Roberto Benigni: Życie naprawdę jest piękne – wywiad 
Fot. east news

Roberto Benigni: Życie naprawdę jest piękne – wywiad 

Słynny aktor Roberto Benigni opowiada nam o swojej włoskiej rodzinie, zachwycie nad życiem i o tym dlaczego jest przekonany, że pieniądze szczęścia nie dają.
Artur Zaborski
08.10.2020

Najsłynniejszy Włoch w Hollywood, z którym pracować chcieli Francis Ford Coppola i Elizabeth Taylor.
Ale laureat Oscara Roberto Benigni zamiast biegać za rolami, wybrał karierę na własnych warunkach. Pracuje wtedy, gdy scenariusz ma do zaoferowania przejmującą historię albo wartościowy przekaz. Uznał, że nowa ekranizacja słynnej baśni „Pinokio” ma jedno i drugie. Benigni zagrał w nim Geppetta, ojca, dla którego syn jest sensem życia. Jak się okazuje, ma z tą postacią znacznie więcej wspólnego!

Artur Zaborski: Czy człowiek tak ekspresyjny jak pan potrafi chociaż przez 10 minut się nie ruszać?
Roberto Benigni: Żaden Włoch by tyle nie wytrzymał! (śmiech) Wiele osób uważa, że jestem wręcz szalony, bo cały czas wymachuję rękami, przestępuję z nogi na nogę, drapię się, zakasuję rękawy albo podskakuję. Mam problem, żeby ustać w miejscu, bo roznosi mnie energia. Ale spokojnie, to nie jest oznaka szaleństwa, tylko żywiołowości. A jak powiedział kiedyś poeta, żywiołowość jest pięknem.

Inny poeta twierdził, że piękno to jednak święty spokój.
U mnie ruch, dynamika biorą się z entuzjazmu wobec życia. Kocham swoje życie i chcę z niego czerpać jak najwięcej. Stąd moja potrzeba nieustannego przemieszczania się, pośpiechu, reakcji. Nie potrafię biernie stać i patrzeć na to, co dookoła mnie.

Jak opanować taki żywioł jak pan?
Matteo Garrone, reżyser „Pinokia”, nie miał z tym najmniejszego problemu. Kiedy zaproponował mi rolę Geppetta, wyobraziłem sobie bohatera jako osobę żartobliwą, która reaguje uśmiechem, czasami nawet ironią na to, co ją spotyka. Matteo nie chciał iść w tę stronę. Zależało mu na odmalowaniu bohatera jako ojca, który jest przepełniony miłością do dziecka wyrzeźbionego z kłody drewna. W jego wyobraźni tragizm Geppetta zawierał się w bezbrzeżnej miłości do syna, który nie potrafił tego uczucia docenić. Bardzo mi się ten koncept spodobał, bo przypomniał mi o moim filmie „Życie jest piękne”, w którym zagrałem ojca oszukującego swoje dziecko, że Holokaust to tylko taka zabawa dorosłych.

Doświadczył pan takiej bezbrzeżnej ojcowskiej miłości?
Wychowałem się w ubogiej włoskiej rodzinie. Mój ojciec był stolarzem, tak jak Geppetto. Moi rówieśnicy wołali nawet za mną Pinokio, właściwie odkąd przyszedłem na świat, więc byłem predestynowany do zagrania w tej historii. Strasznie rozbawiło mnie, gdy na planie Matteo Garrone powiedział mi, żebym w scenie, w której Geppetto wydaje całe pieniądze, by kupić synowi elementarz, czerpał z własnego doświadczenia. Z czasów, gdy mój ojciec uczył mnie czytać.

Dlaczego to było zabawne?
Bo moja rodzina była tak biedna, że ani mój ojciec, ani matka nie umieli czytać. Nie nauczyli mnie pisać, ale za to dali mi wiele innych ważnych życiowo lekcji.

