Patrycja Volny przyznaje, że przez ojca sama nie chciała mieć dzieci
Piotr Porebsky 
#czytajdlaprzyjemności

Patrycja Volny przyznaje, że przez ojca sama nie chciała mieć dzieci

Gwiazda „Kuriera” szczerze o ojcu i własnym macierzyństwie
Karolina Morelowska-Siluk
12.03.2019

Jej pierwszą znaczącą rolą była postać Dobrej Nowiny w „Pokocie” (2017) w reżyserii Agnieszki Holland. Obecnie można zobaczyć ją w serialu Netflixa „1983” i w filmie „Kurier” Władysława Pasikowskiego, w którym gra główną rolę kobiecą. „Aktorstwo wymarzyłam sobie już w dzieciństwie. Ale telefon milczał tak długo, że nie dawałam sobie rady z frustracją, postanowiłam się przebranżowić, zostałam lektorką angielskiego na francuskiej wsi, gdzie mieszkam. Odpuściłam i… wtedy coś się odblokowało”, mówi Patrycja Volny, aktorka, piosenkarka, córka Jacka Kaczmarskiego.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Przeżywasz chyba właśnie najlepszy moment w swojej karierze?

Tak, to było jak wystrzał z armaty. Bardzo dużo wydarzyło się w bardzo krótkim czasie. A już w zasadzie zrezygnowałam z aktorstwa, bo nie radziłam sobie z potworną frustracją. Telefon milczał tak długo, że postanowiłam się przebranżowić, żeby nie oszaleć. Moje życie kręciło się wokół sprzątania i prania. A nie mam duszy pani domu. Musiałam wyjść do ludzi. 

I czym się zajęłaś?

Zostałam lektorem języka angielskiego, na francuskiej wsi, gdzie mieszkam teraz z moją rodziną, mężem i córką. 

I nagle telefon się rozdzwonił?

Szczęśliwie tak. Kiedy trzy lata temu zagrałam w „Pokocie” i liczyłam skrycie, że coś drgnie, a tu nic. Kompletna cisza. Nawet castingi mi się nie przytrafiały. Odpuściłam, coś się odblokowało i… poszło. Zagrałam główną rolę w czeskim filmie „Zlatý podraz”, który miał premierę pod koniec października, gram w serialu Netflixa „1983” reżyserowanym przez Agnieszkę Holland, Kasię Adamik i Olgę Chajdas.

Agnieszka wzięła mnie też do swojego nowego filmu „Man Made” – to mała, ale bardzo soczysta rola, no i jeszcze na deser główna kobieca bohaterka w nowym filmie Władysława Pasikowskiego „Kurier”. To wszystko tak się splotło, że po latach siedzenia w  kuchni i polerowania na błysk garnków, na dobre kilka miesięcy prawie zupełnie zniknęłam z domu. To  było jak powiew świeżego powierza, teraz odpukuję, żeby ten sen tylko się nie skończył, ale – pragmatycznie, nauczona doświadczeniem – nie zerwałam kontaktu z moją pracodawczynią, bywam lektorką, kiedy jestem w domu. Na wszelki wypadek... 

Gdzie tak właściwie jest twoje miejsce na ziemi, bo ty całe życie się przemieszczasz. Urodziłaś się w Niemczech, potem mieszkałaś w Australii, trochę w Polsce. Gdzie czujesz się u siebie?

Powiem górnolotnie, że jest tylko jedno miejsce, w którym czuję się absolutnie bezpieczna, szczęśliwa i czuję powód, aby tam być – przed kamerą. Bardzo sobie cenię  bycie żoną oraz matką, ale –  będę szczera – nie to daje mi najwięcej spełnienia. Aktorstwo wymarzyłam sobie już w dzieciństwie. Dwa razy zdawałam do szkoły w Łodzi. Kiedy za pierwszym razem się nie udało, zagryzłam zęby i postanowiłam, że nie odpuszczę. Zaczęłam trochę śpiewać, również piosenki ojca, Jacka Kaczmarskiego, co zresztą nie spotkało się z owacją publiczności, ale ja bardzo chciałam nauczyć się sceny, obyć się z nią właśnie głównie po to, by znów spróbować dostać się do szkoły aktorskiej. 

