Nela i Artur Rubinstein – ona zawsze chciała być u jego boku. Z miłości i z zazdrości
Fot. Getty Images

Nela i Artur Rubinstein – ona zawsze chciała być u jego boku. Z miłości i z zazdrości

Byli ze sobą pół wieku. Ona zawsze w jego cieniu. On, król życia, w wieku 90 lat zostawił ją dla dużo młodszej kochanki.
Patrycja Pustkowiak
05.11.2020

Mówiono, że doskonale grał mazurki Chopina dzięki mazurkom, które piekła mu żona. Genialny muzyk Artur Rubinstein i jego żona Nela przeżyli razem niemal 50 lat. Tyle że ona poświęciła dla niego wszystko, a on tylko brał. Jemu wszystko przychodziło bez trudu, ona zapłaciła wielką cenę za życie u boku kochanego przez cały świat artysty, który stawiał siebie ponad wszystko inne. Pewnego dnia dzieci zapytały ją, dlaczego wszystko mu oddała i nigdy się nie przeciwstawiła. Odpowiedziała: „Zawsze wiedziałam, że to będzie trudne, ale kochałam go i przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, by pomóc mu w karierze. Wiem, że jest wierny – to jedyna rzecz, jaka liczy się naprawdę”. On w rozmowach z przyjaciółmi przyznawał, że nigdy nie był żonie wierny nawet przez tydzień. Jak mogli przeżyć razem pół wieku?

Los zetknął ich po raz pierwszy jesiennego poranka 1926 roku w Warszawie. Z drzew spadały żółte liście, było chłodno. Ona – Aniela Młynarska, zwana Nelą, 18-latka, córka dyrygenta i dyrektora Opery Warszawskiej, Emila Młynarskiego, śliczna, niewinna, kulturalna dziewczyna marząca o karierze tancerki – szła Traktem Królewskim. On – 38-latek, sławny już pianista oklaskiwany przez cały świat – jechał taksówką na Stare Miasto. Minęli się, nie wiedząc o tym. Los był uparty.

Wieczorem przyszła do filharmonii na jego koncert. I wpadła po uszy. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Wielki Rubinstein, który wyglądał, jakby mocował się z fortepianem. W przerwie pobiegła do garderoby – był tam. Spojrzał na nią i też nie mógł oderwać wzroku. Dygnęła, zawstydzona. Zaprosił ją na obiad do Europejskiego, niemal od razu zaproponował małżeństwo i... wyjechał do Paryża. „Jeśli usłyszy pan kiedyś, że się ożeniłem, będzie pan wiedział, że zwariowałem” – życzliwi dostarczyli Neli wycinek z prasy.

Zakochany pan Rubinstein

Zdruzgotana przyjęła oświadczyny innego pianisty – Mieczysława Munza. Był szlachetnym człowiekiem i – w przeciwieństwie do Artura – naprawdę się o nią starał. Kiedy pojechała do Zakopanego, ruszył za nią w cadillacu, wzbudzając sensację w całym uzdrowisku. Nie mogła jednak zapomnieć o Rubinsteinie. Kiedy tylko usłyszała, że znów będzie w Warszawie, włożyła najlepszą suknię z żorżety i poszła na przyjęcie do ambasady. Był tam, ale nie sam. Towarzyszyła mu kochanka, arystokratka Paola Medici. Pod Nelą ugięły się nogi. Ale Artur zapewniał ją gorąco, że „ten romans dawno wygasł”, „Już jej powiedziałem, że cię kocham”. „Zawiodłeś mnie, słyszałam o tobie same złe rzeczy, w ogóle ci nie ufam!” – wykrzyczała. Wybrnął z tego bez trudu: owszem, był zatwardziałym kawalerem, dopóki jej nie poznał. Powiedział, że tylko z nią chce mieć dziecko, córkę. Kazał jej zerwać zaręczyny z Mieczysławem, obiecał, że będą razem, gdy tylko wróci z tournée. I pojechał do Bukaresztu, gdzie czekała na niego Paola.

„Teraz się ożenisz?”

Nela długo biła się z myślami, ale w końcu Munz przekonał ją do małżeństwa. Nie było szczęśliwe. Poza muzyką małżonków nic nie łączyło. Rozstali się po dwóch latach. „Czy teraz się ze mną ożenisz?” – zażartowała Nela, gdy w filharmonii w 1931 roku ponownie spotkała Rubinsteina. Potwierdził. I tym razem dotrzymał słowa.

