"Polska Alaska" od lat fascynuje, intryguje i przyciąga. Legendarne miejsce polskich gór!
Jan Wierzejski

"Polska Alaska" od lat fascynuje, intryguje i przyciąga. Legendarne miejsce polskich gór!

Historia tego schroniska sięga XIX wieku. Było świadkiem wielu niezwykłych momentów - chwil pełnych szczęścia i ogromnych tragedii. Pięć Stawów, dom bez adresu, oblegane przez turystów od lat wielu schronisko, skrywa mnóstwo tajemnic. Opisała je w swojej najnowszej książce Beata Sabała – Zielińska.
Materiał partnera
30.11.2020

To miejsce to ludzie. To oni stworzyli niepowtarzalny klimat, wyjątkową atmosferę, to oni zarażają miłością do gór. Słynny ród Krzeptowskich od prawie 90 lat prowadzi najwyżej położone schronisko PTTK w polskich Tatrach.  W latach 30. Pięć Stawów przejęli Maria i Andrzej, następnie pieczę na nad nim sprawowali ich synowie: Andrzej i Józef, a teraz schronisko prowadzą córki Andrzeja: Marychna i Marta. To głównie na bazie ich wspomnień powstała pozycja: „Pięć Stawów. Dom bez adresu”. W książce Beaty Sabały – Zielińskiej wypowiadają się także liczni przyjaciele legendarnej „Piątki”, pracownicy (np. pan Mietek związany z tym miejscem od 50 lat!) oraz… seniorka rodu, Maria Krzeptowska, której fragmenty pamiętników świetnie oddają klimat i historię schroniska. A ta jest niezwykła – pełna anegdot i pasji. Nie da się tam dojechać (a bywa, że także dojść), dlatego w Pięciu Stawach spotkamy przede wszystkim ludzi, których góry naprawdę interesują.

Tych, jak się okazuje jest całe mnóstwo, bo zrobienie rezerwacji w „Piątce” to nie lada wyzwanie. Na swoją kolejkę poczekać trzeba nawet rok. Teraz i tak jest łatwiej. Kiedyś, żeby zabukować miejsce, trzeba było wysłać tradycyjny list. Do skrzynek wpadały kartki i koperty opisane: "Schronisko w Pięciu Stawach Polskich. Tatry!". Skonsternowani urzędnicy Poczty Polskiej nie mogli się doprosić o nazwę ulicy, numer budynku i kod pocztowy. „To dom bez adresu!”, tłumaczyli oczywistą oczywistość miłośnicy Tatr, rwąc włosy z głowy, że można nie wiedzieć, o jakie miejsce chodzi.

Pięć Stawów
mat. prasowe

"– Magia tego miejsca polega na tym, że tworzą się tu silne relacje między ludźmi. Silniejsze nawet niż te między człowiekiem a przyrodą – mówi Jan Wierzejski, mąż Marty. – Mamy tu galerię ludzi z całej Polski: od tych, którzy chcą w tych górach coś przeżyć, po osoby, które przychodzą po prostu poleżeć na polance i popatrzeć na horyzont. W Stawach możesz być sobą. Nikt cię nie zagaduje, jeśli chcesz milczeć, ale gdy tylko otworzysz usta, zagaisz, od razu masz kumpli na najbliższe trzy dni albo przyjaciół na całe życie. To jest także idealne miejsce do zwierzeń, do zmierzenia się z trudnymi sprawami. Tu masz poczucie, jakby Bóg lepiej cię słyszał, jakbyś siedział w wielkim konfesjonale albo w cudownej katedrze. To miejsce skłania do głębokich refleksji, do egzystencjalnych przemyśleń i zadawania najtrudniejszych pytań. To miejsce sprzyja uniesieniom, filozoficznym i duchowym. Oczywiście jeśli da się sobie czas, bo tego nie osiąga się w pięć minut. Tu trzeba po prostu pobyć."

