„Bilans robię co 10 lat”, mówi aktor Piotr Głowacki
fot. Rafał Masłow

„Bilans robię co 10 lat”, mówi aktor Piotr Głowacki

Skończył 40 lat. Jest szczęśliwym mężem i ojcem, jego kariera nabrała rozpędu, obronił doktorat. Jak sam mówi domknął tematy z trójką z przodu. A teraz, jak jego bohaterowie „próbuje złapać zasadę, która zapewnia spokój w życiu.”
Marta Strzelecka
29.05.2020

Był chwalony i nagradzany za role w „Dziewczynie z szafy” Bodo Koxa i „Bogach” Łukasza Palkowskiego. Za tą kreację otrzymał nagrodę Orła za najlepszą drugoplanową rolę męską. Rozpoznawalność przyniósł mu udział w filmach „Planeta singli” i „Planeta Singli 2”. W październiku zobaczymy go w filmie „Mistrz” o pięściarzu Tadeuszu Pietrzykowskim, a w przyszłym roku w roli himalaisty Aleksandra Lwowa w obrazie „Broad Peak”. 

Marta Strzelecka: Lubisz grać ojca?

Piotr Głowacki: Zawsze lubiłem, jeszcze zanim sam nim zostałem. Dobrze jest mieć na planie filmowym obok siebie dzieci, bo dla nich granie oznacza najczęściej zabawę. Nie możesz siebie stawiać na pierwszym miejscu, kiedy grasz z dzieckiem, zwłaszcza tak małym, jak te w filmie „1800 gramów”. A ja lubię pamiętać, że jako dorosły nie jestem najważniejszy. 

Ojciec zaangażowany

Na co dzień muszą przypominać ci o tym twoje dzieci, bliźnięta.

Tak właśnie jest. Ojcem zostałem ponad dwa i pół roku temu, miałem 37 lat. Nie wyobrażam, sobie, jak by to wyglądało, gdybym miał 20. Wciąż nie mam pewności, jak powinienem wychowywać dzieci ani które z wielu książek psychologicznych, jakie przeczytałem na ten temat, są słuszne. Ale przynajmniej czuję się na tyle dojrzały, żeby starać się zachować spokój. W jednym ze szwedzkich podręczników przeczytałem, że mogę być pewien tylko tego, że popełnię błędy. Zatem próbuję minimalizować szkody. Na tym między innymi polega moje odgrywanie roli ojca w życiu.

I na czymś więcej – twoje dzieci były już na kilku ważnych protestach.

Odkąd z Agnieszką poruszamy się po świecie z córką i synem, staramy się przekazywać im wiedzę na temat świata poprzez bycie z nimi w ważnych dla nas miejscach. Byli na proteście przeciwko myśliwym, marszu w ochronie dzików, proteście parasolek, paradzie równości, w miasteczku ekologicznym pod Pałacem Kultury, na wszystkich wyborach. Idą tam ze mną i z żoną, bo chcemy, żeby byli w miejscach, w których myśli się o wspólnocie. Rozumianej jako przestrzeń dla wszystkich, niewykluczającej. Ziemia powinna być takim miejscem, z roślinami, zwierzętami, różniącymi się ludźmi. Niby wszyscy o tym wiemy, ale musimy sobie przypominać. I chcę, żeby moje dzieci były tam, gdzie się o tym myśli, rozmawia. Wydaje mi się to bardzo ważne. Nie nadrobimy tego później czytaniem im książek o ekologii czy równouprawnieniu.

Jedzą mięso?

Nie, tak jak my. To jest zabawne, że przez jedzących mięso często jestem pytany: „Dlaczego decydujesz za nie?”. Ludzie, którzy nie są wegetarianami i dają swoim dzieciom do jedzenia mięso, też decydują za nie. 

