Roberto Benigni: Życie naprawdę jest piękne – wywiad 
Fot. east news

Roberto Benigni: Życie naprawdę jest piękne – wywiad 

Słynny aktor Roberto Benigni opowiada nam o swojej włoskiej rodzinie, zachwycie nad życiem i o tym dlaczego jest przekonany, że pieniądze szczęścia nie dają.
Artur Zaborski
08.10.2020

Najsłynniejszy Włoch w Hollywood, z którym pracować chcieli Francis Ford Coppola i Elizabeth Taylor.
Ale laureat Oscara Roberto Benigni zamiast biegać za rolami, wybrał karierę na własnych warunkach. Pracuje wtedy, gdy scenariusz ma do zaoferowania przejmującą historię albo wartościowy przekaz. Uznał, że nowa ekranizacja słynnej baśni „Pinokio” ma jedno i drugie. Benigni zagrał w nim Geppetta, ojca, dla którego syn jest sensem życia. Jak się okazuje, ma z tą postacią znacznie więcej wspólnego!

Artur Zaborski: Czy człowiek tak ekspresyjny jak pan potrafi chociaż przez 10 minut się nie ruszać?
Roberto Benigni: Żaden Włoch by tyle nie wytrzymał! (śmiech) Wiele osób uważa, że jestem wręcz szalony, bo cały czas wymachuję rękami, przestępuję z nogi na nogę, drapię się, zakasuję rękawy albo podskakuję. Mam problem, żeby ustać w miejscu, bo roznosi mnie energia. Ale spokojnie, to nie jest oznaka szaleństwa, tylko żywiołowości. A jak powiedział kiedyś poeta, żywiołowość jest pięknem.

Inny poeta twierdził, że piękno to jednak święty spokój.
U mnie ruch, dynamika biorą się z entuzjazmu wobec życia. Kocham swoje życie i chcę z niego czerpać jak najwięcej. Stąd moja potrzeba nieustannego przemieszczania się, pośpiechu, reakcji. Nie potrafię biernie stać i patrzeć na to, co dookoła mnie.

Jak opanować taki żywioł jak pan?
Matteo Garrone, reżyser „Pinokia”, nie miał z tym najmniejszego problemu. Kiedy zaproponował mi rolę Geppetta, wyobraziłem sobie bohatera jako osobę żartobliwą, która reaguje uśmiechem, czasami nawet ironią na to, co ją spotyka. Matteo nie chciał iść w tę stronę. Zależało mu na odmalowaniu bohatera jako ojca, który jest przepełniony miłością do dziecka wyrzeźbionego z kłody drewna. W jego wyobraźni tragizm Geppetta zawierał się w bezbrzeżnej miłości do syna, który nie potrafił tego uczucia docenić. Bardzo mi się ten koncept spodobał, bo przypomniał mi o moim filmie „Życie jest piękne”, w którym zagrałem ojca oszukującego swoje dziecko, że Holokaust to tylko taka zabawa dorosłych.

Doświadczył pan takiej bezbrzeżnej ojcowskiej miłości?
Wychowałem się w ubogiej włoskiej rodzinie. Mój ojciec był stolarzem, tak jak Geppetto. Moi rówieśnicy wołali nawet za mną Pinokio, właściwie odkąd przyszedłem na świat, więc byłem predestynowany do zagrania w tej historii. Strasznie rozbawiło mnie, gdy na planie Matteo Garrone powiedział mi, żebym w scenie, w której Geppetto wydaje całe pieniądze, by kupić synowi elementarz, czerpał z własnego doświadczenia. Z czasów, gdy mój ojciec uczył mnie czytać.

Dlaczego to było zabawne?
Bo moja rodzina była tak biedna, że ani mój ojciec, ani matka nie umieli czytać. Nie nauczyli mnie pisać, ale za to dali mi wiele innych ważnych życiowo lekcji.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Roberto Benigni: Mama mówiła do mnie Pinokio

Był pan takim łobuzem jak Pinokio?
Oczywiście, potrafiłem dać rodzicom w kość. Na domiar złego świetnie kłamałem. Moi koledzy od razu się potykali na swoich kłamstwach, a moje rzadko wychodziły na jaw.

