Ewa Kassala, autorka trylogii o Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut: „Każda z nas jest królową” 
Michał Łuczak

Ewa Kassala, autorka trylogii o Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut: „Każda z nas jest królową” 

Każda z nas w jakimś sensie jest królową – w swoim domu, rodzinie, firmie, mieście. To od nas zależy, jak będziemy rozgrywały własne życie: czy będziemy zgarbione i przytłoczone codziennością, czy dumnie wyprostowane – mówi pisarka, Ewa Kassala. 
Wika Kwiatkowska
12.06.2020

Trylogia Ewy Kassali o egipskich królowych – Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut – stała się bestsellerem. „Wiem, że to literatura popularna i nie mam z tym problemu” mówi pisarka. Książki Ewy Kassali cieszą się ogromną popularnością wśród czytelniczek nie tylko ze względu na ich bohaterki, ale też dlatego, że zawierają ważne przesłanie: „Bogini jest w każdej z nas. Cząstka boskości, jasna iskra rozumiana nie jako Izyda, Hathor, Atena czy Matka Boska, tylko odwieczna kobiecość, która towarzyszy nam od początku i powoduje, że jesteśmy silne i mądre”.

Wika Kwiatkowska: Skąd się wzięła pani fascynacja starożytnym Egiptem?

Ewa Kassala: Kleopatra zawsze była gdzieś we mnie i domagała się, żebym o niej napisała. I mimo że nie studiowałam historii, tylko politologię, socjologię, a potem jeszcze gender na Uniwersytecie Jagiellońskim, na ostatnim roku studiów napisałam powieść „Kleopatra”. Książeczka została wydana, a po wielu latach, ku mojemu zdziwieniu, zadzwonił wydawca z propozycją wznowienia. Nie doszło do tego, ale Kleopatra do mnie wróciła. 

I zapoczątkowała serię powieści o egipskich królowych.

Kleopatra to kobieta porywająca, przesyconą erotyką i seksualnością. Z premedytacją wykorzystywała swoją cielesność, była wybitnie inteligentna, znała dziewięć języków, bez wahania podejmowała trudne, „niekobiece” decyzje, takie jak udział w wojnie czy otrucie wroga. Żyła z rozmachem, niezbyt długo – postanowiła odejść, gdy miała 39 lat – ale za to intensywnie. Kochała dwóch najwybitniejszych mężczyzn swoich czasów: Juliusza Cezara i Marka Antoniusza. Płynąc do tego drugiego, kazała wyperfumować żagle statku, aby jeszcze bardziej rozbudzić jego namiętność. Ta kobieta miała fantazję i potrafiła działać z rozmachem. 

A kolejna pani muza, Nefretete?

To przede wszystkim królowa, matka, żona. Księżniczka, prawdopodobnie przybyła z Mitanii, która musiała poradzić sobie z dworskimi intrygami, opieką nad chorym – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie – mężem, faraonem Echnatonem i zadbać o los swoich sześciu córek. A do tego przeżywająca oszałamiający, iście szekspirowski romans z rzeźbiarzem Totmesem. To spod jego dłuta wyszło piękne popiersie Nefretete, odnalezione dopiero na początku XX wieku, stoi w berlińskim muzeum. Powstało 3300 lat temu, a zachwycamy się nim do dziś. I mamy wrażenie, że stworzył je ktoś, kto bardzo kochał.

Trzecią królową jest Hatszepsut.

Najpotężniejsza z nich, została nie tylko królową – małżonką faraona, ale faraonem! Była jak Angela Merkel, Katarzyna Wielka, Hillary Clinton i wszystkie inne silne kobiety razem wzięte. Dążyła do władzy, zdobyła ją i utrzymała. To zupełnie inny wymiar kobiecości. Kochała Senenmuta, nieszlachetnie urodzonego geniusza, ale usunęła go ze swego życia w imię racji stanu. Podczas kolacji podała mu zatrutą bezę, a on świadomie przyjął słodką truciznę.