Fragment książki „Pięć Stawów. Dom bez adresu”.  Beata Sabała – Zielińska

Członkowie rodziny Krzeptowskich czują się w "Piątce" jak w domu. Tutaj się wychowywali, tutaj uczyli się pracy, odpowiedzialności i szacunku do gór. Bo choć nadal wiele turystów o tym zapomina, w górach najważniejsza jest pokora. Natura bywa nieprzewidywalna, dlatego historia schroniska to także historia wielkich tragedii. Autorka opisuje wypadki, które w Dolinie Pięciu Stawów miały miejsce i jednocześnie przestrzega przed potęgą niebezpieczeństw na górskich trasach. Podkreśla także, że poprzez swoje niezwykłe położenie, pomoc tutaj zawsze będzie docierała z opóźnieniem, więc rozwaga podczas wyjścia „w góry” jest niezwykle istotna. Doskonale zdają sobie z tego sprawę szefowe ośrodka, które przez lata zdążyły się przyzwyczaić np. do tego, że schronisko jest regularnie odcinane od świata. Brak drogi dojazdowej jest także źródłem wielu ciekawych anegdot - od zawsze najtrudniejszym elementem działalności Pięciu Stawów był transport. Jak sobie z tym przez lata radzono i dlaczego w schronisku marnowanie jedzenia jest największym przewinieniem? O tym wszystkim również pisze Beata Sabała – Zielińska.

Schronisko Pięć Stawów
Jan Wierzejski

Opiekunowie Schroniska w Dolinie Pięciu Stawów robią wszystko, aby utrzymywać zdrowy balans między rozwojem tego miejsca i wprowadzaniem kolejnych udogodnień a zachowaniem jego fascynującej, nieco dzikiej natury. Dzięki staraniom Marty i Marychny udało się kilka lat temu zbudować elektrownię wodną i oczyszczalnie ścieków. W książce „Pięć Stawów. Dom bez adresu” opowiedziały, jakie jeszcze podejmują działania, aby w ośrodek był coraz bardziej ekologiczny. Dbają o to miejsce, bo to nie tylko historia ich rodziny, ale także historia tysięcy miłośników gór, którzy od lat odwiedzają „polską Alaskę”, by poczuć wolność, dać sobie przyzwolenie na „nicnierobienie” i chociaż na chwile oderwać się od cywilizacji i szumu współczesnego świata.

"– Nasza rodzina od zawsze zajmowała się schroniskiem w Pięciu Stawach – mówi Marta Krzeptowska. – Mieliśmy w dolinie swoją ziemię, stąd w ogóle powstał pomysł prowadzenia schroniska. Rodzina babci wypasała tu owce, a pradziadkowie po prostu zaczęli opiekować się turystami. Nasi pradziadowie prowadzili zajazd przy Wodogrzmotach, potem schronisko w Roztoce, aż w końcu babcia Marysia z dziadkiem Andrzejem przeszli do Pięciu Stawów, tworząc to miejsce niemal od podstaw. Babcia miała wielki talent do opiekowania się turystami, a potem każde kolejne pokolenie miało bardzo duży wkład w rozwój tego schroniska. I ja mam świadomość tej tradycji. Znam wiele historii o babci, które traktuję jako wzór, choć przecież to były zupełnie inne czasy, inny system obsługi. Teraz nie do pomyślenia byłoby „wyganianie” turystów miotłą, żeby szli w góry, bo jest ładna pogoda. Babcia była dość bezkompromisowa. Oczywiście nie robiła tego złośliwie, to był rodzaj folkloru i świadczył o życzliwym podejściu do gości. Babci zwyczajnie zależało na tym, żeby ludzie skorzystali z pięknej pogody i z miejsca, w którym się znajdują. Mamy bardzo dużo tych historycznych wzorców metod komunikowania się z turystami, które de facto stosujemy do dziś. Nam też zdarza się trochę „wypędzać” turystów, ale w bardziej żartobliwy sposób. Choć myślę, że za czasów mojej babci robiono to także z przymrużeniem oka i serdecznie."

