Nela i Artur Rubinstein – ona zawsze chciała być u jego boku. Z miłości i z zazdrości
Fot. Getty Images

Nela i Artur Rubinstein – ona zawsze chciała być u jego boku. Z miłości i z zazdrości

Byli ze sobą pół wieku. Ona zawsze w jego cieniu. On, król życia, w wieku 90 lat zostawił ją dla dużo młodszej kochanki.
Patrycja Pustkowiak
05.11.2020

Mówiono, że doskonale grał mazurki Chopina dzięki mazurkom, które piekła mu żona. Genialny muzyk Artur Rubinstein i jego żona Nela przeżyli razem niemal 50 lat. Tyle że ona poświęciła dla niego wszystko, a on tylko brał. Jemu wszystko przychodziło bez trudu, ona zapłaciła wielką cenę za życie u boku kochanego przez cały świat artysty, który stawiał siebie ponad wszystko inne. Pewnego dnia dzieci zapytały ją, dlaczego wszystko mu oddała i nigdy się nie przeciwstawiła. Odpowiedziała: „Zawsze wiedziałam, że to będzie trudne, ale kochałam go i przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, by pomóc mu w karierze. Wiem, że jest wierny – to jedyna rzecz, jaka liczy się naprawdę”. On w rozmowach z przyjaciółmi przyznawał, że nigdy nie był żonie wierny nawet przez tydzień. Jak mogli przeżyć razem pół wieku?

Los zetknął ich po raz pierwszy jesiennego poranka 1926 roku w Warszawie. Z drzew spadały żółte liście, było chłodno. Ona – Aniela Młynarska, zwana Nelą, 18-latka, córka dyrygenta i dyrektora Opery Warszawskiej, Emila Młynarskiego, śliczna, niewinna, kulturalna dziewczyna marząca o karierze tancerki – szła Traktem Królewskim. On – 38-latek, sławny już pianista oklaskiwany przez cały świat – jechał taksówką na Stare Miasto. Minęli się, nie wiedząc o tym. Los był uparty.

Wieczorem przyszła do filharmonii na jego koncert. I wpadła po uszy. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Wielki Rubinstein, który wyglądał, jakby mocował się z fortepianem. W przerwie pobiegła do garderoby – był tam. Spojrzał na nią i też nie mógł oderwać wzroku. Dygnęła, zawstydzona. Zaprosił ją na obiad do Europejskiego, niemal od razu zaproponował małżeństwo i... wyjechał do Paryża. „Jeśli usłyszy pan kiedyś, że się ożeniłem, będzie pan wiedział, że zwariowałem” – życzliwi dostarczyli Neli wycinek z prasy.

Zakochany pan Rubinstein

Zdruzgotana przyjęła oświadczyny innego pianisty – Mieczysława Munza. Był szlachetnym człowiekiem i – w przeciwieństwie do Artura – naprawdę się o nią starał. Kiedy pojechała do Zakopanego, ruszył za nią w cadillacu, wzbudzając sensację w całym uzdrowisku. Nie mogła jednak zapomnieć o Rubinsteinie. Kiedy tylko usłyszała, że znów będzie w Warszawie, włożyła najlepszą suknię z żorżety i poszła na przyjęcie do ambasady. Był tam, ale nie sam. Towarzyszyła mu kochanka, arystokratka Paola Medici. Pod Nelą ugięły się nogi. Ale Artur zapewniał ją gorąco, że „ten romans dawno wygasł”, „Już jej powiedziałem, że cię kocham”. „Zawiodłeś mnie, słyszałam o tobie same złe rzeczy, w ogóle ci nie ufam!” – wykrzyczała. Wybrnął z tego bez trudu: owszem, był zatwardziałym kawalerem, dopóki jej nie poznał. Powiedział, że tylko z nią chce mieć dziecko, córkę. Kazał jej zerwać zaręczyny z Mieczysławem, obiecał, że będą razem, gdy tylko wróci z tournée. I pojechał do Bukaresztu, gdzie czekała na niego Paola.

„Teraz się ożenisz?”

Nela długo biła się z myślami, ale w końcu Munz przekonał ją do małżeństwa. Nie było szczęśliwe. Poza muzyką małżonków nic nie łączyło. Rozstali się po dwóch latach. „Czy teraz się ze mną ożenisz?” – zażartowała Nela, gdy w filharmonii w 1931 roku ponownie spotkała Rubinsteina. Potwierdził. I tym razem dotrzymał słowa.