Życie egipskich królowych w książkach Ewy Kassali

Ale to życie Kleopatry było najbardziej skandalizujące?

Bez wątpienia, w Rzymie była nawet nazywana egipską kurtyzaną. Ostatnio pytałam kobiety w Stanach o trzy królowe: wszystkie wiedzą, kim była Kleopatra – oczywiście ma dla nich twarz Elizabeth Taylor. O Nefretete słyszały. A o Hatszepsut – prawie nic. I gdybym moje pisanie zaczęła nie od Kleopatry, tylko od Hatszepsut (jak mówią egiptolodzy: pierwszej feministki w historii), pewnie nikt by się trylogią nie zainteresował i seria nie weszłaby na rynek amerykański. A tak „Żądze Kleopatry” już są na rynku angielsko- i hiszpańskojęzycznym, a pozostałe właśnie tam wchodzą. Trwają też rozmowy z wydawnictwami z Chin. Być może tam problemem będzie swobodne podejście do seksualności na dworze Kleopatry. Z tego powodu zakazano tej książki w Ameryce Południowej. 

W „Żądzach Kleopatry” jest sporo erotyki.

Na to złożyły się także różne pomysły moich koleżanek – wypytywałam je o fantazje i marzenia erotyczne. Gdy w kawiarni Wedla w Katowicach rozważałyśmy, jak Kleopatra mogła stracić dziewictwo, tak bardzo wczułyśmy się w role, że obsługa do dziś wita nas z szerokim uśmiechem. Dziewczyny zastanawiały się, czy Kleopatra powinna stracić cnotę na sztucznym penisie ze złota, srebra, kości słoniowej albo szlachetnego drewna; klęknąć czy raczej usiąść?

Uwiera panią opinia, że jest to literatura stricte popularna?

Bardzo mi się podoba, że mogą to czytać wszyscy i dla każdego ten język jest zrozumiały. Co więcej, staram się, by tak było – jeśli zdania są zbyt długie albo zawiłe, bezlitośnie je tnę. Opisuję obcy świat, pełen bogów, których nie znamy, obco brzmiących nazw, dziwnych zwyczajów itd. Jeśli dodatkowo wprowadziłabym komplikacje słowne, mogłoby się to stać niestrawne. Redaktorki z wydawnictwa też tego pilnują.

Co pani dało odkrywanie historii egipskich królowych?

Jestem nimi absolutnie zafascynowana. Do tego stopnia, że kiedy piszę i wchodzę w ich świat, to często wydaje mi się, że jestem tam z nimi. Że stoję obok i obserwuję. Śnią mi się po nocach.

Od kilku lat żyje pani ich losami?

Jeżdżę pisać na Daleki Wschód, do urokliwego miejsca nad brzegiem oceanu (we współczesnym Egipcie nie jestem w stanie odnaleźć klimatu czasów, do których sięgam) i zanurzam się w historii, w świecie starożytnego Egiptu. Czasem mam sny, po których zmieniam to, co napisałam wcześniej. Miewam niemal totalne myślowe odloty. Prawie znikam z tego świata.

Moja siostra, psycholog, śmieje się, że na razie to niegroźne dla zdrowia. Kiedyś nie sądziłam, że mogłabym czegoś takiego doświadczyć: czuję się, jakby nagle wyłączono mi wtyczkę z rzeczywistości i gdzieś przeniesiono. Spaceruję z królowymi po gorącym piasku, piję i jem to, co one, smakuję, próbuję…

W jakim sensie: „próbuję”? 

Mam znajomego, z zawodu biznesmena, z zamiłowania kucharza, który wyszukuje przepisy w papirusach i książkach historycznych i wypróbowuje je w rzeczywistości. W każdej z tych powieści występuje jako En-Ri-Her, jest kucharzem i na dworze Kleopatry, i Nefretete, i Hatszepsut. To on proponuje, co królowa będzie jadła. Oczywiście ja kontroluję i wybieram, bo nie wszystko mi smakuje. Smakołyki, o których piszę, występowały więc w tamtych czasach, a każdy przepis został sprawdzony. Na przykład na ostatnim przyjęciu wydanym przez Hatszepsut mięsa były zawijane w liście palmowe i pieczone w głębokiej jamie w ziemi w popiele ze specjalnych gatunków drewna, a bezy dochodziły na rozżarzonym kamieniu wulkanicznym.