Jak pan to robił?
Szybko pojąłem, że kłamstwo nie polega na tym, żeby zamiast „tak” powiedzieć „nie” czy na odwrót. Nie chodzi o jedną informację, tylko o entourage. Jak się raz skłamie, to potem trzeba już kłamać cały czas, bo taka jest konsekwencja tego jednorazowego powiedzenia nieprawdy. Z niego wynikają kolejne kłamstwa. Kiedy skończyłem pięć lat, moja mama odkryła, jak świetnie idzie mi blefowanie. Od tamtej pory nawet ona mówiła do mnie: Pinokio. Kiedy karciła mnie za nieposłuszeństwo, zwracała się do mnie właściwie tylko w taki sposób.

Urodziłem się i wychowywałem w małej miejscowości w Toskanii, zaledwie 20 kilometrów od miejsca, w którym przyszedł na świat prawdziwy Pinokio na kartach powieści Carla Collodiego. Wiele lat później odezwał się do mnie wielki włoski reżyser Federico Fellini, który zaproponował, żebyśmy razem zaadaptowali „Pinokia”. Jestem naznaczony tą postacią, moje życie jest pełne Pinokia.

Dlaczego projekt z Fellinim nie doszedł do skutku?
Fellini się rozchorował. Gdy był w naprawdę poważnym stanie, odwiedziłem go – jak się potem okazało – kilka dni przed śmiercią. Powiedział wtedy do mnie: „Robertino – tak mnie nazywał – jeśli nie będę w stanie zrobić »Pinokia«, to obiecaj mi, że ty go zrobisz”. To było jak testament jednego z największych reżyserów w historii kina. Zresztą z Matteo Garronem też się poznaliśmy dzięki niemu – ja grałem główną rolę w filmie „Głos z księżyca”, a Matteo był statystą. Podszedł do mnie na planie i powiedział, że jego ojciec Nico jest krytykiem teatralnym, który pisał o mnie w samych superlatywach. Potem spotkaliśmy się ponownie, bo Nico kręcił dokument o teatrze. Od tamtej pory nasze drogi się przecinały aż do bliskiej współpracy przy „Pinokiu”.

Postać z XIX wieku może przemówić do współczesnej widowni?
Film Matteo Garronego jest opowiedziany obrazami. Na Berlinale, gdzie został po raz pierwszy pokazany publiczności, oglądałem go po raz czwarty. I przez całą ponaddwugodzinną projekcję siedziałem z rozdziawionymi ustami. Byłem zahipnotyzowany tym, co widzę na ekranie. Historia Pinokia nie straciła na aktualności. Zawsze będziemy potrzebowali bajek, bo one pomagają nam w jakiś sposób uporządkować życie, o którym – mimo upływu dekad – nadal wiemy tak samo mało.

Nie ma znaczenia, czy po Pinokia sięgnie pięciolatek czy 85-latek, bo obaj dostrzegą w nim starą prawdę, że szczęście, za którym tak gonimy, kryje się tak naprawdę tuż za rogiem. Doskonale wiem, co to znaczy gonić za wyimaginowanymi dobrami, a nie dostrzegać tego, co mamy tuż pod nosem.
 

pinokio
Fot. mat. prasowe

Obiad z Robinem Williamsem, kolacja z Elizabeth Tylor

Pan już odkrył, co to jest prawdziwe szczęście?
Na przykład to, że siedzimy tu teraz razem, a ja mogę udzielać wywiadu. To, że ktoś chce mnie słuchać i zapisywać moje słowa dla innych, to sytuacja wygranego życia. Nie wymyśliłbym tego w najbardziej optymistycznym scenariuszu na moją przyszłość. Kiedy sobie uświadomię, gdzie jestem i co robię, często muszę się szczypać. Mimo wielu lat w branży filmowej wciąż wydaje mi się to nierealne.

Proszę sobie wyobrazić taką scenę: jestem w Los Angeles na obiedzie z Robinem Williamsem. To było krótko po sukcesie oscarowym filmu „Życie jest piękne”. Robin był moim wielkim fanem, a ja jego. Traktowaliśmy się nawzajem trochę jak dzieci, które nie mogą uwierzyć, że właśnie spotkały kogoś sławnego, kogo dotąd oglądały tylko w telewizji. Mieliśmy podobne energie i podejście do życia. Bardzo mi go brakuje. W każdym razie siedzimy, jemy, śmiejemy się i nagle Robin prosi, żebym się nie obraził, ale jego znajomy Francis Ford Coppola prosił go o przekazanie mi wiadomości. Myślałem, że padnę z wrażenia – król reżyserii miał dla mnie wiadomość!