Pobrali się w lipcu 1932 roku w Londynie. Nela miała 24 lata, jej narzeczony 45. W dniu ślubu nie zdążyła pójść do fryzjera. Fale na włosach zrobiła żelazkiem. Długa suknia, kapelusz, bukiet białych tuberoz w dłoniach – ze swym szykiem i urokiem we wszystkim pięknie wyglądała. Na ślubnym przyjęciu rozbawiony Artur grał marsze weselne. Nela nie mogła się nim nacieszyć. Wreszcie był cały jej. Przynajmniej tak jej się zdawało. W tę noc, która miała być ich poślubną, Artur wymknął się, by w hotelowej pościeli pocieszyć swoją byłą kochankę Irene Curzon. Może chciał sobie udowodnić, że małżeńska przysięga nie zamyka przed nim żadnych drzwi? Tak naprawdę nigdy nie zamierzał się zmieniać. Chciał mieć i stabilizację małżeńską, i przygody. A z tych słynął. Korowód kobiet, które przemknęły przez życie Rubinsteina, nie miał końca. Kochanki, muzy, miłości. Księżne, arystokratki, rebeliantki. Potrafił sypiać jednocześnie z matką i córką, a nawet z żoną swojego przyjaciela. Krążą plotki, że miał dzieci z nieprawego łoża. Na pewno wiadomo o jednym – córce z romansu z Paolą. Zdarzało się, że swoim kochankom opłacał aborcje.

Jaka była tajemnica jego powodzenia, oprócz sławy, oczywiście? Być może po prostu wiedział, jak podejść kobiety. Potrafił sprawić, że każda czuła się najważniejsza na świecie.

rubin
Fot. Getty Images

Baron Rotschild wydaje przyjęcie

Tylko o własnej żonie często zapominał. Choć zaczęło się z wielką pompą – po ślubie pojechali w podróż: Rzym, Neapol, Majorka, Madryt, wreszcie Paryż... Baron Rotschild wydał na ich cześć przyjęcie. Można było poczuć się jak we śnie. Potem ruszyli do Związku Radzieckiego. Pili szampana, jedli kawior. Tak miało wyglądać ich wspólne życie – wypełnione podróżami, zdarzeniami, ludźmi, splendorem, który spływał na Artura, i prozą życia z drugiej strony, która spadała na Nelę. Ta, często w pędzie między garnkami, w których dusiła mięso, pieluchami, telefonami, nie nadążała ze słuchaniem rozmów, które toczyły się w salonie ich pierwszego mieszkania – w Paryżu. Sama je urządzała. Kupiła nawet mapę świata i zaznaczyła wszystkie miejsca, w których Artur był z koncertami. Nie mógł ukryć wzruszenia.

Ich życie toczyło się w rytm koncertów. Było skupione na nim i jego karierze. Kiedy ćwiczył, w domu musiała panować absolutna cisza. O określonej porze należało podać cygaro i gazetę. Nela zawsze pilnowała, by niczego mu nie brakowało. Prasowała mu ubrania przed występem, gotowała jego ulubione dania. Załatwiała wszystkie bieżące sprawy, a telefony dzwoniły do nich całymi dniami: a to z prośbą o załatwienie spotkania z jakimś tuzem albo muzykiem, a to o rekomendację...

Między koncertami krążyli po przyjęciach. Nela kupowała „Vogue’a”, wybierała suknię znanego kreatora i prosiła zaprzyjaźnioną krawcową, by ją dla niej skopiowała. Artur patrzył wtedy w nią jak w obrazek. Kiedy Nela znów zaszła w ciążę i zaczęła pojawiać się na przyjęciach dla hollywoodzkiej śmietanki w stanie błogosławionym, zapoczątkowała wręcz modę na macierzyństwo w Hollywood. Często urządzała też przyjęcia dla przyjaciół, znajomych, głównie muzyków. Artur uwielbiał, gdy na niego patrzono i go podziwiano.

rubiny
Fot. Getty Images

Będzie córka!

