Anna Sławińska z projektu „Serce od serca” pomaga kobietom po mastektomii
Albert Zawada
#czytajdlaprzyjemności

Anna Sławińska z projektu „Serce od serca” pomaga kobietom po mastektomii

Co roku w Polsce operację przechodzi ok. 10 tys. kobiet.
Aleksandra Pezda
01.05.2019

Poduszki-serduszka, które Anna Sławińska szyje w ramach akcji „Serce od serca” trafiły już do kilku tysięcy kobiet w Polsce i przyniosły im ulgę po operacji piersi.  Pomagają kobietom po całkowitej lub częściowej mastektomii – nie tylko koją ból, lecz także są namacalnym dowodem kobiecego wsparcia.

Anna Sławińska,  założycielka pierwszej w Polsce Szkoły Patchworku, projekt „Serce od Serca rozpoczęła w lipcu 2018 roku. Jest jedną z naszych kandydatek do głównej nagrody w plebiscycie Kobiety Kobietom 2019. W rozmowie dla „Urody Życia” mówi: „Ja tylko rzuciłam pomysł, lawina sama ruszyła”.  Przeczytaj wywiad:

„Uroda Życia”: Tworzy pani patchworkowe obrazy i pocztówki, kołdry, poduszki. Co panią pociąga w nudnym szyciu?
Anna Sławińska: Dla mnie szycie jest podobne do ćwiczenia jogi – ja przy tym medytuję. Pomaga mi też chwytać moje „tu i teraz”, takie mindfulness, jak to dzisiaj lubimy mówić. Kiedy szyję i myślę o czymś innym, zawsze zepsuję ścieg. Z kolei skupienie na szyciu przynosi mi pełen odpoczynek i relaks. Przez wiele lat wieczory z maszyną były dla mnie nagrodą za długi, przepracowany dzień. Wracałam z pracy, ogarniałam obowiązki domowe i siadałam do maszyny, jak przy święcie. Wyłączałam wszystko, nawet radio. Przychodziło wyciszenie.
 
Skąd pomysł na poduszki – serca?
Zostałam zaproszona na wystawę patchworku do Hiszpanii, pokazywałam na niej 10 moich prac. Organizatorka, Oksana Mader, zwołała wokół tej wystawy kilka akcji charytatywnych i właśnie jedną z nich było szycie takich poduszek dla Amazonek, czyli kobiet po mastektomii. Poprosiła mnie o kilka, więc na naszym comiesięcznym spotkaniu Patchworku Mazowieckiego wspomniałam o tym pomyśle quilterkom – tak nazywają się kobiety, które szyją patchwork. No i dziewczyny rzuciły się do pomocy. Tak już jest w naszym środowisku: kiedy trzy lata temu wychodziłam za mąż, kilkanaście koleżanek uszyło mi wspólnie patchworkową narzutę. Kiedy inną z nas trzeba było pocieszyć po śmierci męża – też jej szyłyśmy kołdrę. Na wystawę jechałam ostatecznie z walizką wypchaną poszewkami. Miało być ich kilka, wyszło ponad pięćdziesiąt, zrobiły mi nadbagaż.
 
Ale to wam nie wystarczyło.
No bo jak to: szyjemy poduszki za granicę, a dla polskich pacjentek nic? Zadzwoniłam do warszawskich Amazonek. Z początku były nieufne. Nie słyszały o projekcie. Na spotkanie z nimi szłam więc z dwoma poduszkami pod pachą. Obejrzały. Przymierzyły. Dziwiły się, że nie chcemy nic w zamian. Wiele osób sądzi, że zajmuję się poduszkami dla Amazonek, bo też jestem po mastektomii. Nie jestem. Ale mam przecież serce, chcę pomagać.
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Projekt Serce od serca pomaga kobietom z nowotworem piersi

Pierwsze polskie poduszki – serca powstały więc dla…
...wolontariuszek Amazonek ze Stowarzyszenia Warszawa – Centrum. To są kobiety po mastektomii, które odwiedzają pacjentki przed operacją i już po niej i tłumaczą, jaką zmianę w ich życiu przyniesie zabieg oraz jak można to najłagodniej przejść. Nikt nie jest bardziej potrzebny i wiarygodny, jak one. Stowarzyszenie chciało dla nich 40 poduszek, ale z moimi quilterkami trzasnęłyśmy znowu więcej, bo 250 sztuk. Pamiętam, że wtedy przyjechało do mnie na „serduszkowy” weekend ponad 20 dziewczyn, z całej Polski. Niektóre wynajęły agroturystykę nieopodal we wsi. Szyłyśmy na okrągło przez dwa dni.
 
