Ofiary pedofili są zastraszane, a bogaci mogą wszystko
Syn królowej Elżbiety II, książę Andrzej i jego ofiara, 14-letnia Virginia Giuffre. 2001 rok. Fot.: materiały promocyjne

Ofiary pedofili są zastraszane, a bogaci mogą wszystko

Takie wnioski płyną z dwóch ważnych filmów dokumentalnych dotyczących pedofilii: „Nic się nie stało” wyreżyserowanego przez Sylwestra Latkowskiego dla TVP i „Jeffrey Epstein: Obrzydliwie bogaty” dostępnego na platformie Netflix.
Magdalena Żakowska
19.06.2020

W odstępie niespełna tygodnia światło dziennie ujrzały dwa wstrząsające dokumenty dotyczące pedofilii – „Nic się nie stało” w reżyserii Sylwestra Latkowskiego w TVP (20 maja) i „Jeffrey Epstein: Obrzydliwie bogaty” na platformie Netflix (27 maja). Co mówią nam o ofiarach i winnych, o Polsce i Ameryce, organach ścigania i sprawiedliwości?

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Pedofilia w Polsce

Dokument Latkowskiego dotyczy przestępstw na tle seksualnym, w tym pedofilii, które popełniane były na Pomorzu, przede wszystkim w Sopocie i Pucku, od 2006 roku. O sprawie stało się głośno w 2015 roku, po samobójczej śmierci 14-letniej Anaid, która była ofiarą gwałcicieli z klubu Zatoka Sztuki w Sopocie. Ale nie dlatego, że prokuratura wszczęła postępowanie, a policja z zapałem rzuciła się do śledztwa. Przeciwnie – zarówno prokuratura, jak i policja bardziej stawiały opór, niż dążyły do ujawnienia prawdy i oskarżenia winnych. Dopiero prywatne śledztwo mamy Anaid, którego wynikami podzieliła się z mediami, nagłośniło sprawę. Afera „Zatoki Świń”, opisana także w książce Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego, to seks z dziećmi, handel żywym towarem, stręczycielstwo, zastraszanie i szantażowanie dzieci oraz młodych kobiet. Chociaż wszystko wskazywało na to, że organy ścigania miały do czynienia z siatką pedofilską, zarzuty postawiono tylko dwóm osobom. 

Krystian W., pseudonim „Krystek”, wcześniej skazany już za gwałt na dziewczynce z ośrodka opiekuńczego, ma postawionych 65 zarzutów, z czego 40 dotyczą przestępstw seksualnych, a 5 jego ofiar nie miało jeszcze skończonych 15 lat. W zeszłym roku sąd uchylił mu areszt tymczasowy. 

Marcin Turczyński, pseudonim „Turek”, współwłaściciel Zatoki Sztuki, miał postawionych 5 zarzutów. Krystian W. miał mu przekazać 3 dziewczynki, za które „zapłacił mu” 200 zł od każdej. Jedna z nich nie miała jeszcze 14 lat. Prokuratura nie wystąpiła do sądu o areszt dla Marcina Turczyńskiego, wpłacił tylko 30 tys. zł poręczenia majątkowego, chociaż wiadomo było, że jego ofiary wycofują zeznania. Prawdopodobnie były zastraszane. 

Dopiero po emisji filmu Latkowskiego, po latach zwłoki i zaniedbań, prokuratura wzięła się na serio za aferę sopockiej siatki pedofilskiej. Minister Ziobro wyznaczył do tego specjalną grupę prokuratorów. Śledztwo trwa.  

Pedofilia w Ameryce

Bohaterem czteroodcinkowego dokumentu Netflixa jest milioner Jeffrey Epstein, który nie tylko wielokrotnie dopuścił się pedofilii, ale też stał na czele siatki pedofilów i handlarzy żywym towarem. Wśród jego najbliższych przyjaciół był syn królowej Elżbiety książę Andrzej, obecny prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump i były prezydent Bill Clinton. Chociaż Epstein popełnił samobójstwo w trakcie toczącego się w zeszłym roku procesu i nigdy nie dowiemy się pełnej prawdy, to z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że to właśnie wpływowi przyjaciele zapewniali mu przez lata bezkarność i przyczynili się do tragedii setek dzieci i kobiet.

