Ewa Kassala, autorka trylogii o Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut: „Każda z nas jest królową” 
Michał Łuczak

Ewa Kassala, autorka trylogii o Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut: „Każda z nas jest królową” 

Każda z nas w jakimś sensie jest królową – w swoim domu, rodzinie, firmie, mieście. To od nas zależy, jak będziemy rozgrywały własne życie: czy będziemy zgarbione i przytłoczone codziennością, czy dumnie wyprostowane – mówi pisarka, Ewa Kassala. 
Wika Kwiatkowska
12.06.2020

Trylogia Ewy Kassali o egipskich królowych – Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut – stała się bestsellerem. „Wiem, że to literatura popularna i nie mam z tym problemu” mówi pisarka. Książki Ewy Kassali cieszą się ogromną popularnością wśród czytelniczek nie tylko ze względu na ich bohaterki, ale też dlatego, że zawierają ważne przesłanie: „Bogini jest w każdej z nas. Cząstka boskości, jasna iskra rozumiana nie jako Izyda, Hathor, Atena czy Matka Boska, tylko odwieczna kobiecość, która towarzyszy nam od początku i powoduje, że jesteśmy silne i mądre”.

Wika Kwiatkowska: Skąd się wzięła pani fascynacja starożytnym Egiptem?

Ewa Kassala: Kleopatra zawsze była gdzieś we mnie i domagała się, żebym o niej napisała. I mimo że nie studiowałam historii, tylko politologię, socjologię, a potem jeszcze gender na Uniwersytecie Jagiellońskim, na ostatnim roku studiów napisałam powieść „Kleopatra”. Książeczka została wydana, a po wielu latach, ku mojemu zdziwieniu, zadzwonił wydawca z propozycją wznowienia. Nie doszło do tego, ale Kleopatra do mnie wróciła. 

I zapoczątkowała serię powieści o egipskich królowych.

Kleopatra to kobieta porywająca, przesyconą erotyką i seksualnością. Z premedytacją wykorzystywała swoją cielesność, była wybitnie inteligentna, znała dziewięć języków, bez wahania podejmowała trudne, „niekobiece” decyzje, takie jak udział w wojnie czy otrucie wroga. Żyła z rozmachem, niezbyt długo – postanowiła odejść, gdy miała 39 lat – ale za to intensywnie. Kochała dwóch najwybitniejszych mężczyzn swoich czasów: Juliusza Cezara i Marka Antoniusza. Płynąc do tego drugiego, kazała wyperfumować żagle statku, aby jeszcze bardziej rozbudzić jego namiętność. Ta kobieta miała fantazję i potrafiła działać z rozmachem. 

A kolejna pani muza, Nefretete?

To przede wszystkim królowa, matka, żona. Księżniczka, prawdopodobnie przybyła z Mitanii, która musiała poradzić sobie z dworskimi intrygami, opieką nad chorym – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie – mężem, faraonem Echnatonem i zadbać o los swoich sześciu córek. A do tego przeżywająca oszałamiający, iście szekspirowski romans z rzeźbiarzem Totmesem. To spod jego dłuta wyszło piękne popiersie Nefretete, odnalezione dopiero na początku XX wieku, stoi w berlińskim muzeum. Powstało 3300 lat temu, a zachwycamy się nim do dziś. I mamy wrażenie, że stworzył je ktoś, kto bardzo kochał.

Trzecią królową jest Hatszepsut.

Najpotężniejsza z nich, została nie tylko królową – małżonką faraona, ale faraonem! Była jak Angela Merkel, Katarzyna Wielka, Hillary Clinton i wszystkie inne silne kobiety razem wzięte. Dążyła do władzy, zdobyła ją i utrzymała. To zupełnie inny wymiar kobiecości. Kochała Senenmuta, nieszlachetnie urodzonego geniusza, ale usunęła go ze swego życia w imię racji stanu. Podczas kolacji podała mu zatrutą bezę, a on świadomie przyjął słodką truciznę.

Życie egipskich królowych w książkach Ewy Kassali

Ale to życie Kleopatry było najbardziej skandalizujące?

