Serial „Normalni ludzie” jest już na HBO Go. Książka podbiła serca tysięcy
Mat. prasowe HBO

Serial „Normalni ludzie” jest już na HBO Go. Książka podbiła serca tysięcy

„Normalni ludzie” to bestsellerowa książka autorstwa Sally Rooney. Teraz losy jej bohaterów zostały przeniesione do świata serialu. „Normalnych ludzi” można już zobaczyć na platformie HBO Go.
Kamila Geodecka
03.12.2020

„Normalni ludzie” podbili serca czytelników na całym świecie. W samych Stanach Zjednoczonych sprzedano aż 64 tys. egzemplarzy – i to tylko przez pierwsze 4 miesiące po premierze. Powieść była nominowana też do Nagrody Bookera (najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Wielkiej Brytanii), a „The Guardian” wpisał ją na listę „100 najważniejszych książek XXI wieku”. "Normalnych ludzi" okrzyknięto książką roku. 

Teraz historię miłosną Marianne i Cornella możemy obejrzeć także w serialu dostępnym na platformie HBO Go.

Czytaj także: Świąteczne filmy, które zobaczysz na Netfliksie i HBO Go

Odetchnij, pokochaj, usłysz siebie. Życzenia na święta i 2021 rok od „Urody Życia”

„Normalni ludzie”. Tacy, jak my

Serial dość wiernie odzwierciedla historię głównych bohaterów książki „Normalni ludzie”. Są nimi młodzi dorośli, którzy pochodzą z dwóch klas społecznych i z czasem zakochują się w sobie. Mogłoby się wydawać, że taką historię czytaliśmy już wielokrotnie, od XIX wieku począwszy, ale zarówno książka, jak i serial potrafią zahipnotyzować odbiorcę. Dlaczego?

Bo w opowiedzianej historii widzimy prawdę. Skomplikowaną historię ludzi, którzy są już dorośli, ale jeszcze bardzo młodzi. Uczą się na błędach i wciąż poszukują własnych tożsamości, a dorastanie w XXI wieku nie ułatwia im tego zadania. Dodatkowo w tym wypadku możemy zaobserwować, w jaki sposób to bycie w klasie wyższej  może utrudnić życie i powodować problemy.

To także historia o miłości, która jest pełna uczuć, emocji i namiętności, ale jednocześni mamy wrażenie, że główni bohaterowie zupełnie nie potrafią z nią sobie poradzić. Potykają się w tej relacji na każdym kroku, a jednocześnie nie potrafią z niej zrezygnować. Nie jest to jednak przypadek klasycznej toksycznej relacji. Sally Rooney w bardzo subtelny i nienachalny sposób pokazuje związek, w którym dwoje ludzi pomaga sobie nawzajem, nawzajem ze sobą jest. I to bycie razem jest chyba dla nich najważniejsze.

Czytaj także: Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

„Normalni ludzie” – serial

Za produkcję serialu odpowiedzialna jest brytyjska telewizja BBC oraz platforma Hulu. Reżyserią zajęli się Lenny Abtahamson, znany z nominowanego do Oscara filmu „Pokój”, oraz reżyserka Hettie Macdonald. Autorka książki, Sally Rooney, także brała udział w powstawaniu produkcji. Była jedną ze współscenarzystek. W rolach głównych wystąpili Daisy Edgar-Jones i Paul Mescal.

Brytyjska widownia mogła już w kwietniu obejrzeć 12-odcinkowy serial. Produkcja okazała się sukcesem. W większości zebrała pozytywne recenzje krytyków, a także została nominowana do nagrody Emmy. Serial chwalony jest za dobrą grę aktorską, dobraną muzykę oraz umiejętność pokazania prawdziwych i skomplikowanych emocji.

Zwraca się również uwagę na fakt, że w „Normalnych ludziach” kwestię seksu potraktowano naprawdę poważnie. Nie tylko przedstawiono sceny, w których kochankowie traktują intymne zbliżenia z wzajemną wyrozumiałością, ale także postarano się,  by na ekranie nie było nierówności względem męskiego i kobiecego ciała. Przez wiele dekad w scenach, w których dochodziło do zbliżenia cielesnego, większość czasu widz mógł patrzeć na ciało kobiety. Twórcy tego serialu postanowili odejść od tego i z pełną odpowiedzialnością podjeść do tematu pokazywania ciała. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
kobieta siedzi w oknie
Adobe Stock

Świat wewnętrzny – to ty decydujesz, jakie emocje chcesz odczuwać

Wszystko, co robimy a, zwłaszcza jak to robimy, płynie albo z miłości, albo z lęku – mówi terapeutka Joanna Godecka.
Aleksandra Nowakowska
21.04.2020