Często wydawało się, że nie wie, czego żona od niego chce – jakby lepiej rozumiał Chopina czy Brahmsa niż własną rodzinę. A ta zaczęła się niebawem powiększać. „To będzie córka, to będzie córka!” – krzyknął przejęty, kiedy w 1932 roku Nela oznajmiła, że jest w ciąży. W oczach miał łzy. Ewa przyszła na świat w Argentynie, dokąd małżonkowie pojechali z koncertami Artura. Potem Nela urodziła Pawła, Alinę, Johna i Feliksa, który umarł niedługo po porodzie.

Obowiązki rodzinne spadały, oczywiście, na Nelę. Rubinstein z powodu koncertów najczęściej był nieuchwytny. Miała wielkie poczucie winy, gdy nie poświęcała dzieciom tyle czasu, ile chciała. Starała się, jak mogła – rzeźbiła im lalki z drewna, opowiadała historie ze swego dzieciństwa. Była świadoma tego, że „duże dzieci”, jak je nazywali, czyli Ewa i Paweł, nie miały łatwego dzieciństwa poprzez ciągłe zmiany krajów i języków. Jednak coś się zmieniło w Arturze po ślubie, zredukował nieco życie towarzyskie i zaczął więcej ćwiczyć. „Nie chciałem, żeby moje dzieci rosły, uważając swojego ojca za drugorzędnego pianistę” – zwierzył się w jednym z wywiadów. Z utalentowanego pianisty stał się dojrzałym wirtuozem. Jego kariera nieustannie się rozwijała – jednego dnia potrafił wystąpić z wielkim Toscaninim i Orkiestrą NBC oraz w Carnegie Hall. Uwielbiał ciągłe bycie na tournée, zmieniające się widoki z hotelowych okien, oklaski widowni w coraz to innych miastach. „Ojciec bezustannie wymagał dla siebie publiczności, czy to była pokojówka w hotelu, czy jego własne dzieci” – powiedziała później w wywiadzie jego córka, Ewa Rubinstein. Nela starała się być zawsze blisko. Również dlatego, że była o niego zazdrosna.

Przy klawiaturze stawał się kimś innym – grał bardzo emocjonalnie, wkładał w to tyle uczuć, których – jak często się zdawało – w życiu się wyzbywał. Po koncertach zawsze mówił, że nie jest dość dobry lub że nie jest już wielki. Pytał Nelę, jak wypadł – wiedział, że choć żona nie gra od dzieciństwa, to pochodzi z muzykalnej rodziny i dobrze go oceni. To ich łączyło. Uwielbiał też jej kuchnię. Nie bez kozery powiedział przyjaciołom, przedstawiając ją jako swoją narzeczoną, że to piękna kobieta i świetna tancerka, która przede wszystkim dobrze gotuje. Wiedzę o wykwintnej kuchni i dobrych winach, które Nela wyniosła z dworskiego dzieciństwa, on przyswoił, grając na salonach.

Król życia i kompleksy

Pod koniec lat 30. uciekli przed wojną do Ameryki, zamieszkali w Kalifornii. Szybko zaprzyjaźnili się z tamtejszą śmietanką towarzyską. W ich domu bywał Louis B. Mayer czy Harry Warner, założyciele słynnych wytwórni filmowych, a także Strawiński, Rachmaninow czy Tomasz Mann. Potrawy z raków, które serwowała Nela, zrobiły wśród nich furorę. Artyści, dyplomaci, arystokraci całe życie przewijali się przez salon Rubinsteinów.

Czasem jednak z Artura wychodziły kompleksy – w końcu nie pochodził z wielkiego świata, dołączył do niego dzięki wielkiemu talentowi. Urodził się w Łodzi, w rodzinie żydowskich sklepikarzy. Początki jego kariery były trudne: jako wschodząca gwiazda fortepianu gościł w domach bogaczy, a jednocześnie tonął w długach i klepał biedę. Do tego stopnia, że pewnego dnia podobno próbował powiesić się w pokoju hotelowym. Pasek od szlafroka nie utrzymał ciężaru. Wtedy postanowił, że będzie korzystał z życia, jakiekolwiek by ono było.