Przebiera się pani w zwiewne egipskie szaty?

Rzadko. Smakowanie potraw mi wystarcza. W sprawach dotyczących obyczajowości czy szczegółów historycznych konsultuję się z egiptologami, nie mam oporów, żeby napisać czy zadzwonić do największych światowych i polskich sław, takich jak profesor Kara Cooney z Los Angeles, profesor Andrzej Niwiński, doktor Andrzej Ćwiek czy inni. To samo dotyczy medycyny – wszystkie przypadki omawiam z lekarzami. Żeby opisać operację ropnia faraona w „Hatszepsut”, obejrzałam taką na żywo. 

Książki Ewy Kassali zawierają przesłanie dla kobiet

W pani książkach są kapłanki, boginie. To pogańskie opowieści. 

Czasami po spotkaniach autorskich, na których pokazuję slajdy i opowiadam o historii, kobiety podchodzą do mnie ze słowami: „Pani to mówi jak Jan Paweł II!”. Na początku to mnie zaskakiwało, ale potem pomyślałam: „Jeśli tak mnie odbierają, to wspaniale”. Takie słowa poruszają wiele osób: „Oto wieczny ogień. Płonie i nigdy nie zgaśnie. Jest we mnie i w waszych sercach. Rozpala zmysły, daje siłę, zagrzewa do czynów. Jest w każdej i w każdym, kto kroczy po świecie, jest w ziemi, niebie, słońcu i wietrze. I we wszystkim stworzeniu, bo pochodzi ze Źródła. Ogarnia i obejmuje wszystko. Trwa przez wieczność i jest wiecznością. 

Daję go wam, kiedy idziecie w świat, oddajecie mi go, kiedy do mnie wracacie. Nieście go jak te, które robiły to przed wami i te, które przyjdą po was, niech płomień w waszych rękach będzie równy i mocny”.

To pani przesłanie dla kobiet? 

Jedno z wielu. Przyszło do mnie kiedyś we śnie. Moje koleżanki zauważają, że z jednej strony stąpam twardo po ziemi – i tak jest – a z drugiej, kiedy wchodzę w tamten świat, bywam tak odrealniona, że słyszę archetypową boginię, która jest w każdej kobiecie. Mówi o wyborze i powinności. Dostajemy od życia ogień, jasne światło i niesiemy je przez historię.

Kobiecość jest przebogata i oszałamiająca. Mamy w sobie wszystko: potrafimy kochać i nienawidzić, przyjaźnić się i zranić do głębi najlepszą przyjaciółkę. Poświęcamy się dla sprawy, ale też bywamy totalnie obojętne, próżne i kochające, umiejące dawać, ale i zabijać. W nas jest wszystko. To fascynujące!

Interesuje się pani magią boginiczną. Czym ona właściwie jest?

To właśnie wiara w to, że bogini jest w każdej z nas. Cząstka boskości, jasna iskra rozumiana nie jako Izyda, Hathor, Atena czy Matka Boska, tylko odwieczna kobiecość, która towarzyszy nam od początku i powoduje, że jesteśmy silne i mądre, nawet w swojej nierozważności i beztrosce. Chodzi nie tylko o określone rytuały i otwarcie na świat, ale też jak najszerszy kontakt z tym, co wokół – naturą, ziemią, ludźmi. Przecież za chwilę nas już tu nie będzie, przeminiemy podobnie jak Hatszepsut, Nefretete czy Kleopatra. Co po nas zostaje? Miłość – niewidzialna nić łącząca przeszłość z teraźniejszością i przyszłością.

Możemy się czegoś od królowych nauczyć? 