Bez wątpienia, w Rzymie była nawet nazywana egipską kurtyzaną. Ostatnio pytałam kobiety w Stanach o trzy królowe: wszystkie wiedzą, kim była Kleopatra – oczywiście ma dla nich twarz Elizabeth Taylor. O Nefretete słyszały. A o Hatszepsut – prawie nic. I gdybym moje pisanie zaczęła nie od Kleopatry, tylko od Hatszepsut (jak mówią egiptolodzy: pierwszej feministki w historii), pewnie nikt by się trylogią nie zainteresował i seria nie weszłaby na rynek amerykański. A tak „Żądze Kleopatry” już są na rynku angielsko- i hiszpańskojęzycznym, a pozostałe właśnie tam wchodzą. Trwają też rozmowy z wydawnictwami z Chin. Być może tam problemem będzie swobodne podejście do seksualności na dworze Kleopatry. Z tego powodu zakazano tej książki w Ameryce Południowej. 

W „Żądzach Kleopatry” jest sporo erotyki.

Na to złożyły się także różne pomysły moich koleżanek – wypytywałam je o fantazje i marzenia erotyczne. Gdy w kawiarni Wedla w Katowicach rozważałyśmy, jak Kleopatra mogła stracić dziewictwo, tak bardzo wczułyśmy się w role, że obsługa do dziś wita nas z szerokim uśmiechem. Dziewczyny zastanawiały się, czy Kleopatra powinna stracić cnotę na sztucznym penisie ze złota, srebra, kości słoniowej albo szlachetnego drewna; klęknąć czy raczej usiąść?

Uwiera panią opinia, że jest to literatura stricte popularna?

Bardzo mi się podoba, że mogą to czytać wszyscy i dla każdego ten język jest zrozumiały. Co więcej, staram się, by tak było – jeśli zdania są zbyt długie albo zawiłe, bezlitośnie je tnę. Opisuję obcy świat, pełen bogów, których nie znamy, obco brzmiących nazw, dziwnych zwyczajów itd. Jeśli dodatkowo wprowadziłabym komplikacje słowne, mogłoby się to stać niestrawne. Redaktorki z wydawnictwa też tego pilnują.

Co pani dało odkrywanie historii egipskich królowych?

Jestem nimi absolutnie zafascynowana. Do tego stopnia, że kiedy piszę i wchodzę w ich świat, to często wydaje mi się, że jestem tam z nimi. Że stoję obok i obserwuję. Śnią mi się po nocach.

Od kilku lat żyje pani ich losami?

Jeżdżę pisać na Daleki Wschód, do urokliwego miejsca nad brzegiem oceanu (we współczesnym Egipcie nie jestem w stanie odnaleźć klimatu czasów, do których sięgam) i zanurzam się w historii, w świecie starożytnego Egiptu. Czasem mam sny, po których zmieniam to, co napisałam wcześniej. Miewam niemal totalne myślowe odloty. Prawie znikam z tego świata.

Moja siostra, psycholog, śmieje się, że na razie to niegroźne dla zdrowia. Kiedyś nie sądziłam, że mogłabym czegoś takiego doświadczyć: czuję się, jakby nagle wyłączono mi wtyczkę z rzeczywistości i gdzieś przeniesiono. Spaceruję z królowymi po gorącym piasku, piję i jem to, co one, smakuję, próbuję…

W jakim sensie: „próbuję”? 

Mam znajomego, z zawodu biznesmena, z zamiłowania kucharza, który wyszukuje przepisy w papirusach i książkach historycznych i wypróbowuje je w rzeczywistości. W każdej z tych powieści występuje jako En-Ri-Her, jest kucharzem i na dworze Kleopatry, i Nefretete, i Hatszepsut. To on proponuje, co królowa będzie jadła. Oczywiście ja kontroluję i wybieram, bo nie wszystko mi smakuje. Smakołyki, o których piszę, występowały więc w tamtych czasach, a każdy przepis został sprawdzony. Na przykład na ostatnim przyjęciu wydanym przez Hatszepsut mięsa były zawijane w liście palmowe i pieczone w głębokiej jamie w ziemi w popiele ze specjalnych gatunków drewna, a bezy dochodziły na rozżarzonym kamieniu wulkanicznym.

Przebiera się pani w zwiewne egipskie szaty?

Rzadko. Smakowanie potraw mi wystarcza. W sprawach dotyczących obyczajowości czy szczegółów historycznych konsultuję się z egiptologami, nie mam oporów, żeby napisać czy zadzwonić do największych światowych i polskich sław, takich jak profesor Kara Cooney z Los Angeles, profesor Andrzej Niwiński, doktor Andrzej Ćwiek czy inni. To samo dotyczy medycyny – wszystkie przypadki omawiam z lekarzami. Żeby opisać operację ropnia faraona w „Hatszepsut”, obejrzałam taką na żywo. 