I chociaż cieszył się, że Nela nie pochodzi z rodziny bogaczy – żartował wręcz, że jest zadowolony z jej finansowej mizerii – to nie mógł znieść myśli, że ktoś zakwestionuje jego pozycję społeczną. Pewnego dnia w Hollywood wrócił do domu i zobaczył, że Nela skubie kury na rosół, a towarzyszy jej żona producenta filmowego Edwina Knopfa. Zrobił karczemną awanturę. „Masz służbę, masz służbę!” – krzyczał. Nie chciał, by gość odniósł wrażenie, że nie mogą sobie pozwolić na pomoc kuchenną. Nela jak zwykle zrobiła dobrą minę do złej gry. Przyjaciółki już znały te jej dwa oblicza: jedno miłe, pogodne, drugie nerwowe, gdy tylko w pobliżu był Artur, a Nela starała się go niczym nie zdenerwować.

Dlaczego przez całe życie się na to godziła? Na pewno go podziwiała. A może też małżeństwo z Arturem stanowiło odbicie jej rodzinnego wzorca? Tak samo jak jej matka była dobrze urodzoną panną z ziemiańskiego domu, która wyszła za artystę. U niej w domu również to potrzeby uzdolnionego mężczyzny były na pierwszym planie.

rubiny
Fot. Getty Images

Śniadanie z Anabelle

Wzięła na siebie trud życia u boku geniusza. Ale ciosu, jaki jej zadał u kresu życia, zupełnie się nie spodziewała. Od lat żyli już wtedy w Paryżu, dokąd wrócili z Kalifornii po wojnie. Odzyskali dom przejęty przez Niemców. „Ona jest właśnie tą, o której całe życie marzyłem” – powiedział, mając na myśli kochankę. Zarzucił żonie, że nigdy go nie kochała. I zostawił ją, mimo że przeżyli razem pół wieku, a on sam miał przed sobą jeszcze tylko kilka lat życia.

Jak na ironię tę kobietę – Anabelle Whitestone – sprowadziła do domu Nela. Młodsza o 58 lat od 90-letniego pianisty Angielka miała pomóc mu w spisywaniu drugiego tomu wspomnień. Pracowało im się chyba bardzo dobrze, bo kiedy tylko Nela wyjeżdżała, Artur zapraszał Anabelle do siebie. Potem pozwolił, by jadała z nimi śniadania. Siedzieli we troje i rozmawiali. Właściwie Artur rozmawiał z Anabelle, pozwalając, by Nela coś kroiła, dolewała czy przynosiła. Wreszcie przestała im towarzyszyć. Jadła u siebie, na górze, i słuchała, jak się śmieją. Potem zaczęli razem wyjeżdżać w weekendy. Nie mówili, dokąd jadą, wracali w niedzielę wieczorem. Pewnego dnia Artur w radosnym nastroju oznajmił, że był z Anabelle na poranku w Comedie-Française. „Doskonale się bawiliśmy” – rzucił. „Ludzie cię z nią widzieli!” – krzyknęła Nela. „Naturalnie” – odparł Artur. Wybiegła z kuchni.

Gniew i tęsknota

Anabelle zaczęła mu towarzyszyć w podróżach służbowych. Obwoził ją po ukochanych miastach, pokazywał to, co kiedyś żonie. W 1977 roku we troje wybierali się do Wenecji, gdzie miał spotkanie z publicznością. Nela pakowała walizkę, coś spadło ze stołu, Artur warknął. Atmosfera zagęszczała się z minuty na minutę. Zaczęli na siebie wrzeszczeć. „Nie chcę, żebyś z nami jechała!” – rzucił jej wreszcie prosto w twarz. Odstawiła swoją walizkę. Tę jego wzięła Anabelle.

„A jeśli geniusz karmi się obłędem? – myślała Nela, próbując ustalić, co właściwie się stało. – A obłęd tłumiony latami na starość się wymyka”. Zastanawiała się, jak to możliwe, by 90-letni starzec poddał się takiemu szaleństwu. Na co liczył? Że będą żyć w trójkącie?

Kiedy zadzwoniła córka, Nela powiedziała jej prawdę: ojciec pojechał z Anabelle, chce mieszkać z nią w Genewie. „Trzeba przeczekać, to starcze zdziecinnienie, przecież mu przejdzie, takich głupot nigdy nie robił, to przez ten wiek” – próbowała przekonać chyba samą siebie. „Mamo – krzyknęła córka – przecież on robi to od lat, przez całe życie!” Nela zapadła się w sobie. Być może zastanawiała się po prostu, czemu wcześniej nie dopuściła do siebie prawdy. Może wtedy udałoby się jej jeszcze ułożyć życie z kim innym?