Roberto Benigni: Mama mówiła do mnie Pinokio

Był pan takim łobuzem jak Pinokio?
Oczywiście, potrafiłem dać rodzicom w kość. Na domiar złego świetnie kłamałem. Moi koledzy od razu się potykali na swoich kłamstwach, a moje rzadko wychodziły na jaw.

Jak pan to robił?
Szybko pojąłem, że kłamstwo nie polega na tym, żeby zamiast „tak” powiedzieć „nie” czy na odwrót. Nie chodzi o jedną informację, tylko o entourage. Jak się raz skłamie, to potem trzeba już kłamać cały czas, bo taka jest konsekwencja tego jednorazowego powiedzenia nieprawdy. Z niego wynikają kolejne kłamstwa. Kiedy skończyłem pięć lat, moja mama odkryła, jak świetnie idzie mi blefowanie. Od tamtej pory nawet ona mówiła do mnie: Pinokio. Kiedy karciła mnie za nieposłuszeństwo, zwracała się do mnie właściwie tylko w taki sposób.

Urodziłem się i wychowywałem w małej miejscowości w Toskanii, zaledwie 20 kilometrów od miejsca, w którym przyszedł na świat prawdziwy Pinokio na kartach powieści Carla Collodiego. Wiele lat później odezwał się do mnie wielki włoski reżyser Federico Fellini, który zaproponował, żebyśmy razem zaadaptowali „Pinokia”. Jestem naznaczony tą postacią, moje życie jest pełne Pinokia.

Dlaczego projekt z Fellinim nie doszedł do skutku?
Fellini się rozchorował. Gdy był w naprawdę poważnym stanie, odwiedziłem go – jak się potem okazało – kilka dni przed śmiercią. Powiedział wtedy do mnie: „Robertino – tak mnie nazywał – jeśli nie będę w stanie zrobić »Pinokia«, to obiecaj mi, że ty go zrobisz”. To było jak testament jednego z największych reżyserów w historii kina. Zresztą z Matteo Garronem też się poznaliśmy dzięki niemu – ja grałem główną rolę w filmie „Głos z księżyca”, a Matteo był statystą. Podszedł do mnie na planie i powiedział, że jego ojciec Nico jest krytykiem teatralnym, który pisał o mnie w samych superlatywach. Potem spotkaliśmy się ponownie, bo Nico kręcił dokument o teatrze. Od tamtej pory nasze drogi się przecinały aż do bliskiej współpracy przy „Pinokiu”.

Postać z XIX wieku może przemówić do współczesnej widowni?
Film Matteo Garronego jest opowiedziany obrazami. Na Berlinale, gdzie został po raz pierwszy pokazany publiczności, oglądałem go po raz czwarty. I przez całą ponaddwugodzinną projekcję siedziałem z rozdziawionymi ustami. Byłem zahipnotyzowany tym, co widzę na ekranie. Historia Pinokia nie straciła na aktualności. Zawsze będziemy potrzebowali bajek, bo one pomagają nam w jakiś sposób uporządkować życie, o którym – mimo upływu dekad – nadal wiemy tak samo mało.

Nie ma znaczenia, czy po Pinokia sięgnie pięciolatek czy 85-latek, bo obaj dostrzegą w nim starą prawdę, że szczęście, za którym tak gonimy, kryje się tak naprawdę tuż za rogiem. Doskonale wiem, co to znaczy gonić za wyimaginowanymi dobrami, a nie dostrzegać tego, co mamy tuż pod nosem.
 

pinokio
Fot. mat. prasowe

Obiad z Robinem Williamsem, kolacja z Elizabeth Tylor

Pan już odkrył, co to jest prawdziwe szczęście?
Na przykład to, że siedzimy tu teraz razem, a ja mogę udzielać wywiadu. To, że ktoś chce mnie słuchać i zapisywać moje słowa dla innych, to sytuacja wygranego życia. Nie wymyśliłbym tego w najbardziej optymistycznym scenariuszu na moją przyszłość. Kiedy sobie uświadomię, gdzie jestem i co robię, często muszę się szczypać. Mimo wielu lat w branży filmowej wciąż wydaje mi się to nierealne.