Książki Ewy Kassali zawierają przesłanie dla kobiet

W pani książkach są kapłanki, boginie. To pogańskie opowieści. 

Czasami po spotkaniach autorskich, na których pokazuję slajdy i opowiadam o historii, kobiety podchodzą do mnie ze słowami: „Pani to mówi jak Jan Paweł II!”. Na początku to mnie zaskakiwało, ale potem pomyślałam: „Jeśli tak mnie odbierają, to wspaniale”. Takie słowa poruszają wiele osób: „Oto wieczny ogień. Płonie i nigdy nie zgaśnie. Jest we mnie i w waszych sercach. Rozpala zmysły, daje siłę, zagrzewa do czynów. Jest w każdej i w każdym, kto kroczy po świecie, jest w ziemi, niebie, słońcu i wietrze. I we wszystkim stworzeniu, bo pochodzi ze Źródła. Ogarnia i obejmuje wszystko. Trwa przez wieczność i jest wiecznością. 

Daję go wam, kiedy idziecie w świat, oddajecie mi go, kiedy do mnie wracacie. Nieście go jak te, które robiły to przed wami i te, które przyjdą po was, niech płomień w waszych rękach będzie równy i mocny”.

To pani przesłanie dla kobiet? 

Jedno z wielu. Przyszło do mnie kiedyś we śnie. Moje koleżanki zauważają, że z jednej strony stąpam twardo po ziemi – i tak jest – a z drugiej, kiedy wchodzę w tamten świat, bywam tak odrealniona, że słyszę archetypową boginię, która jest w każdej kobiecie. Mówi o wyborze i powinności. Dostajemy od życia ogień, jasne światło i niesiemy je przez historię.

Kobiecość jest przebogata i oszałamiająca. Mamy w sobie wszystko: potrafimy kochać i nienawidzić, przyjaźnić się i zranić do głębi najlepszą przyjaciółkę. Poświęcamy się dla sprawy, ale też bywamy totalnie obojętne, próżne i kochające, umiejące dawać, ale i zabijać. W nas jest wszystko. To fascynujące!

Interesuje się pani magią boginiczną. Czym ona właściwie jest?

To właśnie wiara w to, że bogini jest w każdej z nas. Cząstka boskości, jasna iskra rozumiana nie jako Izyda, Hathor, Atena czy Matka Boska, tylko odwieczna kobiecość, która towarzyszy nam od początku i powoduje, że jesteśmy silne i mądre, nawet w swojej nierozważności i beztrosce. Chodzi nie tylko o określone rytuały i otwarcie na świat, ale też jak najszerszy kontakt z tym, co wokół – naturą, ziemią, ludźmi. Przecież za chwilę nas już tu nie będzie, przeminiemy podobnie jak Hatszepsut, Nefretete czy Kleopatra. Co po nas zostaje? Miłość – niewidzialna nić łącząca przeszłość z teraźniejszością i przyszłością.

Możemy się czegoś od królowych nauczyć? 

Traktuję je jako zaufane mistrzynie, mentorki. Każda z nich ma nam do przekazania coś innego. Ale przewodnią myślą jest to, że zawsze trzeba walczyć o siebie i wierzyć we własne siły. A te siły dziedziczymy po naszych mamach, babciach, ale także po królowych, które kiedyś chodziły po świecie. Czasami myślę, że gdybym słuchała osób wokół mnie, które mówiły: „Nie warto. Po co? To nie ma sensu”, to być może nie poznałabym wielu wspaniałych ludzi i nie miałabym odwagi robić tego, co robię. A tak na przykład kiedyś pojechałam do Nowego Jorku, żeby być wolontariuszką w sztabie Hillary Clinton. Albo zaczęłam pisać książki o starożytnym Egipcie. Nie jestem egiptologiem, wszystkiego musiałam się nauczyć. Poczułam impuls, chciałam i zrobiłam to. Bo wiem, że każdy z nas jest pierwszy raz na tym świecie i musi sam po wszystko sięgnąć.

Nie każda kobieta ma w sobie tyle determinacji, wiary w siebie.