Pobrali się w lipcu 1932 roku w Londynie. Nela miała 24 lata, jej narzeczony 45. W dniu ślubu nie zdążyła pójść do fryzjera. Fale na włosach zrobiła żelazkiem. Długa suknia, kapelusz, bukiet białych tuberoz w dłoniach – ze swym szykiem i urokiem we wszystkim pięknie wyglądała. Na ślubnym przyjęciu rozbawiony Artur grał marsze weselne. Nela nie mogła się nim nacieszyć. Wreszcie był cały jej. Przynajmniej tak jej się zdawało. W tę noc, która miała być ich poślubną, Artur wymknął się, by w hotelowej pościeli pocieszyć swoją byłą kochankę Irene Curzon. Może chciał sobie udowodnić, że małżeńska przysięga nie zamyka przed nim żadnych drzwi? Tak naprawdę nigdy nie zamierzał się zmieniać. Chciał mieć i stabilizację małżeńską, i przygody. A z tych słynął. Korowód kobiet, które przemknęły przez życie Rubinsteina, nie miał końca. Kochanki, muzy, miłości. Księżne, arystokratki, rebeliantki. Potrafił sypiać jednocześnie z matką i córką, a nawet z żoną swojego przyjaciela. Krążą plotki, że miał dzieci z nieprawego łoża. Na pewno wiadomo o jednym – córce z romansu z Paolą. Zdarzało się, że swoim kochankom opłacał aborcje.

Jaka była tajemnica jego powodzenia, oprócz sławy, oczywiście? Być może po prostu wiedział, jak podejść kobiety. Potrafił sprawić, że każda czuła się najważniejsza na świecie.

rubin
Fot. Getty Images

Baron Rotschild wydaje przyjęcie

Tylko o własnej żonie często zapominał. Choć zaczęło się z wielką pompą – po ślubie pojechali w podróż: Rzym, Neapol, Majorka, Madryt, wreszcie Paryż... Baron Rotschild wydał na ich cześć przyjęcie. Można było poczuć się jak we śnie. Potem ruszyli do Związku Radzieckiego. Pili szampana, jedli kawior. Tak miało wyglądać ich wspólne życie – wypełnione podróżami, zdarzeniami, ludźmi, splendorem, który spływał na Artura, i prozą życia z drugiej strony, która spadała na Nelę. Ta, często w pędzie między garnkami, w których dusiła mięso, pieluchami, telefonami, nie nadążała ze słuchaniem rozmów, które toczyły się w salonie ich pierwszego mieszkania – w Paryżu. Sama je urządzała. Kupiła nawet mapę świata i zaznaczyła wszystkie miejsca, w których Artur był z koncertami. Nie mógł ukryć wzruszenia.

Ich życie toczyło się w rytm koncertów. Było skupione na nim i jego karierze. Kiedy ćwiczył, w domu musiała panować absolutna cisza. O określonej porze należało podać cygaro i gazetę. Nela zawsze pilnowała, by niczego mu nie brakowało. Prasowała mu ubrania przed występem, gotowała jego ulubione dania. Załatwiała wszystkie bieżące sprawy, a telefony dzwoniły do nich całymi dniami: a to z prośbą o załatwienie spotkania z jakimś tuzem albo muzykiem, a to o rekomendację...

Między koncertami krążyli po przyjęciach. Nela kupowała „Vogue’a”, wybierała suknię znanego kreatora i prosiła zaprzyjaźnioną krawcową, by ją dla niej skopiowała. Artur patrzył wtedy w nią jak w obrazek. Kiedy Nela znów zaszła w ciążę i zaczęła pojawiać się na przyjęciach dla hollywoodzkiej śmietanki w stanie błogosławionym, zapoczątkowała wręcz modę na macierzyństwo w Hollywood. Często urządzała też przyjęcia dla przyjaciół, znajomych, głównie muzyków. Artur uwielbiał, gdy na niego patrzono i go podziwiano.

rubiny
Fot. Getty Images

Będzie córka!

Często wydawało się, że nie wie, czego żona od niego chce – jakby lepiej rozumiał Chopina czy Brahmsa niż własną rodzinę. A ta zaczęła się niebawem powiększać. „To będzie córka, to będzie córka!” – krzyknął przejęty, kiedy w 1932 roku Nela oznajmiła, że jest w ciąży. W oczach miał łzy. Ewa przyszła na świat w Argentynie, dokąd małżonkowie pojechali z koncertami Artura. Potem Nela urodziła Pawła, Alinę, Johna i Feliksa, który umarł niedługo po porodzie.