Ale ja tu mogę opowiedzieć milion teorii na temat ojcostwa, a prawda jest taka, że to moja żona przeżyła najwięcej. Przy bliźniętach od samego początku wykonuje więcej pracy, niż gdybyśmy mieli jedno dziecko. Nie korzystaliśmy z pomocy niani, nasi rodzice nie mieszkają w Warszawie tak jak my, więc nie mogli przychodzić, żeby pomagać. W naszym domu zapanowała nadzwyczajna dyscyplina, pilnowanie porządku przy drobnych czynnościach. 

Trening czyni „Mistrza”

Ty sam stałeś się bardzo zdyscyplinowany. Regularnie trenujesz. 

Dwa lata temu zacząłem się wspinać, przygotowując się do roli himalaisty Aleksandra Lwowa w filmie „Broad Peak”. Trenuję również boks, bo w innym filmie („Mistrz” w reżyserii Maciej Barczewski – przyp. red.) gram Tadeusza Pietrzykowskiego, polskiego pięściarza w Auschwitz. To jest dar od losu, że w okolicach czterdziestki dostałem role wymagające tak dokładnego przygotowania fizycznego. Od dzieciństwa, kiedy dużo tańczyłem, nie kształtowałem własnego ciała tak intensywnie. I pod tym względem wszystko zmieniło się w naszym domu, bo Agnieszka też wróciła do sportu – była kiedyś mistrzynią Polski w ujeżdżeniu w damskim siodle, ma sportową duszę, którą musiała w ostatnich latach uśpić. 

Kiedy ja w Tatrach czy Dolomitach uczyłem się wspinać, przełamywałem strach przed przepaściami, ona zostawała w domu z dziećmi. Dlatego kiedy spędzaliśmy w tym roku wakacje nad jeziorem Garda, w Torbole i Arco, europejskiej mekce fanów sportów ekstremalnych, mogłem podzielić się z nią tym, co przeżyłem. Agnieszka nie tylko zaczęła naukę wspinaczki, ale też wyprzedziła mnie, kończąc pełen kurs kitesurfingu właśnie tam, w jednym z najtrudniejszych na świecie miejsc do uprawiania tego sportu. Chodzimy teraz z dziećmi na arenę wspinaczkową w Warszawie. Jeździmy nad morze, gdzie widzą, jak mama przypina do siebie 12-metrowy latawiec i odpływa, tnąc fale z naprawdę imponującą prędkością. Nie mówimy im, siedząc na kanapie, że powinny się ruszać. 

Wspinaczka 

Co pamiętasz z pierwszych wejść na ściany wspinaczkowe?

Poczucie dyskomfortu. Podczas pierwszego treningu instruktor bez zbędnych wstępów przywiązał mnie do liny i asekurując, wysłał w górę. Ruszyłem, ale w okolicach ósmego metra pomyślałem: „Po co? Dlaczego tu jestem? Dlaczego nie możemy iść na spacer po płaskim?”. Musiałem znaleźć szybką odpowiedź i brzmiała ona: „Mam reprezentować na ekranie Aleksandra Lwowa, nie ma wyjścia, idę”. Potem uczyli mnie najlepsi polscy fachowcy z GOPR i himalaiści. Pojechaliśmy do Włoch, gdzie odbyliśmy „zapoznanie z czeluścią”. W okolicach Arco są najstarsze drogi żelazne, które pozwalają osobom o niskim doświadczeniu wspinaczkowym poczuć smak bycia nad przepaścią. Człowiek przypięty do żelaznej liny może przejść ścianę w pełnej ekspozycji, mając pod stopami nawet 600 metrów powietrza. Tak na początek. 

Kiedy zacząłeś czuć się bezpiecznie?

Kiedy uświadomiłem sobie, że nie ma bezpieczniejszej sytuacji – jesteś przypięta do żelaznej liny, a po dwóch stronach masz opiekunów o najwyższych umiejętnościach, którzy są tu właśnie po to, żeby cię chronić. Wtedy pomyślałem, że na tym polega aktorstwo. Ja z 600-metrową przepaścią pod sobą, a po bokach ludzie, którzy uważają, żeby nic mi się nie stało – to jest paradoksalny czar aktorstwa. Czuć się bezpiecznie w ekstremalnym wydarzeniu dzięki pomocy innych ludzi. Tak rozumiana sztuka teatru czy filmu jest dowodem na to, że istnieje możliwość harmonijnego współdziałania na każdym poziomie wspólnoty. Że kiedy naprawdę sobie ufamy, wyobraźnia może stać się rzeczywistością. To piękno. 