Kolejne miesiące spędzała w łóżku albo w kuchni. Kiedy Artur wydał książkę „Moje długie życie”, Nela nawet tego nie otworzyła. Jak mógł dyktować historię ich życia kochance?! Czuła się upokorzona. Zaczęła mu mieć za złe już nie to, że ją porzucił, ale lata zakłamania. W gniewie i tęsknocie miotała się po pokojach.

Na szczęście mogła liczyć na swoją przyjaciółkę Felę. To ona zachęciła ją do wydania książki kucharskiej. Nelę całkowicie to pochłonęło – zaczęła spisywać smaki i zapachy towarzyszące jej całe życie. W końcu z tego słynęła. „To możliwe, że Artur Rubinstein grał lepiej niż ktokolwiek inny mazurki Chopina dzięki mazurkom, które piekła mu żona” – żartowano nawet.

Pięć lat osobno

A z nim było źle. Miał 93 lata i dostał diagnozę: rak prostaty. Przeszedł operację i pojechał z Anabelle do Zurichu. Nela przyjechała go odwiedzić. Po raz pierwszy zobaczyła w nim starego człowieka. Znów zaczęła się zastanawiać, dlaczego zostawił ją dla tej kobiety. Czy po tym, jak zszedł ze sceny, potrzebował kogoś, kto by go podziwiał, nie znając – jak ona – jego wad? Nie rozwodzili się, choć od pięciu lat mieli osobne życia. Podobno Artur powiedział znajomemu, że niezależnie od spraw z kobietami nigdy się nie rozwiedzie, bo jest Żydem, ojcem rodziny. Wielkopańskich przyzwyczajeń też nie zmienił. Choć już nie mógł przełykać, na ostatnią ucztę kazał zamówić homara. Zmarł we śnie 22 grudnia 1982 roku w Genewie. Telefon o jego śmierci Nela dostała, gdy spisywała swój ostatni przepis. Artur nie zdążył przeczytać jej książki kucharskiej, która zrobiła furorę na całym świecie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Uroda Życia” 3/2018


 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Coco Chanel / East News

Coco Chanel. Miłość, rozpacz i straszna samotność

Kochała w życiu jednego mężczyznę, zginął w wypadku samochodowym. Legendarna projektantka Coco Chanel była u szczytu sławy, gdy wyznała: „Żyję w totalnej samotności. Zapłaciłabym, żeby nie być sama. Ściągnęłabym z warty żandarma miejskiego, żeby nie jeść kolacji samotnie”.
Anna Zaleska
04.08.2020

Miała teorię, że szczęście upośledza ludzi. Mówiła: nie żałuję, że najpierw przez wiele lat byłam głęboko nieszczęśliwa. Ale i potem okresy szczęścia trwały krótko. Urodzona w 1883 roku Gabrielle Chanel – Coco będzie jej pseudonimem – sześć lat spędziła w sierocińcu w Aubazine, prowadzonym przez siostry Najświętszego Serca Marii. Po śmierci matki, porzucona przez ojca wraz z piątką rodzeństwa, została przygarnięta przez ciotki z Owernii. Była krnąbrna i zbuntowana, a chłosta pokrzywami jeszcze to w niej podsycała. Uciekła. Jako młoda dziewczyna Gabrielle występowała w kawiarniach, brak głosu nadrabiając temperamentem i charyzmą. To wtedy „zaopiekował się” nią młody mężczyzna Etienne Balsan, właściciel stajni wyścigowej. To on wprowadził ją w świat luksusu. Spędzili razem kilka lat. Miała do dyspozycji służbę, polubiła jazdę konną. W 1908 roku przedstawił ją swojemu angielskiemu przyjacielowi Arthurowi Capelowi. I to był błąd. Capel był pięknym brunetem o zielonych oczach. Uwodzicielskim i szarmanckim. Gabrielle była nim oczarowana. Gdy pewnego dnia usłyszała, że nazajutrz wyjeżdża, rano zjawiła się na peronie i wsiadła do jego pociągu. Coco Chanel i Boy Capel. Bon vivant i prowincjuszka Do Arthura Capela już w młodym wieku przylgnął przydomek Boy, wydawało się bowiem, że wiecznie pozostanie chłopcem. Miał 28 lat, był inteligentny, oczytany, szarmancki i wesoły. Znakomicie grał w polo. Dorobił się sporego majątku na transporcie węgla. Miał maniery prawdziwego brytyjskiego dżentelmena, należał do londyńskich lwów salonowych. A przy tym był bohaterem wojennym awansowanym za zasługi podczas wojny do stopnia kapitana. Kobiety go uwielbiały, a on chętnie z tego korzystał. Coco Chanel w swoich wspomnieniach opowiadała, że początkowo nie wiedział, co z nią zrobić. „Pan B i Capel...

