Remigiusz Mróz: „Sam z sobą zawarłem umowę”
East News

Remigiusz Mróz: „Sam z sobą zawarłem umowę”

Remigiusz Mróz, autor „Chyłki” i „Behawiorysty”, król polskiego kryminału w rozmowie z Izą Janiszewską, też „kryminalistką", autorką powieści „Wrzask”.
Iza Janiszewska
09.06.2020

Remigiusz Mróz ma 33 lata i ponad 30 książek w dorobku. Mówi się o nim, że to polski John Grisham (chociaż złośliwi nazywają go maszyną do produkcji bestsellerów). Pisze kryminały, thrillery, powieści historyczne, sensacyjne i science-fiction – wszystkie sprzedają się jak świeże bułeczki. Producenci prześcigają się w przygotowaniu ekranizacji jego powieści. Serial o prokurator Chyłce z Magdaleną Cielecką w roli głównej („Chyłka. Zaginięcie”, „Chyłka. Kasacja”) był jednym z hitów telewizji TVN i platformy Player.

Jest najpopularniejszym polskim pisarzem i najlepiej zarabiającym, według badań z ubiegłego roku przebił nawet w tej kategorii noblistkę Olgę Tokarczuk. Sprzedał też najwięcej – blisko 1,4 miliona książek.

Jeszcze do niedawna wiadomo było o nim niewiele, krążyły nawet podejrzenia, że Remigiusz Mróz to nazwa teamu piszących ludzi. Ale od pewnego czasu trochę go poznajemy. W ubiegłym roku sporo mówiło się o związku pisarza z koleżanką po fachu i świetną pisarką Katarzyną Bondą. Rozstali się bez rozgłosu, a Katarzyna Bonda w rozmowie z „Urodą życia” mówiła: „Niezależnie od tego jak się skończyło, było pięknie”. W„Urodzie życia” z Remigiuszem Mrozem rozmawiała i stworzyła jego portret Iza Janiszewska.

Urodził się w Opolu. W trzeciej klasie podstawówki pochwalił się nauczycielce, że pisze książkę o zwierzętach obdarzonych supermocami. Miała nosić tytuł „Superświniak”, ale pozostała jedynie wspomnieniem z dzieciństwa. Tak jak kapsle, które zbierał, mieszkając w blokowisku, jak skrzypienie czterokołowego rowerka, na którym przemierzał osiedle. Książki „odkrył” dopiero, gdy zepsuł się monitor komputera. Remigiusz Mróz miał kilkanaście lat. Był środek zimy, więc kopanie piłki nie wchodziło w grę, a w telewizji nie było nic fajnego dla nastolatka. „Ustawiłem się przed przepastnymi zbiorami domowymi, które zajmowały całą ścianę w jednym z pokoi, po czym zacząłem toczyć wzrokiem po grzbietach książek – i przepadłem. Nie pamiętam, co wpadło mi do ręki jako pierwsze, może jakiś Follett. W ciągu następnych dwóch tygodni połknąłem 14 książek, chociaż monitor zdążył już wrócić na swoje miejsce”.

Remigiusz Mróz: „Mówili mi, że pisanie to wariactwo”

Początkowo chciał kontynuować tradycję rodzinną i zostać lekarzem. Później myślał o karierze dziennikarza albo polityka, ale ostatecznie skończył prawo na jednej z warszawskich uczelni. Tam też zrobił doktorat. I gdy wszystko wskazywało na to, że zasili szeregi jakiejś renomowanej prawniczej korporacji, on spakował plecak i wrócił do domu. Samo to wydawało się szaleństwem, ale dopiero wiadomość, że postanowił zostać pisarzem, wprawiła rodzinę i znajomych w osłupienie. „Wszyscy mi mówili, że to wariactwo. Twierdzili, że owszem, można pisać książki, ale trzeba to traktować jako działalność poboczną, a utrzymywać się z czego innego”. Jego tata marzenia o pisaniu ocenił jako „ciekawą przygodę intelektualną”, a mama z niepokojem słuchała o planach Remigiusza. Ale ostatecznie to oni dali mu największe wsparcie i powiedzieli, że skoro syn upiera się, że musi pójść tą drogą, to najwyraźniej nie ma innego wyjścia.

Kiedy pytam go, czy nie bał się postawić wszystkiego na jedną kartę, uśmiecha się. „Jak przystało na prawnika, zawarłem ze sobą umowę. Narzuciłem sobie reżim i w pełni się mu podporządkowałem. Wyszedłem z założenia, że bycie upartym, a zarazem surowym dla siebie, musi w końcu doprowadzić do sukcesu. A jeżeli nie, to przynajmniej będę miał poczucie, że zrobiłem absolutnie wszystko, by dać temu szansę. Dałem sobie rok testowy. Uznałem, że w ciągu 12 miesięcy zobaczę, na czym stoję, i wtedy podejmę dalsze kroki”.