Zobacz także: Władysław Pasikowski: „Z Vegą widocznie rozumiemy się bez słów”

 

Udało się.

I to jest mój świat. Czuję to, gdy wchodzę na plan. Nawet kiedy grałam w czeskiej produkcji i rozumiałam moich kolegów piąte przez dziesiąte i tak czułam się swobodnie, na miejscu. To jest takie nieopisane poczucie przynależności do jakiejś grupy. 

A tak geograficznie, gdzie jest twoje miejsce?

Nie wiem, nie znalazłam go jeszcze. Ja chyba mam to przemieszczanie się we krwi, lubię tę wędrówkę. Mam w sobie taki głód nomady. Jestem sentymentalna, ale nie przywiązuję się do przedmiotów ani budynków. Poczucia bezpieczeństwa szukam w przyjaźni, w rodzinie. Rzeczywiście mieszkałam w wielu krajach i w każdym umiałam, lepiej lub gorzej, ale jakoś się odnaleźć, poradzić sobie. Poza miejscami, które wymieniłaś, był jeszcze Hongkong, Paryż, Wersal, aż w końcu wylądowaliśmy na wsi w  Alzacji. W Chinach nie było mi łatwo, ale to nie było związane z samym miejscem, tylko z   moimi emocjami.

Byłam w  ciąży, kiedy tam zamieszkaliśmy, tam urodziłam córkę i byłam zupełnie sama z typowo kobiecymi rozterkami. Początki macierzyństwa były dla mnie bardzo trudne, nie doświadczyłam lukru i  euforii, raczej dużo było tej ciemniejszej strony bycia mamą noworodka: łez, lęku, niepewności. Poczułam wtedy, jak ważne jest wsparcie między kobietami, taka siła płynąca z kobiecej więzi. 

Dzielenia się doświadczeniami?

Tego bardzo mi brakowało. Byłam daleko od mamy, przyjaciółek. Chociaż sam kraj daje duże poczucie bezpieczeństwa. Przynajmniej ja tak to odbierałam. „Wielki Brat” czuwa i to się czuje. Australia pozostawiła we mnie cudowne wspomnienia. To moje dzieciństwo – przepiękne krajobrazy, przestrzeń i  uśmiech ludzi. Chyba nigdzie na świecie ludzie nie są tak szczerze uśmiechnięci, życzliwi i pogodni. Tam też stawiałam swoje pierwsze aktorskie kroki, jako dziewczynka grałam w filmach dla dzieci i w dziecięcym teatrze. Kiedy dziś słyszę na ulicy australijski akcent, łza kręci mi się w oku. 

Mówisz o pięknych wspomnieniach z dzieciństwa, choć masz w sercu też te nie najlepsze. Kilka lat temu zapytana o ojca, Jacka Kaczmarskiego, odważyłaś się powiedzieć, że nie czułaś się przez niego akceptowana, że nie pozostawił w twojej głowie dobrych wspomnień...

W moim odczuciu to nie była żadna odwaga. Mam taki zwyczaj, że kiedy ktoś mnie o coś pyta, to nie kręcę, tylko jeśli w ogóle decyduję się mówić, mówię, jak jest. Więc powiedziałam, że mój ojciec nie był ani dobrym partnerem dla mojej mamy, ani nie był dobrym ojcem. Mało go interesowałam, raczej irytowała go moja obecność. 

I posypała się na ciebie straszna krytyka...

Tak, i to mnie bardzo zaskoczyło. Tak jakbym złamała tabu i chciano ukarać mnie za to, że śmiałam podważyć legendę Jacka Kaczmarskiego. Choć były, co prawda pojedyncze, ale jednak głosy wsparcia. Od jednego mężczyzny dostałam nawet bardzo poruszający mail. Napisał, że jest mi wdzięczny, bo swoim wyznaniem uzmysłowiłam mu, jakim ojcem nie chce być dla swojej córki. Więc choćby ze względu na tę jedną dziewczynkę i jej więź z tatą, warto było opowiedzieć o swoich doświadczeniach. 

Czy te złe relacje z ojcem silnie naznaczyły twoje dorosłe życie?