Dlaczego kobiety po mastektomii potrzebują tych poduszek?
Po operacji mają problem z bólem i obrzękiem. Usunięcie węzłów chłonnych wywołuje zaburzenia krążenia limfy, puchną im z tego powodu ręce. Poduszkę – serce łatwo włożą sobie pod pachę, a ona odwiedzie rękę od ciała.
To pomoże złagodzić ból po nacięciu chirurgicznym, ochroni przed przypadkowymi uderzeniami, zmniejszy napięcie barku i ułatwi krążenie limfy. Można też jej używać w samochodzie jako podkładkę pod pasy.
 
Akcja Serce od serca
Albert Zawada
Warsztaty patchworkowe z Anną Sławińską: każda poduszka-serduszko przyniesie ulgę kobiecie po operacji nowotworu piersi.
 
Kształt serca ma wymiar wyłącznie symboliczny?
Trochę jest to symboliczne, skoro ma być darem od serca jednych kobiet dla drugich. Ale nie tylko o to chodzi, jest też wymiar pragmatyczny tej formy: poduszka jest tak wyprofilowana, że można z nią swobodnie chodzić i nie wypadnie. Można z nią również spać: ty się przewracasz z boku na bok, a ona tkwi na swoim miejscu. Amazonki opowiadały mi, że po operacji źle sypiały, budził je często ból. Dzięki poduszkom – sercom przesypiają dość wygodnie całe noce. Kształtu ani wymiarów nie wymyśliłam, przeszczepiłam je z zagranicznych akcji. Projekt był już realizowany w USA i w Europie: w Hiszpanii, Niemczech, Danii, Szwajcarii i na Islandii.
 
Każdy może uszyć taką poduszkę?
Oczywiście. Wymiary podajemy na stronie: www.serceodserca.pl. Można uszyć poduszkę i wypchać ją kulkami silikonowymi, jakimi wypełnia się zabawki, albo uszyć tylko poszewki, a my je wypchamy i przekażemy potrzebującym. Można nas też wesprzeć finansowo albo rzeczowo. Potrzebujemy bawełnianych tkanin, najchętniej w kolorowe wzory, białej flaneli na podkład i kulek do wypchania – na jedną poduszkę idzie ok. 200 gramów.
 
Dostajecie takie dary?
Na początku akcji dziewczyny wygarnęły z półek własne materiały. Poduszki są małe, ale np. ja przeznaczyłam na nie, na sam rozruch akcji, ponad 100 metrów tkanin z własnych zapasów.
Na części poduszek robimy też patchwork, ale tylko z jednej strony, bo ta, która przylega pod pachą, musi być gładka, z delikatnego materiału. Nie może mieć szwów ani żadnych kokardek czy guziczków, bo to by mogło uciskać pooperacyjną ranę.
 
Skąd wziął się u pani patchwork?
Mama była krawcową. Dobra, przedwojenna szkoła: wszystkie szwy kryte, podłożenia zawsze na taśmie, wykończenie na tip-top. W moim domu stoi maszyna Singer, na której mama zaczynała. Mnie ten świat fascynował, potrafiłam szyć, jeszcze zanim nauczyłam się czytać i pisać. Kiedyś uszyłam sobie kolorowe futro ze sztucznego misia. Bardzo jaskrawe, łączone kolory: czerwony, niebieski, podszewka soczyście zielona. I to futro było tak uszyte, że mi je kobiety podbierały w sklepach, kiedy mierzyłam coś innego.
 