Proszę sobie wyobrazić taką scenę: jestem w Los Angeles na obiedzie z Robinem Williamsem. To było krótko po sukcesie oscarowym filmu „Życie jest piękne”. Robin był moim wielkim fanem, a ja jego. Traktowaliśmy się nawzajem trochę jak dzieci, które nie mogą uwierzyć, że właśnie spotkały kogoś sławnego, kogo dotąd oglądały tylko w telewizji. Mieliśmy podobne energie i podejście do życia. Bardzo mi go brakuje. W każdym razie siedzimy, jemy, śmiejemy się i nagle Robin prosi, żebym się nie obraził, ale jego znajomy Francis Ford Coppola prosił go o przekazanie mi wiadomości. Myślałem, że padnę z wrażenia – król reżyserii miał dla mnie wiadomość!

O jakiej treści?
To było zaproszenie do jego posiadłości w San Francisco z widokiem na most Golden Gate. Pojechałem. Wchodzę do budynku, który wygląda trochę jak dom, a trochę jak muzeum – na każdej ścianie wiszą gigantyczne obrazy, pomieszczenia są zaaranżowane tak, żeby można było te dzieła zewsząd podziwiać, nawet sofy, kanapy i fotele są tak ustawione, by dobrze można było się z nich przyjrzeć temu, co na ścianach. W jadalni czekał wystawny obiad, a ja trząsłem się z podniecenia, zgadując, czego może chcieć ode mnie twórca „Ojca chrzestnego”.

Proszę dłużej mnie nie trzymać w niepewności!
Francis zapytał: „Roberto, czy zagrasz Geppetta w mojej adaptacji »Pinokia«?”. Przez całe spotkanie starałem się zachowywać jak racjonalna, panująca nad sobą i swoimi emocjami osoba, ale tego było już za wiele. Wstałem od stołu i wykrzyczałem na cały głos: „Francis, dla ciebie mógłbym zagrać w tej ekranizacji nawet wieloryba!”. (śmiech) Reżyser chyba nie do końca pojął mój entuzjazm, bo patrząc na mnie pytająco, podrapał się tylko w brodę, ale ustaliliśmy, że jesteśmy po słowie i robimy razem film. Niestety, ostatecznie nic z niego nie wyszło. Jak zresztą z wielu innych projektów, w które miałem wejść po Oscarach dla „Życie jest piękne”.

Nigdy nie zapomnę pańskiej przemowy z gali Oscarów. Odbierając statuetkę, powiedział pan, że jest wdzięczny za to, że wychował się w biedzie.
Dziś powiedziałbym dokładnie to samo. Uważam, że to największy prezent, jaki mógł zgotować mi los. Widownia roześmiała się, ale ja wtedy nie żartowałem. Moja rodzina żyła w dużym ubóstwie. Na mnie, moje trzy siostry i rodziców przypadało zaledwie jedno łóżko. To ani trochę nie przeszkodziło, żeby dzieciństwo było najlepszym okresem w moim życiu. I pomogło mi aktorsko, bo jak ma się pieniądze, można sobie pozwolić na wszystko. A jak się nie ma, trzeba sobie wszystko wyobrażać, cały czas być kreatywnym. Bieda sprawia, że stajesz się bogaty – jak powiedział święty Franciszek

 

Co panu przychodzi do głowy, gdy pan myśli o dzieciństwie?
Widzę siebie i siostry jako osoby, które rządziły światem. Znajdowaliśmy radość w najprostszych rzeczach, a najskromniejsza potrawa była jak uczta wydawana na królewskim dworze. Moja mama w tych wspomnieniach zawsze wygląda jak księżniczka, chociaż nigdy nie było nas stać na eleganckie, drogie ubrania. Ale to nie szata zdobi człowieka. Dla mnie mama była księżniczką nawet w podniszczonej sukience. I to się nigdy nie zmieni.