O jakiej treści?
To było zaproszenie do jego posiadłości w San Francisco z widokiem na most Golden Gate. Pojechałem. Wchodzę do budynku, który wygląda trochę jak dom, a trochę jak muzeum – na każdej ścianie wiszą gigantyczne obrazy, pomieszczenia są zaaranżowane tak, żeby można było te dzieła zewsząd podziwiać, nawet sofy, kanapy i fotele są tak ustawione, by dobrze można było się z nich przyjrzeć temu, co na ścianach. W jadalni czekał wystawny obiad, a ja trząsłem się z podniecenia, zgadując, czego może chcieć ode mnie twórca „Ojca chrzestnego”.

Proszę dłużej mnie nie trzymać w niepewności!
Francis zapytał: „Roberto, czy zagrasz Geppetta w mojej adaptacji »Pinokia«?”. Przez całe spotkanie starałem się zachowywać jak racjonalna, panująca nad sobą i swoimi emocjami osoba, ale tego było już za wiele. Wstałem od stołu i wykrzyczałem na cały głos: „Francis, dla ciebie mógłbym zagrać w tej ekranizacji nawet wieloryba!”. (śmiech) Reżyser chyba nie do końca pojął mój entuzjazm, bo patrząc na mnie pytająco, podrapał się tylko w brodę, ale ustaliliśmy, że jesteśmy po słowie i robimy razem film. Niestety, ostatecznie nic z niego nie wyszło. Jak zresztą z wielu innych projektów, w które miałem wejść po Oscarach dla „Życie jest piękne”.

Nigdy nie zapomnę pańskiej przemowy z gali Oscarów. Odbierając statuetkę, powiedział pan, że jest wdzięczny za to, że wychował się w biedzie.
Dziś powiedziałbym dokładnie to samo. Uważam, że to największy prezent, jaki mógł zgotować mi los. Widownia roześmiała się, ale ja wtedy nie żartowałem. Moja rodzina żyła w dużym ubóstwie. Na mnie, moje trzy siostry i rodziców przypadało zaledwie jedno łóżko. To ani trochę nie przeszkodziło, żeby dzieciństwo było najlepszym okresem w moim życiu. I pomogło mi aktorsko, bo jak ma się pieniądze, można sobie pozwolić na wszystko. A jak się nie ma, trzeba sobie wszystko wyobrażać, cały czas być kreatywnym. Bieda sprawia, że stajesz się bogaty – jak powiedział święty Franciszek

 

Co panu przychodzi do głowy, gdy pan myśli o dzieciństwie?
Widzę siebie i siostry jako osoby, które rządziły światem. Znajdowaliśmy radość w najprostszych rzeczach, a najskromniejsza potrawa była jak uczta wydawana na królewskim dworze. Moja mama w tych wspomnieniach zawsze wygląda jak księżniczka, chociaż nigdy nie było nas stać na eleganckie, drogie ubrania. Ale to nie szata zdobi człowieka. Dla mnie mama była księżniczką nawet w podniszczonej sukience. I to się nigdy nie zmieni.

Sytuacja finansowa rodziny wymogła na panu ambicję, by osiągnąć sukces i wyrwać się z biedy?
Przeciwnie – tak bardzo zakorzeniła mnie w przeświadczeniu, że pieniądze szczęścia nie dają, że w momencie, kiedy je zarobiłem, bardzo się pilnowałem, żeby nie przysłoniły mi widoku na to, co jest naprawdę ważne: bliscy, otoczenie, miejsce, w którym żyjemy. Możemy kupić sobie zamek i nie czuć się w nim jak w domu, jeśli brakuje w nim poczucia więzi z domownikami.