Kiedy mniej mamy kontaktów z innymi, bliżej nam do siebie. Specjaliści od rozwoju osobistego mówią, że to idealny czas, żeby spotkać się ze sobą. Poczuć trudne emocje, żeby je uwolnić i transformować. Ale to wcale nie musi być łatwe w obecnych warunkach. Jak sobie pomóc? Skup się na własnych emocjach Aleksandra Nowakowska: Podczas pandemii i izolacji społecznej pojawiają się emocje, których zazwyczaj nie witamy chętnie. Należą do nich między innymi smutek, bezradność, rozczarowanie, nieufność. Sprawiają, że życie traci blask, a my – kiedy je czujemy – zwykle desperacko szukamy sposobu, by poczuć się lepiej. Przed pandemią łatwiej nam było odwrócić od nich uwagę różnymi aktywnościami i kontaktami z innymi. Podczas izolacji społecznej trochę nie ma gdzie przed nimi uciec. Z drugiej strony nie mamy bodźców, żeby szybciej wzbudzić w sobie radość, podekscytowanie, wdzięczność, ufność, wesołość, satysfakcję, czułość. Być może tęsknimy do tych chwil, kiedy czuliśmy się wspaniale i chcieliśmy dzielić się dobrym nastrojem z całym światem. Obecnie może być ich mniej, ale teraz możemy się przekonać, że to, jak się czujemy naprawdę zależy tylko od nas, a nie od okoliczności.   Teoretycznie mamy władzę nad swoimi emocjami. Możemy wybierać, co czujemy. Tak, to my zawsze wybieramy, chociaż najczęściej nieświadomie. Zauważmy, że choć najrozmaitszych odcieni uczuć jest bardzo wiele, wszystkie mają dwa główne źródła. Te, z którymi jest nam dobrze, wypływają z szeroko pojętej miłości. Kiedy odczuwamy radość czy wdzięczność, poddajemy się swobodnemu przepływowi energii, możemy nawet odczuwać błogie przepełnienie miłością do siebie, innych, świata. Natomiast te uczucia, z którymi nie czujemy się komfortowo, mają swoje źródło w lęku,...

Czytaj dalej
kobieta gra na pianinie
Adobe Stock

Otwarcie okazujesz emocje? Prawdopodobnie jesteś bardziej kreatywna

Powszechnie wiadomo, że emocjonalność nierozerwalnie łączy się z twórczością. Teraz są na to dowody naukowe.
Aleksandra Nowakowska
16.04.2020

Najnowsze wyniki badań dowodzą, że obwody neuronowe związane z kreatywnością pracują na najwyższych obrotach, jeśli wyrażamy swoje emocje. Okazuje się, że najbardziej twórczy jesteśmy, gdy czujemy... smutek.  Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego przeskanowali mózgi pianistów jazzowych. Odkryli, że zjawiska kreatywności nie można wyjaśnić, sprawdzając tylko, które obszary mózgu aktywują się podczas twórczych zajęć. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Największe znaczenie dla pracy artystów mają uczucia, a dokładniej ich okazywanie. I to od nich podczas badań należało wyjść, twierdzą kalifornijscy badacze. Okazuje się, że te same obszary mózgu odpowiadają i za ekspresję emocjonalną, i za akty twórcze. Badacze, którzy swoimi wnioskami podzielili się w czasopiśmie Scientific Reports, tłumaczą, że są różne stopnie i rodzaje stanów twórczych, i ściśle wiążą się one z emocjami. Od nich zależy, które sieci neuronów się pobudzą, wpływając na jakość naszej kreatywności. Przyjemny smutek Wcześniej na tym samym uniwersytecie zbadano artystów, którzy rapowali w stylu dowolnym oraz rysowali karykatury – te zajęcia wymagają dużego zaangażowania tu i teraz, dzieła bowiem powstają na bieżąco. Okazało się, że właśnie one skutecznie wyłączają obszar kory przedczołowej, która bierze udział w planowaniu zadań i kontrolowaniu uczuć oraz zachowań. Wyłączenie tej części mózgu uwalnia u artystów twórcze impulsy. W najnowszym badaniu naukowcy odkryli, że kora przedczołowa wyłącza się bardziej, jeśli okazujemy emocje. Kiedy pianiści jazzowi grali, improwizując w celu przekazania pozytywnych uczuć, jej aktywność znacznie spadła, a w mózgu uruchomił się system nagradzania. Poczuli przyjemność ze...