Obnażam się na scenie albo przed kamerą, niekoniecznie fizycznie, gram najbardziej ekstremalne emocjonalnie sceny, bo wierzę, że nie zostanę oceniony, tylko wysłuchany. Że nasza twórcza współpraca uruchomi dialog z widzami. 

Asystnet Janusza Gajosa

Dlaczego zdecydowałeś się, poza tym wszystkim, co robisz, jeszcze wykładać w Akademii Teatralnej?

Bo dla mnie aktorstwo jest dziedziną sztuki z określonymi zasadami i narzędziami, którymi można się dzielić, opisywać je, rozwijać. Moja praca magisterska była poświęcona własnemu programowi prowadzenia elementarnych zadań aktorskich. Kiedy rektorem Akademii Teatralnej w Warszawie został Wojciech Malajkat, zgłosiłem się do niego, mówiąc, że chciałbym uczyć, napisać doktorat. I jestem wykładowcą. Mam w głowie dwa bonusy z tym związane: uczę w szkole, z której zostałem wyrzucony jako student, co jest przyjemne, oraz – zaczynałem drogę pedagogiczną jako asystent Janusza Gajosa, mojego idola od dzieciństwa, dostając w ten sposób największy z możliwych dostęp do jego aktorstwa. 

Wyobraź sobie teraz taki film. Scena pierwsza: kilkuletni chłopiec siedzi przed telewizorem w domu i ogląda Janusza Gajosa grającego w filmie „Milioner”. Cięcie, druga scena: 40-letni aktor, który był wcześniej tym kilkuletnim chłopcem, wręcza Gajosowi nagrodę Orła w Teatrze Polskim w Warszawie. Tak było. Życie jest jednak zadziwiające. Ale dobrze mieć do tego dystans. Podobną sytuację Janusz skomentował podczas swojego benefisu. Czarek Pazura opowiedział mu wtedy, że jako dzieciak podszedł do niego z prośbą o autograf, a Gajos, w biegu odsunął go, mówiąc: „Zjeżdżaj, mały”. Kiedy Janusz usłyszał tę historię po kilkudziesięciu latach, powiedział: 

„Czarek, nie wiedziałem, że to ty!”. Zauważam takie przeskoki w życiu, montuję w głowie filmy, które pozwalają dostrzec zależności między zdarzeniami, przypomnieć sobie motywacyjne monologi wewnętrzne. To mi pomaga wchodzić pewnie w kolejne etapy. 

Piotr Głowacki
fot. Rafał Masłow
Piotr Głowacki zrobił doktor, wykłada w Akademii Teatralnej, gdzie zaczynał jako asystent Janusza Gajosa.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Plan dziesięcioletni

W planowaniu kolejnych etapów też jesteś tak zdyscyplinowany jak w sporcie?

Na ile to możliwe. Za chwilę kończę 40 lat, ważny moment. Studiowałem do 28. roku życia, pracę magisterską obroniłem w okolicach trzydziestki i uznałem ten moment za zamknięcie etapu młodzieńczego buntu. Powiedziałem: „Tak” rzeczywistości. Jako 32-latek wziąłem ślub, z żoną zaczęliśmy urządzać wymarzony dom. Pojawili się w nim Ida i Aaron. A przychodzące do mnie role postanowiłem traktować jako szanse na sprawdzian umiejętności i ich rozwój. W ten sposób lata trzydzieste swojego życia poświęciłem na doświadczanie i umacnianie poczucia dojrzałości. Ten etap symbolicznie domyka napisanie i obrona doktoratu.

Brzmi przerażająco bezproblemowo.