Sytuacja finansowa rodziny wymogła na panu ambicję, by osiągnąć sukces i wyrwać się z biedy?
Przeciwnie – tak bardzo zakorzeniła mnie w przeświadczeniu, że pieniądze szczęścia nie dają, że w momencie, kiedy je zarobiłem, bardzo się pilnowałem, żeby nie przysłoniły mi widoku na to, co jest naprawdę ważne: bliscy, otoczenie, miejsce, w którym żyjemy. Możemy kupić sobie zamek i nie czuć się w nim jak w domu, jeśli brakuje w nim poczucia więzi z domownikami.

Pan sobie kupił zamek albo chociaż taką willę jak Francis Ford Coppola?
Ależ skąd! Mój dom jest mały, ale bardzo piękny. Uwielbiam spędzać w nim czas, bo zawsze jest coś do zrobienia. Mnie zdecydowanie w tej kwestii bliżej do Toma Waitsa. Spotkałem się z nim kilka dni przed obiadem z Robinem Williamsem. Okazało się, że mieszka w lesie w ruderze, w której przecieka dach. Kiedy padało, wszystko było dookoła dosłownie mokre. Czułem się tam tak naturalnie i fajnie, że za nic nie chciałem wychodzić. To zresztą mój wielki problem. Nigdy się nie mogę nagadać i przedłużam wszystkie spotkania. Z Robinem Williamsem tak się świetnie dogadywałem, że spóźniłbym się na kolację z Liz Taylor i Rodem Steigerem. Wpadłem w totalną panikę. Na szczęście Robin był opanowany i powiedział, żebym się nie przejmował, bo pożyczy mi swój prywatny samolot. Zgodziłem się, udając, że w ogóle mnie ta propozycja nie onieśmiela. W duchu cieszyłem się jak dziecko, że zaliczę podróż prywatnym odrzutowcem. Zaliczyłem i nie mam najmniejszej potrzeby zaopatrywać się w prywatny samolot.

Spotkał się pan jednego dnia z Robinem Williamsem i Elizabeth Taylor!?
Tak, zresztą jej ówczesny partner Rod powiedział wtedy do mnie, że Liz się bardzo nudzi, bo nie ma dobrych propozycji do grania. I że tak bardzo chciałaby zagrać ze mną, więc może napiszę coś dla niej? Wtedy czekałem, aż ktoś powie: „Roberto, jesteś w ukrytej kamerze!”, bo nie wydawało mi się możliwe, żeby ktoś prosił mnie o rolę dla Liz Taylor.

Ma pan tyle doświadczeń i anegdotek, że dziwię się, że pan jeszcze tego wszystkiego nie opisał w autobiografii.
Nie, to nie dla mnie. Nie lubię i nie potrafię zajmująco opowiadać o sobie. Poza tym wolę skupiać się na tu i teraz, a nie na przechwalaniu się, co mi się w życiu przydarzyło. Kolekcjonuję wspomnienia w swojej głowie i nie wykorzystuję ich do zaznaczania swojej pozycji ani budowania swojego wizerunku. Irytuje mnie, gdy ktoś na dzień dobry mówi mi, kogo zna. Czy to ma znaczenie, jakie ma się znajomości? Ważne jest przecież to, co sobą reprezentujemy. Podobnie mam z pieniędzmi. Nigdy nie były moim celem. Trudno jest mi zrozumieć, co można byłoby robić z dużą kasą. Pójdę do kawiarni i zamiast jednej kawy zamówię sobie dwie? Przecież to kompletnie bez sensu. Choć dziś akurat żałuję, że nie jestem jeszcze bardziej zamożny.

