Jennifer Croft, tłumaczka Olgi Tokarczuk, szczerze o książkach noblistki
east news
#czytajdlaprzyjemności

Jennifer Croft, tłumaczka Olgi Tokarczuk, szczerze o książkach noblistki

„Pierwszy raz spotkałyśmy się 10 lat temu w Krakowie, na piwie”.
Sylwia Niemczyk
21.10.2019

Kim ona jest? – zastanawiali się wszyscy, kiedy z Olgą Tokarczuk odbierała literacką nagrodę Bookera, jedną z najważniejszych na świecie. Jennifer Croft przyciągała uwagę nie mniej niż pisarka – w końcu tłumacząc „Biegunów”, stworzyła ich międzynarodowy sukces. „Chodziło mi o to, żeby czytelnicy poznali charakter Olgi, jej otwartość, ciekawość ludzi, empatię” – mówi Marcie Strzeleckiej w „Urodzie Życia”.

Marta Strzelecka „Uroda Życia”: Język polski pojawił się w pani życiu przez przypadek?

Jennifer Croft: Zaczęłam uczyć się polskiego na studiach lingwistycznych, rzeczywiście nie planując tego wcześniej. Chodziłam na lekcje rosyjskiego i ktoś podpowiedział mi, żebym zajęła się jeszcze jednym językiem słowiańskim, wybrałam więc polski. Niczego wtedy nie wiedziałam o Polsce, co tylko podsyciło mój zapał. Miałam świetną nauczycielkę. A kiedy zaczęłam czytać w tym języku, z pasją poznawałam wiersze Szymborskiej, teksty Krall, książki Olgi Tokarczuk. 

Co zachwyciło panią tak bardzo, że postanowiła tłumaczyć z polskiego?

Emocje, które odnajdowałam w tym języku, sposób opisywania rzeczywistości – bardzo mi bliski, ale jednocześnie świeży. Miał w sobie humor, ironię, ciekawość świata. Trzy pierwsze autorki, które poznawałam po polsku, są przecież bardzo różne, a jednak odczytałam z ich tekstów wspólny ton, jakiś rodzaj zachwytu nad światem, czułość, wymieszaną z błyskotliwym humorem, czasem ironią. Ale tak naprawdę jeden wiersz sprawił, że zostałam tłumaczką – „Urodziny” Wisławy Szymborskiej. Poznałam go najpierw w amerykańskim przekładzie, potem przeczytałam tekst o tym, jak powstawała angielskojęzyczna wersja, i uznałam, że to rodzaj magii, żeby w dwóch językach tak samo dobrze przekazać treść. 

Naprawdę można tu mówić o magii?

Tak, nigdy wcześniej nie słyszałam po angielsku czegoś takiego, jak „Urodziny”. I chodzi nie tylko o znaczenie słów, ale też ich brzmienie, dźwięki. Ten wiersz jest opowieścią o spektakularnym pięknie, o zachłyśnięciu się nim, wyliczanką cudownych rzeczy. Pomyślałam, że byłoby wspaniale, gdybym sama mogła przekładać podobne teksty z jednego języka na inny. Wydało mi się to bardziej fascynujące od tworzenia własnych powieści albo poezji.

Jak pamięta pani swoją pierwszą podróż do Polski?

To było w 2003 roku, po raz pierwszy na tak długo wyjechałam sama z domu, z Oklahomy do Warszawy, dzięki stypendium. Moja warszawska codzienność nie różniła się bardzo od amerykańskiej: chodziłam na uniwersytet, spotykałam się ze znajomymi, bardzo dużo czytałam. Z taką daleką podróżą jest trochę jak z tłumaczeniem – na początku z pewnym zdumieniem stwierdzasz, że odległa kultura nie różni się w znaczący sposób od twojej, dopiero potem dostrzegasz różnice w niuansach. Wyczułam w Polakach podobne do mojego poczucie humoru, duże ambicje. 

A różnice?

Zanurzenie w historii, ciągłe odwoływanie się do niej, nie tylko przy okazji polityki, ale też na przykład literatury. Zastanawiało mnie to, kiedy byłam w Warszawie, teraz zdarza mi się tęsknić za silnym przywiązaniem do tradycji. Moim zdaniem to w dobry sposób wpływa na codzienność – człowiek bardziej serio traktuje samego siebie, to, co ma do zrobienia w życiu, kiedy nie zapomina, że tworzy jakąś historię, że wywodzi się ze środowiska z jakimś dziedzictwem. W Ameryce zbyt często o tym zapominamy. Moi rodzice zaczęli dzielić ze mną fascynację tymi polskimi cechami po pierwszej wizycie w Warszawie, przyjechali do mnie w odwiedziny. Tata, profesor geografii, wychowany na amerykańskiej wsi, odkrywał przyrodę Białowieskiego Parku Narodowego jak zagubiony ląd. Fascynowały go drzewa, zwierzęta, jakich u nas nigdy nie widział. 