Pan sobie kupił zamek albo chociaż taką willę jak Francis Ford Coppola?
Ależ skąd! Mój dom jest mały, ale bardzo piękny. Uwielbiam spędzać w nim czas, bo zawsze jest coś do zrobienia. Mnie zdecydowanie w tej kwestii bliżej do Toma Waitsa. Spotkałem się z nim kilka dni przed obiadem z Robinem Williamsem. Okazało się, że mieszka w lesie w ruderze, w której przecieka dach. Kiedy padało, wszystko było dookoła dosłownie mokre. Czułem się tam tak naturalnie i fajnie, że za nic nie chciałem wychodzić. To zresztą mój wielki problem. Nigdy się nie mogę nagadać i przedłużam wszystkie spotkania. Z Robinem Williamsem tak się świetnie dogadywałem, że spóźniłbym się na kolację z Liz Taylor i Rodem Steigerem. Wpadłem w totalną panikę. Na szczęście Robin był opanowany i powiedział, żebym się nie przejmował, bo pożyczy mi swój prywatny samolot. Zgodziłem się, udając, że w ogóle mnie ta propozycja nie onieśmiela. W duchu cieszyłem się jak dziecko, że zaliczę podróż prywatnym odrzutowcem. Zaliczyłem i nie mam najmniejszej potrzeby zaopatrywać się w prywatny samolot.

Spotkał się pan jednego dnia z Robinem Williamsem i Elizabeth Taylor!?
Tak, zresztą jej ówczesny partner Rod powiedział wtedy do mnie, że Liz się bardzo nudzi, bo nie ma dobrych propozycji do grania. I że tak bardzo chciałaby zagrać ze mną, więc może napiszę coś dla niej? Wtedy czekałem, aż ktoś powie: „Roberto, jesteś w ukrytej kamerze!”, bo nie wydawało mi się możliwe, żeby ktoś prosił mnie o rolę dla Liz Taylor.

Ma pan tyle doświadczeń i anegdotek, że dziwię się, że pan jeszcze tego wszystkiego nie opisał w autobiografii.
Nie, to nie dla mnie. Nie lubię i nie potrafię zajmująco opowiadać o sobie. Poza tym wolę skupiać się na tu i teraz, a nie na przechwalaniu się, co mi się w życiu przydarzyło. Kolekcjonuję wspomnienia w swojej głowie i nie wykorzystuję ich do zaznaczania swojej pozycji ani budowania swojego wizerunku. Irytuje mnie, gdy ktoś na dzień dobry mówi mi, kogo zna. Czy to ma znaczenie, jakie ma się znajomości? Ważne jest przecież to, co sobą reprezentujemy. Podobnie mam z pieniędzmi. Nigdy nie były moim celem. Trudno jest mi zrozumieć, co można byłoby robić z dużą kasą. Pójdę do kawiarni i zamiast jednej kawy zamówię sobie dwie? Przecież to kompletnie bez sensu. Choć dziś akurat żałuję, że nie jestem jeszcze bardziej zamożny.

Dlaczego?
Nie mogę patrzeć na spustoszenie, jakie sieje we Włoszech i na całym świecie koronawirus. Bardzo chciałbym mieć narzędzia albo jakąkolwiek sposobność, by stanąć z nim do walki. Marzę o tym, żeby ten koszmar się skończył. Naprawdę nie chcę dużo od świata, byle tylko wszyscy mogli czuć się bezpiecznie – nie obawiać się ani choroby, ani ludzi, którzy próbują nam mówić, jak mamy żyć i co mamy robić. O tym jest też „Pinokio”, co pokazuje, że ta opowieść nigdy nie straci na aktualności.

Rozmowa z Roberto Benignim ukazała się w „Urodzie Życia" 8/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Monica Bellucci
Ralph Wenig/H&K/Agencja Free

Monika Bellucci: „Jeśli jesteś piękna, musisz starać się bardziej”

