Monika Nowicka: „Nie wiedziałam, że poród to tyle cierpienia..."
Kobiety Kobietom

Monika Nowicka: „Nie wiedziałam, że poród to tyle cierpienia..."

Położna pomaga rodzić kobietom w Polsce i w Afryce.
Karolina Morelowska-Siluk
03.01.2019

Ruszyła 2. edycja plebiscytu Kobiety Kobietom miesięcznika URODA ŻYCIA, w którym wspieramy kobiety działające na rzecz innych kobiet.

Nagrodą w naszym plebiscycie jest 10 tys. zł na dalszy rozwój działalności. Zgłoś kandydatkę na urodazycia.pl/kobietykobietom – termin zgłaszania trwa do 31 marca 2019 r.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Kto wygrał pierwszą edycję plebiscytu Kobiety Kobietom? Przeczytaj wywiad z Moniką Nowicką, położną:


Monika Nowicka – położna ze w Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. Świętej Rodziny w Warszawie. Od kilku lat pracuje także jako wolontariusz na misjach w Afryce. 

 

URODA ŻYCIA: Trzeba mieć w sobie coś z psychologa, aby być położną?

Trzeba przede wszystkim wiedzieć i pamiętać, że ból zmienia człowieka. Rodząca kobieta, nawet ta z natury ekstrawertyczna, potrafi podczas porodu kompletnie się w sobie zamknąć, zatrzasnąć. Miła i ciepła na co dzień podczas porodu potrafi stać się opryskliwa i  agresywna. Tej złości nie wolno mi brać do siebie, tych wielokrotnych odrzuceń także. Muszę „kombinować” tak, aby dotrzeć i pomóc. 

Zbudować jakiś rodzaj więzi z tą kobietą?

Właśnie. Jestem z natury pogodną i wesołą osobą, więc często staram się rozładować napięcie, wykorzystując do tego poczucie humoru, ale to nie zawsze się sprawdza. Więc kiedy poczuję, że nie tędy droga, to nie cisnę – idę inną. Nic na siłę. Bo moim najważniejszym zadaniem jest zbudować między nami zaufanie – to podstawa. 

Udaje się?

Tak. Poród jest szalenie intymnym wydarzeniem. Ciężko mi wyobrazić sobie sytuację, która byłaby dla kobiety bardziej intymna. Składa się na to wiele czynników, to jest takie kompleksowe odkrycie się, fizyczne i psychiczne. Sama fizjologia porodu, fakt, że jest on związany z pokazaniem swoich intymnych miejsc, jest nie bez znaczenia. Dlatego zaufanie jest tak bardzo ważne. 


Podczas tych długich porodów z  pewnością między kobietami – rodzącą i  położną – nawiązuje się jakaś charakterystyczna nić porozumienia. 
Wiele razy zdarzyło mi się, że rodzące dziewczyny zwierzały mi się z bardzo różnych, ciężkich doświadczeń, które przeszły w  życiu. Opowiadały o swoim trudnym dzieciństwie, o zdradzających i bijących je mężach, o tym, że przeżyły gwałt, że próbowały popełnić samobójstwo. W  jakimś sensie to niezwykłe przeżycie, jakim jest dla kobiety poród i ból, którego doświadcza, wyzwalają czasem chęć wyrzucenia z siebie skrywanych, ciążących tajemnic. Jestem obcą osobą, a zostaję dopuszczona do najgłębszych zakamarków duszy. To jest wyróżnienie, ale też czasem dodatkowa dawka stresu, duża odpowiedzialność. 
I jest jeszcze coś – z zupełnie innej bajki – co osobiście wydaje mi się ogromnym honorem – mam na myśli możliwość zobaczenia momentu, w którym nowo narodzone dziecko bierze swój pierwszy, autorski oddech w życiu. Wpatruję się w noworodka i widzę, jak po raz pierwszy otwiera mu się klatka piersiowa. Jest w tym coś niezwykle dostojnego, co ciężko opisać słowami. My zwykle – zdecydowanie częściej – jesteśmy w życiu świadkami tego ostatniego oddechu drugiego człowieka, a tu towarzyszy się w tym pierwszym. 