Dlaczego?
Nie mogę patrzeć na spustoszenie, jakie sieje we Włoszech i na całym świecie koronawirus. Bardzo chciałbym mieć narzędzia albo jakąkolwiek sposobność, by stanąć z nim do walki. Marzę o tym, żeby ten koszmar się skończył. Naprawdę nie chcę dużo od świata, byle tylko wszyscy mogli czuć się bezpiecznie – nie obawiać się ani choroby, ani ludzi, którzy próbują nam mówić, jak mamy żyć i co mamy robić. O tym jest też „Pinokio”, co pokazuje, że ta opowieść nigdy nie straci na aktualności.

Rozmowa z Roberto Benignim ukazała się w „Urodzie Życia" 8/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat.prasowe

Nowości w pierwszy weekend października na Netfliksie i HBO: „Emily w Paryżu”, „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Mroczne wody”

Pierwszy weekend października zapowiada się iście filmowo. Ale na Netfliksie i HBO nie zabraknie też głośnej premiery serialowej.
Sylwia Arlak
30.09.2020

Niezależnie od pogody w najbliższy weekend nie będziemy się nudzić. Na Neffliksie i HBO znajdzie się coś dla miłośniczek romantycznych opowieści („Emily w Paryżu”), horrorów („Koszmar z ulicy Wiązów”, „Annabelle”) i zaangażowanych dokumentów (dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”). Filmowy weekend na Netfliksie i HBO Weekend zaczniemy na Netfliksie od filmu „Koszmar z ulicy Wiązów” (premiera w czwartek, 1 października) Jeden z najsłynniejszych horrorów wszechczasów opowiada o czwórce nastolatków nękanych we śnie przez mężczyznę o zniekształconej twarzy. Mogą spokojnie żyć jedynie wówczas, gdy pozostają przytomni. Tego samego dnia obejrzymy inny horror „Annabelle”. Opętana przez okultystów zabytkowa lalka zaczyna terroryzować młode małżeństwo. Produkcja jest prequlem innego kasowego hitu „Obecność”. „Chwała” (również do obejrzenia od 1 października) to z kolei dramat rozgrywający się w Ameryce podczas wojny secesyjnej. Po jednej z bitew generałowie postanawiają utworzyć piechotą złożoną z czarnoskórych żołnierzy. Nie dostają mundurów, broni i na każdym kroku spotykają się z rasizmem. W piątek, 2 października zadebiutuje długo oczekiwany serial z Lily Collins, współczesna odpowiedź na „Seks w wielkim mieście”, „Emily w Paryżu ”. Bohaterka przeprowadza się do stolicy Francji, kiedy dostaje intratną propozycję zawodową. Zaczyna życie pełne przygód, nowych znajomości i romansów. Końcówkę weekendu spędzimy ze wspaniałym przyrodnikiem, Davidem Attenborough'giem. W niedzielę, 4 października na Netflikie pojawi się dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Słynny...

Czytaj dalej
Okładka płyty „Carla Bruni”

Najpiękniejsze płyty tej jesieni: Carla Bruni, Diana Krall, Melody Gardot i inni

Najbardziej nastrojowe, pełne melancholii i tęsknoty płyty na jesień. Ale też takie, które dodadzą energii, chęci do życia albo podziałają jak balsam dla duszy.
Anna Zaleska
28.09.2020