Fragment książki „Pięć Stawów. Dom bez adresu”.  Beata Sabała – Zielińska

Materiał powstał z udziałem Wydawnictwa Prószyński

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
do tatr
Jan Wierzejski/fotonova

„Góry nas uczłowieczają” – mówi Beata Sabała-Zielińska, góralka, autorka książki „Pięć Stawów. Dom bez adresu”

„To nie jest tak, że Tatry są zadeptane. Obok dużych szlaków jest mnóstwo pięknych małych ścieżek, które można dla siebie odkryć”, mówi Beata Sabała-Zielińska, góralka, dziennikarka, autorka książki „Pięć Stawów. Dom bez adresu”.
Agnieszka Dajbor
29.12.2020

Dolina Pięciu Stawów to jedno z najpiękniejszych miejsc w Tatrach, dla wielu jedno z najpiękniejszych na świecie. O wybudowanym tam schronisku, słynnej  „Piątce" Beata Sabała-Zielińska napisała książkę  „Pięć Stawów. Dom bez adresu" ( wyd. „Prószyński i S-ka", Warszawa, 2020). Ale rozmawiamy nie tylko o niej.  Także o dobrych górskich obyczajach, o Tatrach, które wciąż są do odkrycia, o fenomenie Zakopanego. Agnieszka Dajbor: Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów to jedno z najbardziej obleganych miejsc w Polsce. Zawsze w Sylwestra trzeba tam było rezerwować miejsce nawet z rocznym wyprzedzeniem! A podejście nie jest łatwe. Wysokość ponad 1600 metrów robi swoje. Nie ma dojazdu, więc trzeba dojść „z buta” i jeszcze wnieść ciężki plecak. Co nas tam tak ciągnie? Beata Sabała-Zielińska: To jest pytanie, które było motorem tej książki. Nie wiem, czy udało mi się na nie odpowiedzieć, to ocenią Czytelnicy, ale wgryzienie się w temat pokazało, że klimat schroniska jest niezwykły. Co ciekawe, w dużej mierze tworzą go turyści, którzy tam przychodzą, bo to ludzie pełni pasji, ciekawi świata. Marta Krzeptowska, jedna z szefowych schroniska, powiedziała, że w górach ludzie są mniej zakrzyczani, dzięki temu mają szanse się zauważyć. Kiedy idzie się po górach samotnie i czuje się ich potęgę, to spotkanie drugiego człowieka na szlaku jest prawdziwą radością. Patrząc na siebie – widzimy się, jesteśmy na siebie otwarci. I tę otwartość i gotowość do relacji czuje się w schronisku. Niektórzy twierdzą, że Dolina Pięciu Stawów to polskie Shangri-La, mityczna kraina w chmurach, w której są i kwiaty, i śnieg. Pani też ma takie wrażenie? To jest inny świat. Oddalony od zgiełku cywilizacji i od wszystkich...

Czytaj dalej
Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt. Marzena Rogalska:  Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo. Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek… Kury też mieliście w bloku? Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało. Mama nie mogła żyć bez zwierzaków? Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła. Przemycałaś jej tam jakieś...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Myślicie, że u nas jest gorąco? W Dolinie Śmierci w USA zarejestrowało rekord upałów!

Padł nowy rekord temperatury na świecie. Poznajecie Dolinę Śmierci w USA, gdzie zarejestrowano ponad 54 stopnie Celcjusza!
Sylwia Arlak
18.08.2020