Prokurator Acosta, który w 2008 roku w tajemnicy przed ofiarami Epsteina poszedł z nim na układ, dzięki któremu odzyskał wolność, w 2017 roku został mianowany przez Trumpa na stanowisko sekretarza pracy. Jego rezygnację wymusiła dopiero opinia publiczna, kiedy na fali #metoo ruszył nowy proces Epsteina. Czy Epstein popełnił samobójstwo, czy został zamordowany – tego też już prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy. Chociaż był jednym z najbardziej strzeżonych więźniów w Ameryce, kiedy popełniał samobójstwo, kamery w areszcie nie działały i nikt nic nie widział. Dziennikarz „The New York Times”, James B. Stewart przeprowadził jeden z ostatnich wywiadów z Epsteinem, na rok przed jego śmiercią. Chociaż rozmowa ta nigdy nie ujrzała światła dziennego ze względu na szacunek dla ofiar Epsteina, Stewart opisał to spotkanie. Milioner wielokrotnie sugerował mu, że wywinie się wymiarowi sprawiedliwości, bo ma wystarczająco wielu wpływowych znajomych i zdjęć, które mogłyby ich obciążyć.

I w przypadku Epsteina i pedofili z Zatoki Sztuki okazało się, że dzięki pieniądzom i wpływom, posługując się szantażem lub przekupstwem, można zrobić wszystko. Zatuszować nawet najgorsze przestępstwa popełniane latami.

Ofiary, celebryci i my

Jakie wnioski płyną z tych dwóch różnych, ale jednak bardzo podobnych dokumentów? Po pierwsze porozmawiajmy o ofiarach. W obu przypadkach były zastraszane przez swoich oprawców i poniżane publicznie. W Polsce ofiary pedofili z Zatoki Sztuki nazywane były w mediach „galeriankami”, pisano, że same prosiły się o nieszczęście. W Ameryce ofiary Epsteina nazywano „młodocianymi prostytutkami z patologicznych rodzin”. Tylko dlatego, że polował głównie na dzieci z biednych, pozbawionych wpływów rodzin. W obu wypadkach wymiar sprawiedliwości latami zawodził ofiary. Wystawiał je na szereg stresujących i podważających ich wiarygodność sytuacji. Ofiary pedofili z Zatoki Sztuki wolały zgłosić się do mamy nieżyjącej Anaid, niż na policję. Ofiary Epsteina próbowały wszystkiego, prosiły o pomoc nawet FBI. Wszyscy zawiedli. Ale czy tylko zawiedli? Kto i dlaczego, zarówno w Polsce, jak i USA, uciszał ofiary, zniechęcał je do składania zeznań, opóźniały śledztwa, uchylał areszty. Prokuratorów prowadzących te sprawy znamy z imion i nazwisk. Czy toczą się przeciwko nim jakieś postępowania? Nie, chociaż wiceminister sprawiedliwości zapowiedział wyciągnięcie konsekwencje. Trudno powiedzieć jednak, co to znaczy.

Można sobie tylko wyobrazić, co czują ofiary Epsteina i pedofili z Zatoki Sztuki widząc, jak bardzo ich oprawcy i współpracujący z nimi wpływowi przedstawiciele prawa są bezkarni. Chociaż obie siatki pedofili działały ponad 10 lat, a ich ofiarami były setki dzieci i kobiet, zaledwie garstka z nich odważyła się złożyć zeznania. Trauma, której doświadczyły, niszczy ich obecne życie. Próby samobójcze, depresja, zanik poczucia własnej wartości, zadawanie sobie bólu poprzez cięcie i samopodpalanie – to wspólne doświadczenia ofiar w Polsce i za oceanem. 