Na pewno zdeterminowały, choćby w tym sensie, że nie chciałam mieć dzieci. Takie miałam postanowienie, że wolę dmuchać na zimne, bałam się, czy nie powtórzę bolesnego schematu. Jednak los zdecydował za mnie i postanowiłam zmierzyć się z tym wyzwaniem. Nie miałam żadnego idealnego planu na zbudowanie rodziny, bo nie znałam idealnego scenariusza, nie miałam punktu odniesienia. Pomyślałam, że będę działać najlepiej, jak potrafię. I tyle. Ciężko było mi też na początku odnaleźć się w wielkim klanie, jakim jest rodzina mojego męża, Francuza. Ja miałam w zasadzie tylko mamę, więc zaprzyjaźnienie się z tą ogromną grupą ludzi, wejście w nią było dla mnie kolejnym wyzwaniem. Śmieję się, że oni są jak mafia, dobra mafia. Jest ich naprawdę dużo… Kiedy schodzi się tylko ta najbliższa rodzina, przy stole siada 20 osób! Już teraz czuję się jej częścią, bo zdążyłam ze szwagierką i teściową pokłócić się i pogodzić kilka razy. Moje dziecko jest absolutnie zachwycone, bo ma kochający klan ciotek, kuzynów i  kuzynek. Cieszę się, że córka to ma. 

Brakowało ci tego?

Nie, bo tego nie znałam. Nie wiedziałam, za czym mogłabym tęsknić. Ale też jestem tego zdania, że trudnej przeszłości nie należy w sobie pielęgnować, bo to tylko potęguje ból. Jest cała literatura na temat tego, jak wiele trudności w dorosłym życiu jest winą naszych rodziców. Przechodziłam taki moment, kiedy miałam w sobie bardzo dużo złości, żalu, ale przyszedł czas, kiedy powiedziałam: „Już wystarczy”. Kiedy pozostajemy w  roli ofiary, to zamykamy się na życie. To czasami jest naprawdę kwestia naszej głębokiej, przemyślanej decyzji, czy zwrócimy się w stronę radości, czy smutku. Trzeba iść dalej, działać, szukać tego, co nam przynosi spełnienie. Ja je znalazłam. Jest dobrze tak, jak jest teraz.

Rozmowa z Patrycją Volny ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Cieślak
Weronika Kosińska

Anna Cieślak zawodowo gra… żony, a po pracy pomaga kobietom w Fundacji „La Strada”

Od kilku dni jest znowu o niej głośno, za sprawą wieści o związku z Edwardem Miszczakiem. Ale Anna Cieślak woli mówić o planach w pracy – a na jej brak nie może narzekać. Już od 30 kwietnia zobaczymy ją w nowym serialu „Szadź”.
Magdalena Żakowska
17.02.2020

Dla mnie pomaganie jest elementem życia. Potrzebuję tego i naprawdę to lubię” – mówi Anna Cieślak, 40-letnia aktorka znana m.in. z serialu „Na Wspólnej” i dodaje, że  już w dzieciństwie miała ksywę „Caritas”! Obecnie współpracuje z fundacją „La Strada”, która zajmuje się walką z handlem ludźmi i niewolnictwem. Magdalena Żakowska „Uroda Życia”: Czytasz kryminały? Anna Cieślak: Nie, w naszej rodzinie to mama jest od kryminałów. Roberta Ludluma przeczytała na wszystkie strony. Ja wolę baśnie braci Grimm, Oscara Wilde’a czy Edgara Allana Poego, mity i przypowieści z różnych stron świata. Więc uprzedzając twoje kolejne pytanie, nie znałam wcześniej „Szadzi” Igora Brejdyganta.  A to właśnie na podstawie tej powieści powstaje serial kryminalny TVN. Premiera wiosną, w głównych rolach Maciek Stuhr i Aleksandra Popławska, a ty…  …a ja śmieję się, że już etatowo gram żonę.  Dlaczego etatowo? Bo mam wrażenie, że żoną jestem nieustannie! W Teatrze Polskim gram żonę Andrzeja Seweryna w dwóch spektaklach – w „Szkole żon” w reżyserii Jacques’a Lassalle’a i w „Deprawatorze” w reżyserii Macieja Wojtyszki, gdzie wcielam się w postać Rity Gombrowicz. Z Maćkiem Stuhrem po raz pierwszy spotkaliśmy się na planie „Gliny” Władysława Pasikowskiego, gdzie graliśmy parę, a potem drugi raz w „Ślubach panieńskich” Filipa Bajona. No i teraz gram jego żonę po raz trzeci.  Tym razem to trudny związek. Tak. To dla mnie niezwykle ważna rola, bo od 10 lat jestem wolontariuszką Fundacji „La Strada”, która zajmuje się w Polsce walką z handlem ludźmi i niewolnictwem. Maciek gra w naszym serialu...