Jak zaczęła się pani historia z zawodem?

Zaczęła się chyba wraz z moimi narodzinami. Bo przez przypadek urodziłam się w domu. Plan był inny, ale poród zaczął się nagle i był bardzo szybki. Jedyną osobą, która mogła pomóc mojej mamie, był tata. I to on mnie „przyjął”. A potem, przez całe moje dzieciństwo, opowiadał o tamtym dniu. Dziesiątki razy słyszałam, że to było najbardziej niezwykłe, najpiękniejsze doświadczenie w jego życiu, że poród to magia. Rosłam z takim wyobrażeniem, fascynacją i ciekawością. Pamiętam, że już jako nastolatka podjęłam decyzję, że chcę być położną. Poszłam na studia i podczas pierwszych praktyk doznałam lekkiego szoku – tata zapomniał dodać opis tej fizjologicznej strony i bólu. Oczywiście, wiedziałam, że urodzenie dziecka to nie jest bułka z masłem, ale chyba jednak nie wyobrażałam sobie do tamtego dnia, jak bardzo wiele cierpienia kosztuje ono kobietę.

Ale nie zraziła się pani.

Potrzebowałam po prostu chwili, aby okrzepnąć. Zakochałam się w tej pracy bardzo szybko. To rzeczywiście jest magia. Poród to połączenie wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić: bólu, krzyku, złości, bezsilności, a za chwilę kolejnej dawki siły, radości, łez, wzruszenia, euforii, przełamania wstydu, lęku. Możliwość obserwowania i uczestniczenia w takim tyglu emocji jest czymś naprawdę niesamowitym. 
Piękna i niezwykła jest też ta droga, którą muszę pokonać, aby dotrzeć do rodzącej kobiety. To jest świetny sprawdzian dla położnej, jej umiejętności zawodowych, ale także sprawdzian z  człowieczeństwa. 

Zdarza się pani płakać, chociaż tych pierwszych oddechów widziała już pani tysiące?

Tak, i wcale nie zdarza się to tak bardzo rzadko. Udziela mi się wzruszenie rodziców. Nie wstydzę się tego, nie hamuję łez. To jest szczere, prawdziwe. 

Powiedziała pani o tym, że najważniejszym zadaniem jest zdobyć zaufanie rodzącej kobiety, no ale jest nim też oczywiście pomoc w urodzeniu dziecka!

Pomagam kobietom, aby uwierzyły w swoją siłę, aby uwierzyły, że dadzą radę urodzić. To jest dziś dość powszechne w kulturze Zachodu: kobiety boją się porodu tak bardzo, że nie wierzą, że są w stanie dokonać tego wyczynu. Wie pani, jak brzmi zdanie najczęściej powtarzane przez kobiety na bloku porodowym – wypowiada je wiele razy niemal każda rodząca? Brzmi: „Ja nie dam rady”. Więc jestem tam także po to, aby im powtarzać tyle razy, ile będzie trzeba, że dadzą radę, że są do tego zdolne, że mają w sobie tę siłę, potrafią. 

Nie bez przyczyny dodała pani, że strach przed porodem jest domeną kobiet w kulturze Zachodu. Pani ma także doświadczenie obcowania z rodzącymi kobietami w Afryce – przez trzy lata była pani wolontariuszką w Tanzanii. Skąd ten pomysł?