Traktuję je jako zaufane mistrzynie, mentorki. Każda z nich ma nam do przekazania coś innego. Ale przewodnią myślą jest to, że zawsze trzeba walczyć o siebie i wierzyć we własne siły. A te siły dziedziczymy po naszych mamach, babciach, ale także po królowych, które kiedyś chodziły po świecie. Czasami myślę, że gdybym słuchała osób wokół mnie, które mówiły: „Nie warto. Po co? To nie ma sensu”, to być może nie poznałabym wielu wspaniałych ludzi i nie miałabym odwagi robić tego, co robię. A tak na przykład kiedyś pojechałam do Nowego Jorku, żeby być wolontariuszką w sztabie Hillary Clinton. Albo zaczęłam pisać książki o starożytnym Egipcie. Nie jestem egiptologiem, wszystkiego musiałam się nauczyć. Poczułam impuls, chciałam i zrobiłam to. Bo wiem, że każdy z nas jest pierwszy raz na tym świecie i musi sam po wszystko sięgnąć.

Nie każda kobieta ma w sobie tyle determinacji, wiary w siebie.

Wiele lat temu sprowadziłam z USA organizację Dress for Success, to była w Polsce absolutna nowość. Zachwyciło mnie to, w jaki sposób kobiety wspierają inne kobiety – po przejściach, w trudnej sytuacji życiowej, które chcą się usamodzielnić i stanąć zawodowo na nogi. Na początku miałam trochę oporów wobec tego, że tam taką wagę przykłada się do makijażu, fryzury itp. Przecież najważniejsze jest to, co mamy w głowie, myślałam. Ale w Stanach dziewczyny powiedziały mi: „Najpierw trzeba dobrać kobiecie sukienkę, zrobić jej fryzurę i makijaż, postawić przed lustrem – zobaczysz, co się wydarzy”. I zobaczyłam, wiele razy. Dziś mam pewność, że to działa.

Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Ludzie odbierają nas w zależności od tego, jak się prezentujemy, mówimy, gestykulujemy, jaki mamy głos. A kiedy kobieta widzi, że świetnie wygląda, łatwiej jej jest wydobyć ze swojego wnętrza siłę, która zawsze tam jest. 

A jeżeli ktoś lubi siebie w rozciągniętym swetrze? Musi zamieniać go na garsonkę?

Dress for Success nie jest organizacją, która ma tylko dać sukienkę, umalować i wysłać do fryzjera. To zaledwie jeden z etapów. Trafiają do nas dziewczyny, które chcą zmienić siebie i swoje życie. I bardzo często im się to udaje. Przechodzą testy, warsztaty, a kiedy wychodzą wzmocnione i w nowych strojach, często w ciągu dwóch tygodni czy miesiąca dostają pracę, której nie mogły znaleźć na przykład przez dwa lata. Bo czują się pewniej. Zaczynają wierzyć w to, że są świetne. To magiczny moment. I moje królowe mówią nam to samo: damy radę! 

Często wydaje się nam, że jeżeli ktoś jest królową Egiptu, prezydentową albo ważną panią prezes, to nie ma zmartwień. A przecież wszystkie tak samo cierpimy i płaczemy, niezależnie od tego, jak wyglądamy, gdzie mieszkamy i czym się zajmujemy. Kobiety w starożytności były takie same jak my – tak samo kochały, tak samo rozpaczały po straconych miłościach i zdradach, tak samo martwiły się o bliskich. Tyle że urodziły się w innym miejscu i czasie. Niektóre z nich bywały królowymi, fakt, ale przecież każda z nas w jakimś sensie jest królową – w swoim domu, rodzinie, firmie, mieście. I naprawdę to od nas zależy, jak będziemy rozgrywały własne życie – czy będziemy zgarbione i przytłoczone codziennością, czy dumnie wyprostowane.

Ale czy te walki o tron, otrucia, ścinanie głów nie są przerażające? We współczesnym świecie to dość ryzykowny wzorzec.