Po drugie porozmawiajmy o nas i o tym, jaka narracja towarzyszy opisywaniu tragedii ofiar. Wystarczy wrzucić odpowiednie hasła do internetu, żeby przekonać się, że nie bezkarność oprawców i zaniedbania wymiaru sprawiedliwości interesują nas najbardziej. To nie one budzą najwięcej emocji, nie wywołują społecznego gniewu. Najbardziej interesuje nas sensacja. Kto ich znał? Kto w tych „obleśnych” miejscach bywał? Kto z kim zrobił sobie zdjęcie? A potem szafowanie na oślep najgorszymi oskarżeniami. Celowo nie wymienię tu żadnych nazwisk, bo poza udziałem księcia Alberta w gwałtach na nieletnich ofiarach Epsteina (do dziś nie postawiono mu żadnych zarzutów) żadne twarde fakty w tych dokumentach nie padły. 

Po trzecie oni, celebryci. Przyznam, że do niedawna poddawałam w wątpliwość zarzuty o pedofilię kierowane pod adresem Woody Allena przez jego córkę Dylan. Ale kiedy dowiedziałam się z dokumentu Netfliksa, że Woody Allen obecny był na imprezie zorganizowanej przez Epsteina na dzień po tym, jak w wyniki haniebnej ugody prokuratora Acosty zwolniono go z więzienia, ostatecznie zwątpiłam w niewinność reżysera. Bawił się z pedofilem i świętował jego bezkarność w momencie, kiedy nie mógł już „nie wiedzieć” o ciążących na nim zarzutach. Mówimy o Woody Allenie, facecie, który codziennie do śniadania czyta „The New York Timesa”. 

Podobny problem mam z gwiazdami, które występowały w obronie Zatoki Sztuki w momencie, gdy prezydent Sopotu Jacek Karnowski otwarcie walczył już o zamknięcie tego miejsca. Nie dlatego, że nie lubił głośnej muzyki, tylko dlatego, że sprawa siatki pedofilskiej działającej w Zatoce Sztuki była już powszechnie znana. Dziś wszyscy twierdzą, że nie wiedzieli, że wspierają sztukę i stąd to nieporozumienie. Oni, aktorzy i aktorki, którzy na co dzień chętnie zajmują stanowisko w sprawach publicznych, interesują się polityką, czytają gazety. Nie twierdzę, że wszyscy są w zmowie, ale to jednak dość rozczarowujące, że gotowi są poprzeć każdą inicjatywę, jeśli tylko w nazwie zawiera słowo „sztuka”. Szczerze mówiąc, mocno podważa to w moich oczach ich wiarygodność także w innych sprawach, w których zajmują „stanowiska”. Tym bardziej że – raz w życiu – idąc przez plażę z Sopotu do Orłowa, weszłam do Zatoki Sztuki na kawę. I żadnej sztuki tam nie było. Z tego co wiem, nie było jej tam też w momencie, w którym fotografowali się tam celebryci.  

Wiele z ofiar Jeffreya Epsteina zdecydowało się wystąpić w dokumencie Netflixa. Opowiedziały o swoich traumach, a potem w atmosferze zwycięstwa wszystkie razem przybyły do sądu zeznawać przeciwko swojemu oprawcy. I chociaż Epstein popełnił samobójstwo jeszcze zanim zdążyły złożyć zeznania, sąd nie zawiesił sprawy i pozwolił im mówić. Wszystkie podkreślały później, jak ważny był dla nich ten gest sędziego. Dzięki temu czuły, że po raz pierwszy sprawiedliwości staje się zadość. 

Żadna z ofiar siatki pedofilskiej z Zatoki Sztuki nie zgodziła się wystąpić w dokumencie Sylwestra Latkowskiego. Zaledwie garstka z nich zgodziła się złożyć zeznania w sądzie. W Polsce ofiary pedofilii i przemocy seksualnej wciąż boją się upublicznić. I wcale im się nie dziwię. Mają wiele do zaryzykowania i żadnej pewności, że ich odwaga zostanie zauważona, a ich historia nie obróci się w kolejną sensację.  