Ale krawcową pani nie została.
Nie, bo moja wychowawczyni stwierdziła, że jestem na to zbyt zdolna i przekonała do tego moich rodziców. Pochodzę z Rembertowa, ze skromnego domu, jako pierwsza z rodziny poszłam do liceum i na studia. Dalsza rodzina nawet pytała moich rodziców, po co studia, przecież wystarczyłoby mi technikum i dobry zawód. Mama nawet już wiozła moje papiery do „chemika”, a ja się na to zgodziłam. Na szczęście przez miasto jechał akurat Wyścig Pokoju, nie mogła się więc przedostać do szkoły i zawaliłyśmy termin. Dzięki temu zostałam inżynierką sanitarno-wodną i mam w swoim CV m.in. budowę elektrowni Bełchatów. Potem organizowałam konferencje, kongresy, szkolenia i prowadziłam własną agencją marketingową w branży badania rynku i opinii publicznej.
 
Co się stało, że wróciła pani do szycia?
Kiedy sześć lat temu przekazałam synowi moją firmę, poczułam, że to nie może być koniec mojej pracy. Nie umiałam poświęcić się całkowicie opiece nad wnukami, czułam, że muszę się jeszcze w jakiś sposób realizować. Szyłam już wtedy patchworki artystyczne, byłam zapraszana na wystawy, organizowałam z tego szkolenia. Zadzwonił do mnie jeden z producentów maszyn do szycia z propozycją zorganizowania patchworkowego kursu w Warszawie. Na pierwszy termin wpłynęło tyle zgłoszeń, że trzeba było zaplanować drugi, a potem trzeci. I tak to zaczęło iść. W końcu z koleżanką Marzeną Krzywicką zaprojektowałyśmy i otworzyłyśmy szkołę patchworku.
 
Zainwestowała pani w maszyny?
Najpierw takie z lat 70. Mąż pomógł mi je zreperować. Zna się na tym, bo kiedyś prowadził dużą szwalnię. To akurat zabawne, bo on miał nadzieję, że na emeryturze nie będzie się już zajmował szyciem, tymczasem poznał mnie i wpadł w to jeszcze bardziej.
Tamte pierwsze maszyny były bardzo dobre, ale źle wyglądały. Kursantki wspominały, że wolałyby nowsze. Kupiłam więc nowe, ale wiem, że chociaż lepiej wyglądają, to nie mają ani takiej jakości, ani wytrzymałości, jak stary sprzęt.
Ludzie niepotrzebnie skupiają się na gadżetach. Każdy, kto dzwoni w sprawie akcji „Serce od serca” też pyta, ile maszyn potrzeba. Zawsze odpowiadam w taki sam sposób: jedna wystarczy. Kiedy z moimi quilterkami szyłyśmy pierwsze poduszki, jedna maszyna obsługiwała 15-osobową grupę. Wystarczyło podzielić się pracą. Jest wiele czynności, które trzeba wykonać przy pracy nad poduszkami, szycie jest tylko jedną z nich i trwa najkrócej.
Najpierw wybieramy tkaninę. Potem ją trzeba uprać – również nową tkaninę pierzemy, żeby się pozbyć całej chemii z produkcji – wysuszyć i wyprasować. Wreszcie rysujemy i wycinamy serce, spinamy spód i górę szpilkami i dopiero jest czas na szycie. To się akurat robi błyskawicznie. Więcej czasu zajmuje wypychanie i ręczne wykończenie.
 
Jak to się stało, że akcja się rozrosła na całą Polskę?
Napisałam o niej na Facebooku. Nagle zupełnie obcy ludzie zaczęli się odzywać, np. pani z Przasnysza – nigdy na oczy jej nie widziałam! – przysłała na raz 30 poduszek. I pyta, czy chcemy więcej. Zaangażowała się rzeczniczka szpitala Copernicus w Gdańsku, Katarzyna Brożek, która namówiła kuratorium oświaty, żeby promowało szycie na lekcjach, poza tym założyła i prowadzi naszą stronę w internecie oraz nasz fanpage. Ja tylko rzuciłam pomysł, lawina sama ruszyła. Szyją moje koleżanki, koleżanki koleżanek i ich znajome. Szyją kluby seniora i dzieci. Niedawno w mojej wsi założyłyśmy koło gospodyń wiejskich – nazywa się Kapela ze wsi Powązki – i też już produkuje serduszka.
 