To, oczywiście, nie jest wzorzec w dosłownym sensie, ale pokazanie, że są kobiety, które w dążeniu do celu potrafią być silniejsze niż stereotypowi mężczyźni. Dla Nefretete celem było dobro dynastii, jej trzy córki zmarły, a utrzymanie władzy dawało rodzaj gwarancji, że pozostałe trzy przeżyją. Dlatego w zastępstwie chorego męża musiała na przykład odprawić okrutny rytuał hedż, zarezerwowany wyłącznie dla rządzących mężczyzn: w obecności wojska i poddanych roztrzaskała maczugą głowę jeńcowi, by przywrócić w ten krwawy, ale symboliczny sposób odwieczny ład świata, zwany w Egipcie maat.

W naszych czasach nie roztrzaskuje się głów, przynajmniej w naszej kulturze, ale są wykonywane inne działania, o dość zbliżonych konsekwencjach. Moje królowe są silne, a równocześnie wrażliwe, kobiece i bardzo mi bliskie. Myślę, że gdyby siedziały tu z nami i piły latte, znalazłybyśmy z każdą z nich wspólny język.

Chyba jednak niełatwo jest się nam utożsamiać z żyjącymi w luksusie egipskimi księżniczkami? 

To nasze wyidealizowane wyobrażenie o tamtym świecie. Przyszła królowa, poza tym, że mogła kąpać się w oślim mleku, miała mnóstwo obowiązków. Od dzieciństwa była wychowywana rygorystycznie i przygotowywana do roli władczyni. My żyjemy w czasach luksusowych – każda z nas w zasadzie może robić, co zechce. Nasze prababcie mogły tylko o tym pomarzyć. Nie można, zwłaszcza dziś, zapominać o tym, jakie prawa wywalczyły dla nas feministki w ciągu ostatniego stulecia.

Uważa się pani za feministkę?

Feministycznych światów jest bardzo wiele. Wiele lat temu tak siebie nazwałam i kilka dziewczyn z tego środowiska zaprotestowało: „Co z ciebie za feministka? Spójrz na siebie: chodzisz na obcasach, stroisz się, widać, że nie jesteś jedną z nas!”. Trudno dyskutować z taką opinią. Od tamtego momentu minęło trochę lat, dziś raczej nieistotne jest to, jak kto się ubiera ani jak siebie nazywa – ważne jest, co robi, jakie wartości w sobie pielęgnuje i co pokazuje innym. Dla mnie najważniejsze są nasze prawa i wolność. Nie wyobrażam sobie, żeby nam to zabrano.

Co rok książka – nie za szybkie tempo?

Z jednej strony spieszę się teraz w życiu o wiele mniej niż kiedyś, pozwalam sobie na więcej luzu. Wcześniej właściwie wszędzie i zawsze zarządzałam – bo jak się pisze poradniki typu „Sto kroków do sukcesu”, to świat jest niemal perfekcyjnie uporządkowany. Ale zrozumiałam, że nie muszę zawsze stać na baczność z idealnie ułożonymi włosami i chodzić w garsonce. Z drugiej strony mam poczucie, że nie mogę marnować czasu. Moja mama – Romana Kassala – odeszła w swoje 55. urodziny. Miała wylew, przedtem była całkowicie zdrowa. Moja babcia – Paulina Kassala – zmarła w wieku 40 lat. Mnie się wydaje – pewnie z wielu różnych powodów – że powinnam zacząć się spieszyć. Życie mija tak szybko…

 

Ewa Kassala (właściwie Dorota Stasikowska-Woźniak), autorka m.in. „Portretu kobiety wieku zatracenia”, „Poradnika nowoczesnej czarownicy”, „Mandragory” i wielu publikacji dotyczących autoprezentacji, wystąpień publicznych i kreowania wizerunku. Ma męża i syna. Prowadzi filię międzynarodowej organizacji charytatywnej dla kobiet Dress for Success. Na trylogię o egipskich królowych składają się: „Żądze Kleopatry”, „Boska Nefretete” i „Hatszepsut”. Seria trafiła też m.in. do czytelniczek w USA i Ameryce Południowej. Ostatnie jej powieści to „Królowa Saby” oraz „Maria Magdalena”.

