Nocne czuwanie: Magda Hueckel i Tomasz Śliwiński o życiu z synkiem chorym na klątwę Ondyny
Fot. Magda Hueckel

Nocne czuwanie: Magda Hueckel i Tomasz Śliwiński o życiu z synkiem chorym na klątwę Ondyny

Historię Magdy Hueckel, Tomasza Śliwińskiego i ich synka chorującego na klątwę Ondyny poznały przed laty miliony ludzi. Teraz Leo ma dziewięć lat. I uczy się brać z życia to, co najlepsze.
Anna Zaleska
09.11.2020

Film w reżyserii Tomasza Śliwińskiego „Nasza klątwa” był w 2015 roku nominowany do Oscara, zdobył też kilkadziesiąt nagród na całym świecie. Młodzi rodzice w bardzo osobisty sposób opowiadali w nim o życiu z dzieckiem, które każdej nocy może umrzeć. Zespół centralnej hipowentylacji, zwany klątwą Ondyny, polega na tym, że w czasie snu chory przestaje oddychać, dlatego gdy zasypia, musi być natychmiast podłączany do respiratora. Lekarze mówili, że Leo nie ma szans na normalne życie.

Anna Zaleska: W pierwszym roku usłyszeli państwo wiele słów, które brzmiały jak wyrok: że Leo nigdy nie będzie sprawny ani fizycznie, ani intelektualnie, że nie będzie mówił, że nie dojdzie dalej niż na balkon…

Magda Hueckel: Dziś wspominam te słowa, bo w czasie kwarantanny wszyscy wychodzimy najdalej na balkon. (śmiech) Ale jeden z lekarzy powiedział dosłownie: „Padł na państwa wyrok”. To zdanie jest karygodne! Lekarze nie powinni używać takich słów. Nie jestem zwolenniczką kolorowania rzeczywistości, ale najtrudniejsza prawda powiedziana delikatnie i z wyczuciem jest łatwiejsza do przyswojenia. Usłyszeliśmy też: „Jedno z państwa, najprawdopodobniej mama, będzie musiało zrezygnować z życia towarzyskiego”. Mnie to strasznie ubodło i zbulwersowało. Jakim prawem ktoś decyduje za mnie, jak będzie wyglądało moje życie i kto z nas będzie musiał coś poświęcić?

„Nasza klątwa” kończyła się chwytającymi za serce, wzruszającymi zdjęciami radosnego, szczęśliwego dziecka i jego szczęśliwych, zakochanych w sobie rodziców…

Tomasz Śliwiński: To była nasza projekcja na przyszłość, wizja tego, jak byśmy chcieli, by nasze życie z Leosiem wyglądało.

Magda: Pamiętam taki moment – dla mnie niesamowity – gdy uwierzyłam, że będzie okej: byliśmy w Zakopanem, Leo miał dwa i pół roku, wjechaliśmy na Kasprowy. Z naszym dzieckiem z tracheotomią znaleźliśmy się w wysokich górach totalnie zasypanych śniegiem. Przepięknie tam było. Wtedy poczułam, że będziemy szli tą naszą niestandardową drogą i że wiele zależy od nas.

Pierwsze lata to czas, gdy rodzice bardzo przeżywają „pierwsze razy”: pierwsze słowo, samodzielnie postawiony krok, pierwszy dzień w przedszkolu… Jak to wyglądało w przypadku państwa synka?

Magda: Jest taka książka „Pierwszy rok życia dziecka”, w której opisano, co kiedy mały człowiek powinien robić. My szybko zdaliśmy sobie sprawę, że rozwój Leosia jest niestandardowy. Często tego, co „powinien” robić, nie robił, bo jego rozwój fizyczny był opóźniony, natomiast dużo wcześniej rysował, pisał i czytał, wyprzedzając rówieśników o lata świetlne. Miał fantastyczną logopedkę, która uznała, że to inteligentny dzieciak i warto z nim zacząć naukę czytania. Dla Leosia, który miał problemy z mówieniem, stało się to świetną formą komunikacji, uwolniło go od wielu blokad. W wieku czterech lat płynnie czytał. Teraz budzi się codziennie o szóstej rano i sięga po książkę, ma dużą bibliotekę przy łóżku. Odkąd zaczęła się kwarantanna, przeczytał cztery grube tomy.

