami jej książek są irlandzcy licealiści i studenci uniwersytetu w Dublinie. „Piszę o takich ludziach jak ja, o ludziach, których życiowe okoliczności są podobne do moich”. Współczesne love story umieszcza w realiach, w których łatwo się odnaleźć. Kryzys gospodarczy, społeczne nierówności, studencka bieda, bezpłatne staże, zerowe szanse na pracę, nadciągająca katastrofa klimatyczna. Młodzi ludzie zmagający się z depresją, neurotyczni, pogubieni. Uwikłani w skomplikowane, kompulsywne relacje. Komunikujący się między sobą przez media społecznościowe. Irlandzka pisarka opowiada o współczesnych dwudziestolatkach w tak autentyczny i poruszający sposób, że gdy niezależna księgarnia na Brooklinie zorganizowała z nią spotkanie, trzeba je było przenieść do pobliskiego kościoła, by setki wielbicieli jej prozy się pomieściły. „Kościół Sally Rooney”, żartował „Vanity Fair”.

Nie chcę być widziana

Ze względu na popularność bywa nazywana pisarską celebrytką. Bardzo to nietrafione. Sally Rooney nie czuje się komfortowo ani z przyznanym jej tytułem literackiego objawienia, ani ze sławą, która temu towarzyszy. Cały zamęt wokół siebie odbiera tak, jakby dotyczył kogoś osobnego, na kogo ona patrzy z boku. „To jakaś persona kumulująca w sobie wszystko, co o mnie publicznie mówią, a nad czym ja nie mam żadnej kontroli. Bo o ile możesz w pewnym zakresie wpływać na to, jak odbierają cię twoi przyjaciele czy rodzina, bo wchodzisz z nimi w bezpośrednie interakcje, to kompletnie nie możesz zarządzać tym, co w tobie interesuje obcych ludzi albo o czym chcą mówić w odniesieniu do twojej osoby”, mówiła w wywiadzie dla „Vanity Fair”.

Swoje konto na Twitterze pełne entuzjastycznych postów zlikwidowała, bo czuła się niekomfortowo czytając własne wpisy. „Ja nie chcę być widziana. Kiedy zauważam gdzieś swoje imię albo zdjęcie, czuję się okropnie. Naprawdę byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby tylko moje książki przyciągały uwagę. To dla mnie w pewien sposób horror, że jestem przedmiotem publicznej analizy czy dyskursu”. Gdy ukazały się „Rozmowy z przyjaciółmi”, czytała wszystkie recenzje. Potem przestała, nie zagląda też do wywiadów, których udzieliła mediom. Jak mówi, to warunek jej zdrowia psychicznego.

Status gwiazdy

Znajomi mówią jej, że powinna bardziej się cieszyć tym, co ją spotkało. „Ale ja nie jestem typem osoby, która ma w sobie naturalny entuzjazm”, przyznaje. „Myślę, że kiedyś spojrzę na czas, kiedy o moich książkach dyskutowało się na Twitterze, i z perspektywy pomyślę: Wow, ale szalona rzecz przytrafiła się komuś zupełnie przeciętnemu. Jestem pewna, że to szybko przeminie”.

Tymczasem jednak serial według „Normalnych ludzi” – w reżyserii nominowanego do Oscara za film „Pokój” Lenny’ego Abrahamsona – zbiera entuzjastyczne recenzje. BBC zapowiada zaś przeniesienie na ekran również „Rozmów z przyjaciółmi”. A Sally Rooney pracuje nad nową powieścią. Przyznaje jednak, że jej nastroje są jak sinusoida. „Gdy nie mam pomysłu, mogą minąć miesiące, a ja nie jestem w stanie napisać ani słowa, co najwyżej emaila. Popadam w rozsypkę. Pierwszy miesiąc jest jeszcze okej, ale potem zaczynam myśleć: Już nigdy nic nie napiszę. Nigdy nie będę miała dobrego pomysłu. I nawet to sobie racjonalizuję. Wyszukuję przykłady innych powieściopisarzy, którzy napisali coś w wieku dwudziestu lat, a potem zamilkli”.

Na co dzień pracuje jako redaktorka w irlandzkim magazynie literackim „The Stinging Fly”. Mieszka ze swoim chłopakiem, nauczycielem matematyki, którego poznała podczas debat uniwersyteckich. Lubi mówić o sobie, że jest – jak jej bohaterowie – normalnym człowiekiem. „To jest okej. Fajnie jest myśleć o sobie: moje relacje są normalne, moje myśli są normalne, moje uczucia są normalne”. Być może dlatego tak bardzo nie lubi swojego statusu gwiazdy literatury. Gdy patrzy na Sally Rooney na zdjęciach w „Vogue’u” czy „Vanity Fair”, widzi osobę, która od normalnych ludzi jest coraz dalej.