***

Rozmowa z Ewą Kassalą ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Harlan Coben, W głębi lasu
Claudio Marinesco/materiały prasowe

Najnowsza książka Harlana Cobena, autora „W głębi lasu” opowiada o byciu ojcem

Harlan Coben to jeden z najpopularniejszych autorów thrillerów. Jego najnowsza powieść „O krok za daleko” jest jeszcze lepsza od bestsellerowego „W głębi lasu”. Pisarz niedawno podpisał z Netfliksem wyłączną umowę na 14 seriali na podstawie jego powieści.
Patrycja Pustkowiak
11.06.2020

Moje powieści biorą się od pytania: a co, gdyby...?” O swoim nowym thrillerze „O krok za daleko”,  a także współpracy z Netfliksem i polskim serialu „W głębi lasu” na podstawie jego powieści opowiada twórca bestsellerów Harlan Coben. Patrycja Pustkowiak: O krok za daleko”, pana nowy thriller, to historia o powikłanych relacjach między ojcem a córką, która wplątała się w podejrzaną sytuację. Chciał pan opowiedzieć o cenie bycia rodzicem? Harlan Coben: To właśnie najbardziej interesowało mnie przy pisaniu powieści. Zadaję w niej wiele pytań na temat rodzicielstwa, miłości do dzieci i tego, jak daleko możemy się posunąć, by je chronić. Paige, bohaterka książki, córka Simona, znika w tajemniczych okolicznościach. To u pana stały motyw. Dlaczego woli pan opowiadać o zniknięciu, nie o morderstwie? Kiedy stawiasz na morderstwo, po prostu rozwiązujesz zagadkę zbrodni. W takiej sytuacji sprawiedliwość może zatriumfować, ale śmierć bohaterki czy bohatera pozostaje nieodwracalna. Kiedy ktoś znika, jest możliwość pełnego odkupienia, bo istnieje nadzieja.  A ja uwielbiam pisać o nadziei. Ona może być czymś najwspanialszym, choć i najokrutniejszym w świecie. Fascynuje mnie badanie tego tematu. W książce pojawia się wiele tropów związanych z rozwojem nauki czy technologią. Czemu tak interesuje pana współczesność? Przeszłość jest mniej ciekawa? Piszę powieści współczesne, a to oznacza, że muszę podjąć jakąś refleksję nad współczesnością, nie ma innego wyjścia moim zdaniem. Dlatego piszę o internecie, wiralach, uzależnieniu od narkotyków. Bardzo lubię pisać o wszystkich współczesnych udogodnieniach, gadżetach, jakimi jesteśmy otoczeni, ale być może już tego nie zauważamy. Harlan Coben: autor ponad 30...

Czytaj dalej
Ludzie duchy
Unsplash

„Zaginął ukochany mąż, syn…” Ludzie-duchy wychodzą z domów bez słowa i giną na własne życzenie

„Ludzie znikają najczęściej wtedy, gdy nie mają odwagi powiedzieć bliskiej osobie otwarcie: »Nie chcę już z tobą być«. Wolą wyjść bez słowa, by już nie wrócić”, mówi Adam Cioczek, autor książki „Zamieć” o zaginionych bez śladu.
Aleksandra Pezda
11.06.2020