Pomagamy chętnym z różnych miejsc w Polsce kontaktować się z lokalnymi Amazonkami albo bezpośrednio ze szpitalami. Tworzą się lokalne więzi, kobiety potrzebujące naszych serduszek poznają się z tymi, które chcą je oferować. W życiu nie spodziewałam się, że w ludziach drzemie tak wielka potrzeba pomagania! W całym kraju uszyłyśmy dotąd ponad cztery tysiące poduszek – serc.
 
A ile jest potrzebnych?
Operacji przeprowadza się u nas rocznie około dziewięciu tysięcy, ale poduszki są potrzebne też tym paniom, które przeszły operację wcześniej. Ogromna liczba, smuci mnie to. Marzyłabym, żebyśmy nie musiały szyć tych poduszek. Żeby wreszcie powstał lek, który poradzi sobie z rakiem piersi.
Na razie cieszy mnie, że wokół akcji wydarza się wiele pozytywnych rzeczy. Sklepy z tkaninami, pracownie krawieckie, nawet prywatne osoby przesyłają nam tkaniny. Hurtownia w Warszawie zaproponowała nam zniżkę na silikonowe kulki, a raz w miesiącu przekazuje nam kilkanaście kilogramów za darmo. Wiozłam te kulki taczkami, tyle nam ich dostarczyli za pierwszym razem. Koleżanka dzwoni: „Nie mam czasu z tobą szyć, ale mogę ci przysłać materiały”.
Z drugiej strony płyną podziękowania od pań, które dostały poduszki. Niedawno jedna z koordynatorek projektu napisała do mnie: „Obce kobiety dzwonią, piszą, angażują się w pomoc, ten projekt naprawdę łączy”. Tyle radości. A na początku był przypadek.
 
 
Rozmowa z Anną Sławińską ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2019
 
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Hencka-Zyser, Spa for Cancer
Piotr Doweyko

Życie z nowotworem to ciągle życie, mówi Anna Hencka-Zyser ze Spa for Cancer

Jak krem, masaż i koronki pomagają w terapii raka?
Sylwia Niemczyk
17.10.2019

Wyobraź sobie, że jesteś na ich miejscu. Jasne, że przede wszystkim potrzebujesz chemioterapii albo operacji. Ale jednocześnie chcesz znowu być sobą: pójść na masaż, umalować się, przeczytać fajną książkę” – mówi w „Urodzie Życia” Anna Hencka-Zyser, założycielka fundacji Spa for Cancer dla kobiet z chorobą nowotworową. Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Podobno, kiedy niedawno zabrałaś podopieczne fundacji do sklepu z bielizną, to nie chciały stamtąd wychodzić. Anna Hencka-Zyser: Tak było! Chociaż ja przed tymi warsztatami dobierania staników nie spałam dwie noce. Tak samo denerwowały się właścicielki sklepu, to świetne kobiety, ale wcześniej nie miały takiego doświadczenia: 30 kobiet w sklepie, a prawie każda po odjęciu piersi. Jak dla niej wybrać stanik, jak ją przekonać, że z blizną wygląda pięknie? Na szczęście jak już wpadłyśmy między te koronki i panterki, napięcie odpuściło. Irena, świeżo po chemii, kupiła trzy komplety. Marzence, która jest po podwójnej mastektomii, pani brafiterka dobrała stanik z wypełnieniami – mówi, że czuje się w nim świetnie. To był dobry dzień.  Warsztaty stanikowe to tylko jedno z działań Spa for Cancer. Fundacja opiekuje się już prawie 60 kobietami, a każda z nich jest inna, ma inne potrzeby, marzenia, jest w innej sytuacji: i życiowej, i chorobowej. Najogólniej rzecz biorąc, w Spa for Cancer pomagamy kobietom w trakcie diagnozy nowotworowej, terapii albo już z zamkniętą kartą onkologiczną poczuć się lepiej w swoim ciele. Warsztaty stanikowe to jeden z naszych sposobów. Poza tym zapraszamy dziewczyny na masaże, na zabiegi kosmetyczne, zresztą właśnie od tego się wszystko zaczęło.  Ania Piotrowska, która zgłosiła cię do naszego plebiscytu Kobiety Kobietom, opowiedziała mi, że gdy kilka lat...