Wiele lat temu, jeszcze zanim poszłam na studia, zaczęłam współpracować w mojej rodzinnej miejscowości ze Stowarzyszeniem Misji Afrykańskich. To jest stowarzyszenia dla księży, ale daje także możliwość działania misjonarzom świeckim, wolontariuszom. Długo kiełkowała we mnie myśl, aby zrobić coś więcej niż działanie tu, w Polsce. Słuchałam opowieści innych wolontariuszy, którzy byli absolutnie zafascynowani Afryką, jej mieszkańcami. Zaraz po studiach zdecydowałam się wyjechać pierwszy raz na misję. Trafiłam do Tanzanii. I znowu zakochałam się, tym razem w tej misyjnej działalności. Byłam tam trzy lata, wróciłam i zaczęłam pracę w szpitalu położniczym przy Madalińskiego w Warszawie. Ale miłość do Afryki pozostała i staram się przynajmniej raz w roku tam wracać. Właśnie dziesięć dni temu stamtąd przyleciałam. Kiedyś ktoś powiedział, że do Afryki można się albo zrazić, albo się nią zarazić. Należę zdecydowanie do tej drugiej grupy. Już zawsze będę miała w sobie tęsknotę i zawsze, jeśli tylko będzie to możliwe, będę tam wracać. Tam jest ciągle mnóstwo rzeczy do zrobienia dla kobiet.    

Rozumiem, że dla położnej, która pracuje w Europie, przyjmowanie porodów w Afryce, to jest zupełnie inna, odległa rzeczywistość...

Tak, to prawda. Są dwa obszary gigantycznych różnic. Pierwszy to warunki i możliwości rodzących kobiet – diametralnie różne od bogactwa, które ma Europejka. A drugi obszar to sposób postrzegania porodu przez kobietę w Afryce i tę, która rodzi w bardziej „cywilizowanym” świecie. 

Jaki jest ten sposób postrzegania tam, w Afryce?

Miejsce, w którym pracowałam, to była mała wioska, oddalona od najbliższego szpitala godzinę drogi samochodem. Te kobiety często rodziły same w domu, trafiały do nas już po porodzie albo w jego zaawansowanej fazie. Bardzo często podczas ciąży nie miały żadnej lekarskiej kontroli – to wszystko sprawia, że tam często te ciążowe, porodowe historie mają tragiczny finał. A kobiety są w nadzwyczajny sposób z tymi tragicznymi zdarzeniami pogodzone. Nie chcę absolutnie powiedzieć, że tam życie nie jest wartością, nie! One robią wszystko, co mogą, aby urodzić żywe i  zdrowe dziecko. Ale zwyczajnie to się nie zawsze udaje. 
Gigantyczna różnica jest także w przyjęciu tego, że poród po prostu musi boleć. One nie mają żadnych „roszczeń”, wiedzą, że muszą pocierpieć. Prawie zawsze robią to w milczeniu. Bardzo rzadko zdarza się kobieta, która krzyczy. Tu, w Europie, od pewnego czasu głównym punktem przygotowania się do porodu, jest zrobienie wszystkiego, aby tylko mnie nie bolało – zaświadczenia, kwitki, by dostać znieczulenie, a najlepiej „zamówić” sobie cesarskie cięcie. Nie chcę powiedzieć, że jest coś złego w próbie minimalizowania bólu, absolutnie nie, jednak dostrzegam pewną przesadę. Kobieta w Afryce nie wie, co prawda, że istnieje na świecie coś takiego jak znieczulenie, jednak ma w sobie naturalną, organiczną zgodę, aby poród był wysiłkiem, aby towarzyszył mu ból.  

Której kobiecie – tej tu czy tej tam daleko – jest, z pani perspektywy, bardziej potrzebna pomoc i wsparcie położnej?

Myślę, że bardzo potrzebna jest i tu, i  tam, tylko w różny sposób. Tu najważniejszym zadaniem jest pomóc uwierzyć kobiecie w siebie, uwierzyć, że jest w stanie urodzić, tam – potrzebna jest pomoc techniczna, medyczna wiedza. Tam wiele jest bardzo ciężkich porodów, w których konieczne jesteśmy po to, aby spróbować ochronić życie – kobiety i jej dziecka. Nigdy nie usłyszałam w Afryce, aby kobieta powiedziała, że nie da rady urodzić, niezależnie od tego, jak ciężki był to poród. Tu, jak już wspomniałam, powtarza to niemal każda pacjentka. Nie oceniam, relacjonuję. 

Jest taki poród, który najbardziej utkwił pani z jakiegoś powodu w pamięci?