„Wybaczą ci przeciętność, ale nie wybaczą urody.”
Sylwia Niemczyk
04.02.2019

Trudno ocenić, ile Monica Bellucci ma lat. Wprawdzie skończyła już 50, ale równie dobrze można dać jej dziesięć mniej. Żadnego zmęczenia na twarzy, żadnych znaków odmładzania za wszelką cenę. Cieszy się z życia jak 20-latka. Opowiada o sobie jak ktoś dojrzały, ale też młodzieńczo zakochany – w dzieciach, pracy, w codzienności. To, co przyciąga uwagę w publicznym wizerunku Bellucci – intensywne spojrzenie, pełne usta, długie ciemne włosy – blednie przy jej łagodnym głosie, spokojnych gestach, dowcipie, inteligencji, błyskotliwości.    Siedzi przede mną kobieta pewna siebie i pełna uroku. „Co miałabym robić obok Bonda? Nie jestem dziewczyną – pomyślałam, kiedy agent zadzwonił z informacją, że chcą mnie zaprosić do pracy nad kolejnym filmem o 007”. Ale propozycję przyjęła właśnie dlatego, że wydała jej się nieoczywista i odważna. „Poza tym zawsze lubiłam mężczyzn takich jak Bond – silnych i nieprzewidywalnych. Takich upodobań nie tracimy przecież z biegiem lat”.  Mamy zatem włoską diwę u boku angielskiego dżentelmena. Tajemniczą, zmysłową, trochę melancholijną i magnetyczną. Dojrzałość  Moniki Bellucci ma dopełnić wszystko, czego dotąd pragnął Bond.     To ona zaczyna naszą rozmowę – od oceny „Idy” Pawła Pawlikowskiego, jednego z jej ulubionych filmów ubiegłego roku. „Mocny przekaz w czytelnej formie, prosty i ważny. Kiedy zobaczyłam plakat filmu z aktorką schowaną za woalem jak za maską, wiedziałam, że to opowieść dla mnie”. Pytam dlaczego, a ona odpowiada: „Wydawało mi się, że to historia o tym, co możemy w życiu zmienić, a na co nie mamy wpływu. I niewiele się pomyliłam. Ida jest odważna, a jednocześnie zniewolona przez swoje wcześniejsze decyzje, historię, los”. A kiedy...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

„Jedz, módl się, kochaj”, „Ukryte pragnienia”, „Pod słońcem Toskanii”. Te filmy zabiorą nas w podróż do Włoch

Bohaterka filmu „Pod słońcem Toskanii”, we Włoszech znalazła miłość. Główna postać z „Jedz, módl się, kochaj” przypomniała sobie, czym jest radość życia. Tęskniąc za włoską Toskanią, odpalamy kinowe klasyki.
Sylwia Arlak
07.08.2020

Włoska Toskania. Kto miał okazję choć raz ją odwiedzić, już zawsze będzie za nią tęsknił. Bajkowa kraina co roku przyciąga dziesiątki turystów i stanowi cudowne tło do filmowych opowieści. W kinach możemy oglądać właśnie „Włoskie wakacje” z Liamem Neesonem , ale urzekających filmów z Toskanią w tle jest przecież znacznie więcej. Oto nasz wybór: „Jedz, módl się, kochaj”, Netflix Bohaterka filmu „Jedz, módl się, kochaj”, powstałego na podstawie książki Elizabeth Gilbert pod tym samym tytułem, trzydziestokilkuletnia Liz Gilbert (Julia Roberts) ma dość swojego życia. Wydaje się, że ma wszystko — męża, dzieci, piękny dom i dobrą pracę, a jednak jest nieszczęśliwa. Decyduje się na rozwód i wyrusza w podróż do trzech różnych państw. We włoskiej Toskanii je pyszne potrawy, pije wino z nowo poznanymi przyjaciółmi i w ogóle nie przejmuje się tym, że przestaje się dopinać w swoje ulubione spodnie. Celebruje życie, bierze, co przynosi los pełnymi garściami i romansuje. „Pod słońcem Toskanii” Toskanię wybrała też bohaterka filmu „Pod słońcem Toskanii” (produkcja powstała na podstawie bestsellerowej książki Frances Mayes pod tym samym tytułem). Po rozwodzie Fracnes (Diane Lane) kupuje tam stary dom i rozpoczyna wielki remont. Mieszkając w San Francisco, kobieta czuła się zmęczona, popadała w depresję. We Włoszech nabiera nowej chęci do życia. Poznaje nowych przyjaciół i w końcu się zakochuje. Film daje nadzieję, że nigdy nie jest za późno na to, by szukać swojego miejsca w życiu. „Ukryte pragnienia” Bernardo Bertolucci uczynił Toskanię jednym z głównych bohaterów filmu „Ukryte pragnienia”. Poznajemy historię Lucy (w tej roli młodziutka Liv Tyler),...