Obowiązki rodzinne spadały, oczywiście, na Nelę. Rubinstein z powodu koncertów najczęściej był nieuchwytny. Miała wielkie poczucie winy, gdy nie poświęcała dzieciom tyle czasu, ile chciała. Starała się, jak mogła – rzeźbiła im lalki z drewna, opowiadała historie ze swego dzieciństwa. Była świadoma tego, że „duże dzieci”, jak je nazywali, czyli Ewa i Paweł, nie miały łatwego dzieciństwa poprzez ciągłe zmiany krajów i języków. Jednak coś się zmieniło w Arturze po ślubie, zredukował nieco życie towarzyskie i zaczął więcej ćwiczyć. „Nie chciałem, żeby moje dzieci rosły, uważając swojego ojca za drugorzędnego pianistę” – zwierzył się w jednym z wywiadów. Z utalentowanego pianisty stał się dojrzałym wirtuozem. Jego kariera nieustannie się rozwijała – jednego dnia potrafił wystąpić z wielkim Toscaninim i Orkiestrą NBC oraz w Carnegie Hall. Uwielbiał ciągłe bycie na tournée, zmieniające się widoki z hotelowych okien, oklaski widowni w coraz to innych miastach. „Ojciec bezustannie wymagał dla siebie publiczności, czy to była pokojówka w hotelu, czy jego własne dzieci” – powiedziała później w wywiadzie jego córka, Ewa Rubinstein. Nela starała się być zawsze blisko. Również dlatego, że była o niego zazdrosna.

Przy klawiaturze stawał się kimś innym – grał bardzo emocjonalnie, wkładał w to tyle uczuć, których – jak często się zdawało – w życiu się wyzbywał. Po koncertach zawsze mówił, że nie jest dość dobry lub że nie jest już wielki. Pytał Nelę, jak wypadł – wiedział, że choć żona nie gra od dzieciństwa, to pochodzi z muzykalnej rodziny i dobrze go oceni. To ich łączyło. Uwielbiał też jej kuchnię. Nie bez kozery powiedział przyjaciołom, przedstawiając ją jako swoją narzeczoną, że to piękna kobieta i świetna tancerka, która przede wszystkim dobrze gotuje. Wiedzę o wykwintnej kuchni i dobrych winach, które Nela wyniosła z dworskiego dzieciństwa, on przyswoił, grając na salonach.

Król życia i kompleksy

Pod koniec lat 30. uciekli przed wojną do Ameryki, zamieszkali w Kalifornii. Szybko zaprzyjaźnili się z tamtejszą śmietanką towarzyską. W ich domu bywał Louis B. Mayer czy Harry Warner, założyciele słynnych wytwórni filmowych, a także Strawiński, Rachmaninow czy Tomasz Mann. Potrawy z raków, które serwowała Nela, zrobiły wśród nich furorę. Artyści, dyplomaci, arystokraci całe życie przewijali się przez salon Rubinsteinów.

Czasem jednak z Artura wychodziły kompleksy – w końcu nie pochodził z wielkiego świata, dołączył do niego dzięki wielkiemu talentowi. Urodził się w Łodzi, w rodzinie żydowskich sklepikarzy. Początki jego kariery były trudne: jako wschodząca gwiazda fortepianu gościł w domach bogaczy, a jednocześnie tonął w długach i klepał biedę. Do tego stopnia, że pewnego dnia podobno próbował powiesić się w pokoju hotelowym. Pasek od szlafroka nie utrzymał ciężaru. Wtedy postanowił, że będzie korzystał z życia, jakiekolwiek by ono było.

I chociaż cieszył się, że Nela nie pochodzi z rodziny bogaczy – żartował wręcz, że jest zadowolony z jej finansowej mizerii – to nie mógł znieść myśli, że ktoś zakwestionuje jego pozycję społeczną. Pewnego dnia w Hollywood wrócił do domu i zobaczył, że Nela skubie kury na rosół, a towarzyszy jej żona producenta filmowego Edwina Knopfa. Zrobił karczemną awanturę. „Masz służbę, masz służbę!” – krzyczał. Nie chciał, by gość odniósł wrażenie, że nie mogą sobie pozwolić na pomoc kuchenną. Nela jak zwykle zrobiła dobrą minę do złej gry. Przyjaciółki już znały te jej dwa oblicza: jedno miłe, pogodne, drugie nerwowe, gdy tylko w pobliżu był Artur, a Nela starała się go niczym nie zdenerwować.