Czytaj dalej
newton
PAP/DPA

„Miłość? To tylko kilka liter”. Wielki fotograf,  Helmut Newton i jego jedyna miłość: June

Mówił, że w życiu liczą się seks i dobra zabawa. Ale to nieprawda. Dla niego liczyła się fotografia, a zaraz po niej... żona. June i Helmut Newton spędzili razem 56 lat. Szczęśliwych!
Dorota Szuszkiewicz
25.10.2020

13 listopada do kin wejdzie  film „Piękno i bestia” o legendarnym fotografie mody Helmucie Newtonie. W dokumencie opowiadają o nim jego gwiazdy i modelki m.in. Catherine Deneuve, Claudia Schiffer, Grace Jones, Isabella Rossellini. Newton lubił seksualizować swoje modelki, ale nawet rozebrane czy w kajdankach nie wyglądały na ofiary. Były piękne i silne. Taka też była jego żona – June. Ale kiedy się w niej zakochał, od razu zaznaczył, że fotografia będzie jego pierwszą miłością. Ona może być drugą. I że nie znosi odpowiedzialności. I myśli tylko o sobie. Jak to możliwe, że spędzili razem szczęśliwych 56 lat? Helmut Newton urodził się w 1920 w Berlinie, jako Helmut Neustädter, w bogatej żydowskiej rodzinie. Mieszkał w 10-pokojowym apartamencie otoczony liczną służbą i kolejnymi opiekunkami. Matka stroiła go jak lalkę – w piękne ubrania z miękkiego aksamitu – i strzygła na pazia. Kiedy poszedł do szkoły, stał się obiektem kpin kolegów. Z powodu zbyt dziewczyńskiego wyglądu, ale też dlatego, że jako jedyny przyjeżdżał do szkoły samochodem z własnym szoferem. W wieku 12 lat za trzy i pół marki kieszonkowego kupił pierwszy aparat fotograficzny. W wieku 16 lat porzucił szkołę i zaczął praktykę u znanej berlińskiej fotograficzki mody Elsy Neuländer-Simon – Yvy. Dziewictwo stracił jako 14-latek i od tej pory seks i fotografia stały się sensem jego życia. Z Berlina, uciekając przed hitlerowcami, wyjechał w 1938 roku do Singapuru. Rodzice popłynęli kilka miesięcy później do Ameryki Południowej. Ojca już nigdy nie zobaczył, Neustädter senior zmarł wkrótce po opuszczeniu Niemiec. Żyć jak w Hollywood W Singapurze Helmut był, jak wspomina, żigolakiem. Miał 18 lat, wdał się w romans z 34-letnią rozwódką Josette Fabien, właścicielką agencji reklamowej. Pomogła mu...

Czytaj dalej
linda paul
PAP/Photoshot

To była miłość aż po grób – Linda i Paul McCartney z The Beatles

Przez blisko 30 lat ani jednej nocy nie spędzili osobno. Byli zupełnie różni, ale udało im się jak rzadko której parze. Linda i Paul McCartney byli małżeństwem właściwie doskonałym.
Maria Fedro-Boniecka
03.11.2020