Tomasz: Dla nas zawsze wielkim świętem były te wszystkie oznaki normalności, których inni nawet nie zauważają. Że on nagle coś robi, kąpie się w jeziorze, pływa z nami w kajaku, leci samolotem…

Leo ma teraz dziewięć lat, chodzi do szkoły, jeździ z państwem na dalekie wyprawy. Jak traktuje swoją chorobę? W jaki sposób o tym rozmawiacie?

Tomasz: Wchodzimy w trudny okres. Leo robi się coraz starszy, coraz bardziej świadomy swoich ograniczeń. Widzi, co mogą robić jego rówieśnicy, a on nie może. Gdy dzieci jechały na zieloną szkołę, Leoś też pojechał, bo bardzo mu na tym zależało, ale ja byłem tam razem z nim. Wynająłem mieszkanie obok i na każdą noc zabierałem go do siebie.

Magda: Albo dzieci umawiają się na nocowanie, a Leo nie może.

Tomasz: Gdy byliśmy trzy lata temu na Wyspach Zielonego Przylądka…

Magda: To było niesamowite! Jechaliśmy autobusem pełnym miejscowych, po całym dniu trekkingu. Zachodziło słońce, wokół rosły palmy i wtedy Leoś mnie zapytał, co będzie, jeśli zaśnie bez podłączenia do sprzętu. Tak jakby potrzebował oddalić się od codziennej rzeczywistości, żeby zadać to pytanie…

Tomasz: Staramy się mówić, że to jedno z ograniczeń, które ma, i że każdy ma ograniczenia czy niepełnosprawności.

Magda: Ale to, że ja muszę nosić okulary, a on musi zakładać do snu respirator, przestało wystarczać. Leo już rozumie, że to sprawy innego kalibru.

Tomasz: Widzi też brata, który nie wymaga takiego sprzętu. I pyta: „Dlaczego ja się muszę podłączać, a Teoś nie?”.

Magda: Ostatnio była taka sytuacja: wchodzę do pokoju, a Leo leży na podłodze, ma zamknięte oczy, jakby spał. Zamarłam przez chwilę. Nagle Teoś biegnie z klockiem przyciśniętym do ucha i krzyczy: „Halo, halo, Leo zasnął i nie żyje, Leo zasnął i nie żyje!”… Na to Leo podnosi się z podłogi i mówi: „Jestem zombie, jestem zombie”. Oni oswajają chorobę, wprowadzając ją do zabawy. Dla mnie jednak było to wstrząsające… Jeszcze Teoś, że on już tyle rozumie…

Decydując się na drugie dziecko, miała pani przeczucie, że tym razem wszystko będzie dobrze, czy były obawy?

Magda: Byłam jedną wielką obawą. Niby wszystko wskazywało na to, że ta mutacja genów u Leosia jest spontaniczna, że my nie byliśmy nosicielami, ale tego nigdy do końca nie wiadomo. Zwlekaliśmy więc długo, pewnie dłużej, niż gdyby pierwsze dziecko było zdrowe. W międzyczasie zdiagnozowano u mnie nowotwór złośliwy piersi, w ciąży przeszłam operację.

Gdy pani usłyszała diagnozę: nowotwór złośliwy…

Magda: Pomyślałam: o ja pierdolę! To niemożliwe! Ale jak się pewne rzeczy przejdzie, to już wszystko jest możliwe. Ani przez chwilę nie myślałam, że to pomyłka.

„6 lipca 2016 rok, Leo bez tracheo” – tak zatytułowała pani wpis na LeoBlogu. Przez wiele lat Leo miał dziurę w szyi, do której była podłączona rurka. Teraz już nie była potrzebna. To musiał być dla państwa wspaniały dzień.

Magda: My na to czekaliśmy, byliśmy bardzo przejęci, tymczasem przyszła pielęgniarka, wyjęła rurę z szyi, zakleiła dziurę plastrem. A my: jak to, już?