Dlaczego przez całe życie się na to godziła? Na pewno go podziwiała. A może też małżeństwo z Arturem stanowiło odbicie jej rodzinnego wzorca? Tak samo jak jej matka była dobrze urodzoną panną z ziemiańskiego domu, która wyszła za artystę. U niej w domu również to potrzeby uzdolnionego mężczyzny były na pierwszym planie.

rubiny
Fot. Getty Images

Śniadanie z Anabelle

Wzięła na siebie trud życia u boku geniusza. Ale ciosu, jaki jej zadał u kresu życia, zupełnie się nie spodziewała. Od lat żyli już wtedy w Paryżu, dokąd wrócili z Kalifornii po wojnie. Odzyskali dom przejęty przez Niemców. „Ona jest właśnie tą, o której całe życie marzyłem” – powiedział, mając na myśli kochankę. Zarzucił żonie, że nigdy go nie kochała. I zostawił ją, mimo że przeżyli razem pół wieku, a on sam miał przed sobą jeszcze tylko kilka lat życia.

Jak na ironię tę kobietę – Anabelle Whitestone – sprowadziła do domu Nela. Młodsza o 58 lat od 90-letniego pianisty Angielka miała pomóc mu w spisywaniu drugiego tomu wspomnień. Pracowało im się chyba bardzo dobrze, bo kiedy tylko Nela wyjeżdżała, Artur zapraszał Anabelle do siebie. Potem pozwolił, by jadała z nimi śniadania. Siedzieli we troje i rozmawiali. Właściwie Artur rozmawiał z Anabelle, pozwalając, by Nela coś kroiła, dolewała czy przynosiła. Wreszcie przestała im towarzyszyć. Jadła u siebie, na górze, i słuchała, jak się śmieją. Potem zaczęli razem wyjeżdżać w weekendy. Nie mówili, dokąd jadą, wracali w niedzielę wieczorem. Pewnego dnia Artur w radosnym nastroju oznajmił, że był z Anabelle na poranku w Comedie-Française. „Doskonale się bawiliśmy” – rzucił. „Ludzie cię z nią widzieli!” – krzyknęła Nela. „Naturalnie” – odparł Artur. Wybiegła z kuchni.

Gniew i tęsknota

Anabelle zaczęła mu towarzyszyć w podróżach służbowych. Obwoził ją po ukochanych miastach, pokazywał to, co kiedyś żonie. W 1977 roku we troje wybierali się do Wenecji, gdzie miał spotkanie z publicznością. Nela pakowała walizkę, coś spadło ze stołu, Artur warknął. Atmosfera zagęszczała się z minuty na minutę. Zaczęli na siebie wrzeszczeć. „Nie chcę, żebyś z nami jechała!” – rzucił jej wreszcie prosto w twarz. Odstawiła swoją walizkę. Tę jego wzięła Anabelle.

„A jeśli geniusz karmi się obłędem? – myślała Nela, próbując ustalić, co właściwie się stało. – A obłęd tłumiony latami na starość się wymyka”. Zastanawiała się, jak to możliwe, by 90-letni starzec poddał się takiemu szaleństwu. Na co liczył? Że będą żyć w trójkącie?

Kiedy zadzwoniła córka, Nela powiedziała jej prawdę: ojciec pojechał z Anabelle, chce mieszkać z nią w Genewie. „Trzeba przeczekać, to starcze zdziecinnienie, przecież mu przejdzie, takich głupot nigdy nie robił, to przez ten wiek” – próbowała przekonać chyba samą siebie. „Mamo – krzyknęła córka – przecież on robi to od lat, przez całe życie!” Nela zapadła się w sobie. Być może zastanawiała się po prostu, czemu wcześniej nie dopuściła do siebie prawdy. Może wtedy udałoby się jej jeszcze ułożyć życie z kim innym?

Kolejne miesiące spędzała w łóżku albo w kuchni. Kiedy Artur wydał książkę „Moje długie życie”, Nela nawet tego nie otworzyła. Jak mógł dyktować historię ich życia kochance?! Czuła się upokorzona. Zaczęła mu mieć za złe już nie to, że ją porzucił, ale lata zakłamania. W gniewie i tęsknocie miotała się po pokojach.