Czytaj dalej
Rak piersi
Adobe Stock

Lekarka o raku piersi: „Pytam, czemu przyszła tak późno. I słyszę: czekałam, aż samo zniknie”

Nawet profilaktyczna mastektomia nie chroni do końca przed rakiem piersi. Profilaktyczne badania: USG piersi i mammografia nigdy nie zastąpią samobadania – mówi specjalistka, dr Karolina Donocik.
Sylwia Niemczyk
20.02.2020

Ryzyko raka piersi dotyczy wszystkich kobiet. Nawet profilaktyczna mastektomia nie wyklucza go w stu procentach. Tak samo mammografia ani USG piersi nie wystarczą, bo guzek w piersi może rozwijać się bardzo szybko. Jedynie regularne samobadanie skutecznie zmniejsza ryzyko. „Co druga pacjentka nowotowór piersi wykryła sobie sama”, mówi dr n. med. Karolina Donocik, chirurg onkolog. Sylwia Niemczyk: Co mówią kobiety po diagnozie?  Dr Karolina Donocik:  Tutaj nie ma jednej reguły, diagnoza nowotworowa to ogromny stres, który u każdego objawia się inaczej. Najczęściej pacjentki pytają, jak w szybki sposób mogą pozbyć się choroby. Denerwują się, gdy słyszą, że w ich przypadku nie można zastosować leczenia, które np. sprawdziło się u kogoś innego. Czasem to my, lekarze, pytamy je, dlaczego przyszły tak późno i ciągle się zdarza, że słyszymy: „Czekałam, aż guzek sam zniknie”. Czuły pod palcami jakąś zmianę, ale oszukiwały się, że to nic takiego.  Umiem sobie wyobrazić, że gdy kogoś ćmi ząb, to zwleka z dentystą, ale guzek w piersi to jednak coś innego. Pacjentki tłumaczą, że po prostu wstydziły się przyjść i rozebrać przed ginekologiem. I to dotyczy kobiet z każdej grupy społecznej i wiekowej. Wyjaśniają nieraz, że czuły się bezpiecznie, bo w rodzinie nikt nie chorował, tymczasem nowotwory dziedziczne, np. związane z mutacją genów BRCA1 i BRCA2 to tylko jeden z rodzajów raka piersi.  Ale też, kiedy rozmawiam z kobietami, to słyszę jedną bardzo ważną i właściwie bardzo dobrą rzecz. Już co druga moja pacjentka mówi, że zgłosiła się do lekarza, bo któregoś dnia sama wyczuła zgrubienie. To znaczy, że świadomość raka piersi jest wśród kobiet coraz większa, chociaż wciąż nie tak duża, jak byśmy...

Czytaj dalej
dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”

Pracował z prof. Religą nad sztucznym sercem, teraz tworzy roboty medyczne. Ale mówi: „Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To on różni nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie.”
Maria Zawała
25.05.2020