Tomasz: Ale to był sam koniec bardzo długiego i trudnego procesu. Wcześniej Leo przeszedł operację wszczepienia stymulatora nerwu przepony i dzięki temu możliwe było pozbycie się tracheotomii. Gdy nie musiał już nosić rurki wokół szyi, niesłychanie się zmienił. Wcześniej każdy patrzył na niego jak na osobę chorą. „Jaki ty jesteś biedny, co ty tu masz…” Teraz w ciągu dwóch tygodni nabrał pewności siebie.

Leo mówi kolegom o swojej chorobie?

Magda: Ostatnio była u niego koleżanka i zapytała go, czy to prawda, że ma maszynę do oddychania i czy mógłby jej pokazać. No i sobie oglądali. Gdy ktoś pyta, to o tym mówi i pokazuje. Nie wstydzi się, bo my to traktujemy normalnie, nie robimy z choroby tajemnicy i problemu. Po prostu jest jak jest.

Tabu związane z chorobą to jeden z tematów państwa nowego filmu „Ondyna”. Jego bohater ma 22 lata i cierpi na klątwę Ondyny. Ten film to wyraz państwa obaw dotyczących przyszłości?

Tomasz: Naszych lęków, naszych doświadczeń, ale też doświadczeń innych chorych. Pierwowzorem głównego bohatera jest dziewczyna, którą poznaliśmy, gdy miała 25 lat. Ona trzymała swoją chorobę w tajemnicy, powiedziała tylko przyjaciółce. Chodziła na imprezy, ale szybko uciekała, nie mówiąc dlaczego. Spała w jednym łóżku ze swoją matką, żeby jej pilnowała podczas snu. Spotkaliśmy się z nią, gdy Leoś miał rok. To nas uruchomiło do myślenia, jak wygląda życie osoby z klątwą Ondyny, gdy już jest dorosła.

Magda: Ja w ogóle uważam – i nie mam tu na myśli wyłącznie choroby – że robienie z trudnych tematów tabu, trzymanie ich w sekrecie jest bardzo niedobre. Wszelkie tego rodzaju tajemnice ograniczają i zniewalają.

Tomasz: Człowiek wpada w pułapkę, bo tę tajemnicę się obudowuje, a potem trudno się z tego wyrwać.

Magda: Po prostu żyje się w kłamstwie.

Tomasz: Rozmawiałem z nastolatkami i dwudziestoparolatkami ze Stanów. To dużo bardziej otwarte społeczeństwo, ale nawet tam młodzi ludzie wstydzą się mówić, że są chorzy. Najbliższe osoby wiedzą, ale jeśli poznaje się kogoś nowego, zakochuje się w kimś, pojawia się dylemat, kiedy o tym powiedzieć. Od razu? Jeśli nie, to po jakim czasie? A może to nie jest „ta osoba”, więc nie warto mówić? Ktoś mi opowiadał, że zaczął traktować to jako test na prawdziwość relacji. Jeśli jednak nie powie się na początku, potem może być coraz trudniej. Jest dobrze, więc po co to psuć? Ta druga osoba może przecież nie zaakceptować mojej choroby. Nasz bohater jest właśnie w takiej chwili. Spotyka się z dziewczyną i czeka na odpowiedni moment, bojąc się, że jak wyzna prawdę, straci to, co jest. Magię, która się między nimi dzieje.

Matka chorego chłopaka zadaje jego dziewczynie pytanie: „Czy jesteś gotowa żyć w ciągłym strachu?”. To jest najważniejsze pytanie?

Magda: Najważniejsza jest odpowiedzialność. I gotowość do życia w ciągłym wyrzeczeniu. Bo jedna rzecz to zaakceptować, że ktoś jest chory. Ale druga – przyjąć do wiadomości, że życie z osobą chorą czy niepełnosprawną wiąże się z całą masą wyrzeczeń. Wielu rzeczy nie da się zrobić razem, wiele rzeczy trzeba robić za drugą osobę, być gotowym do pomocy. W naszym przypadku to jest między innymi bezustanne wstawanie w nocy i czuwanie. Nie możemy oddać Leosia komuś pod opiekę, on wymaga specjalistycznej obsługi.

Życie z osobą chorą oznacza towarzyszenie jej w ograniczeniach i w peregrynacji po różnych przystankach służby zdrowia. Często nie można gdzieś pójść, czegoś zrobić, gdzieś pojechać. Ten wachlarz jest nieskończenie szeroki i zależy od stopnia niepełnosprawności. A gdy pojawia się konieczność wyrzeczeń, poświęceń, wtedy zaczynają się problemy. Generalnie wszystko jest piękne i proste, gdy mówimy o tym w teorii, natomiast gdy dochodzi do sytuacji, w której trzeba z czegoś swojego zrezygnować, pomóc drugiej osobie, przestaje to być oczywiste.

Matka w filmie „Ondyna” całe życie poświęca synowi, nie zostawia dla siebie żadnej przestrzeni.

Magda: Ja nie chciałam, żeby nasz syn miał sfrustrowanych rodziców. Dla mnie ważne jest, by mieć odskocznię i by życie stało na różnych filarach, nie tylko na relacjach z dzieckiem. Ale my mamy to szczęście, że pracujemy w wolnych zawodach, możemy się wymieniać. Leo ma codziennie rehabilitację, bywają tygodnie, że pięć razy jesteśmy u różnych lekarzy, bo oprócz klątwy Ondyny ma też wszczepiony rozrusznik serca, wadę wzroku, wiotkość tchawicy, stereotypię, obniżone napięcie mięśniowe i inne jeszcze problemy.

Nie każdy, mając chore dziecko, może w życiu znaleźć jakąś przestrzeń dla siebie. 70 procent ojców dzieci niepełnosprawnych odchodzi i zostawia matki same, więc kobieta często nie ma wyboru, cały ten bagaż spoczywa na jej plecach. Nieustanna praca, ciągłe wyrzeczenia, ciągłe zmagania…

Powiedziała pani kiedyś: „Dużo małżeństw się rozpada, my się scementowaliśmy”.

Magda: Jak ludzie są zmęczeni, to zaczynają walczyć ze sobą.

Tomasz: Wszelkie krańcowe doświadczenia to test, na ile dwoje ludzi jest w stanie koegzystować i stawić czoło problemom.

Magda: Źródłem konfliktów bywają też różnice w podejściu do choroby. Można choremu pozwalać na więcej albo mniej.

Korzystaliście z pomocy psychoterapeutów?

Tomasz: Kamera, którą przed sobą stawialiśmy, była naszym terapeutą.

Magda: Gdy Leoś po urodzeniu przez cztery miesiące był na OIOM-ie, mobilizowało nas to, że jest coś poza rzeczywistością choroby i poza szpitalem. To od początku było ważne. Zdarzało nam się, że o dwudziestej drugiej wychodziliśmy ze szpitala i szliśmy do kina. Wiedzieliśmy, że musimy żyć jak najnormalniej i nie rezygnować z tego, co lubimy. Na początku to było trudne: filmy, które oglądaliśmy, w ogóle nas nie obchodziły. Pojechaliśmy nawet na jakiś koncert, zostawiając Leosia w szpitalu pod opieką dziadków. Moja mama i mój tata sprawiali, że dziecko czuło się zaopiekowane, a my następnego dnia wracaliśmy trochę bardziej wypoczęci i z większą siłą.

W pierwszych miesiącach postanowiliśmy, że będziemy starali się w ten sposób funkcjonować. Przy pomocy innych osób, co jest też bardzo ważne. Z czasem nauczyliśmy się przez tę sytuację wyciskać z życia to, co najlepsze.

Wasze rodzinne podróże robią wrażenie. To naprawdę ekstremalne wyprawy.

Tomasz: Dużo podróżowaliśmy przed urodzeniem Leosia, to był sens życia.

Magda: Każdy wolny czas i wszystkie pieniądze przeznaczaliśmy na to, żeby jeździć i poznawać świat.

Tomasz: I obiecaliśmy sobie, że gdy będziemy mieć dziecko, to też będziemy z nim podróżować.

Magda: Mieliśmy plan, że gdy będzie malutkie, pojedziemy gdzieś z nim w chuście. Zrobiliśmy listę krajów, w których jest ciekawie, a nie ma malarii. A potem okazało się, że musimy spędzić cztery miesiące na OIOM-ie… Stopniowo jednak oswajaliśmy Leosia i siebie z podróżami. Urodził się w grudniu, a już w maju pierwszy raz wybraliśmy się nad morze. Zapakowaliśmy wszystko, ogarnęliśmy, jak będzie oddychał, bo przecież dziecko śpi w samochodzie, ruszyliśmy.

Tomasz: W ostatnie lato, już z dwójką dzieci, pojechaliśmy do Azji. I to była podróż w stylu tych sprzed narodzin Leosia.

Magda: Przez miesiąc byliśmy w podróży, jeździliśmy nocnymi autobusami i nocnymi pociągami, woziliśmy ze sobą koncentrator tlenu, respirator, dwa stymulatory nerwu przepony i trzy pulsoksymetry. Oprócz tego mieliśmy plecaki z rzeczami i pieluchami dla Teosia. Zdarzało się, że jechaliśmy nocnym autobusem, na dworcu piliśmy kawę i przesiadaliśmy się w następny autobus.

Tomasz: To była dla nas ważna podróż, bo poznaliśmy się 17 lat temu podczas wyprawy do Azji. Wtedy spotkaliśmy się w Mongolii i razem przejechaliśmy do Bangkoku. Teraz wróciliśmy tam z naszymi dziećmi.

Magda: Oczywiście czasami to było męczące, w Azji, w tym upale…

Tomasz: Ale wspomnień jest tyle, że cały czas do tego wracamy.

Magda: Dla mnie to jest totalnie ważne, żeby Leo widział, jak ten świat jest różnorodny, bo to uczy empatii i poszerza horyzonty. Jedno z najwspanialszych dla mnie wspomnień: w Jordanii nocowaliśmy w namiocie Beduinów. Wieczorem siedzieliśmy z nimi przy ognisku, opowiadaliśmy coś sobie, a oni nam polewali herbatę gotowaną na ogniu. Choć Leo nienawidzi herbaty, wypił wtedy chyba z siedem wiader.

Spędziliśmy z Beduinami dobę, a on się tam czuł, jakby znał ich od tygodni – tak nam powiedział. To było dla niego najbardziej otwierające z doświadczeń podróżniczych. Zrozumiał, że ludzie są różni, mają różne poglądy, różną kulturę, a mimo to można się z nimi świetnie komunikować. Myślę, że dla Beduinów wizyta chłopca podłączanego do dwóch maszyn też była niecodziennym przeżyciem.

Na ile postęp w medycynie może poprawić jakość życia Leosia i innych chorych?

Tomasz: Film „Nasza klątwa” z powodu nominacji do Oscara wzbudził duże zainteresowanie chorobą i na całym świecie uruchomił społeczności z nią związane. Amerykanie założyli Fundację CCHS, my jesteśmy jej reprezentantami na Polskę, założyliśmy też naszą polską Fundację Zdejmij Klątwę. Jej głównym celem jest zbieranie pieniędzy na badania nad lekiem. Fundacja amerykańska przyznaje granty naukowcom, których pomysły są najbardziej obiecujące. Trwają badania nad lekiem, który ma pobudzić mechanizm oddychania. Diego Fornasari, profesor z Włoch, powiedział, że to już nie jest kwestia, czy będzie takie lekarstwo, tylko kiedy ono będzie.

Magda: Problem w tym, że to choroba ultrarzadka, 1300 przypadków na świecie, więc nie jest to opłacalne dla firm farmaceutycznych. Nikt oprócz nas badań nad lekiem nie finansuje. Ludzie, którzy zmagają się z tą chorobą, ze wszystkimi codziennymi trudnościami, sami próbują pozyskiwać fundusze. Każdy na swój sposób. My poprzez sztukę, bo takie mamy umiejętności.

Gdy teraz siadacie wieczorem na kanapie z lampką wina, to co sobie mówicie?

Tomasz: Przy dwójce dzieci, przy Leosiu, do którego kilka razy w ciągu nocy trzeba wstawać, bywamy tak zmęczeni, że czasem od razu idziemy spać.

Magda: Ale rozmawiamy dużo o sztuce, o muzyce, o filmie. I oczywiście o dzieciach. Nie o chorobie, tylko o dzieciach.

Film „Ondyna” można zobaczyć na platformie VOD player.pl

Tekst ukazał się w miesięczniku „Uroda życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Cztery postawy DDA
Adobe Stock

DDA. Cztery postawy dzieci alkoholików: bohater, błazen, kozioł ofiarny i cień

Syndrom DDA może wpływać na całe życie. W rodzinach z problemem alkoholowym dzieci przyjmują postawy w sposób nieświadomy, w celu przetrwania. Potrafią one zaważyć na ich przyszłości. Poznaj cztery główne postawy dzieci alkoholików.
Karolina Morelowska-Siluk
07.11.2020

Dziecko, by przetrwać w rodzinie alkoholowej, przyjmuje pewne wzory zachowania: są to role, które przystosowują do życia w dysfunkcyjnych warunkach. Tworzą one tarczę, są mechanizmem obronnym przed światem, ale jednocześnie to sposób, by ukryć problem alkoholowy przed osobami spoza rodziny. Wyróżnia się cztery podstawowe role, które przyjmują dzieci z rodzin alkoholowych, to: bohater, kozioł ofiarny, cień oraz błazen. DDA. Postawa: bohater Bohater to tzw. superdziecko. Prawie w każdej rodzinie alkoholowej jest taka postać i jej rolę przyjmuje zwykle najstarsze dziecko z rodzeństwa.  Bohater robi wszystko, co w jego mocy, by odwrócić uwagę od rodzinnego piekła, czasem próbuje wręcz zacierać jego wszelkie ślady!  Robi to poprzez ciągłe staranie się, by być „najlepszym”, doskonali swoje umiejętności, by zyskać w ten sposób splendor społeczny, ma to na celu sprawić, by chora, alkoholowa rodzina czuła się dowartościowana.  Jednak ciągłe, wręcz obsesyjne dążenie do doskonałości niemal na każdym polu sprawia, że bohater płaci ogromną cenę w przyszłości. Bohaterowie wyrastają bowiem na osoby rozżalone, mają poczucie „utraconego” dzieciństwa, bo przeżyły je w poczuciu odpowiedzialności za całą rodzinę. Mają trudności w nawiązywaniu „zdrowych” relacji międzyludzkich, są samotni, często to pracoholicy, perfekcjoniści. Pozostaje im także ogromne poczucie odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Czytaj także: DDA w związku – jakie pułapki czyhają na dorosłe dziecko alkoholika? DDA. Postawa: kozioł ofiarny W rodzinie alkoholowej rolę kozła ofiarnego przyjmuje przeważnie drugie z rodzeństwa, młodsze dziecko. Kiedy w centrum zainteresowania rodziny znajduje się osoba uzależniona, a wszyscy starają się nią „zaopiekować”, dla drugiego...

Czytaj dalej
Iga Nowakowska
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Ida Nowakowska: „W swoich korzeniach mamy to, by się rozumieć nawzajem i szanować, a nie obrażać na siebie”

Ida Nowakowska, prowadząca „Pytanie na śniadanie” w TVP 2 opowiada o marzeniach, pokorze, której nauczyli ją rodzice, i  religii, która prowadzi ją przez życie.
Sylwia Niemczyk
06.11.2020

Ida Nowakowska po latach kursowania między Ameryką a Polską, od dwóch lat mieszka tu na stałe, jest prowadzącą m.in. „Ameryka da się lubić”, „Pytanie na śniadanie”, „The Voice Kids”. Głośno mówi o tym, że jest wierzącą i praktykującą katoliczką i ważne są dla niej tradycyjne wartości.  Sylwia Niemczyk: Gdzie się czujesz bardziej u siebie: w Polsce czy w Ameryce? Ida Nowakowska: I tu, i tu czuję, że jestem w domu. Stany są domem ludzi z całego świata, przecież kiedyś powstały właśnie po to, by dać schronienie wszystkim, którzy tego potrzebują. Amerykanie cieszą się ze skrzydeł, które daje im ten kraj, ale jednocześnie są bardzo przywiązani do swoich korzeni, celebrują tradycje kraju swoich rodziców i dziadków. Kiedy mieszkałam w Stanach, nie rozumiałam, jak można wyjechać z Polski i nie tęsknić. Bo ja tęskniłam bardzo. Ale gdy jestem tu, to nieraz tęsknię za Ameryką. Skończyłaś tam studia, wyszłaś za mąż – i wróciłaś. Dlaczego? Nigdy stąd do końca nie wyjechałam, tu byli moi rodzice. Choć rzeczywiście po studiach myślałam, że będę już na stałe mieszkać w Stanach, ale kolejny raz w życiu przekonałam się, że nawet jeśli sami coś sobie zaplanujemy, to ktoś na górze ma wobec nas własne plany. Mój mąż, Jack, dostał pracę w Chinach, więc najpierw przez jakiś czas mieszkaliśmy tam, potem zaczęłam coraz częściej przyjeżdżać do Polski: najpierw na chwilę, czasem nawet nie chowałam walizek, wreszcie na coraz dłużej. W końcu dwa lata temu rozpakowałam się do końca, Jack też już przestał kursować między Ameryką a Chinami, teraz pracuje zdalnie z naszego warszawskiego mieszkania. Ida Nowakowska o mężu i Ameryce Patrzysz czasem na Polskę jego oczami? Szczerze mówiąc, choć wychowałam się w domu, w...

Czytaj dalej

Ada Fijał o Strajku Kobiet: „O tematach dotyczących kobiet z kobietami się nie rozmawia”

Jeżeli Polskie Towarzystwo Pediatryczne pisze, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego zaprzecza dorobkowi ostatnich 40 lat polskiej medycyny, rozrodu, neonatologii i pediatrii, to chyba racja jest po naszej stronie – zauważa aktorka, która przyłączyła się do Strajku Kobiet.
Anna Zaleska
06.11.2020

Ada Fijał to jedna z czterech członkiń punkowego zespołu feministycznego Żelazne Waginy, który w swoich piosenkach i spektaklach w groteskowo-absurdalny sposób komentował polską rzeczywistość i sytuację kobiet, nagrywając między innymi utwór „Podręczne”. Teraz dzieli się swoimi spostrzeżeniami w mediach społecznościowych, brała też udział w Strajku Kobiet. Anna Zaleska: Jesteśmy tydzień po Marszu na Warszawę, wielkiej manifestacji Strajku Kobiet. Jak się pani czuje? Ada Fijał: Cały czas podobnie. Jestem zaniepokojona. Tym, że znowu musimy walczyć o to, co kobiety już dawno wywalczyły, o prawa, które wydawały się już oczywistością. Teraz się cofamy. Najgorsze i najbardziej niepokojące jest to, że o tematach dotyczących kobiet z kobietami się nie rozmawia. Odczuwam to tak, jakby celowo ktoś chciał nam odebrać głos. Myślę, że głównie stąd wynika tak wielkie oburzenie. Setki tysięcy kobiet, które wyszły na ulice, to nie był tłum, który mówił jednym głosem. Tam były bardzo różne poglądy, postawy, oczekiwania, doświadczenia życiowe. Były zwolenniczki kompromisu i radykalnych rozwiązań. Ateistki i osoby wierzące. Nastolatki i kobiety dojrzałe. Pani gdzie się na tej mapie sytuuje? Nie jestem skrajna w swoich poglądach. Uważam, że powinniśmy po prostu rozmawiać i słuchać różnych stron. Przede wszystkim opowiadam się za wyborem, za prawem człowieka do decydowania o swoim życiu. Nie oceniam żadnej ze stron. Trybunał Konstytucyjny odebrał nam prawo decydowania w naprawdę skrajnie dramatycznych sytuacjach, gdy płód nie ma szansy na przeżycie. To już są sprawy, które powinny być pozostawione ludzkiemu sumieniu. Nawet wielu księży wypowiada się w takim duchu, że do heroizmu nikt nikogo nie może zmuszać. Zastanawia mnie też, że nikt nie rozmawia z matkami dzieci...

Czytaj dalej