Każdego tygodnia w mediach, na Facebooku czy na słupach ogłoszeniowych pojawiają się komunikaty o zaginionych osobach. Kobiety, mężczyźni – któregoś dnia wychodzą z domu i znikają. Na lata, często na zawsze. Bywa, że bliscy przez lata żyją nadzieją, oczekiwaniem. Nie mogą przejść żałoby, żyją w zawieszeniu. Tymczasem bywa, że zaginiona osoba żyje w tym samym województwie, nawet tym samym mieście – ale żyje już innym życiem i nie chce wracać do dawnego. Właśnie o takich ludziach Adam Cioczek napisał przejmującą książkę „Zamieć”. Aleksandra Pezda: Marzyłeś kiedyś o tym, żeby zniknąć – odjechać w siną dal i rozpocząć nowe życie?  Adam Cioczek: Pewnie każdy choć raz o tym myślał. Co prawda mam świadomość, że taka ucieczka to iluzja, bo jak mówi Haruki Murakami: „Można pojechać daleko, lecz nie ucieknie się od samego siebie”. Ale jest to pociągające: jednym ruchem zamknąć rozdział w życiu i zacząć nowy… Ale ludzie zwykle tego nie robią. Dlaczego?  Czemu w chwilach kryzysu powstrzymują się przed taką ucieczką? Pewnie blokuje ich świadomość, jak wielką krzywdę wyrządziliby swoim bliskim.  Bohaterowie twojej książki nikogo nie żałowali. Tak zakładam, choć nie mam pewności. Mimo że moje historie są oparte na prawdziwych zdarzeniach, to jednak są fabułą. Motywacje bohaterów uzupełniałem wyobraźnią. W wielu przypadkach trudno było sprawdzić, co tak naprawdę kryło się za ich decyzjami. Mówimy przecież o ludziach, którzy zaginęli bez wieści i dotąd się nie odnaleźli lub zostali odnalezieni martwi. Dlaczego opuścili swoich bliskich? Czemu zrezygnowali z dotychczasowego życia, zwłaszcza jeśli było ustabilizowane, a nawet budziło zazdrość u innych.  Jeden z twoich bohaterów, maturzysta, mówi:...

Czytaj dalej
toksyczna miłość
iStock

„Zakochanie ma w sobie coś z choroby” mówi psychiatra dr Katarzyna Prot-Klinger

Uwielbiamy miłosny amok, w który wprowadza nas zakochanie. Ale czasem intensywność uczuć nas przerasta. O tym, co sprawia, że miłość staje się obsesją, rozmawiamy z psychiatrą Katarzyną Prot-Klinger.
Anita Zuchora
10.06.2020

Namiętne zakochanie, amok, upojna gorączka, natrętne myśli o ukochanym to pierwsza faza miłości. I całe szczęście, że nie trwa ona dłużej niż kilka miesięcy, bo inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. W kolejnych etapach miłość spokojnieje albo się wypala.  Anita Zuchora: Po co nam ten stan upojnej gorączki, oderwania się od rzeczywistości, który nazywamy zakochaniem? Katarzyna Prot-Klinger: Po to, żebyśmy przetrwali z drugim człowiekiem przez tyle czasu, ile jest konieczne do wychowania dziecka. Tak w każdym razie uważa antropolożka Helen Fisher, autorka książki „Anatomia miłości”. Brzmi dosyć brutalnie, ale są na to twarde dowody. Fisher, badając wskaźnik rozwodów, stwierdziła, że większość z nich przypada na okres trzech–czterech lat od urodzenia pierwszego dziecka pary. Mniej więcej w tym momencie, z punktu widzenia ewolucji, miłość staje się niepotrzebna. Spełniła już swoje zadanie. Czyli stan zakochania otumania nas po to, żebyśmy potrafili przez kilka lat żyć z kimś na wyłączność. Ale co konkretnie się z nami wtedy dzieje? W pierwszej fazie zmienia się nasza fizjologia. Uczucie uruchamia w mózgu reakcje podobne do tych, jakie występują po spożyciu amfetaminy. Wzrasta m.in. poziom dopaminy i endorfin – hormonów szczęścia. Jesteśmy pobudzeni, pełni energii i optymistycznie patrzymy w przyszłość. Towarzyszy temu poczucie wyjątkowości relacji – idealnego dopasowania i porozumienia z partnerem. Charakterystyczne jest też nieustanne myślenie o obiekcie miłości. Psycholog nazwałby takie myśli „natrętnymi”. Gdyby nie fakt, że jest to powszechne w początkowym etapie miłości, uznalibyśmy, że ten stan ma w sobie coś chorobowego. Ale to cudowna choroba: maślane oczy, nieobecny wzrok, brak kontaktu...

Czytaj dalej