Czytaj dalej
Danuta Stenka
Bartek Wieczorek/LAF

Danuta Stenka znowu zaskakuje! Aktorka mówi: „Siedzi we mnie facet”

Być kobietą? Danuta Stenka ma swoje przemyślenia na ten temat...
Jakub Janiszewski
04.01.2019

„Kiedy patrzę na karierę aktorów – kobiety i mężczyzny – to jeśli oboje są świetni, a choćby i ona była lepsza od niego, to i tak ona wcześniej wypadnie z gry. Gdzie pan widzi te wielkie role dla kobiet?!” – mówi Danuta Stenka  w rozmowie z Jakubem Janiszewskim.   Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że jest wyposażona w dwa silne uczucia: ból –  że to, co pani do tej pory zrobiła, jest niedoskonałe, i lęk przed nieznanym, któremu nie będzie pani w stanie sprostać. Lęk towarzyszy mi od zawsze i pewnie nigdy mnie nie opuści. Nawet w najlepszych czasach, kiedy wiatr najsilniej wiał w zawodowe żagle, nawet wtedy mnie nie odstępował. Miałam 30, 40 lat, propozycji tyle, że nie byłam w stanie wszystkich pogodzić czasowo, aż żal było rezygnować, a mimo to nie czułam się wcale pewnie. Pamiętam, jak przyjaciel z pierwszego mojego teatru, Jacek Polaczek, tłumaczył mi: „Ty robisz straszną rzecz. Powtarzając, że się boisz, programujesz się na to, że będziesz się bała”. A ja myślę, że się nie programuję, bo czasem tego lęku jest we mnie tak dużo, że raczej muszę dać upust. Ale przy tym jest coś jeszcze. W równie dużym stopniu wypełnia mnie ciekawość, która często okazuje się silniejsza od lęku, która mnie pcha. Bez niej, bez ciekawości siebie w nowej odsłonie, nowych okolicznościach, niezbadanych, nieprzewidywalnych, nie byłabym w stanie uprawiać tego zawodu. Przecież role są do siebie jakoś tam podobne, nie każda niesie unikalną jakość. Tylko że to nie o samą rolę chodzi. Chodzi też o ludzi, z którymi będę współpracowała, o ekipę, z którą wybieram się na wyprawę. Być może teren, który mamy zwiedzić, nie jest jakiś bardzo interesujący czy wyjątkowo różny od poprzednich, ale sama drużyna może być...

Czytaj dalej
dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”

Pracował z prof. Religą nad sztucznym sercem, teraz tworzy roboty medyczne. Ale mówi: „Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To on różni nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie.”
Maria Zawała
25.05.2020

Dr hab. Zbigniew Nawrat to pionier stosowania w medycynie sztucznych narządów (sztuczne serce) i robotyki medycznej (robot chirurgiczny Robin Heart). Przez lata był jednym z najbliższych współpracowników prof. Zbigniewa Religi – to u jego boku stawiał pierwsze kroki na sali operacyjnej. Obecnie prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej i dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. Maria Zawała: Czy człowiekowi można będzie kiedyś wymieniać organy na sztuczne? Pytam pana, bo to pan stworzył w latach 80. w Zabrzu pierwsze polskie sztuczne serce. dr hab. Zbigniew Nawrat:  Kiedy rozpoczynaliśmy z profesorem Zbigniewem Religą prace nad protezami serca, czas od pomysłu do projektu był liczony w latach. Obecnie postęp w dziedzinie sztucznych narządów nabrał tempa. I to takiego, że wykłady o sztucznych narządach dla studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego musiałem uaktualniać co pół roku. Jednak ciągle nie mamy sztucznego serca, które może pracować skutecznie pięć lat. W laboratoriach w USA trwają eksperymenty nad wyhodowaniem biologicznego odpowiednika serca – z własnych komórek biorcy, na szkielecie tkanki ludzkiej lub zwierzęcej – ale daleka droga do finału. Na razie człowiek z niewydolnym sercem może korzystać tylko ze sztucznych komór wspomagania serca. Stworzyliśmy je w Zabrzu w celu czasowego zastępowania serca naturalnego aż do momentu znalezienia dawcy i przeszczepienia narządu. W naszym zespole w Pracowni Sztucznego Serca w Zabrzu opracowaliśmy zarówno komory wspomagania serca, jak i sztuczne serce. Okazało się jednak, że po odpowiednio długim wspomaganiu serce czasem powraca do sił, regeneruje się! O tym absolutnym cudzie wcześniej nikt na świecie nie wiedział! To odkrycie zmieniło kierunek naszego...

Czytaj dalej