Tak to tylko wygląda w szybkim montażu. Kiedy wchodzę głębiej w kolejne wątki, pojawiają się niuanse. Na przykład Agnieszka nie pojawiła się w moim życiu w chwili ślubu. Poznałem ją kilkanaście lat temu, w 2002 roku. Pamiętamy nasze pierwsze spotkanie na schodach w Akademii na pierwszym piętrze. Ona po dwóch latach od tego spotkania zaczęła pracę w teatrze, ja jeszcze studiowałem wiele lat, mijaliśmy się, spotykaliśmy, dzieliliśmy się tym, co się u nas dzieje w życiu. Aż 10 lat później okazało się, że ta relacja wśród wszystkich innych jest najważniejsza, najbardziej trwała. Wzajemna ciekawość siebie nie słabła. Czujemy, jakbyśmy byli swoimi drugimi małżeństwami, bez tych pierwszych. Nasi znajomi wchodzili w takie związki po rozwodach. My, idąc inną ścieżką, doszliśmy do dojrzałej relacji w pierwszym małżeństwie. 

Twój bohater w „1800 gramach” mówi, że przez większość życia uciekał. Tobie się to nie zdarzało?

Nazwałbym raczej swoje życie biegiem na orientację, w którym co jakiś czas zatrzymuję się i analizuję, średnio co 10 lat wytyczając kolejny azymut. Lubię matematykę w życiu. Staję, przeliczam dane na własny temat i ruszam do przodu z wyznaczonym celem. Nie bez wątpliwości. Pierwszą dekadę życia spędziłem na wsi – dosyć beztrosko, jako jedynak. 

Na wsi, ale dziś myślę, że to była miniaturowa wersja miasta – blok nauczycielski wśród pól, a obok szkoła, w której uczyła moja mama. Kolejne 10 lat żyłem w Toruniu – metropolii w miniaturze, z pojedynczymi ważnymi instytucjami – był jeden teatr, jeden uniwersytet, jeden młodzieżowy dom kultury. Potem studiowałem i grałem, przemieszczając się pomiędzy Krakowem, Warszawą, Poznaniem, Wrocławiem, Toruniem i Olsztynem. Aż zatrzymałem się w Warszawie. Mieszkamy w Śródmieściu. Już nie muszę jeździć ani nawet chodzić do żadnego centrum. Czuję, że jestem na miejscu.

To jak zaplanujesz kolejny etap?

Domykam tematy z trójką z przodu i zbieram dane. Gram teraz ludzi, którzy stawiają samych siebie w ekstremalnych sytuacjach, ale tak naprawdę próbują złapać zasadę, która zapewnia spokój w życiu. Jak my wszyscy chyba. Jeszcze nie wiem. To ciekawy stan. 

Bardzo lubię film „Stalker” Tarkowskiego. Jego bohaterowie wybierają się do strefy, która spełnia pragnienia. Jeden z nich twierdzi, że idzie tam, bo chciałby, żeby wyzdrowiał jego chory brat. Okazuje się jednak, że kiedy wraca do domu, zauważa przed nim nowy samochód. Chcę powiedzieć, że nie wiem na pewno, czego tak naprawdę bym chciał. Ale jestem zadowolony z tego, jak jest, i otwarty na to, co przyjdzie.

Rozmowa z Piotrem Głowackim ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG

Magdalena Różczka w nowej „Urodzie Życia” o tym, jak jej życie splata się z najnowszym filmem „1800 gramów”

„Porzucone dzieci to sprawa nas wszystkich” – mówi aktorka
Sylwia Niemczyk
09.11.2019

W grudniowej „Urodzie Życia” gwiazdą jest Magdalena Różczka, aktorka znana m.in. z „Listów do M”, którą od 15 listopada będziemy mogli zobaczyć w nowym filmie „1800 gramów”, w którym gra dyrektorkę Ośrodka Preadopcyjnego, który ratuje porzucone niemowlęta. Film bazuje na prawdziwych opowieściach – Magdalena Różczka od lat współpracuje z Interwencyjnym Ośrodkiem Preadopcyjnym w Otwocku.  – Pojechałam oddać dziecięce łóżeczko po mojej córce, a wyjechałam ze świadomością, że zostawiam kawałek serca. Czułam, że wydarzyło się coś niesamowitego. Chociaż gdyby wcześniej ktoś mi powiedział: „Jedź do ośrodka, w którym są porzucone dzieci”, odmówiłabym – mówi aktorka w nowej „Urodzie Życia”. Zobacz, jak powstała sesja do okładki „Urody Życia” i posłuchaj, co Magdalena Różczka mówi o najnowszym filmie. 