Wiele lat temu sprowadziłam z USA organizację Dress for Success, to była w Polsce absolutna nowość. Zachwyciło mnie to, w jaki sposób kobiety wspierają inne kobiety – po przejściach, w trudnej sytuacji życiowej, które chcą się usamodzielnić i stanąć zawodowo na nogi. Na początku miałam trochę oporów wobec tego, że tam taką wagę przykłada się do makijażu, fryzury itp. Przecież najważniejsze jest to, co mamy w głowie, myślałam. Ale w Stanach dziewczyny powiedziały mi: „Najpierw trzeba dobrać kobiecie sukienkę, zrobić jej fryzurę i makijaż, postawić przed lustrem – zobaczysz, co się wydarzy”. I zobaczyłam, wiele razy. Dziś mam pewność, że to działa.

Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Ludzie odbierają nas w zależności od tego, jak się prezentujemy, mówimy, gestykulujemy, jaki mamy głos. A kiedy kobieta widzi, że świetnie wygląda, łatwiej jej jest wydobyć ze swojego wnętrza siłę, która zawsze tam jest. 

A jeżeli ktoś lubi siebie w rozciągniętym swetrze? Musi zamieniać go na garsonkę?

Dress for Success nie jest organizacją, która ma tylko dać sukienkę, umalować i wysłać do fryzjera. To zaledwie jeden z etapów. Trafiają do nas dziewczyny, które chcą zmienić siebie i swoje życie. I bardzo często im się to udaje. Przechodzą testy, warsztaty, a kiedy wychodzą wzmocnione i w nowych strojach, często w ciągu dwóch tygodni czy miesiąca dostają pracę, której nie mogły znaleźć na przykład przez dwa lata. Bo czują się pewniej. Zaczynają wierzyć w to, że są świetne. To magiczny moment. I moje królowe mówią nam to samo: damy radę! 

Często wydaje się nam, że jeżeli ktoś jest królową Egiptu, prezydentową albo ważną panią prezes, to nie ma zmartwień. A przecież wszystkie tak samo cierpimy i płaczemy, niezależnie od tego, jak wyglądamy, gdzie mieszkamy i czym się zajmujemy. Kobiety w starożytności były takie same jak my – tak samo kochały, tak samo rozpaczały po straconych miłościach i zdradach, tak samo martwiły się o bliskich. Tyle że urodziły się w innym miejscu i czasie. Niektóre z nich bywały królowymi, fakt, ale przecież każda z nas w jakimś sensie jest królową – w swoim domu, rodzinie, firmie, mieście. I naprawdę to od nas zależy, jak będziemy rozgrywały własne życie – czy będziemy zgarbione i przytłoczone codziennością, czy dumnie wyprostowane.

Ale czy te walki o tron, otrucia, ścinanie głów nie są przerażające? We współczesnym świecie to dość ryzykowny wzorzec.

To, oczywiście, nie jest wzorzec w dosłownym sensie, ale pokazanie, że są kobiety, które w dążeniu do celu potrafią być silniejsze niż stereotypowi mężczyźni. Dla Nefretete celem było dobro dynastii, jej trzy córki zmarły, a utrzymanie władzy dawało rodzaj gwarancji, że pozostałe trzy przeżyją. Dlatego w zastępstwie chorego męża musiała na przykład odprawić okrutny rytuał hedż, zarezerwowany wyłącznie dla rządzących mężczyzn: w obecności wojska i poddanych roztrzaskała maczugą głowę jeńcowi, by przywrócić w ten krwawy, ale symboliczny sposób odwieczny ład świata, zwany w Egipcie maat.

W naszych czasach nie roztrzaskuje się głów, przynajmniej w naszej kulturze, ale są wykonywane inne działania, o dość zbliżonych konsekwencjach. Moje królowe są silne, a równocześnie wrażliwe, kobiece i bardzo mi bliskie. Myślę, że gdyby siedziały tu z nami i piły latte, znalazłybyśmy z każdą z nich wspólny język.

Chyba jednak niełatwo jest się nam utożsamiać z żyjącymi w luksusie egipskimi księżniczkami? 