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
homoseksualne dziecko
iStock

„Moje dziecko nie jest hetero” – rodzice na coming out swojego dziecka LGBT reagują żałobą

Dyskusja o osobach LGBT (lesbijkach, gejach, osobach biseksualnych i transpłciowych) wciąż nie prowadzi do większej tolerancji i akceptacji. Nieheteronormatywne osoby często boją się powiedzieć o swojej orientacji seksualnej własnym rodzicom – a rodzice na taką wiadomość często nie wiedzą, jak zareagować.
Anna Zych
17.06.2020

Szok, niedowierzanie. Rodzice osób LGBT często mówią, że podczas coming outu swojego dziecka czuli się tak, jakby nastąpił koniec świata, jakby spotkała ich jakaś kara. Złoszczą się, zamykają w sobie, zaprzeczają. Nie zdają sobie sprawy, że syn czy córka nie obudzili się pewnego dnia z takimi słowami na ustach: „Jestem gejem”, „Jestem lesbijką”. Oni przeszli wiele trudnych chwil, załamań, czuli się inni. Z terapeutką Paulą Chmielewską rozmawia Anna Zych. Anna Zych: „Mamo, tato, muszę wam coś powiedzieć…” I rodzic słyszy, że jego dziecko jest homoseksualne. Co teraz?  Paula Chmielewska: Gdy dziecko ujawnia nieheteronormatywną tożsamość, w rodzicu przelewają się różne emocje. Pierwszymi reakcjami najczęściej są złość, niedowierzanie, szok, potem smutek, żal, nawet żałoba.  Żałoba? Brzmi strasznie. Tak. Rodzic nagle dowiaduje się, że w ogóle nie zna swojego dziecka. Zdarza się oczywiście, że coś podejrzewał, widział, że syn czy córka odróżniają się od rówieśników, ale mimo wszystko ta informacja zaskakuje, bo najczęściej sygnały były bagatelizowane. Mogą pojawić się wyrzuty sumienia, poszukiwanie winy w sobie. Rodzic zaczyna analizować sposób wychowania dziecka, postępowania z nim. I zastanawia się, gdzie popełnił błąd? Tak. W przestrzeni publicznej funkcjonuje dużo stereotypów na temat tego, skąd bierze się orientacja inna niż heteroseksualna. Jest dużo teorii zupełnie nieprawdziwych, np. że przyczyną mógł być nieobecny ojciec czy nadopiekuńcza mama. A to nie ma wpływu na tożsamość dziecka, ona warunkowana jest biologicznie. Czyli nie da się dziecku zaszczepić homoseksualności czy transpłciowości. Albo w drugą stronę: nie da się zaszczepić heteroseksualności.  Bycie LGBT to nie...

Czytaj dalej
15 najlepszych książek dla kobiet
Adobe Stock

15 ważnych historii napisanych przez kobiety – książki, o jakich nigdy nie zapomnimy

Od „Ani z Zielonego Wzgórza” po „Brzemię” Agaty Christie albo powieści Zadie Smith.
Marta Strzelecka
17.06.2020