Czytaj dalej
Dawid Ogrodnik
fot. Szymon Szcześniak

Dawid Ogrodnik: „Jestem wierzący, ale dziś już nie praktykuję”

„W Hollywood za takie role dostaje się Oscary”, piszą krytycy po każdym jego filmie. Genialny w „Ostatniej rodzinie”, „Cichej nocy” i „Ikarze. Legendzie o Mietku Koszu”.
Magdalena Żakowska
10.11.2020

Mieszkałem przez rok na plebanii i wyciągnąłem z tego doświadczenia przerażający obraz tego, co się dzieje w Kościele. Byłem świadkiem sytuacji, kiedy księża pod pretekstem urlopu wyjeżdżali na seksualne orgie do Niemiec – mówi w wywiadzie Dawid Ogrodnik.  Przed nim kolejne wielkie role: w „ Na pełnej petardzie” zagra ks. Jana Kaczkowskiego, w „Broad Peak” – jednego z najlepszych polskich himalaistów Adama Bieleckiego, a w planowanym na ten rok „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” – kanciarza i „mistrza więziennych ucieczek” Zbigniewa Najmrodzkiego.  Magdalena Żakowska: Ile jest Dawida Ogrodnika w Mieczysławie Koszu?   Dawid Ogrodnik: Nie chciałbym, żeby ktoś poza mną znał odpowiedź na to pytanie. Ale odpowiem tak: w filmie są trzy sceny, które nie są historią Mieczysława Kosza. Jedna jest historią Krzysztofa Komedy – to ta scena, w której pijany Kosz nie może przypomnieć sobie melodii utworu, który ma zagrać na koncercie, i prosi kolegę, żeby mu zanucił. Druga dotyczy relacji Kosza z jego partnerką. A trzecia scena jest sceną z mojego życia. Opowiedziałem ją Maćkowi Pieprzycy i stwierdziliśmy, że warto ją umieścić w filmie, bo dobrze oddaje też prawdę o Koszu.  Która to scena? Nie mogę powiedzieć. To zbyt osobiste. Ta rola to taka kreacja totalna. Jak w filmie „Chce się żyć”, gdzie zagrałeś chłopaka z porażeniem mózgowym, czy w „Ostatniej rodzinie”, gdzie wcieliłeś się w postać Tomasza Beksińskiego.   Tym razem moje przygotowania polegały na tym, że Lech Możdżer przysyłał mi filmy, w których gra – z różnych ujęć kamery w swoim mieszkaniu we Wrocławiu, a ja odpalałem je na laptopie, a potem godzinami próbowałem odtworzyć. Ćwiczyłem też grę na...

Czytaj dalej
East News

Wojciech Malajkat: „Wzmożona nienawiść wywołuje wojny” – ważne słowa aktora dla studentów

„Miłość czy nienawiść” — zastanawia się znany aktor, a także prof. dr hab. Wojciech Malajkat. Wydaje się, że wybór jest oczywisty.
Sylwia Arlak
09.10.2020