Najlepsze są polskie kryminały

Każdego dnia około dziewiątej zasiada do pracy i wstaje od biurka dopiero po pięciu godzinach. Żadnego Facebooka, przeglądania witryn internetowych czy patrzenia w sufit. „Stosuję kryterium ilościowo-czasowe. Albo 10 napisanych stron, albo druga po południu i koniec. Zazwyczaj cezura ilościowa jest pierwsza”. Po tak intensywnej pracy pisarskiej trzeba zresetować umysł. W tym celu przebiega około 15 kilometrów, po czym wraca do domu i piecze placek orkiszowy z indyjskimi przyprawami. Na deser ogląda dobry serial, rozmawia z bliskimi i ładuje akumulatory, by o 18 znowu wrócić do pisania. Wtedy nie wyznacza już sobie limitów. Jedynym ograniczeniem jest godzina 23.30. Wentyl bezpieczeństwa, który ratuje go przed szponami pracoholizmu i przypomina, że pora się opanować.

Gdyby nie ta granica, mógłby pracować całymi nocami, co zresztą zdarzało się na początku, gdy jeszcze nie stworzył swojego modelu pisania czy raczej produkowania książek. Ten system praktykuje codziennie. W weekendy, święta, wakacje. Nie ma wolnych dni.

A jeżeli nie może pisać na skutek okoliczności zewnętrznych, chodzi poirytowany, bywa nieprzyjemny. Jak nałogowiec, któremu odebrano źródło przyjemności. Rutyna to dla niego forma hedonizmu. Nie marzy o dalekich podróżach, bo odbywa je za sprawą swoich historii: jeśli dzięki czytaniu książek żyje się tysiącem żyć, to dzięki pisaniu, według niego, ta liczba jeszcze się zwiększa.

„Stephen King twierdził, że nie pracuje jedynie w dniu swoich urodzin i w święta Bożego Narodzenia. Później wyjawił, że tak naprawdę pisze codziennie bez wyjątków i że zwyczajnie nie chciał wyjść na beznadziejnego pracoholika. Niestety, ze mną jest podobnie” - tłumaczy Remigiusz Mróz.

Postronnym trudno zrozumieć, po co to robi. Zakładają, że mordercze tempo i rygor mają mu pomóc w zdobyciu sławy i pieniędzy. Tymczasem on deklaruje, że najważniejsza jest przyjemność tworzenia. „Oczywiście fakt, że dzięki temu zarabiam na życie, jest najlepszą rzeczą, jaka mnie spotkała”, tłumaczy, „ale robiłbym to pewnie tak czy inaczej. Nawet gdybym pisał wyłącznie do szuflady”.

Wpaść w pisarski amok

Przez pierwsze pół godziny pracy wszystko może wyprowadzić go z równowagi, nawet mucha. Ale gdy już na dobre się rozpędzi, nic nie jest w stanie go zdekoncentrować. Wpada w amok tworzenia. Może odebrać telefon, rozmawiać z kimś bliskim, a później jakby nigdy nic wrócić do pisania i nawet nie pamiętać, że opuszczał swoją opowieść. „Gdy piszę, świat książki staje się dla mnie bardziej rzeczywisty niż ten, w którym fizycznie się znajduję”.

W przeciwieństwie do wielu znanych pisarzy nie planuje rozwoju akcji ani nie tworzy profili osobowościowych postaci. Po prostu siada i pisze. „To się dzieje samoistnie. Zaczyna się od idei, ziarna, które kiełkuje. Nie siedzę i nie zastanawiam się, co teraz będzie. Czasem nawet nie mam pojęcia, co się wydarzy na następnej stronie. Czasem wydaje mi się, że wiem, a okazuje się, że jest inaczej”, tłumaczy.

O swoich bohaterach opowiada jak o prawdziwych ludziach. Wspomina, w jakich okolicznościach się poznali i czego się po nich zupełnie nie spodziewał. „Podobnie jak Jo Nesbø odkrywam swoich bohaterów dopiero wtedy, gdy otwierają usta. Po tej pierwszej wypowiedzi, pierwszej reakcji na jakieś wydarzenie zaczynam rozumieć, z jakim typem człowieka mam do czynienia”.

„Sukcesy? Nie celebruję”

Postać Remigiusza Mroza wydaje się tak nieprawdopodobna, że wielu czytelników przyjeżdża na spotkania z nim tylko po to, by sprawdzić, czy jest on człowiekiem z krwi i kości. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że średnio co półtora miesiąca na rynku pojawia się jego nowa książka i z miejsca staje się bestsellerem. W internecie znaleźć można analizy, które wskazują, że poszczególne książki różnią się językiem i stylem. Są tacy, którzy dowodzą, że nie mogła napisać ich ta sama osoba. Mróz odbiera takie komentarze jak największe komplementy.