To nasze wyidealizowane wyobrażenie o tamtym świecie. Przyszła królowa, poza tym, że mogła kąpać się w oślim mleku, miała mnóstwo obowiązków. Od dzieciństwa była wychowywana rygorystycznie i przygotowywana do roli władczyni. My żyjemy w czasach luksusowych – każda z nas w zasadzie może robić, co zechce. Nasze prababcie mogły tylko o tym pomarzyć. Nie można, zwłaszcza dziś, zapominać o tym, jakie prawa wywalczyły dla nas feministki w ciągu ostatniego stulecia.

Uważa się pani za feministkę?

Feministycznych światów jest bardzo wiele. Wiele lat temu tak siebie nazwałam i kilka dziewczyn z tego środowiska zaprotestowało: „Co z ciebie za feministka? Spójrz na siebie: chodzisz na obcasach, stroisz się, widać, że nie jesteś jedną z nas!”. Trudno dyskutować z taką opinią. Od tamtego momentu minęło trochę lat, dziś raczej nieistotne jest to, jak kto się ubiera ani jak siebie nazywa – ważne jest, co robi, jakie wartości w sobie pielęgnuje i co pokazuje innym. Dla mnie najważniejsze są nasze prawa i wolność. Nie wyobrażam sobie, żeby nam to zabrano.

Co rok książka – nie za szybkie tempo?

Z jednej strony spieszę się teraz w życiu o wiele mniej niż kiedyś, pozwalam sobie na więcej luzu. Wcześniej właściwie wszędzie i zawsze zarządzałam – bo jak się pisze poradniki typu „Sto kroków do sukcesu”, to świat jest niemal perfekcyjnie uporządkowany. Ale zrozumiałam, że nie muszę zawsze stać na baczność z idealnie ułożonymi włosami i chodzić w garsonce. Z drugiej strony mam poczucie, że nie mogę marnować czasu. Moja mama – Romana Kassala – odeszła w swoje 55. urodziny. Miała wylew, przedtem była całkowicie zdrowa. Moja babcia – Paulina Kassala – zmarła w wieku 40 lat. Mnie się wydaje – pewnie z wielu różnych powodów – że powinnam zacząć się spieszyć. Życie mija tak szybko…

 

Ewa Kassala (właściwie Dorota Stasikowska-Woźniak), autorka m.in. „Portretu kobiety wieku zatracenia”, „Poradnika nowoczesnej czarownicy”, „Mandragory” i wielu publikacji dotyczących autoprezentacji, wystąpień publicznych i kreowania wizerunku. Ma męża i syna. Prowadzi filię międzynarodowej organizacji charytatywnej dla kobiet Dress for Success. Na trylogię o egipskich królowych składają się: „Żądze Kleopatry”, „Boska Nefretete” i „Hatszepsut”. Seria trafiła też m.in. do czytelniczek w USA i Ameryce Południowej. Ostatnie jej powieści to „Królowa Saby” oraz „Maria Magdalena”.

***

Rozmowa z Ewą Kassalą ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Olivia Colman, The Crown
BEW

Jak to jest być Elżbietą II? Odpowiada Olivia Colman

„Nie mogę myśleć o tym, jak zostanę oceniona przez królową. Po prostu gram najlepiej, jak potrafię.” – mówi aktorka, która w brytyjską monarchinię wciela się w trzecim sezonie serialu „The Crown”.
Jakub Demiańczuk
03.06.2020

W graniu królowych Olivia Colman ma już doświadczenie. W filmie „Weekend z królem” wcieliła się w królową Elżbietę, matkę obecnie panującej królowej Anglii. Za rolę królowej Anny Stuart w „Faworycie” została wyróżniona Oscarem i Złotym Globem. W nowym sezonie „The Crown” (wszystkie trzy serie dostępne są na platformie Netflix) jako Elżbieta II jest stanowcza, chłodna, wręcz surowa. Sama wydaje się zdystansowana wobec swojej popularności, wrażliwa i krucha.  Jakub Damieńczuk: Trudno stać się na ekranie Elżbietą II? Olivia Coleman: Wymagało to ode mnie opanowania wielu nowych rzeczy: specyficznego sposobu mówienia, gestów, ruchu. Na przykład królowa, idąc, nigdy nie odwraca głowy na boki. Patrzy zawsze prosto przed siebie, absolutnie pewna tego, dokąd zmierza. To trudne i na dodatek musi wyglądać na ekranie naturalnie, a ciało ma swoje przyzwyczajenia. Musiałam też nauczyć się dworskiej etykiety. To było fascynujące! Podczas posiłku, zamiast powiedzieć: „Czy możesz podać mi sól?”, królowa mówi: „Czy chcesz soli?”. To rodzaj pasywno-agresywnej prośby: osoba, która z nią siedzi przy stole, wie, że to właśnie ona ma podać monarchini solniczkę. Podobno w czasie realizacji wymagających scen słuchała pani wiadomości pogodowych, żeby łatwiej zapanować nad emocjami. To prawda. Kręciliśmy scenę, w której grająca księżniczkę Małgorzatę Helena Bonham Carter miała przekazać mi jakąś smutną wiadomość. Ja – jak to mam w zwyczaju – od razu zaczynałam płakać. A to jest coś, czego królowa nigdy by nie zrobiła, bo musi zawsze trzymać nerwy na wodzy. Wtedy dźwiękowiec założył mi słuchawkę, którą nastawił na kanał BBC emitujący prognozę pogody dla...