„Opowiem państwu bajkę…” — tymi słowami prof. dr hab. Wojciech Malajkat, JM Rektor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, reżyser, aktor teatralny i filmowy,  zaczął wykład inauguracyjny nowy rok akademicki.   „Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy jeszcze na Białorusi nie odbyły się wybory, kiedy w Rosji nie zaczęto jeszcze na dobre truć przeciwników politycznych. Kiedy w Polsce nie wybuchła jeszcze epidemia, kiedy jeszcze nie odbyły się u nas wybory, które się nie odbyły, kiedy nie odbyły się wybory, które w końcu się odbyły. Kiedy nie doszło jeszcze do kolejnej awarii Czajki, rurociągu w Warszawie. Kiedy jeszcze nie byliśmy tak podzieleni, jak jesteśmy teraz, a wydawało się, że bardziej podzielić nas nie można na zwolenników i przeciwników ideologii gender, na zwolenników i przeciwników przemocy domowej i pedofilii w kościele, na kochających i kochających inaczej ludzi kochających inaczej. Kiedy można było jeszcze bez przeszkód polecieć na drugą stronę globu. Jednym słowem bardzo, bardzo dawno temu, czyli gdzieś w styczniu tego roku, zostałem poproszony o wygłoszenie wykładu w Wyższej Szkole Humanitas w Sosnowcu. Poczułem się zaszczycony, przyjąłem zaproszenie i gorączko zacząłem poszukiwać tematu do wykładu. I wtedy niestety wydarzyło się to wszystko, o czym mówiłem” — mówił Wojciech Malajkat podczas tegorocznej Inauguracji Roku Akademickiego w WSH. Czytaj też:   Maria Sadowska śpiewa o miłości i kręci film o kobietach, które miłość sprzedają „Świat szalał i szaleje i coraz bardziej popada w spiralę obłędu (…) ludzie biją innych ludzi za kolor skóry i włosów, za to, że mówią w obcym języku albo, że patrzą nie tak w ich stronę. O jeździe po pijanemu i zabijaniu...

Czytaj dalej
prof. Stanisław Czudek
fot. Rafał Masłow

Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!

Został wybrany przez NASA do operowania astronautów, a on prowadzi szpital na czeskich peryferiach, bo jak mówi, jego celem jest uszczęśliwianie ludzi.
Maria Zawała
29.05.2020

Wybitny onkochirurg. Jeden ze 100 chirurgów na świecie, którzy mogą robić na odległość operacje astronautom przebywającym na orbicie. Prof. Stanisław Czudek to Polak pochodzący z Zaolzia, gdzie – jak sam mówi—  nauczono go, jak wielką wartością jest pomaganie.  Maria Zawała: Co pan, światowej sławy chirurg, członek wszystkich najważniejszych towarzystw naukowych, robi, proszę wybaczyć, w „nemocnici na kraji města”, czyli w szpitalu na peryferiach Zawiercia? Prof. Stanisław Czudek: To samo, co w klinikach Pragi czy Warszawy. Pomagam ludziom. A poza tym ci, którzy mnie tu zaprosili, mają naprawdę ambitne plany. Zobaczy pani, za pięć lat zrobimy tu klinikę jak w Nowym Jorku. Chyba że wcześniej łeb mi urwą.  A ktoś panu źle życzy? Zawsze się tacy znajdą, głównie ci, którzy w służbie zdrowia widzą tylko biznes. Naturalnie to jest biznes, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być dobro pacjenta. Kto tego nie dostrzega i kombinuje na boku, temu nigdy ze mną po drodze nie będzie.  W Warszawie pożegnał się pan z pewną dużą kliniką. Co się stało? To było tak, że dyrektor jednego z największych szpitali w Polsce poprosił mnie o pomoc w rozbudowaniu chirurgii małoinwazyjnej. Pani wie, że ja, pracując jeszcze w Trzyńcu, wyszkoliłem ponad tysiąc polskich lekarzy w technikach laparoskopowych? Uczyłem też tego chirurgów na całym świecie. Zgodziłem się naturalnie pracować w Warszawie. I któregoś dnia kolega, kierownik jednej z klinik, powiedział mi, że mają wolny gabinet w przychodni i że mogę sobie w wolnym czasie dorobić. W pierwszym miesiącu stała długa kolejka do kolegi, do mnie nikogo. W kolejnym miesiącu zaczęli do mnie pukać pierwsi pacjenci. Po kilku miesiącach kolejka stała tylko pod moim gabinetem, a kolega dziwnie na mnie patrzył....

Czytaj dalej