Na szczęście mogła liczyć na swoją przyjaciółkę Felę. To ona zachęciła ją do wydania książki kucharskiej. Nelę całkowicie to pochłonęło – zaczęła spisywać smaki i zapachy towarzyszące jej całe życie. W końcu z tego słynęła. „To możliwe, że Artur Rubinstein grał lepiej niż ktokolwiek inny mazurki Chopina dzięki mazurkom, które piekła mu żona” – żartowano nawet.

Pięć lat osobno

A z nim było źle. Miał 93 lata i dostał diagnozę: rak prostaty. Przeszedł operację i pojechał z Anabelle do Zurichu. Nela przyjechała go odwiedzić. Po raz pierwszy zobaczyła w nim starego człowieka. Znów zaczęła się zastanawiać, dlaczego zostawił ją dla tej kobiety. Czy po tym, jak zszedł ze sceny, potrzebował kogoś, kto by go podziwiał, nie znając – jak ona – jego wad? Nie rozwodzili się, choć od pięciu lat mieli osobne życia. Podobno Artur powiedział znajomemu, że niezależnie od spraw z kobietami nigdy się nie rozwiedzie, bo jest Żydem, ojcem rodziny. Wielkopańskich przyzwyczajeń też nie zmienił. Choć już nie mógł przełykać, na ostatnią ucztę kazał zamówić homara. Zmarł we śnie 22 grudnia 1982 roku w Genewie. Telefon o jego śmierci Nela dostała, gdy spisywała swój ostatni przepis. Artur nie zdążył przeczytać jej książki kucharskiej, która zrobiła furorę na całym świecie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Uroda Życia” 3/2018


 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami. Magdalena Żakowska: Sushi? Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu… Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać? To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło. Poznałyście się w latach 70. W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat. A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?! Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni. Olbrychski był do Łapickiego podobny? Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica...

Czytaj dalej
East News

Catherine Zeta-Jones i Michael Douglas: razem mimo wszystko 

W Hollywood nie ma miejsca na prawdziwą miłość? Catherine Zeta-Jones i Michael Douglas, małżeństwo z 20-letnim stażem, udowadniają, że to bzdura.
Sylwia Arlak
02.11.2020

Gdy poznali się, w 1998 roku na festiwalu filmowym w Deauville, nic nie wskazywało na to, że staną się jedną z najgorętszych par z najdłuższym stażem w Hollywood. Catherine Zeta-Jones promowała swój pierwszy ważny amerykański film — „Maskę Zorro”. Michael Douglas wystąpił właśnie w „Morderstwie doskonałym”.  Z Oscarem i takimi filmowymi hitami na koncie, jak „Nagi instynkt” i „Fatalne zauroczenie” był już wtedy wielką gwiazdą. W środowisku miał opinię imprezowicza i amanta, który nie odpuści żadnej pięknej kobiecie. W wydanej w 2012 roku autobiografii Douglas przyznał, że przez długi czas zmagał się z uzależnieniem od seksu i alkoholu. Trudne początki hollywoodzkiej pary „Powiedziano mi, że Michael chce mnie poznać. Byłam zdenerwowana, bo nie miałam pojęcia, o co może mu chodzić” — wspominała Zeta-Jones u Larry’ego Kinga.  W programie „Jonathan Ross Show” Douglas przyznał, że dla niego była to miłość od pierwszego wejrzenia. Podczas pierwszej randki nie zaprezentował się jednak od najlepszej strony. Zaprosił Catherine do baru, a pół godziny później, kiedy sączyli pierwszego drinka, odparł: „Wiesz co? Będę ojcem twoich dzieci”. „Po prostu to schrzaniłem” — przyznał po latach. Reakcja aktorki nie była zbyt entuzjastyczna. „Wiesz co, słyszałam już o tobie to i owo. Myślę, że nadszedł czas, by powiedzieć sobie do widzenia” — cytował w późniejszych wywiadach jej odpowiedź. Jak wspominał, aktorka miała wylecieć z miasta następnego dnia. Ale on nie zamierzał się poddać. Przyniósł jej kwiaty i przeprosił za swoje zachowanie. Podziałało, ale daleko jeszcze było do happy endu. Przez dziewięć kolejnych miesięcy rozmawiali przez telefon i umawiali się na romantyczne randki....

Czytaj dalej

Najbardziej inspirujące biografie kobiet: Osiecka, Jansson, Kossak – my z nich wszystkie!