Płyty nastrojowe i pełne melancholii najlepiej brzmią o tej właśnie porze roku, gdy o szyby deszcz dzwoni jesienny. Ale czasem jak już robi się zbyt smutno, może lepiej zaserwować sobie coś pogodnego? Matt Dusk w duecie ze Zbigniewem Wodeckim czy Melody Gardot ze Stingiem to coś, co w jednej chwili poprawia nastrój. John Legend działa jak balsam dla duszy. John Lennon proponuje: „Imagine…” Carla Bruni, „Carla Bruni”, Universal Spokój, nostalgia, prostota i delikatność. Gitara, fortepian, trochę rytmu, subtelne melodie – to wszystko można znaleźć na nowej płycie Carli Bruni. Tytuł – po prostu „Carla Bruni” – ma podkreślać, jak bardzo osobiste są utwory, które żona byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego napisała na ten album. Większość piosenek śpiewa po francusku, ale jest też utwór po włosku zaśpiewany z siostrą, aktorką Valerią Bruni-Tedeschi. Gdy rozpoczął się lockdown, Carla Bruni miała gotowe prawie pół płyty. Na południe Francji, gdzie rodzina Sarkozych miała mieszkać przez kilka tygodni w odosobnieniu, zabrała ze sobą mikrofon, komputer i gitarę. Przy poprzednich płytach, by pobudzić kreatywność, szła na spacer i przyglądała się ludziom. Teraz to nie było możliwe. Rano ćwiczyła, potem spędzała dużo czasu z dziećmi, gotowała, a potem siadała do pisania piosenek. Może dlatego ta płyta wydaje się jeszcze bardziej intymna niż poprzednie? Melody Gardot „Sunset in the Blue”, Decca Records Kto słuchał w Trójce „Markomani” Marka Niedźwieckiego, na pewno świetnie zna Melody Gardot. Ta amerykańska piosenkarka jazzowa sama pisze swoje piosenki, jest też pianistką i gitarzystką. Jej nowy, długo wyczekiwany album „Sunset in the Blue” zapowiedział singiel „Little Something”, na którym Melody Gardot...

Czytaj dalej
East News

Marilyn Monroe: „Cóż z tego, że człowiek ma cały świat, kiedy straci duszę?”

Marilyn Monroe była spełnieniem mitu o amerykańskim śnie. Filmy z jej udziałem zarobiły ponad 200 milionów dolarów. Uwiodła cały świat, ale nigdy nie polubiła samej siebie.
Sylwia Arlak
29.09.2020

Około godz. 20:00 Marilyn weszła do sypialni, gdzie zaczęła rozmawiać przez telefon ze swoim znajomym, aktorem Peterem Lawfordem, prywatnie szwagrem prezydenta Johna F. Kennedy'ego. Ten zeznał później, że prawdopodobnie była pod wpływem jakichś środków odurzających. Do gwiazdy zajrzała też gosposia Eunice Murray, ale według niej, nie działo się nic niepokojącego. Około godz. 3.00 w nocy Murray zorientowała się, że w sypialni Monroe wciąż świeci się światło, a ona nie odpowiada. Zaniepokojona wezwała dr Greensona, który rozbił szybę i dostał się do środka. Znalazł ją nagą na łóżku ze słuchawką w ręku. Nie żyła. Jako przyczynę śmierci wskazano przedawkowanie środków nasennych. „Prawdopodobnie samobójstwo”. Ślub, który miał być ucieczką Marilyn Monroe, a właściwie Norma Jeane nigdy nie poznała swojego ojca. W wieku dziewięciu lat, jej matka, Gladys, z problemami psychicznymi trafiła do szpitala, a ona do sierocińca. „Rodzice wszystkich dzieci umarli. Ja miałam co najmniej jednego rodzica — matkę. Ale ona mnie nie chciała. Zbyt się wstydziłam, aby próbować wyjaśnić to innym dzieciom. Szczęśliwa byłam tylko wtedy, gdy zabierano nas do kina” — wspominała. Przez całe swoje dzieciństwo miała w sumie 11 różnych rodzin zastępczych. Mieszkała też u cioci i wujka. Po latach przyznała, że wujek wykorzystywał ją seksualnie. Nikt nie chciał powiedzieć Normie, co się właściwie stało z jej mamą. W końcu zaczęła wierzyć, że umarła i nigdy więcej jej nie zobaczy. Razem zamieszkały dopiero 13 lat później, ale też nie na długo. Matka zachorowała na schizofrenię paranoidalną i resztę życia spędziła w szpitalu. Wrażliwa nastolatka miała dość tułaczek od jednego do drugiego domu. Poszukując odrobiny „normalności”, poślubiła...

Czytaj dalej