Czytaj dalej
maciag aga
Robert Wolański

Agnieszka Maciąg: „Ja nie przekwitam, ja się rozwijam”

To od nas zależy, jaki będzie czas naszej dojrzałości, czy będziemy nosić koronę złotą, czy cierniową – pisze Agnieszka Maciąg. Właśnie ukazuje się jej książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości".
Agnieszka Maciąg
03.06.2020

Menopauza to trudny czas w życiu każdej kobiety. Może dlatego obrosła mnóstwem negatywnych stereotypów i kojarzy się nam się zwykle z definitywnym końcem młodości, utratą kobiecości i seksapealu,  spadkiem sił witalnych. Menopauza na pewno przynosi zmianę, ale czy na gorsze?  Agnieszka Maciąg podchodzi do niej w sposób spokojny  i naturalny, traktuje ją jako kolejny rozdział w życiu, rozdział który służy naszemu rozwojowi, pozwala bowiem jeszcze lepiej i głębiej poznać siebie samą. Nasze życie jest naprawdę w naszych rękach, a to, jak będziemy się czuły i jak spędzimy następne lata w ogromnym stopniu zależy od nas – naszych nawyków jedzeniowych, aktywności fizycznej, dbałości o dobry sen, relacje z bliskimi. Ale też od nastawienia. „Nie wiedziałam dlaczego tak dobrze się czuje, skoro ta menopauza jest taka okropna" – pisze Agnieszka Maciąg.   24 czerwca ukaże się jej nowa książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości"( Wydawnictwo „Otwarte”, Kraków, 2020). Bowiem, jak tłumaczy  postanowiła zjawisko menopauzy „przytulić do serca" i naprawdę zgłębić. Agnieszka Maciąg i jej „Zaskakujące odkrycie"                   W pewien jesienny dzień – pisze Agnieszka Maciąg , pachnący liśćmi i wiatrem, mój mąż rozpalał ogień w kominku, a ja zaparzyłam herbatę z pomarańczą i cynamonem. Ukroiłam świeżo upieczone ciasto z dyni o barwie intensywnej jak zachodzące słońce. Usiedliśmy przy stole, a obok nas nasi dawno niewidziani przyjaciele. Zaczęliśmy opowiadać, co u każdego z nas się wydarzyło. Nasze ścieżki rozeszły się na kilka lat, aby tego dnia spleść się ponownie w serdecznym uścisku przyjaźni.          ...

Czytaj dalej
Królowa Elżbieta II i książę Filip świętują rocznicę ślubu
PA Wire/PA Images/EAST NEWS

Filip skarżył się na wysokie libido Elżbiety, choć o jego miłosnych podbojach krążyły legendy

„Lilibet to jedyna rzecz na tym świecie, która jest dla mnie absolutnie prawdziwa. Moim celem jest połączenie nas w jedno” – pisał Filip w 1947 roku do matki swojej ukochanej. 20 listopada mijają 73 lata od ślubu księcia z młodziutką Elżbietą.
Hanna Szczesiak
20.11.2020