Wychowała się pani w Oklahomie, w jednym z domów, jakie oglądamy w amerykańskich filmach?

Typowy dom amerykańskiej klasy średniej, otoczony ogródkiem, ze spokojną ulicą przed ogrodzeniem. W tym sielankowym obrazku co jakiś czas pojawiają się tornada albo groźne burze. W takich okolicznościach budowałam swój świat, przesiadując z książkami. Nikt w mojej rodzinie nie zajmował się profesjonalnie literaturą. A ja pisałam od dziecka, zaczęłam jako sześciolatka, najczęściej historie o podróżach, w których centrum często były motyle przemierzające świat.

Właśnie ukazuje się w Stanach pani debiutancka powieść. Też o podróżach?

O czymś zupełnie przeciwnym – o bazie, domu, mojej relacji z siostrą, miejscach, w których się wychowałam. To musi być przeciwwaga do tego, jak pani żyje – wciąż w drodze, co kilka lat zmieniając domy. Dziś mieszka pani w Los Angeles, ale jeszcze kilka lat temu pani dom był w Argentynie, i to przez blisko dekadę. Dlaczego tam? To się zdarzyło też przypadkiem – podobnie jak z językiem polskim w moim życiu. Opowieść o mnie sprawdziłaby się w powieści Olgi Tokarczuk, prawda? Najlepiej czuję się na biegunach. Pewnej zimy wyjechałam po prostu do Buenos Aires na urlop. W Chicago, gdzie wynajmowałam mieszkanie, było naprawdę zimno, szaro, depresyjnie. Znalazłam niedrogi bilet, kupiłam, poleciałam. Nigdy wcześniej nie byłam w Ameryce Południowej, o Argentynie wiedziałam tylko tyle, ile przeczytałam u Gombrowicza, nie znałam hiszpańskiego. Spędziłam tam dwa tygodnie i zakochałam się w tym miejscu. Po powrocie do Stanów natychmiast zaczęłam uczyć się hiszpańskiego, bardzo intensywnie, ale nie zamierzałam się przeprowadzać. Jednak przy okazji zorientowałam się, że dostępne w Argentynie tłumaczenia amerykańskich powieści na hiszpański nie są tak dobre, jak mogłyby być. Wynajęłam zatem mieszkanie w Buenos Aires i zaczęłam zajmować się literaturą, założyłam czasopismo, wrosłam w tamtejsze środowisko tłumaczy.

Mieszkając w Argentynie, tłumaczyła pani „Biegunów”. Angielski tytuł doskonale oddaje to pragnienie życia pomiędzy odległymi światami.

Długo go szukałam, bo najpierw książka, jeszcze kiedy nad nią pracowałam, funkcjonowała w języku angielskim jako „Runners”, czyli biegacze, może uciekinierzy. A „Flights” oddaje głębię, wieloznaczność tego, co wymyśliła Olga, bo oznacza nie tylko ucieczki, ale też podróże w wyobraźni, loty. Z drugiej strony chodziło mi o to, by czytelnicy w języku tej powieści poczuli charakter autorki, jej otwartość, ciekawość ludzi, empatię.

Taka wydawała się pani Olga Tokarczuk już przy pierwszym spotkaniu?

Wydała mi się podobna do mnie. Pierwszy raz spotkałyśmy się dziewięć lat temu w Krakowie, na piwie, Olga była z mężem. Miałyśmy rozmawiać o tłumaczeniu „Biegunów”. Ale dziś pamiętam, że pomyślałam podczas tego spotkania, jak wiele nas łączy: obie jesteśmy wegetariankami, w podobny sposób patrzymy na ludzi – jako fascynujące postaci, z których każda kryje wartą opowiedzenia historię – ważne są dla nas sprawy związane z prawami kobiet. Dziś jestem pewna, że to, jak Olga pisze, oddaje jej charakter – zdecydowanie nie jest typem strachliwym, w jej krwi płynie chęć eksperymentowania, szukania niełatwych rozwiązań. Ma też niezwykłą umiejętność pisania o psychologii ludzi, a jednocześnie całych społeczności. Zaprzyjaźniłyśmy się, mam nadzieję, że będziemy coraz więcej czasu spędzać razem. 