Koledzy McCartneya śmiali się, że bierze za żonę mało seksowną Amerykankę. Ale to Linda wyprowadziła go z depresji, gdy po rozpadzie Beatlesów czuł się bezużyteczny, pił i nie miał żadnego pomysłu na życie. Byli inni. Ona kochała pustynię, łąki i zwierzęta. On uwielbiał miasto i imprezy. A jednak udało się im jak rzadko której parze. Linda i Paul McCartney przeżyli ze sobą blisko 30 lat. „To musiała być magia / Wieczorem, gdy się poznaliśmy / Jeślibym cię nie zatrzymał / Zawsze bym tego żałował / Kilka minut później / Byłabyś już za drzwiami / Ja byłbym samotny / już na zawsze”, śpiewał Paul McCartney o ich pierwszym spotkaniu w piosence „Magic” z płyty „Driving Rain” wydanej niedługo po śmierci Lindy w 1998 roku. I z pewnością tak myślał z perspektywy niemal 30 wspólnie przeżytych lat. Intensywnych lat, w czasie których podobno nawet jednej nocy nie spędzili osobno. Czy istniało drugie takie małżeństwo? Prywatka u „The Beatles" Poznali się wiosną 1967 roku w londyńskim nocnym klubie Bag O’Nails, ale wtedy ani Lindzie, ani Paulowi ten wieczór nie wydał się szczególnie magiczny. 28-letnia amerykańska fotografka Linda Eastman przyleciała do Londynu na premierę płyty Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Kilka dni przed konferencją wypatrzyła Paula w klubie, gdzie bawiła się ze znajomymi. On ją też zauważył. Gdy zmierzała już do wyjścia, zagrodził jej drogę i powiedział: „Cześć, jestem Paul McCartney. Wychodzisz już? Może chciałabyś do nas dołączyć, idziemy dalej się bawić”. Linda odparła, że wie, kim jest, i chętnie dołączy. Spotkali się jeszcze na premierze płyty i przyjęciu wydanym z tej okazji. Zamienili kilka zdań. Potem Linda wróciła do Nowego Jorku. Trudno uwierzyć, że ich...

Czytaj dalej
Alfred Hitchcock i Alma Reville / East News

Alfred Hitchcock i Alma Reville. „Gdyby nie żona, byłbym dziś najgorszym z kelnerów”

Fascynował się posągowymi blondynkami, ale jego jedyną i wielką miłością była niziutka rudowłosa Alma Reville. Zrobili razem 15 filmów, małżeństwem byli 50 lat. Hitchcock żartował: „Nie samym morderstwem żyje człowiek, mężczyzna potrzebuje czułości”.
Anna Zaleska
13.08.2020

Alma Reville wolała być bohaterką drugiego planu. Ale Alfred Hitchcock zawsze podkreślał, że wszystko, co osiągnął, zawdzięczał żonie. Małżeństwem byli ponad 50 lat. Nierozłącznym zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy. Filmy tworzyli na cztery ręce. Nawzajem się inspirowali. Gdy w 1979 roku Akademia Filmowa przygotowała uroczystość  na zakończenie kariery twórcy „Psychozy”, wielki reżyser żartował ze sceny: „Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że nie samym morderstwem żyje człowiek. Mężczyzna potrzebuje czułości, pochwały, zachęty, a także solidnego posiłku”. O tym, że zrobili razem 15 filmów, nie musiał wspominać, wszyscy wiedzieli. Alma Reville, schorowana, częściowo sparaliżowana, słuchając tych słów, uśmiechała się delikatnie i patrzyła na 80-letniego męża z tkliwością. Wiedziała, że zbliża się kres ich wspólnej drogi. Alfred Hitchcock i Alma Reville. Nieśmiałe zaloty Hitch – tak reżysera nazywali przyjaciele – urodził się jeden dzień przed Almą i żartował, że z tego powodu może mówić do niej Maleńka. Była też inna przyczyna, jego ukochana miała ledwie 150 cm wzrostu. Życie Almy od początku kręciło się wokół kina. Jej ojciec pracował w wytwórni filmowej, rodzina mieszkała tuż obok, dziewczynka często bawiła się na planie. Była samotnicą, z powodu choroby musiała na dwa lata zrezygnować ze szkoły, przez co zawsze uważała się za niedouczoną i miała kompleks niższości. Ale i wielkie ambicje. Gdy Alfred spotkał ją po raz pierwszy, miała już pozycję zawodową i doświadczenie. Pracowała w branży filmowej od 16. roku życia, najpierw jako praktykantka w montażowni, potem samodzielna montażystka, wreszcie asystentka reżysera, a także aktorka. Była sławna, gazety pisały o niej jako o pionierce europejskiej kinematografii....

Czytaj dalej