W Polsce powieść „Normalni ludzie” wydało W.A.B.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Normalni ludzie
Mat. prasowe HBO

Serial „Normalni ludzie” jest już na HBO Go. Książka podbiła serca tysięcy

„Normalni ludzie” to bestsellerowa książka autorstwa Sally Rooney. Teraz losy jej bohaterów zostały przeniesione do świata serialu. „Normalnych ludzi” można już zobaczyć na platformie HBO Go.
Kamila Geodecka
03.12.2020

„Normalni ludzie” podbili serca czytelników na całym świecie. W samych Stanach Zjednoczonych sprzedano aż 64 tys. egzemplarzy – i to tylko przez pierwsze 4 miesiące po premierze. Powieść była nominowana też do Nagrody Bookera ( najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Wielkiej Brytanii ), a „The Guardian” wpisał ją na listę „100 najważniejszych książek XXI wieku”. "Normalnych ludzi" okrzyknięto książką roku.  Teraz historię miłosną Marianne i Cornella możemy obejrzeć także w serialu dostępnym na platformie HBO Go. Czytaj także:  Świąteczne filmy, które zobaczysz na Netfliksie i HBO Go „Normalni ludzie”. Tacy, jak my Serial dość wiernie odzwierciedla historię głównych bohaterów książki „Normalni ludzie”. Są nimi młodzi dorośli, którzy pochodzą z dwóch klas społecznych i z czasem zakochują się w sobie. Mogłoby się wydawać, że taką historię czytaliśmy już wielokrotnie, od XIX wieku począwszy, ale zarówno książka, jak i serial potrafią zahipnotyzować odbiorcę. Dlaczego? Bo w opowiedzianej historii widzimy prawdę. Skomplikowaną historię ludzi, którzy są już dorośli, ale jeszcze bardzo młodzi. Uczą się na błędach i wciąż poszukują własnych tożsamości, a dorastanie w XXI wieku nie ułatwia im tego zadania. Dodatkowo w tym wypadku możemy zaobserwować, w jaki sposób to bycie w klasie wyższej  może utrudnić życie i powodować problemy. To także historia o miłości, która jest pełna uczuć, emocji i namiętności, ale jednocześni mamy wrażenie, że główni bohaterowie zupełnie nie potrafią z nią sobie poradzić. Potykają się w tej relacji na każdym kroku, a jednocześnie nie potrafią z niej zrezygnować. Nie jest to jednak przypadek klasycznej toksycznej relacji....

Czytaj dalej
Księżna Diana i Hasnat Khan
East News

Księżna Diana i Hasnat Khan: „Pan cudowny” był miłością jej życia 

35-letnia księżna Diana chciała żyć z dala od światła reflektorów. Łudziła się, że z Hasnatem Khanem stworzy prawdziwy, normalny dom.
Sylwia Arlak
19.11.2020

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Księżna Diana poznała doktora Hasnata Khana w 1995 roku w szpitalu Royal Brompton w Londynie. Odwiedzała tam męża swojej terapeutki, który wracał do zdrowia po operacji serca. Zachwycała się postawną sylwetką lekarza i jego troskliwym spojrzeniem. „Odnalazłam spokój” — powiedziała jednemu ze swoich znajomych, kiedy zaczęła się spotykać z Hasnatem. „Dał mi wszystko, czego potrzebuję” — cytuje dalej jej słowa „Vanity Fair”. Miała nawet dla niego przezwisko: Natty. Kilka miesięcy później nazwała go „Panem cudownym”, a jej przyjaciele mówili, że był miłością jej życia. Ich romans trwał dwa lata.  Wielka miłość i zabawa z mediami  Po pierwszym spotkaniu księżniczka wracała do szpitala „prawie codziennie przez trzy tygodnie, tylko po to, żeby znów go zobaczyć” (czytamy w „The Guardian”). Z księciem Karolem rozstała się w 1992 roku, jeszcze zanim poznała Hasnata. Czekając na rozwód, mieszkała w Pałacu Kensington. Choć dorobek 36-letniego kardiochirurga był imponujący, Khan nie był typem mężczyzny, jakiego można byłoby spodziewać się po jednej z najsłynniejszych kobiet na świecie. Kamerdyner Diany, Paul Burell, mówił o tym w specjalnym programie ABC NEWS poświęconym ostatnim miesiącom życia księżnej: „To nieprawdopodobne, że ktoś taki został kochankiem księżnej. Nie jest wysportowany, nie jest przystojny ani nie jest bogaty. Więc co on takiego w sobie ma?”. Na to pytanie odpowiedział jeden z przyjaciół Diany w „Vanity Fair”: „To mężczyzna, który jest całkowicie bezinteresowny. Diana powiedziała mi, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak on”.  Księżna od początku dawała Khanowi do zrozumienia, że traktuje ich...