Teraz pracuje pani nad „Księgami Jakubowymi”?

Tłumaczę tę monumentalną powieść. Oldze pięć lat zajęło badanie dawnych pism, języka, dokumentów, zanim przystąpiła do pisania. Ja zbieraniu materiałów poświęcę rok, zanim dokończę przekład – niedługo zaczynam pracę nad tym w nowojorskiej bibliotece. 

Przy tłumaczeniu książki żyjesz w jej świecie do potęgi, rzeczywistość wymyślona przez pisarza staje się czymś, co pochłania twoje emocje, staje się najważniejszą częścią twojej rzeczywistości. Uwielbiam to poczucie całkowitego poświęcenia się czemuś, co niby jest fikcją, jednak dla mnie – czymś najprawdziwszym. 

Jak pani pamięta dzień, w którym odbierałyście nagrodę międzynarodowego Bookera?

Najpierw byłam zachwycona, że znalazłyśmy się z Olgą w wyjątkowym towarzystwie cenionych pisarzy, wśród innych nominowanych. Potem cieszyłam się wspaniałym wieczorem w Victoria and Albert Museum, Olga wyglądała pięknie. Zanim zaczęła się ceremonia, miałam przeczucie, że możemy wygrać, bo wszyscy jurorzy robili sobie z nami zdjęcia, ale nie powiedziałam tego Oldze, nie chciałam jej stresować. Zwycięzców ogłaszają po uroczystej kolacji. I oczywiście byłyśmy bardzo szczęśliwe, oszołomione tą radością.

Również dlatego, że to najodpowiedniejszy moment – po Brexicie – żeby Polka w Anglii dostała tak ważną nagrodę. Okazało się, że ma to wielkie znaczenie nie tylko w świecie literackim. „Zdarza się, że powieści ulepszają rzeczywistość” – słyszymy czasem w rozmowach z pisarzami i nie zawsze rozumiemy, o co chodzi. Zatem to jest właśnie ten przypadek – polska powieść o niezależności wygrywa w Anglii, pełnej ksenofobicznych nastrojów, najważniejszą nagrodę literacką. To, co ludzi zachwyca, wygrało z wykluczaniem, brakiem otwartości, egoizmem.

Jennifer Croft z Olgą Tokarczuk, Uroda Życia
east news

Jennifer Croft z Olgą Tokarczuk podczas gali The Man Booker International Prize.

Rozmowa z Jennifer Croft ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Olga Tokarczuk
łukasz Giza

„Czytanie to trening empatii”, mówi Olga Tokarczuk, laureatka Nagrody Nobla

Olga Tokarczuk laureatką Literackiej Nagrody Nobla!
Sylwia Niemczyk
10.10.2019

Czytając, mamy możliwość stać się innym człowiekiem, wypróbowujemy inne role życiowe, inne biografie, na czas lektury stajemy się kimś innym, a część tego innego zostaje w nas na zawsze” – mówiła  Olga Tokarczuk, wybitna pisarka i laureatka Literackiej Nagrody Nobla, autorka m.in. monumentalnych „Ksiąg Jakubowych”, „Biegunów” oraz powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – o której opowiadała w „Urodzie Życia”. Emil Marat, „Uroda Życia”: Janina Duszejko z powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” jest bohaterką, jakiej jeszcze nie było w polskiej literaturze. Silnym głosem mówi o tym, co najważniejsze. Kim jest?  Olga Tokarczuk:  Duszejko częściowo została zbudowana na realnej postaci, ma cechy pożyczone od mojej sąsiadki, która będąc emerytowaną inżynierką architektką, porzuciła miasto i przeprowadziła się na wieś, żyła samotnie, bardzo blisko natury. Jej postać mnie zainspirowała. Jej historia walki z myśliwskim lobby była prawdziwa? Pomysł historii zrodził się na podstawie prawdziwych wydarzeń. Niestety. Jej psy, które giną, prawdopodobnie zostały zastrzelone przez myśliwych. Polowania, nieustanne utarczki z myśliwymi, którzy wchodzą na prywatny teren, w ogóle ich obecność i strzelanie do saren (z którymi ludzie się zaprzyjaźniają, bo te zwierzęta zimą podchodzą pod same domy), ambony strzelnicze porozstawiane na polach – cały ten pomysł i obrazy są bardzo zakorzenione w rzeczywistości. Lobby myśliwskie dzisiaj się rozpycha, liberalizuje się prawo do polowań, w gazetach widzimy zdjęcia „dywanu” z martwych lisów, czyli właśnie „pokot”… Książka powstała dobrych kilka lat temu,...

Czytaj dalej