Dr hab. Zbigniew Nawrat to pionier stosowania w medycynie sztucznych narządów (sztuczne serce) i robotyki medycznej (robot chirurgiczny Robin Heart). Przez lata był jednym z najbliższych współpracowników prof. Zbigniewa Religi – to u jego boku stawiał pierwsze kroki na sali operacyjnej. Obecnie prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej i dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. Maria Zawała: Czy człowiekowi można będzie kiedyś wymieniać organy na sztuczne? Pytam pana, bo to pan stworzył w latach 80. w Zabrzu pierwsze polskie sztuczne serce. dr hab. Zbigniew Nawrat:  Kiedy rozpoczynaliśmy z profesorem Zbigniewem Religą prace nad protezami serca, czas od pomysłu do projektu był liczony w latach. Obecnie postęp w dziedzinie sztucznych narządów nabrał tempa. I to takiego, że wykłady o sztucznych narządach dla studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego musiałem uaktualniać co pół roku. Jednak ciągle nie mamy sztucznego serca, które może pracować skutecznie pięć lat. W laboratoriach w USA trwają eksperymenty nad wyhodowaniem biologicznego odpowiednika serca – z własnych komórek biorcy, na szkielecie tkanki ludzkiej lub zwierzęcej – ale daleka droga do finału. Na razie człowiek z niewydolnym sercem może korzystać tylko ze sztucznych komór wspomagania serca. Stworzyliśmy je w Zabrzu w celu czasowego zastępowania serca naturalnego aż do momentu znalezienia dawcy i przeszczepienia narządu. W naszym zespole w Pracowni Sztucznego Serca w Zabrzu opracowaliśmy zarówno komory wspomagania serca, jak i sztuczne serce. Okazało się jednak, że po odpowiednio długim wspomaganiu serce czasem powraca do sił, regeneruje się! O tym absolutnym cudzie wcześniej nikt na świecie nie wiedział! To odkrycie zmieniło kierunek naszego...

Czytaj dalej
Angelina Jolie i Brad Pitt / East News

Angelina Jolie i Brad Pitt: wielka miłość, ale bez happy endu

Angelina Jolie kończy 45 lat z poczuciem, że to, co w jej dotychczasowym życiu było najpiękniejsze – wielka miłość i szczęśliwa rodzina, którą stworzyli z Bradem Pittem – to dzisiaj już zamknięty rozdział.
Anna Zaleska
02.06.2020

Gdy Angelina Jolie poznała Brada Pitta, była dziewczyną z burzliwą i trudną przeszłością. Rozbita rodzina, trudne dorastanie, anoreksja, okaleczanie, narkotyki. Wśród jej licznych tatuaży był cytat z Tennessee Williamsa: „Modlitwa za tych, co mając dzikość w sercu, są zamknięci w klatce”. Jako 29-latka miała już za sobą dwa małżeństwa z aktorami Jonnym Lee Millerem i Billym Bobem Thorntonem. Thorntona odbiła Laurze Dern, pobrali się spontanicznie w Las Vegas, ubrani w jeansy, w maju 2000 roku po dwóch miesiącach burzliwej znajomości. Mówili, że oprócz papierów i miłości łączy ich szczególne braterstwo krwi – każde nosiło na szyi fiolkę z krwią tego drugiego. Wystarczyło na trzy lata związku. Brad Pitt Była świeżo po drugim rozwodzie, gdy na planie filmu „Pan i Pani Smith” spotkała Brada Pitta. Nie znała go prywatnie, jedynie z mediów. Z Jennifer Aniston uchodzili za najsłodszą parę Hollywood. Ulubiona amerykańska „dziewczyna z sąsiedztwa” i „złoty chłopak”. Gdy w 2000 roku brali ślub w Malibu, przyjęcie weselne kosztowało rekordową sumę miliona dolarów. Nikt nie żałował pieniędzy, to przecież miała być miłość na całe życie. Podobno myśleli o dziecku, Jennifer uznała jednak, że chce poczekać do końca serialu „Przyjaciele”. W 2004 roku miała zakończyć pracę na planie i zamierzała odpocząć. Idealny czas, by założyć rodzinę. Nie wzięła pod uwagę jednego – że jej mąż pozna Angelinę Jolie. Mogłoby się wydawać, że film „Pan i pani Smith” – opowieść o zmęczonych rutyną, oddalających się od siebie małżonkach, którzy okazują się płatnymi mordercami i dostają zlecenie zabicia siebie nawzajem – nie jest najlepszym początkiem miłości. Ale na planie między Bradem Pittem i Angeliną Jolie zaczęło...

Czytaj dalej