Czytaj dalej
Michaela Coel „I May Destroy You”
Michaela Coel w serialu „Mogę cię zniszczyć”. Fot. materiały prasowe

Michaela Coel jest ofiarą gwałtu. Zrobiła o tym serial i podbiła świat

„Mogę cię zniszczyć” (HBO) to najbardziej poruszający i odważny serial 2020 roku. Aktorka i reżyserka Michaela Coel postawiła w nim wiele trudnych pytań dotyczących granic w seksie.
Magdalena Żakowska
01.08.2020

Chociaż dla mnie, i pewnie także dla większości z was, Michaela Coel jest odkryciem, dzięki nowemu serialowi HBO, to ma już na koncie kilka sukcesów, w tym nagrodę BAFTA za swój pierwszy autorski serial „Chewing Gum” i dwie role w kultowym serialu „Black Mirror”. Ma zaledwie 32 lata, ale już dała się poznać jako zdolna poetka, scenarzystka, reżyserka i aktorka. W Wielkiej Brytanii zyskała status największej gwiazdy swojego pokolenia, została okrzyknięta nową Phoebe Waller-Bridge („Fleabag”), tyle że opowiadającą o nieco innym świecie – po rewolucji #metoo i w trakcie rewolucji Black Lives Matter. A bohaterką jej seriali jest ona sama.  Od wierszy o Jezusie do serialu Netflixa Jej rodzice pochodzą z Ghany, ale Michaela urodziła się już w Londynie. Jak większość imigranckich rodzin, zamieszkali na ubogich przedmieściach i zmagali się z typowymi dla uchodźców problemami – brakiem pracy, poczuciem izolacji i biedą. Mama Michaeli jest katoliczką i religię traktuje bardzo poważnie. Od dzieciństwa próbowała przekazać to córce. Michalea trafiła do szkoły katolickiej, gdzie była pierwszą czarnoskórą dziewczynką. Ten eksperyment się nie powiódł – zarówno ona (ataki agresji), jak i pozostałe dzieci (rasizm) nie zdały egzaminu. Ale misja mamy się udała – Michaela co prawda zmieniła szkołę, ale zapisała się do przykościelnej grupy tanecznej, a potem rozpoczęła studia na wydziale teologii i zaczęła pisać wiersze o Jezusie Chrystusie:  „Naprawdę jestem obrazem Boga,  Jego kolejną supermodelką. Kroczę dumnie po wybiegu jego światła, Jego miłość, moja wiara, moja siła.  Jego potęga.” To dzięki tym wierszom Michaela Coel jest dziś TĄ Michaelą Coel. Podczas wieczoru „open-mic”, gdzie...

Czytaj dalej
Kate Winslet
East News

Kate Winslet żałuje pracy z Polańskim i Allenem. „Muszę wziąć za to odpowiedzialność”

Nagrodzona Oscarem za rolę w „Lektorze” Kate Winslet, żałuje, że zdecydowała się zagrać w filmach Romana Polańskiego i Woody’ego Allena. Twórcy są oskarżani o molestowanie seksualne.
Sylwia Arlak
11.09.2020

Po jaką cholerę pracowałam z Woodym Allenem i Romanem Polańskim? To dla mnie niewyobrażalne, że ci ludzie byli przez lata tak bardzo cenieni przez branżę filmową. To jest cholerna hańba. Muszę wziąć odpowiedzialność za to, że u nich grałam” — mówi znana z „Titanica”, „Holiday” czy „Lektora” Kate Winslet w wywiadzie dla „Vanity Fair”. Kate Winslet zmienia zdanie? Aktorka zagrała w „Na karuzeli życia” u Allena i w „Rzezi” u Polańskiego. „Nie mogę cofnąć czasu. Zmagam się z wyrzutami sumienia, ale co nam pozostanie, jeśli nie będziemy w stanie mówić prawdy o tym wszystkim?” Czytaj też:  Meryl Streep: „Pracuj ciężko, podbijaj świat, ale sama ugotuj zupę – to moje życiowe motto”. Po premierze „Na karuzeli życia” aktorkę krytykowano za jej wypowiedź dotyczącą słynnych reżyserów. Mówiła, że współpraca z Polańskim i Allenem była dla niej „niezwykłym doświadczeniem”. Wówczas wolała nie myśleć o ciążących na nich oskarżeniach: „Jako aktor musisz odsunąć wszystkie myśli na bok i powiedzieć sobie: nie wiem, czy to prawda, czy fałsz”. Roman Polański został oskarżony w latach 70. o gwałt na 13-letniej dziewczynce. Polski reżyser jest ścigany przez amerykański wymiar sprawiedliwości, odkąd uciekł z USA przed ogłoszeniem wyroku. Woody Allen miał w dzieciństwie molestować seksualnie swoją przybraną córkę, Dylan Farrow.

Czytaj dalej