Jest ich kilka, ale rzeczywiście jedno doświadczenie jest arcymocne. To był ostatni poród, który przyjmowałam podczas tej trzyletniej misji, dosłownie przed samym powrotem do Polski. Był potwornie ciężki, bliźniaczy – o czym nie wiedziałam na początku. Zawołano mnie do niego w nocy, bo był to poród miednicowy – pacjentka rodziła dziesiąty raz! Z  trudem udało mi się wydobyć chłopczyka, nie był on w najlepszym stanie, ale oddychał. Kiedy zaczęłam sięgać po łożysko, z macicy wypadła rączka kolejnego maluszka. Wtedy zorientowałam się, że są to bliźniaki, wielkość brzucha na to nie wskazywała. To drugie dziecko leżało w brzuchu poprzecznie. Podjęłam próbę obrócenia tego dziecka w brzuchu, urodziło się, ale na początku nie oddychało. Tymczasem kobieta dostała silnego krwotoku. W pewnym momencie zaczęłam się już modlić, naprawdę. To był cud, że cała trójka przeżyła. 
Wiem, że mają się dziś dobrze, chłopcy świetnie się rozwijają. Rano po tej dramatycznej nocy przyszła do mnie cała rodzina podziękować. W Afryce nie są to wylewne uściski. Oznaką wdzięczności i szacunku jest na przykład nadanie dziecku mojego imienia. Więc z dumą muszę powiedzieć, że jest w Tanzanii kilka dziewczynek o imieniu Monika! I chłopców o imieniu Tadeusz.

Tadeusz?!

Tak, zdarzało się, że w ramach podziękowania byłam proszona o to, abym to ja nadała synowi imię, więc jest w Afryce kilku imienników mojego taty.

W Polsce pewnie nie spotkał pani taki zaszczyt?

Nie, ale z bloku porodowego mam jedną bliską przyjaciółkę! Poznałyśmy się podczas porodu jej pierwszego dziecka – miałam akurat dyżur. I zaprzyjaźniłyśmy się na tyle, że jej drugie dziecko – Basię także przyjmowałam na ten świat, a kilka miesięcy później zostałam jej mamą chrzestną. To dowód na to, że na bloku porodowym między kobietami może zbudować się bardzo silna więź.

 

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
Jakub Włodek

„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?

W Polsce co roku przychodzi na świat 25 tysięcy wcześniaków. Często patrzymy na nie ze wzruszeniem: w inkubatorze leży wzruszające maleństwo, okruszek, Calineczka. Waży pół kilograma, ale cóż, przecież niedługo urośnie…
Anna Zaleska
17.11.2020

Opisując swoją osobistą historię i narodziny synka, dziennikarka i pisarka Małgorzata Nocuń w książce „Wczesne życie” opowiada o wielkim dramacie i heroizmie matek wcześniaków. Dla wielu z nas niewidocznym, choć dzieje się tuż obok. Dramat matek wcześniaków Anna Zaleska: Julek w tym roku poszedł do przedszkola. Jak było? Małgorzata Nocuń: Nie było łatwo. Pierwszego dnia wręczono mi go z sześcioma parami zasikanych spodni. Nic nie chciał jeść i cały dzień płakał. No ale trudno, musi przez to przejść i my z mężem też musimy, nie ma wyjścia. Wiem, że kontakt z rówieśnikami jest dla dziecka najlepszy.  U pani wrażliwość i lęk o dziecko po tej drodze, jaką z Julkiem przeszliście, mogą być wyjątkowe. Jestem zapewne bardziej wrażliwa, mam wyrzuty sumienia, że znów muszę zamknąć jakieś drzwi i zostawić dziecko z obcymi ludźmi. Ale Julek tyle w życiu przeszedł, że pozostanie z rówieśnikami w przedszkolu jest tylko naturalnym krokiem do życia w większej dojrzałości. W sierpniu świętowali państwo trzecie urodziny synka. Jakim jest chłopcem? Gadatliwym, energicznym, wesołym. Chyba przez to, że poświęcaliśmy mu z mężem bardzo dużo uwagi, nie umie się zajmować sam sobą, lubi być cały czas w interakcji. To, że przyszedł na świat jako wcześniak, widać tylko po jego drobnej sylwetce. Ma też słabą odporność i poważną postać dysplazji oskrzelowo-płucnej. Początek życia Julka był dramatyczny: urodził się w 29. tygodniu ciąży, ważył 1080 gramów, trafił na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka.  Pewnie nigdy tego nie zapomnę. Często wspominam ten moment, gdy lekarz wyciąga go z mojego brzucha i nastaje taka straszna, najgorsza w życiu cisza. Nic nie słychać, dziecko jest nieme… Tygodnie, które potem nastały, opisuje pani jako piekło....