Czytaj dalej
Iza Grzybowska/Uroda Życia

Gabriela Muskała o ulubionych filmach: „Poruszają i zostają w pamięci na zawsze”

Od Stevena Spielberga po Agnieszkę Holland. Od „Dziecka Rosemary” po „Małą miss”. Aktorka i scenarzystka zdradza listę swoich ulubionych filmów.
Anna Zaleska
15.05.2020

Ostatnio rozmawiałam ze znajomym o tym, przy jakich filmach, na przestrzeni lat, doznaliśmy czegoś w rodzaju katharsis”, opowiada Gabriela Muskała, gdy pytam ją o jej ulubioną listę. „Chodzi o takie emocjonalne uwolnienie, gdy człowiek zaczyna się śmiać lub płakać, albo śmieje się, płacząc, naprawdę szczerze, z całego serca, i z kina wychodzi z wypiekami na twarzy. Często wcale nie są to filmy, które uważam za najwybitniejsze – dodaje aktorka – ale mocno poruszają i na zawsze zostają w pamięci”. Oto niezwykle ciekawy, nieoczywisty zestaw Gabrieli Muskały: E.T. (reż. Steven Spielberg, 1982 r.) Pierwszy raz naprawdę silnych emocji podczas seansu filmowego doświadczyłam, mając 13 lat. To było w kinie Aurora w Kłodzku. Wybrałam się na absolutny przebój początku lat 80., niezapomnianą opowieść o przyjaźni samotnego chłopca z kosmitą, który chce wrócić do domu. Do dziś pamiętam scenę, gdy wydaje nam się, że E.T. nie żyje, i zamykają go w worku dla nieboszczyków. Potwornie wtedy płakałam. Po czym nagle ktoś ten worek otwiera, wysuwa się z niego długi paluch i słychać: „E.T. go home”. Z płaczu płynnie przeszłam w śmiech wielkiej ulgi. Ale łzy wzruszenia pozostały. To było coś uwalniającego, czego chyba każdy szuka w kinie. Ucieczka z kina Wolność (reż. Wojciech Marczewski, 1990 r.) Zawsze niezwykle mocno przeżywam ten film. A oglądałam go wiele razy. Wielowymiarową postać cenzora zagrał genialnie mój ukochany aktor Janusz Gajos. Jego oczami patrzymy na bunt filmowych postaci, podczas seansu w kinie Wolność, w ostatnich latach peerelu. I ta spektakularna przemiana bohatera, scena, w której chodzi po dachach, a w tle rozbrzmiewa „Requiem” Mozarta… To film o poszukiwaniu wewnętrznej wolności. Za każdym razem podczas seansu mam wrażenie, że...

Czytaj dalej
agnieszka maciag
Zuza Krajewska/LAF

Agnieszka Maciąg: „Uczę się od szczęśliwych ludzi”

Niedługo ukaże się jej nowa książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości". Nam Agnieszka Maciąg opowiedziała o najważniejszej podróży w życiu – podróży do samej siebie.
Anna Maruszeczko
01.06.2020