Czytaj dalej
Mat.prasowe

„The Crown” bije rekordy popularności. Oto czego możecie nie wiedzieć o serialu Netfliksa

Za nami cztery sezony serialu Netfliksa „The Crown”. Sprawdźcie, jakie tajemnice kryje brytyjska superprodukcja.
Sylwia Arlak
24.11.2020

Opowiadający o brytyjskiej rodzinie królewskiej serial „The Crown” powrócił w listopadzie na platformę Netflix z czwartym (i jak do tej pory najbardziej emocjonującym) sezonem. Twórcy zaserwowali nam to, na co czekałyśmy najbardziej — historię księżnej Diany oraz premier Margaret Thatcher. Dzisiaj „zaglądamy” za kulisy „The Crown”. Oto czego mogłyście nie wiedzieć o superprodukcji: „The Crown” najdroższym serialem biograficznym w historii Tylko dwa pierwsze sezony „The Crown” kosztowały 130 milionów dolarów. Dopracowany w najmniejszym szczególe jest nie tylko najdroższym serialem Netfliksa, ale też najdroższym serialem biograficznym w historii! Widzowie serialu są starsi i zamożniejsi niż widzowie innych seriali Netfliksa Nielsen Media Research przeprowadziło w 2017 roku badanie dotyczące seriali Netfliksa. Wynika z niego, że 50 proc. widzów serialu ma ponad 50 lat (średnia wieku widzów platformy to 35), a 40 proc. widzów pochodzi z zamożnych rodzin (ich dochody przekraczają 100 tys. dolarów rocznie). Odgrywanie roli księżnej Diany było dla Emmy Corrin „przerażające” W wywiadzie dla magazynu „Glass” aktorka Emma Corrin opowiedziała o swoich wrażeniach z planu. „Wcielając się w księżną Dianę, musiałam wyłączyć wiele myśli w mojej głowie. Mówiły mi: »to jest ogromna rzecz. To przecież księżna, jak zamierzasz to zrobić? Co ludzie pomyślą?«. To było przerażające i nie sprzyjało dobrej pracy”. Czytaj też:   Emma Corrin to wykapana księżna Diana. Co wiemy o młodej aktorce z serialu „The Crown”? Twórca serialu chciał opowiedzieć o bulimii księżnej „Gdybyśmy tego nie zrobili, nie pokazalibyśmy złożoności charakteru byłej księżnej...

Czytaj dalej
East News

Przyjaciele. 8 rzeczy, które mogą zaskoczyć nawet największych fanów serialu

Choć serial „Przyjaciele” świętował niedawno 25. urodziny, jego popularność nie maleje. Są jednak tajemnice, których nie znają nawet najwierniejsi fani serialu.
Sylwia Arlak
30.11.2020

Nikt nie przypuszczał, że opowieść o szóstce przyjaciół z Manhattanu zdobędzie taką popularność. 25 lat po emisji pierwszego odcinka serialu wciąż wracamy do historii Rachel, Moniki, Phoebe, Rossa, Chandlera i Joey’ego i z przejęciem śledzimy wszystkie zakulisowe opowieści. Oto osiem rzeczy, których mogłyście nie wiedzieć o „Przyjaciołach”. Zdjęcia nie powstawały na Manhattanie Niemal cały serial powstał w studiu Warner Bros w Burbank w stanie Kalifornia. To tam stworzono fontannę, w której przyjaciele chlapią się w czołówce, tam stanęło mieszkanie Moniki i słynna kawiarnia Central Perk. Kręcono tam nawet odcinki, w których bohaterowie udają się do kasyna w Los Angeles. W autentycznych lokalizacjach powstawały tylko zdjęcia do odcinków związanych z londyńskim ślubem Rossa i Emily. Powód, dla którego mieszkanie Moniki jest takie duże Fani serialu dziwili się, jak to możliwe, że Monikę (która w początkowych odcinkach nie osiągała wielkich zawodowych sukcesów, dopiero z biegiem czasu została szefową restauracji) stać na wielkie mieszkanie na Manhattanie. Twórcy przyznali, że chodziło o to, aby ekipa mogła wygodnie rozmieścić kamery, reflektory i sześcioro aktorów. Jennifer Aniston nienawidziła swojej fryzury Kobiety na całym świecie chciały wyglądać jak Rachel, a przede wszystkim mieć taką fryzurę jak serialowa bohaterka. Ale Jennifer Aniston szczerze nienawidziła swoich włosów w pierwszych sezonach. „To była chyba najbrzydsza fryzura, jaką kiedykolwiek widziałam” — powiedziała magazynowi „Allure” w 2011 roku. Czytaj też:  Kate Winslet i Leonardo DiCaprio – przyjaźń na wieki wieków! Courteney Cox to wykapana Monica Courteney Cox odrzuciła propozycję wcielenia się w postać Rachel....

Czytaj dalej