Są książki, o jakich nigdy nie zapomnimy. Te, które sprawiły, że poczułyśmy się bardziej odważne, nie tak zagubione jak zwykle albo nie tak bardzo zwyczajne, przewidywalne jak na co dzień. Każda z nas wymieniłaby co najmniej kilkanaście tytułów opisujących nas, bliskie nam kobiety, wpisujących się w nasze rozmowy. I chociaż niemodnie jest być może wymieniać na takiej liście inne autorki niż Elena Ferrante czy Margaret Atwood, my to robimy, bo nie chodzi o modę. To jest zupełnie subiektywny zestaw. Poszukajcie w nim swoich historii. I stwórzcie własne listy niezapomnianych ważnych książek. 1. „Lato”, Tove Jansson Każdego lata ta niewielka książka wraca do mojej podręcznej biblioteki. Rodzaj dziennika z pobytu wnuczki z babcią na tajemniczej szwedzkiej wyspie. A życie na wyspie z kimś, kto doskonale cię rozumie, w okolicznościach jak z baśni, jest przecież spełnieniem marzenia o niekończących się wakacjach. Ta rzeczywistość wydaje się odrealniona, a jednocześnie dostępna, bo nikt nie opisuje promieni słońca czy dźwięku deszczu na tak wiele zaskakujących sposobów jak Jansson. Nikt nie odkrywa świata tak jak ona – i kiedy pisze o kobietach w różnym wieku, i kiedy pisze o Muminkach. „Lato”, Tove Jansson, tłum. Zygmunt Łanowski, Marginesy 2. „Matki”, Brit Bennett Małe miasteczko, społeczność, w której plotki rozchodzą się błyskawicznie, nadzieja na lepsze życie, licealna miłość. Każdy z tych elementów buduje początek opowieści. Ale najważniejszy okazuje się koniec niewinności. Przyjaźń dziewczyn, brak sekretów przestają być najważniejsze, kiedy okazuje się, że jedna z nich jest w ciąży – za wcześnie, zupełnie wbrew planowi, żeby zbudować swoje życie bez zdecydowanych kompromisów. To historia o pierwszych poważnych decyzjach,...

Czytaj dalej
Tha Last Dance Netflix Michael Jordan Air Jordan 1 aukcja sneakersy
mat. prasowe Netflix, Instagram @shoezeum

Krótka historia sneakersów z „The Last Dance” w tle

Para butów Nike Air Jordan 1, zaprojektowana w 1985 roku specjalnie dla Michaela Jordana została sprzedana niedawno za astronomiczną cenę. Kto płaci pół miliona dolarów za buty i dlaczego?
Zuzanna Szustakiewicz
17.06.2020

Ostatnio z kim bym nie rozmawiała to prędzej czy później rozmowa zahacza o dokumentalny serial o Michaelu Jordanie. Nie ukrywam, że także u mnie w domu parę osób zarwało parę nocy, by obejrzeć 10 emocjonujących odcinków „The Last Dance” . Wszystko z sentymentu i tęsknoty za początkiem lat 90. kiedy jako dzieciaki zarywaliśmy noce, by oglądać rozgrywki NBA.   Efekt „The Last Dance”   Serial stacji ESPN, który można oglądać na platformie Netflix, jest niekwestionowanym hitem, także wśród ludzi z branży mody. Ostatnio przeczytałam u Jo Ellison — redaktor naczelnej „How To Spend It” life-stylowego dodatku Financial Times, że gdyby Phil Jackson (legendarny trener Chicago Bulls ) obudził ją w środku nocy i kazał skakać, zapytałaby tylko „How high?”, czyli „jak wysoko?”. Ciekawe czy Jo wydałaby pół miliona dolarów na buty Michaela... Za 560 tys. dolarów miesiąc temu ktoś kupił buty Nike Air Jordan 1 z 1985 roku. Buty to model z pierwszej linii, którą Nike stworzył dla Michaela Jordana, zapoczątkowując tym samym współpracę między marką a legendą NBA. Co ciekawe model ten został zakazany przez NBA w oficjalnych rozgrywkach, ale wszedł do masowej produkcji i tylko w pierwszym roku przyniósł firmie 126 milionów dolarów zysku — wyznał w dokumencie legendarny koszykarz.   Kariera sneakersów na wybiegach Brahm Wachter, dyrektor e-commerce domu akcyjnego Sotheby’s, który przeprowadził aukcje butów, powiedział, że ten model ma szczególne znaczenie dla wszystkich fanów sneakersów oraz kolekcjonerów. „Model Air Jordan 1 zapoczątkował szał na sneakersy jaki panuje na świcie do dziś” - dodał Wachter. Skąd w ogóle wzięły się...

Czytaj dalej