Za kilkanaście  dni do księgarń trafi jej książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości” ( Wydawnictwo „Otwarte", Kraków, 2020). Agnieszka Maciąg pisze w niej, że menopauza jest początkiem złotego okresu w życiu kobiety i tylko od nas – naszych nawyków żywieniowych i stylu życia zależy, jak ten czas spędzimy.  Ale droga do takiej harmonii była kiedyś dla niej samej bardzo trudna. Agnieszka Maciąg - choć jako modelka pracowała dla największych projektantów m.in. Karla Lagerfelda, Laury Biagiotti, Pierra Cardine, nie czuła, że w pełni siebie realizuje, i żyje tak, jakby naprawdę chciała. „Wiedziałam, że dopóki sama ze sobą nie zrobię porządku, będę miała dzień Świstaka” – mówiła kilka lat temu w rozmowie z „Urodą życia” opowiadając nam o swojej trudnej drodze do prywatnego „oświecenia”. Od kilkunastu lat jest blogerką, pisze książki, prowadzi warsztaty, na których inspiruje kobiety, jak w codziennym życiu szukać spokoju, harmonii i szczęścia. Anna Maruszeczko: W moim sercu jest spokój. Bogu za to dziękuję!”, powiedziałaś kiedyś. Agnieszka Maciąg : Skoro od tego zaczynasz, to jest to pewnie coś, czego ty pragniesz. (śmiech) O tak! Jak wiele kobiet. Jak do tego dojść? To była długa droga, cała przeprawa. Jestem wrażliwą, wręcz nadwrażliwą osobą. Jakbym się urodziła bez skóry. Kiedyś wszystko, co działo się wokół, do żywego mnie dotykało. Czasem było mi fantastycznie, ale kiedy spotykało mnie coś przykrego, to prawie umierałam. W wieku trzydziestu paru lat przechodziłam poważny kryzys i wiedziałam, że by z tego wyjść, muszę nauczyć się panować nad emocjami, nad swoimi myślami. Czy są w twoim życiorysie jakieś zdarzenia, które wymazałabyś, gdybyś mogła? Żyłam...

Czytaj dalej
Gabriela Muskała
Iza Grzybowska

„Ta cholera ma w życiu szczęście!” Kim jest Gabriela Muskała, gwiazda „Fugi” i „Szóstki”?

„Miałam ogromny kompleks, że wyglądam jak dziecko”
Wika Kwiatkowska
26.03.2019

Gabriela Muskała dawno wyrosła z  ról dziewczynek (wyjątek zrobiła tylko dla Marka Koterskiego) – teraz woli grać dojrzałe kobiety – ostre, silne, chropawe. Właśnie taka jest w „Fudze”, filmie, w którym zagrała główną rolę i do którego napisała scenariusz. I za który dostała statuetkę Orła w kategorii Odkrycie roku! Przeczytaj wywiad, jakiego laureatka Orłów 2019 udzieliła „Urodzie Życia” z okazji premiery „Fugi”.    Projekt, nad którym pracowałaś 13 lat, zaczyna żyć własnym życiem. „Fuga” właśnie wchodzi na ekrany. Czujesz euforię czy przeżywasz żałobę? „Fuga” miała premierę w maju 2018 r., w ramach festiwalu w Cannes. Bardzo się na to cieszyłam, ale jakoś tak spokojnie, bez większej ekscytacji... I nagle, tuż przed pokazem, ostatniego dnia, poczułam, że coś mnie trzyma za gardło. Jakieś wzruszenie, ale takie dobre, ciepłe, fajne. Musiałam pobyć sama w hotelu. Siedziałam i przełykałam łzy, bo dotarło do mnie, że tu, w Cannes, po raz pierwszy zobaczę film, a moja opowieść po raz pierwszy skonfrontuje się z widzem! I że to jest jakiś rodzaj nagrody za te 13 lat ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń, zwątpień, walki o scenariusz. To była długa droga, na jej końcu jestem innym człowiekiem. Zaczęło się od programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – zobaczyłaś kobietę, która nie wiedziała, kim jest. Wtedy zadzwonił jej dawny sąsiad. I powiedział, że ona ma męża i dwójkę dzieci. To, co zobaczyłam wtedy na jej twarzy, było jak objawienie. Zafascynowała mnie pustka w jej oczach, która wypełniała się zdziwieniem. Nie wiedziałam wtedy, z czego się to brało. A  to był brak pamięci. Każdy z nas ma w oczach zapisaną historię życia: w sposobie patrzenia, w rodzaju uważności....

Czytaj dalej