Czytaj dalej
Preeti Agrawal
Bartosz Mokrzycki

Preeti Agrawal, ginekolożka holistyczna, przypomina: „Człowiek to jedna całość” 

Widzenie bardziej „narządów” niż „człowieka” to stosunkowo nowy wynalazek medycyny, przekonuje lekarka z podwrocławskiej kliniki medycyny integracyjnej.
Sylwia Niemczyk
03.01.2019

Preeti Agrawal, doktor nauk medycznych, specjalistka II stopnia z ginekologii i położnictwa oraz medycyny integracyjnej przekonuje, byśmy uważniej wsłuchiwali się w siebie i szanowali swoje ciało. Lekarzom radzi, by nie skupiali się tylko na chorobie, ale na całym człowieku.  Sylwia Niemczyk: Jak to się stało, że już od 25 lat hinduska lekarka leczy Polki? Preeti Agrawal:  To historia złożona z przypadków, choć mówi się, że w życiu nie ma przypadków, tylko okazje dostrzegane przez osoby z intuicją. Wychowałam się w  tradycyjnej hinduskiej rodzinie, czyli wśród kobiet. Moja mama nigdy nie pracowała, tak samo żadna kobieta w  rodzinie. Nie było potrzeby ani zwyczaju. Ja chciałam realizować swoje pasje, nie odcinając się jednak od ról typowych dla kobiet: bycia żoną, matką. Jako pierwsza kobieta w rodzinie zostałam lekarzem.  25 lat temu rozpoczęłam praktykę ginekologiczną w Polsce. Wysyłałam wtedy swoje pacjentki do różnych szkół rodzenia, niestety wracały nadal, w moim odczuciu, bez niezbędnej wiedzy o sobie, swojej fizjologii i naturze. Postanowiłam więc sama stworzyć szkołę świadomego rodzicielstwa. W końcu ktoś kiedyś zapytał mnie, czy napiszę książkę. Nie planowałam tego, ale myśl zakiełkowała i po jakimś czasie miałam gotową. Tytuł: „Odkrywam macierzyństwo”. Wysłałam ją do jednej z kobiecych organizacji w  Polsce, ale otrzymałam opinię, że nie jest odkrywcza. Pomyślałam: „Nie jest odkrywcza? A czy w macierzyństwie chodzi o odkrywanie rewolucyjnych metod?” . Z tego mojego buntu narodziła się Fundacja Kobieta i Natura. Już od 11 lat organizujemy konferencje, festiwale. Dla naszych pacjentek, ale też dla personelu medycznego. Poza Fundacją prowadzi również pani Klinikę Medycyny Integracyjnej pod...

Czytaj dalej
Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Ałbena Grabowska, autorka „Stulecia Winnych” o niezwykłych losach swojej rodziny i walce o samą siebie

„Trzeba było w końcu zdecydować, czy całe życie mam robić to, czego się ode mnie oczekuje, wmawiając sobie, że sama właśnie tego chcę, czy też mam własne pragnienia i odwagę, by coś zmienić, o coś zawalczyć”, opowiada Ałbena Grabowska.
Anna Zaleska
25.08.2020