Czy można żyć ciekawiej, mocniej, pełniej, odważniej? Biografie Agnieszki Osieckiej, Tove Jansson czy Simony Kossak pokazują, jak wiele zależy od naszych własnych życiowych wyborów.
Anna Zaleska
30.10.2020

Jeśli nie teraz, to kiedy? Są takie książki, które mogą naprawdę odmienić życie. Wpłynąć na nasze nawyki, pomóc podjąć ważne decyzje, sprawić, że inaczej spojrzymy na siebie i innych. Czasem skłaniają nas do tego, by powiedzieć wielkie „nie”. Albo zdecydowane „tak”. Otworzyć się na nowe możliwości i spełnić uciszane dotąd marzenia. Biografie mają tę szczególną moc motywowowania, że opowiadają życie, które wydarzyło się naprawdę. Ze wszystkimi swoimi sukcesami i porażkami, radościami i rozczarowaniami. Dają niepowtarzalną możliwość wyciągania wniosków z cudzych doświadczeń. Dlatego warto po nie sięgać.  „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska (Marginesy) Rodzinny dom, w którym nie czuła miłości. Matka zarażająca lękiem, bo dla niej wszystko, oprócz leżenia na kanapie, wiązało się z ryzykiem. Ojciec, dumny kompozytor, u którego miłość zamieniała się w tyranię, a dziecku chciał wpoić przede wszystkim dyscyplinę i pracowitość. Agnieszka Osiecka w opowieści Zofii Turowskiej to dziewczyna, potem kobieta zawsze pół na pół: pół przekorna, pół akceptująca, pół wesoła, pół smutna. Pełna życia i nie pozwalająca, by ograniczały ją normy społeczne i konwenanse. Ostatnie, czego szuka w życiu, to spokój i stabilizacja. Podczas studiów na Wydziale Dziennikarstwa UW ucieka z przesiąkniętych ideologią wykładów i włóczy się nad Wisłą. Wylatuje ze Związku Młodzieży Polskiej za sianie fermentu. W czasach STS-u wchodzi w kręgi warszawskiej bohemy. Kocha się „niemądrze w niemądrych”. Przyjaźni z niezwykłymi kobietami. Rodzi córkę Agatę i ucieka od macierzyństwa. Biografia Zofii Turowskiej pokazuje kobietę, która nigdzie i u niczyjego boku...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz
Ewa Lipska/Fotonova

Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

„Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” – pisała Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Byli ze sobą 23 lata. I była to wyjątkowa miłość, choć nie mieli ślubu i nie mieszkali ze sobą.
Magdalena Żakowska
01.07.2020

Ich znajomi mówili, że związek poetki Wisławy Szymborskiej i pisarza Kornela Filipowicza był „organiczny”, że tworzyli jedność. A przecież nie byli typową parą, nawet ze sobą nie mieszkali. Za to codziennie pisali do siebie listy. Czułe, intymne, zabawne. „Kocham Cię bezustannie, tylko z przerwą obiadową” –pisze Szymborska, choć wszyscy wiedzą, że kocha go nieustająco. W innym wyznaje: „Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie”. Kiedy w połowie lat 60. zbliżyli się do siebie oboje mieli już za sobą inne małżeństwa, nie byli też młodzi. Wisława Szymborska była po 40, Filipowicz starszy od niej o dziesięć lat po 50. Na czym polegał fenomen tej miłości? Kilka spraw ustalili od razu: będą mieszkać oddzielnie, telefon co najmniej dwa razy dziennie (rano na dzień dobry, wieczorem na dobranoc), spotkania częste. Wszyscy, którzy ich znali i mieli okazję obserwować narodziny tego uczucia, podkreślają, że bardzo do siebie pasowali. Oboje dość staroświeccy, powściągliwi i niezwykle życzliwi. Sprawiali wrażenie melancholijnych samotników. Niełatwo było poznać, że są razem. „Nie manifestowali publicznie swoich uczuć. Wisława nie poprawiała Kornelowi krawata, on nie otulał jej czule płaszczem. Byli niezwykle powściągliwi – wspomina przyjaciółka Szymborskiej, Teresa Walas. – To było obce ich naturze. Nie mieszkali ze sobą, bo nie czuli potrzeby chodzenia w jednym zaprzęgu. Poza tym, jak mówiła sama Wisława, nie wyobrażali sobie pracy w jednym domu. Dwie stukające maszyny do pisania? To by było dla nich nie do zniesienia”. Wisława Szymborska: „Boże, jaki piękny mężczyzna” Na „ty” przeszli gdzieś między grudniem 1966 roku a kwietniem 1967, chociaż poznali się 20 lat wcześniej. Ale wtedy oboje byli jeszcze w innych związkach....

Czytaj dalej