Tak gorąco jeszcze nie było. W kalifornijskiej Dolinie Śmierci (Death Valley) zarejestrowano temperaturę 130 stopni Fahrenheita (54,4 stopni Celsjusza). Jak podają amerykańskie Narodowe Służby Meteorologiczne, to najwyższa temperatura zmierzona za pomocą nowoczesnych urządzeń pomiarowych w historii. Rekord padł w niedzielę (16 sierpnia) o godz. 15:41. Odczytu dokonano dzięki elektronicznemu termometrowi zamkniętemu w zacienionym pudełku. „Ta zanotowana wysoka temperatura jest uważana za wstępną i jeszcze nieoficjalną” — podkreślają członkowie Narodowych Służb Meteorologicznych z siedzibą w Genewie. 🥵Yep it was HOT out there today... So hot in fact, that the PRELIMINARY high temperature @DeathValleyNPS was 130°F. If verified, this will be the hottest temperature officially verified since July of 1913. For more info... https://t.co/qFXcIVoPig #DeathValley #Climate #CAwx pic.twitter.com/lAl8NQDCyp — NWS Las Vegas (@NWSVegas) August 17, 2020 Burze, pożary i trąba powietrzna Do tej pory oficjalny rekord świata —134 stopni Farnheita (56,7 stopnia Celsjusza) zanotowano zaledwie pół godziny drogi od tego miejsca (na ranczu Greenland) 10 lipca 1913 roku. Wcześniej mówiło się, że najwyższa temperatura na świecie padła w Libii we wrześniu 1922 roku. W 2013 roku okazało się jednak, że odczyt 58 stopni Celsjusza był prawdopodobnie błędny (przez problem z termometrami) i niezgodny z temperaturą panującą w regionie. Ale Christopher Burt, z prywatnej amerykańskiej służby meteorologicznej, który rozpoczął śledztwo w sprawie zapisów w Libii, zakwestionował też odczyty z Doliny Śmierci z 1913 roku. Twierdził, że są one „zasadniczo niemożliwe z meteorologicznego punktu widzenia”. Inny rekord temperatury (55,0 stopni Celsjusza) zanotowano w lipcu 1931 roku w Kebili w Tunezji. Ale podobnie,...

Czytaj dalej
Beata Sadowska
Beata Sadowska

Piątak dla zwierzaka – nowa akcja, której kibicujemy z całego serca!

Beata Sadowska, Bartek Jędrzejak i inne gwiazdy wsparły akcję „Dasz piątaka dla Zwierzaka?”, która ma pomóc schroniskom i organizacjom prozwierzęcym w czasie pandemii. „Możemy pomóc, nawet jeśli mamy puste portfele. Czasem wystarczy przewietrzyć nasze szafy” — zachęca inicjatorka akcji, Monika Dąbrowska.
Sylwia Arlak
19.05.2020

Przez pandemię koronawirusa cierpimy wszyscy, także nasi czworonożni przyjaciele. Schroniska dla zwierząt zostały zamknięte, wstrzymano adopcję. Wolontariusze nie mogą na razie wspierać czworonogów, a i darczyńców jest coraz mniej. Jak możemy pomóc? Dołączając do akcji „Dasz piątaka dla Zwierzaka?” organizacji „Bieg na sześć łap”. – Widziałam, jak w ostatnim czasie angażujemy się, aby pomagać innym. Wszystkie te inicjatywy były bardzo potrzebne, ale dotyczyły nas, ludzi. Nie znalazłam ani jednej, która wspierałaby bezdomne zwierzęta. Musiałam coś z tym zrobić. Bramy schronisk zamknęły się z dnia na dzień, a ludzie, którzy do tej pory wspierali czworonogów, tracąc pracę czy zdrowie, sami często potrzebują pomocy – mówi nam inicjatorka akcji, Monika Dąbrowska. Od 15 maja do 26 czerwca w każdy piątek facebookowe konto „Biegu na sześć łap” zostaje przekazane w ręce wybranego schroniska czy organizacji prozwierzęcej, która dzięki temu może dokładnie opisać, czego aktualnie najbardziej potrzebuje i w jaki sposób możemy im pomóc. – Możemy pomóc nawet jeśli mamy puste portfele. Może się przecież okazać, że placówka, która działa w naszej miejscowości, potrzebuje koców, kołder, czy ręczników. Czasem wystarczy przewietrzyć nasze szafy. Może my nie potrzebujemy rzeczy, które dla innych okazałyby się niezbędne — zwraca uwagę Monika Dąbrowska. Oferować możemy także swój czas. Wiele schronisk potrzebuje silnych rąk do pomocy. Ale to nie wszystko. W ramach pierwszego filaru każde ze schronisk publikuje zdjęcie jednego zwierzaka, które najpilniej potrzebuje domu. To automatycznie zwiększa szansę na jego adopcję. Kudłate randki online Druga odsłona akcji...

Czytaj dalej