Ałbena Grabowska z zawodu jest specjalistą neurologiem, zrobiła doktorat z epileptologii, przez wiele lat pracowała jako lekarz. 10 lat temu wydała swoją pierwszą książkę i wtedy odkryła w sobie wielką pasję do pisania. Trzytomowa saga „Stulecie Winnych”, na podstawie której powstał popularny serial, a potem książka „Matki i córki”, odniosły wielki literacki sukces. Ałbena Grabowska jest przekonana, że nie stałaby się pisarką, gdyby nie jej bułgarskie korzenie, ale polski dziadek też odegrał tu ważną rolę. Na początku polskiego rozdziału w historii jej rodziny była jednak romantyczna miłość. Przy okazji ukazania się nowej książki Ałbeny Grabowskiej „Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił” rozmawiamy o historii miłosnej rodziców pisarki, która zaczęła się na czarnomorskiej plaży. O codzienności samotnej matki trójki dzieci. I o tym, dlaczego nie warto tkwić w strefie komfortu. Anna Zaleska: To prawda, że Ałbena znaczy kwiat jabłoni? Ałbena Grabowska: Tak, to imię bułgarskie, stare, literackie. Moja mama jest Bułgarką i ona je dla mnie wybrała. W Bułgarii bardzo znane jest opowiadanie Jordana Jowkowa o dziewczynie imieniem Ałbena. Jaka to dziewczyna? Nadając imię często myślimy o historii, które ono w sobie niesie. Wydaje mi się, że w tym przypadku tak nie było. Ałbena z opowiadania Jowkowa to buntowniczka, femme fatale, która potrafi zawrócić w głowie wszystkim mężczyznom wokół siebie. Nie sądzę, żeby mojej mamie to przyświecało (śmiech). Nie mam w sobie takich cech. Raczej godzę się z tym, co dostaję, po bałkańsku uważając, że widocznie to dla mnie najlepsze. To typowo bałkańska postawa? Pogodzenie z losem? Gotowość przyjęcia tego, co nam przynosi? Tak, nawet się mówi, jeżeli coś nie dzieje się po naszej myśli: taki był...

Czytaj dalej
Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Maciej Zienkiewicz

Kamila Rowińska, autorka bestselleru „Kobieta niezależna” o swojej misji i drodze na szczyt

Negocjowałam z Bogiem, że jeśli da mi czas – zrealizuję marzenia…
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
26.03.2019

Tak. Czuję się kobietą sukcesu. Ale nie pochodzę z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Wiedziałam, że albo sama się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Zrozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować życia” – mówi  w rozmowie z Anną Maruszeczko Kamila Rowińska, autorka szkoleń „Kobieta Niezależna” i bestsellerowej książki pod tym samym tytułem. Sukces to pieniądze? Nie tylko. Sukces to realizowanie wszystkich swoich wartości w sposób zrównoważony, na takim poziomie, który nas satysfakcjonuje. Wartości, które są dla mnie kluczowe, to rodzina, rozwój biznesowy, zdrowie, niezależność. Ta równowaga jest pani udziałem czy to jest cel? I jedno, i drugie. Czuję się kobietą sukcesu. Jestem mamą dwójki dzieci, żoną, mam wspaniałych przyjaciół, odnoszę sukcesy biznesowe, a jednocześnie znajduję czas na swoje potrzeby. Nie jest łatwo połączyć tyle życiowych ról, dlatego odbieram to jako sukces.   Długo trzeba było pracować nad tą równowagą życiową? Na początku po 10, 12 godzin. To był stan przejściowy, niezbędny, gdy chce się wejść na kolejny poziom w biznesie. Jednak później, jeśli zachowa się dyscyplinę finansową i zacznie inwestować, można budować karierę w taki sposób, aby nie być jej niewolnikiem. W swoich książkach i na szkoleniach dużo i swobodnie mówi pani o pieniądzach. Wiele kobiet spina się, denerwuje przy temacie pieniędzy, jakby to była wstydliwa rzecz. Przyznawanie się do tego, że pieniądze są dla nas ważne, że lubimy zarabiać, cały czas jest źle odbierane. Można usłyszeć: „Jesteś materialistką”, tak jakby te pieniądze były czymś złym, a przecież są dobre. Po to napisałam...

Czytaj dalej