Gdy się poznali, Elżbieta była jeszcze dzieckiem. On miał wtedy 18 lat, ona – 13. Jak pisał historyk i królewski biograf Robert Lacy: „Jedną z najbardziej niezwykłych cech królowej jest to, że zakochała się i wyszła za mąż za pierwszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek poznała”. „Oczywiście, stwierdzenie to jest nieco na wyrost. Elżbieta poznała Filipa, ówczesnego księcia Grecji, w 1939 roku, kiedy ten był przystojnym kadetem marynarki wojennej w Dartmouth Naval College. Widywała go już wcześniej przy rodzinnych uroczystościach, ale to właśnie wtedy miała poczuć do niego miętę”, opisywał historię królewskiej pary Lacy. Córka króla i ubogi marynarz o reputacji lowelasa Nastoletnia Elżbieta całkowicie straciła głowę dla Filipa – powiesiła nawet przy łóżku jego oprawione zdjęcie. Mimo tytułu i nazwiska – Mountbatten – gdy Elżbieta wyjawiła rodzicom, co czuje do Filipa, szybko została sprowadzona na ziemię. Dla króla Jerzego VI Windsora i Królowej Matki Filip był niewykształconym młodzikiem bez grosza przy duszy. W dodatku brakowało mu ogłady, a jego siostry poślubiły hitlerowskich oficerów. Historie o jego miłosnych podbojach w kolejnych portach – w czasie II wojny światowej Filip służył jako oficer marynarki – nie pomagały w zjednaniu sobie przyszłych teściów. Choć dla króla Jerzego nawet ubrania młodego marynarza świadczyły o jego nieokrzesaniu, Elżbieta w końcu dopięła swego. Udało jej się przekonać ojca, by ten zaprosił Filipa do Sandringham na Boże Narodzenie. To wtedy ich uczucie rozkwitło na dobre, a 17-letnia wówczas Elżbieta w ramionach ukochanego sprawiała wrażenie ożywionej jak nigdy wcześniej. Oglądała z Filipem filmy, tańczyła przy dźwiękach gramofonu, a dla niego stawało się jasne, że wkrótce...

Czytaj dalej
jak zahamować miesiączkę
Istock

„Dzisiaj mamy ok. 450 miesiączek w życiu, nasze babki miały ich tylko 100”

„Rzadko spotykam w swoim gabinecie pacjentki, które chcą na stałe zablokować miesiączkę. Ale współczesna medycyna rzeczywiście oferuje taką możliwość” – o mówi dr Małgorzata Bińkowska, ginekolożka, w rozmowie z Katarzyną Podhorecką.
Katarzyna Podhorecka
29.05.2020

Słowo miesiączka dzisiaj najczęściej kojarzy się z bólem brzucha, PMS-em i obniżoną odpornością. Coraz częściej współczesne kobiety zastanawiają się, jak bezpiecznie zahamować miesiączkę i zmniejszyć krwawienie. Tymczasem comiesięczny okres to objaw – i jednocześnie warunek – równowagi hormonalnej. Medycyna oferuje sposoby, dzięki którym menstruacja będzie mniej uciążliwa. Katarzyna Podhorecka: Niektóre kobiety, a nawet niektórzy ginekolodzy uważają, że miesiączka to… przeżytek. Stosując środki hormonalne, możemy pozbyć się jej na wiele miesięcy. Jakie jest pani zdanie w tej sprawie? Dr Małgorzata Bińkowska: Natura nie bez przyczyny skonstruowała organizm kobiety tak, że dopóki jest zdolna do zajścia w ciążę, ma comiesięczne krwawienia. Regularne miesiączkowanie jest oznaką równowagi hormonalnej, ale także ważnym znakiem dla kobiety, że nie jest w ciąży. Obliczono jednak, że współcześnie statystyczna kobieta ma w ciągu życia około 450 miesiączek, podczas gdy nasze babki czy prababki miały ich zaledwie około stu. To dlatego, że później dojrzewały, więcej razy były w ciąży i długo karmiły piersią. Część lekarzy uważa więc, że comiesięczne krwawienie nie jest konieczne dla zdrowia. Biorąc pigułki antykoncepcyjne i nie zachowując siedmiodniowej przerwy między kolejnymi opakowaniami, możemy zahamować je na wiele miesięcy. Są nawet preparaty, które powodują, że miesiączka pojawia się raz na kwartał czy raz na rok. Czy sięgając po nie, mamy gwarancję, że po ich odstawieniu miesiączka wróci? Zwykle wraca, ale stuprocentowej gwarancji, że tak będzie, nie daje żaden producent. Większość hormonalnych preparatów antykoncepcyjnych naśladuje cykl kobiecy tak, aby nie zaburzać zegara biologicznego kobiety i umożliwiać regularne...

Czytaj dalej