Podczas targów książki w Warszawie otoczył go wianuszek starszych kolegów po fachu. „Człowieku, jak nie przestaniesz działać w ten sposób, to za chwilę się wypalisz”, ostrzegali. Wielu nie może uwierzyć, że nie przeżywa pisarskich kryzysów i tak sztywno trzyma się swoich zasad. „Oczywiście w chwilach, gdy pisanie nie idzie, pojawia się pokusa, by zrobić cokolwiek, byle oderwać się od pracy. Wiele razy byłem bliski tego, by dać sobie spokój. Jednak nigdy nie uległem”, mówi.

Nie wierzy w wenę. Więcej, uważa, że to wymówka dla tych, którym się nie chce. Jest gotów pisać wolniej, z oporem, nawet ze świadomością, że później trzeba będzie wyrzucać całe akapity, ale nie odpuszcza.

Złośliwi twierdzą, że ktoś taki z pewnością nie ma życia prywatnego, a sam jest nudnym mrukiem zamkniętym w swoim świecie. Tymczasem Remigiusz Mróz, choć przyznaje, że bywa jednostką aspołeczną, nie stroni od spotkań z publicznością. Niechętnie opowiada o najbliższych, jednak z pewnością nie jest pustelnikiem. Przyznaje, że dziś zdecydowanie rzadziej niż kiedyś wychodzi ze znajomymi na piwo, ale w końcu „coś za coś”.

Gdy pytam, jak świętuje sukcesy, wzrusza ramionami. „Dziękuję i wracam do pisania. Nie celebruję. Mam taką butelkę wina, która czeka już 10 lat na swój moment. Myślałem o tym, by je otworzyć, kiedy sprzedałem prawa do ekranizacji albo gdy nakłady przekraczały najśmielsze oczekiwania, ale się nie zdecydowałem. Za każdym razem wracałem do swojej rutyny. Ona ratuje mnie też, gdy dzieje się coś złego w życiu”. Niedawno przywiózł sobie z Barcelony plakietkę z nazwą najbardziej ruchliwej ulicy – La Rambla. Miała mu przypominać o tym, by zwalniał tempo, tyle że zazwyczaj zapomina na nią spojrzeć.

Artykuł o Remigiuszu Mrozie ukazał się w „Urodzie Życie” 1/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
książka
mat. prasowe

Miłość, medycyna i rodzinne tajemnice w  bestsellerze „Liliowe opium” Julii Gambrot

Miłość, medycyna i rodzinne tajemnice, a wszystko to u progu Wielkiej Wojny... „Liliowe opium”, najnowsza książka Julii Gambrot to świetna propozycja na długi, letni wieczór.
Materiał partnera
09.06.2020

Do księgarń właśnie trafia „Liliowe opium” – kolejna, wydana nakładem wydawnictwa Lira, powieść Julii Gambrot, autorki bestsellerowego „Różanego eteru”. To druga z cyklu książka z historią medycyny w tle. W „Liliowym opium” poznajemy losy Lilii von Schiller, która kończy medycynę i w świecie zdominowanym przez mężczyzn podejmuje walkę o swoje marzenia. Pragnie zostać chirurgiem jak jej ojciec. Tymczasem w domu rodzinnym von Schillerów zjawia się ekscentryczna Helena, która twierdzi, że jest nieślubną córką zmarłego w niejasnych okolicznościach brata Lilii. Skrywane rodzinne tajemnice ożywają i budzą się demony przeszłości... Kończy się beztroska la belle époque, nad Europą zbierają się ciemne chmury Wielkiej Wojny, jest to trudny czas również dla młodej pani doktor, która zostaje zamieszana w śledztwo. Aby dowiedzieć się, jak Lilia odnajdzie się w wojennej rzeczywistości, czy odkryje, kim jest seryjny morderca i czy pozna największy sekret swojej rodziny, trzeba sięgnąć po najnowszą książkę Julii Gambrot. Autorka jest absolwentką Wrocławskiej Akademii Medycznej. Zafascynowana medycyną i zgłębianiem historii jej rozwoju, tworzy opowieści fikcyjne, ale mocno osadzone w ówczesnych realiach, zgrabnie wplatając w całość prawdziwe wydarzenia i osoby. Wojna i rodzinne tajemnice „Różany eter” i „Liliowe opium” to dwie odrębne historie. I choć losy bohaterek obu książek splatają się, można je czytać w dowolnej kolejności. Bohaterki przechodzą z kart jednej powieści do drugiej, by z postaci drugoplanowych, stać się wiodącymi. W ten sposób wokół każdej z nich budowana jest kolejna opowieść. Akcja obu tytułów dzieje się w czasach minionych – w „Liliowym opium” będą to lata I wojny światowej, a...

Czytaj dalej
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej