„Netflix. To się nigdy nie uda”. Dlaczego się udało – zdradza Marc Randolph

„Netflix. To się nigdy nie uda”. Dlaczego się udało – zdradza Marc Randolph

„Co za bzdura!”, „To się nie uda”, słyszał Marc Randolph, gdy w 1997 roku wpadł na pomysł stworzenia internetowej wypożyczalni DVD. Jego autobiografia to połączenie success story, z elementami powieści przygodowej i… komedii.
Anna Zaleska
15.06.2020

Mit założycielski Netflixa, krążący po świecie jako anegdota, brzmi tak: Reed Hastings, na początku główny inwestor firmy, obecnie jej dyrektor generalny, wpadł na pomysł stworzenia pierwszej na świecie internetowej wypożyczalni filmów, gdy za przetrzymanie kasety z „Apollo 13” kazano mu zapłacić karę 40 dolarów.

Marc Randolph twierdzi, że jest w tej historii trochę prawdy – była taka kaseta i była taka kara, ale nie było „pstryk”, powstaje Netflix. Założyciel firmy, jej pierwszy dyrektor generalny, opowiada to nieco inaczej. Barwniej. Będą w tej historii plażowe leżaki zamiast biurowych krzeseł, padające serwery, kacze jaja z Kambodży, ojciec zarabiający na życie chodzeniem po drabinie i żebranie o pieniądze na jedzenie.

Jesienny wieczór z książką? Oto pozycje na każdy nastrój. Jedną z nich szczególnie polecamy!

Personalizowany szampon i inne pomysły

„W 1997 roku wiedziałem tylko tyle, że chcę założyć własną firmę i że chcę, by obejmowała sprzedaż w internecie. Tyle”, wyznaje Marc Randolph w wydanej właśnie autobiografii „Netflix. To się nigdy nie uda” (Wydawnictwo SQN). Zbliżający się do czterdziestki Marc wcześniej pracował w marketingu najróżniejszych firm – od dużych korporacji po start-upy – ale chciał założyć własną.

Szukał pomysłów, wiedząc, że na tysiąc zwykle jeden jest dobry. Wszystko, co przyszło mu do głowy, zapisywał w małym notatniku, który zawsze nosił w kieszeni. Myślał między innymi o personalizowanych szamponach, personalizowanych deskach surfingowych, indywidualnie bilansowanej karmie dla psa. Do wszystkich tych idei próbował przekonać Reeda Hastingsa, przyjaciela i inwestora – bezskutecznie. Aż pewnego dnia…

Była wiosna 1997 roku. We dwóch prowadzili może setną dyskusję, szukając pomysłu na biznes. Z grubsza ideał zdefiniowali tak: raz się coś wyprodukuje, a będzie to można sprzedawać wielokrotnie; używa się tego dość często, a raz pozyskany klient nie odchodzi. Marc Randolph był tego dnia straszliwie niewyspany. Jego trzyletniej córce przyśnił się koszmar i długo nie mogła zasnąć, ukoił ją dopiero film „Aladyn”. „Kasety wideo?” – rzucił nagle w samochodzie. Hastings opowiedział wtedy o swojej karze za „Apollo 13” i zadumał się na chwilę: „No może…”.

To się nigdy nie uda

Na wypadek, gdyby się nie udało, Randolph od dawna miał w rezerwie plan B: zostaje listonoszem w małym miasteczku, jego żona Lorraine uczy w domu dzieci, codziennie o siedemnastej gotują razem obiad. Życie bez zawodowych kryzysów, nadgodzin, weekendów w pracy, podróży służbowych, bólu głowy. Przyjemnie? Problem w tym, że Marc lubił ból głowy. „Lubię każdego dnia mierzyć się z problemami, nieustannie nad czymś rozmyślać. Potrzebuję zagadki do rozwiązania”, przyznawał. Żona przywykła do tego, że w połowie zdania odpływa myślami.

Marc Randolph / Wikimedia Commons

Pomysł stworzenia internetowej wypożyczalni DVD w 1997 roku wielu osobom wydawał się szalony. Randolph mnóstwo razy słyszał: „To się nigdy nie uda” – między innymi od Lorraine. Po pierwsze, na DVD wydano dotąd ledwie 125 tytułów. Po drugie, w Stanach mało kto miał odtwarzacz. Po trzecie, jak przekonać ludzi do zakupu odtwarzacza za tysiąc dolarów, skoro na rynku jest tak mało płyt. Błędne koło. Powodów do bólu głowy nie brakowało. A przecież trzeba było zatrudnić świetnych specjalistów, oferując im na starcie żenująco niską pensję. I zdobyć pieniądze.

Masz drobniaka, czyli jak zdobyć fundusze

Kiedy Marc Randolph był studentem, podjął pracę jako instruktor w Wilderness School. Była to organizacja, do której należały dzieciaki z biednych rodzin, czasem mające problemy z prawem, doświadczające bezdomności i głodu. Kontakt z naturą, pływanie kajakami, wspinanie się na klify, wędrowanie po górach, budowanie szałasów, rozpalanie ognia, oczyszczanie wody do picia – to wszystko miało być dla nich nauką, że nawet z beznadziejnej sytuacji można znaleźć wyjście. Dzieciaki miały uwierzyć, że mogą osiągnąć dużo więcej niż im się wydaje.

Randolph, sam wychowany w dobrze sytuowanej rodzinie na zielonych przedmieściach, uczył się tam pokory. Zanim został instruktorem, sam musiał poddać się ćwiczeniom, które zmienią jego perspektywę osoby społecznie uprzywilejowanej. Pewnego razu zawiązano mu oczy, wywieziono go 130 kilometrów od domu i pozostawiono na ulicy, bez portfela i zegarka, oznajmiając, że zostanie odebrany stamtąd za trzy dni. Nie miał jedzenia, picia ani noclegu. Kiedy zapadł zmrok, w lesie na przedmieściach zbudował schron z worka na śmieci i kilku gałęzi, nastolatki palące w pobliżu ognisko poczęstowały go piwem.

Pierwsza noc minęła. Rano poczuł jednak straszliwy głód. Wrócił do miasta i kręcił się między stolikami, zbierając się na odwagę, by poprosić kogoś o kupno śniadania. Nie potrafił. Przyjął więc inną taktykę – wypatrywał pozostawionych na talerzach resztek i na nie polował. Resztkami pizzy nie zaspokoił jednak narastającego głodu. W końcu zaczął żebrać na ulicy: „Masz drobniaka?”. W książce opowiada: „Wspinałem się na szczyty gór. Spływałem tratwą po rzece. Brałem udział w thriatlonach. Jednak żebranie okazało się najtrudniejszym zadaniem, z jakim przyszło mi się zmierzyć”.

To wspomnienie powróciło, gdy szukał inwestorów gotowych na starcie dofinansować Netflixa. „Uwierzcie mi, że po tamtym doświadczeniu proszenie inwestora o dwadzieścia pięć tysięcy dolarów to bułka z masłem”, żartował. Od wielu dostał kosza, słysząc „Co za bzdura”. Ale jego mama, która nie potrafiła odmówić, po latach za stukrotny zwrot z inwestycji kupiła mieszkanie w Nowym Jorku na Upper East Side.

Kombucza z kranu, czyli czego pragną pracownicy

Randolp, który w dzieciństwie dużo chodził po górach, lubi porównywać prowadzenie start-upu do wędrowania w dziczy, gdzie nie ma wyznaczonych ścieżek. Takie myślenie przekładało się na zasady panujące w Netflixie. Patrząc na firmy z Doliny Krzemowej, które teoretycznie oferowały mnóstwo bonusów, a ludzie w nich pracujący i tak byli sfrustrowani i nieszczęśliwi, Randolph doszedł do wniosku, że w pracy „ludzie nie chcą jacuzzi. Nie chcą darmowych przekąsek, stołu do ping-ponga czy kombuczy z kranu. Tak naprawdę ludzie pragną wolności i odpowiedzialności. Chcą mieć jasno wyznaczony cel i wolną rękę”.

W jego firmie nie było więc sztywnych godzin pracy, można było przyjść i wyjść o dowolnej porze. Nie było limitu urlopu. Naczelna zasada brzmiała: Wolność i Odpowiedzialność. Skoro nie istnieje jedyna słuszna droga do celu, dlaczego zmuszać wszystkich, by podążali tą samą ścieżką? Otaczał się kreatywnymi ludźmi, którzy potrafili zidentyfikować problem i samodzielnie go rozwiązać.

Nikt nie przykładał wagi do zewnętrznych atrybutów. Biuro urządzili za tysiąc dolarów. Długo siedzieli na plażowych leżakach, przy tanich składanych stołach używanych przez firmę cateringową. Pieniędzy nie chcieli wydawać na meble, tylko na technologie. Na starcie dysponowali dwoma milionami dolarów, postawienie strony internetowej kosztowało wtedy milion.

Gry, zabawy i tata na drabinie

Stworzyli świetny zespół, dobrze się ze sobą bawili, mieli swoje rytuały. Na przykład nowa osoba spędzała pierwszy dzień w pracy przebrana za swoją ulubioną postać z filmu. Grali też w grę polegającą na tym, kto przyniesie do biura poczęstunek na tyle niesmaczny, by nie zniknął w ciągu pięciu minut, ale na tyle zjadliwy, że jednak do końca dnia talerz będzie pusty. By wygrać, ludzie zwozili paskudztwa z całego świata. Na przykład baluty z Kambodży – zapłodnione, poddane inkubacji kacze jaja, w których w środku znajdują się maleńkie pisklaki. Były zielone, cuchnęły, początkowo wywołały obrzydzenie, ale po dwóch godzinach już ich nie było.

Marc chciał, by w jego firmie obowiązywał „wyluzowany etos pracy”, pragnął równowagi w życiu dla siebie i swoich współpracowników. Chciał wpadać do domu na obiad i zdążać na wspólną kolację z rodziną. Gdy czasem długo nie wracał do domu, żona tłumaczyła dzieciakom, że wspina się po drabinie kariery. Przestała używać tego zwrotu, gdy syn zaczął mówić w szkole, że jego tata zarabia, wspinając się na drabiny.

Padające serwery, paskudne porno

Opowieść o dniu, w którym ruszył Netflix, jest jak połączenie success story z elementami powieści przygodowej i komedii. Był 14 kwietnia 1998 roku. Marc Randolph wstał o piątej rano, by przez najbliższe godziny przekonać się, że tylko mu się wydawało, że potrafi przewidzieć wszystkie problemy. Tuż po godzinie zero, gdy ruszyły zamówienia, serwery co chwila padały, a inżynierowie wsiadali do samochodu i jechali do sklepu po nowe. Potem zabrakło kopert do wysyłki, taśmy, papieru, tuszu, ludzi do pracy. Spodziewali się 15 zamówień, było 137.

Kolejne dni przynosiły setki nowych problemów, pytań, zwątpień, wpadek. Największa? Gdy zdecydowali się nagrać pierwszy własny film – cztery godziny z przesłuchania Billa Clintona w sprawie jego relacji z Monicą Lewinsky. Dostali pięć tysięcy zamówień. Byłby to ogromny sukces, gdyby nie to, że do części klientów omyłkowo wysłali płytę z paskudnym porno. Ziemia osunęła im się spod nóg, spodziewali się wielkiego skandalu, tymczasem… nikt nie zgłosił się z reklamacją.

Olać pieniądze, olać udziały

Dwa lata od debiutu Netflix miał już w bazie pięć tysięcy filmów, zatrudniał 350 pracowników, dysponował kwotą 100 milionów dolarów. Po wielu eksperymentach wypracowali system, że za 20 dolarów miesięcznie można było mieć w domu cztery filmy i trzymać je bez ograniczeń. Gdy jakiś oddałeś, dostawałeś nowy. Ale pierwsze lata były jak sinusoida – przeżyli kryzys związany z pęknięciem bańki internetowej, musieli zwolnić 40 procent ludzi, ale potem weszli z sukcesem na giełdę, wypchnęli z rynku gigantyczną sieć wypożyczalni Blockbuster, która kiedyś wyśmiała ich propozycję nawiązania współpracy.

W 2003 roku, pięć lat od debiutu, Marc Randolph zdecydował się odejść z Netflixa. Na ostatnich stronach swojej autobiografii tłumaczy, że tak duża, dojrzała, stabilna firma nie była tym, w czym czuł się dobrze. On kochał atmosferę start-upów, które dopiero szukają swojego miejsca na rynku, „znajdowanie ścieżek dla świeżo wyklutych marzeń”. Lubił problemy, kochał je rozwiązywać. Czuł się dobrze, gdy – jak to w start-upie – setki rzeczy walą się jednocześnie i wszystkie wołają o uwagę.

Reed Hastings jest dziś dyrektorem generalnym. Bywało, że się kłócili, ale pozostali przyjaciółmi. „Reed wyniósł Netflixa na wyżyny, o których ja mogłem tylko pomarzyć”, mówi dziś Randolph. Gdy pisał tę książkę, firma właśnie przekroczyła liczbę 150 milionów subskrybentów, ma klientów na całym świecie. Produkuje własne filmy, kręci seriale. „Zawsze gdy napotykam newsa o nowej produkcji, czytam wywiad z Reedem albo po prostu odpalam w domu odcinek «Ozark», czuję dumę. To była moja firma i wciąż ma moje DNA. Dziecko może nie do końca mnie przypomina, ale ma mój nos”, żartuje Randolph.

On sam przez szesnaście lat od odejścia z Netflixa wspierał mnóstwo start-upów, inwestował w nie fundusze, pomagał rozwiązywać problemy. Ma swoją definicję udanego życia: „Spełniać marzenia, urzeczywistniać plany, pielęgnować miłość w rodzinie. Olać pieniądze, olać akcje i udziały. To jest dopiero sukces”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
W głębi lasu na Netfliksie
mat. prasowe Netflix

Długi weekend z popcornem i na kanapie. Netflix i HBO zapraszają na długie seanse

Nie masz planów na długi weekend? Najpopularniejsze serwisy streamingowe z filmami zadbały o to, aby nie było nudy. Wśród nowości na Netfliksie i HBO znajdziecie zarówno niszowe produkcje, jak i zdobywające coraz większą popularność seriale.
Sylwia Arlak
09.06.2020

Długi weekend to okazja nie tylko do aktywnego odpoczynku – masz pełne cztery dni, aby z przyjemnością, bez pośpiechu nadrobić filmowe i serialowe zaległości. Wśród propozycji na długi weekend znajdziecie europejskie i amerykańskie kino. Głośne produkcje ze znanymi nazwiskami i takie, o których mogłyście wcześniej nie słyszeć. Oto co będziemy oglądać na Netfliksie i HBO w długi, czerwcowy weekend: „W głębi lasu” od 12 czerwca na Netflixie  „W głębi lasu” to  druga po „1983” polska produkcja Netflixa. W ekranizacji, która powstała na podstawie powieści mistrza kryminału Harlena Cobena o tym samym tytule, zobaczymy m.in. Agnieszkę Grochowską i Grzegorza Damięckiego. W serialu lawirujemy pomiędzy dwoma wymiarami czasowymi. W 1994 roku siostra głównego bohatera, Pawła ginie w niewyjaśnionych okolicznościach podczas obozu letniego. W 2019 roku śledztwo w tej sprawie rozpoczyna się na nowo. Wówczas policja odnajduje martwe ciało chłopaka, który prawdopodobnie zniknął 25-lat temu wraz z bohaterką. Serial jest mroczny i pełen tajemnic. Zupełnie jak u Cobena.  „Co robimy w ukryciu”, sezon 2 (odc. 10) od 11 czerwca na HBO  To już koniec drugiego sezonu serialu „Co robimy w ukryciu”. Opowieść o czwórce wampirów, którzy mieszkają pod jednym dachem w Nowym Jorku, została ciepło przyjęta zarówno przez krytyków, jak i widownie. Taika Waititi najpierw stworzył film pod tym samym tytułem, a potem przeniósł go na mały ekran. Format sprawdził się na tyle (drugi sezon miał 25 proc. więcej widzów w stosunku do sezonu pierwszego), że już zapowiedziano kontynuację. Jego reżyser to jeden z najbardziej zapracowanych twórców na świecie: w najbliższym czasie stanie za kamerą nowych „Gwiezdnych...

Czytaj dalej
Agnieszka Grochowska jako Laura Goldsztajn w serialu Netflixa „W głębi lasu” / Fot. materiały promocyjne

Agnieszka Grochowska opowiada o serialu „W głębi lasu” i Harlanie Cobenie

O pracy w serialu Netflixa „W głębi lasu”, niezwykłym spotkaniu z Harlanem Cobenem i nieustającym dążeniu w życiu do wolności – wywiad z Agnieszką Grochowską.
Anna Zaleska
10.06.2020

Serial „W głębi lasu” to kolejna produkcja Netflixa rozgrywająca się w Polsce, a zarazem trzeci wspólny projekt z Harlanem Cobenem. Sześcioodcinkowy serial kryminalny zapowiada się na hit. Ciekawie zapętlona akcja, bogate psychologicznie postaci, mroczny klimat, spora doza nostalgii, polskie realia, a do tego świetna obsada, między innymi Agnieszka Grochowska, Grzegorz Damięcki, Jacek Koman, Ewa Skibińska i Arkadiusz Jakubik. Za kamerami też znakomite nazwiska – za reżyserię odpowiadają Leszek Dawid i Bartosz Konopka, za zdjęcia Paweł Flis. Z odtwórczynią głównej roli kobiecej Agnieszką Grochowską rozmawiam dwa dni przed premierą, zapowiadaną na 12 czerwca. Agnieszka gra Laurę Goldsztajn, wykładowczynię uniwersytecką. Wątek jej i prokuratora Kopińskiego (Grzegorz Damięcki) rozgrywa się we współczesnej Polsce. Ich nastoletnie odpowiedniki zagrali Wiktoria Filus i Hubert Miłkowski. Agnieszka wielokrotnie pracowała w międzynarodowych produkcjach, ale po raz pierwszy wystąpiła w serialu Netflixa. Opowiada mi o nietypowym spotkaniu z Harlanem Cobenem, kulisach pracy dla streamingowego giganta i o tym, jak pod wpływem „W głębi lasu” zaczęła wspominać własną młodość i zastanawiać się, czym jest dla niej wolność. Anna Zaleska: Po obejrzeniu pierwszych odcinków „W głębi lasu” jestem pod wrażeniem. Naprawdę świetny serial! Agnieszka Grochowska: Mnie też tak się wydaje. Dobre jest to, że powstał na podstawie konkretnej rzeczy – powieści Harlana Cobena pod tym samym tytułem. A to pisarz, który świetnie zaplata akcję, ciekawie buduje postaci, pogłębia je psychologicznie. Mając taki scenariusz, tak silną bazę, można zawędrować w ciekawe rejony. Polski serial na Netfliksie wg książki Harlana Cobena Dla polskiej ekipy to chyba ekscytujące zagrać w serialu według...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

Najpiękniejsze filmy, które wzruszą cię do łez – nowości na Netfliksie w czerwcu

„Sierpień w hrabstwie Osage”, „Zimna wojna” albo „Zapach kobiety” – filmy, które wzruszą każdą z nas, obejrzycie w czerwcu na Netfliksie.
Sylwia Arlak
03.06.2020

Film to najlepszy rodzaj terapii. Bo choć to nie my zasiadamy na kozetce, dzięki bohaterom mamy szansę przyjrzeć się sobie. Co nim motywowało? Czy postąpiłabym tak samo? Jak potoczyły się jego losy, a jak chciałabym, żeby wyglądało moje życie? Kibicujemy bohaterom, przejmujemy ich losem i wzruszamy nieraz do łez. Oto filmy, przy których na pewno będziesz potrzebować zapasu chusteczek – już w czerwcu na platformie Netflix. „Sierpień w hrabstwie Osage” – od 19 czerwca na Netflix „Sierpień w hrabstwie Osage” Johna Wellsa to film o kobietach, choć nie tylko dla kobiet. Po zaginięciu ojca rodziny, trzy dorosłe córki (Julia Roberts, Juliette Lewis, Julianne Nicholson) przyjeżdżają do rodzinnego domu, wesprzeć chorą na raka matka (Maryl Streep). Od lat nie miały okazji – a może raczej chęci – pobyć razem. Teraz okoliczności zmuszają je, aby usiadły przy jednym stole. Na początku jest całkiem znośnie — wszyscy starają się robić dobrą minę do złej gry i nie pogarszać już i tak napiętej atmosfery. Z każdą minutą robi się coraz bardziej nerwowo i gęsto od wzajemnych oskarżeń. Tłumione przez lata uczucia ostatecznie muszą wybuchnąć.  „Sierpień w hrabstwie Osage” to uniwersalna historia o rodzinnych więzach. I choć podczas seansu możemy mieć ochotę (śladem bohaterów) trzasnąć drzwiami i nie wracać do tematu nigdy więcej, film daje też nadzieję. Bohaterki grane przez Meryl Streep, Julię Roberts, Juliette Lewis i Julianne Nicholson, wspólnie przetrwały kryzys, „dokopały się” do problemów z przeszłości, przetrawiły je i dzięki temu wzrosły w siłę. „Słodki listopad” od 1 czerwca na Netflix Która z nas nie marzy o takiej miłości, jaka przytrafiła się Sarze i Nelsonowi, czyli bohaterom filmu „Słodki...

Czytaj dalej